Celem już nie są jedynie obiekty infrastruktury krytycznej czy przemysłu obronnego, ale przede wszystkim sami mieszkańcy miasta. Ktoś mógłby zapytać: a czy wcześniej cywile nie byli celem, skoro rosyjskie rakiety wielokrotnie trafiały w szpitale, szkoły, centra handlowe i po prostu bloki mieszkalne? Do tych ataków, wbrew pozorom, mieszkańcy ukraińskiej stolicy się już przyzwyczaili. Prawda jest taka, że człowiek potrafi się przyzwyczaić do wielu rzeczy, jeżeli nie ma innego wyboru... te sporadyczne ataki na obiekty cywilne są przez miejscowych odbierane często już jako część codziennego życia. Możesz mieć pecha i może cię potrącić auto na chodniku, a możesz zginąć od rosyjskiej rakiety czy drona. Natomiast Rosja właśnie wyprowadza poziom oddziaływania na psychikę cywilów ukraińskiej stolicy na zupełnie inny poziom. Celem ataku już nie jest zastraszenie ludzi, tylko ich wymęczenie, kompletne zdemoralizowanie. W sytuacji, kiedy Kijów i jego okolice są atakowane w kolejnych falach z krótkim odstępem przez kilka dni z rzędu, alarmy przeciwlotnicze włączane są z taką samą częstotliwością, z niewielką przerwą. Sklepy, biura, przedsiębiorstwa nie mogą w tej sytuacji normalnie pracować, sieć transportowa, w tym najważniejsza jej część w wypadku Kijowa – czyli metro, nie może przewozić normalnie pasażerów. Ludzie są psychicznie wyczerpani, zmuszeni wielokrotnie w ciągu jednego dnia schodzić do schronów.
Cel rosyjskich ataków jest jasny – zdestabilizować ekonomiczne i polityczne centrum państwa i osłabić w ten sposób i produkcję militarną, i gospodarkę cywilną, albo przynajmniej ważną jej część... no i koniec końców zdemoralizować ludność cywilną stolicy, by była ona skłonna zaakceptować każde zakończenie wojny, byle tylko nie mieć dronów i rakiet nad swoimi głowami. Czy to się Rosjanom uda, czy nie... czy będą oni w stanie podtrzymywać taką intensywność ataków – czas pokaże. Niewątpliwie strona ukraińska nie będzie pasywnie czekać, aż Rosjanie przemienią życie stolicy w niekończący się koszmar. Rosyjska armia nie jest w stanie podtrzymywać takiej intensywności ataków jedynie przy użyciu nielicznych pocisków balistycznych, więc musi polegać na produkcji bardziej masowych i tanich środków rażenia, takich jak drony kamikadze z silnikiem odrzutowym (większa prędkość czyni je o wiele trudniejszym celem dla obrony przeciwlotniczej). Ukraińcy odpowiadają na to opracowaniem i wdrożeniem do produkcji nowych modeli dronów przechwytujących, zdolnych do przeciwdziałania tego typu zagrożeniom.
Tak czy inaczej, oczywistym jest to, że z biegiem czasu coraz mniejsze znaczenie na poziomie strategicznym ma to, co konkretnie się dzieje na linii frontu. Walki pozycyjne tam trwają już od wielu lat i mimo że Rosja cały czas posuwa się naprzód, tempo tego natarcia jest tak powolne, że nie daje to szans Rosji na uzyskanie takiej przewagi, by rozstrzygnąć wojnę na swoją korzyść. I wtedy na pierwszy plan wychodzi tzw. „wojna miast”, czyli uderzenia poziomu strategicznego przeciwko celom położonym daleko na tyłach nieprzyjaciela. Rosja od początku wojny miała w tej dziedzinie miażdżącą nad Ukrainą przewagę i próbowała na różne sposoby wykorzystać tę przewagę, by przymusić Ukrainę do pokoju na własnych warunkach. 4,5 roku później Ukraińcom przy wsparciu Zachodu udało się zbudować własne zdolności, które niewiele w tej chwili już ustępują rosyjskim i teraz to oddziaływanie jest wzajemne. Pytaniem zostaje więc, kto wyrządzi tyłom przeciwnika więcej szkody i która ze stron jest gotowa wytrzymać dłużej w tej wyczerpującej walce miast. W tej walce bowiem walczy już nie tylko żołnierz... wynik jej zależy od tego, jak długo może wytrzymać każdy z obywateli obu walczących państw.