Latem 2025 roku ukraińskie służby specjalne przeprowadziły szeroko zakrojoną operację specjalną na terytorium Rosji o nazwie „Pajęczyna”. Sens tej operacji polegał na przeprowadzeniu skoordynowanego ataku małymi dronami FPV na bazy lotnictwa strategicznego Rosji w całym kraju. Przy czym do ataku wykorzystano drony, które zostały złożone z dostępnych w kraju podzespołów wewnątrz samej Rosji. Dostarczono je bez udziału ukraińskich żołnierzy z pomocą cywilnych TIR-ów, których kierowcy nie mieli pojęcia, jaki konkretnie ładunek przewożą. Wydawałoby się, że ta operacja, która ukazała, jak wrażliwe są wielkie samoloty stacjonujące na... Jeszcze niedawno uważanych za bezpieczne lotniskach, miała być poważnym dzwoneczkiem dla państw Zachodu odnośnie do bezpieczeństwa własnych baz wojskowych i lotnisk. Było bowiem oczywiste, że tradycyjne środki ochrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej nie będą w stanie poradzić sobie z asymetrycznym wobec nich zagrożeniem, jakim są małe bezzałogowce, łatwe do przetransportowania i wyprodukowania bezpośrednio w tych państwach. Było też oczywiste, że zarówno Rosja, jak i inne państwa, a także różnego rodzaju organizacje terrorystyczne czy partyzanckie będą chciały przejąć ukraińskie doświadczenie, obracając podobną taktykę już przeciwko Zachodowi.
No i jesteśmy w sytuacji, kiedy rok później, w sierpniu 2026 roku, mamy próbę przeprowadzenia ataku z użyciem drona bojowego na lotnisku w niemieckim Lipsku, do którego służby niemieckie wydają się być zupełnie nie przygotowane. Na lotnisku w Lipsku znajdują się ukraińskie ciężkie samoloty transportowe An-124 Rusłan, które Ukraina wykorzystuje do transportu broni i amunicji. Na szczęście ten pierwszy atak okazał się mało skuteczny i był ograniczony co do skali. Na terenie lotniska znaleziono jeden dron z ładunkiem wybuchowym, który nie wyrządził szkód, z kolejnym dronem zetknął się na wysokości 400 m startujący samolot niemiecki. Sprawą zajęła się prokuratura niemiecka, która ma wyjaśnić co konkretnie się wydarzyło i czyje były to drony. Mimo, że tym razem udało się uniknąć tragedii… zagrożenie, którym są drony FPV, należy potraktować bardzo poważnie i należy zakładać, że podobne prowokacje będą coraz częstsze i coraz większe co do skali. Przy czym nie ma nawet znaczenia, z jakiej strony byłby to atak czy prowokacja. Ponieważ poza kwestią wojny rosyjsko-ukraińskiej w Europie istnieje na przykład zagrożenie ze strony radykalnych grup islamistycznych, dla których podobne drony mogą być narzędziem do przeprowadzenia ataków terrorystycznych. Należy więc kompleksowo i poważnie potraktować przeciwdronową ochronę obiektów infrastruktury krytycznej i oczywiście przede wszystkim lotnisk. Lotnictwo cywilne i transportowe są bardzo podatne na podobne ataki. Przy czym nie wystarczy w wypadku podobnego zagrożenia jedynie zainstalować umowne „zagłuszarki” i mieć spokój. Musi to być kompleksowe podejście, które przewiduje ochronę obiektu na wielu poziomach, pierwszym z których jest kontrwywiadowcza praca służb specjalnych. A sam środek zwalczania dronów nad lotniskiem jest poziomem ostatnim.
Na razie podobny atak, czy nawet zagrożenie atakiem jest częścią wojny hybrydowej, której celem jest zastraszenie i osiągnięcie celów politycznych poprzez podobne prowokacje. W wypadku wojny pełnoskalowej należy jednak oczekiwać zupełnie innej skali podobnych dywersji skierowanych przeciwko infrastrukturze krytycznej państw zachodnich. Ukraińska „Pajęczyna” właśnie może służyć za przykład tego jak podobne duże co do skali ataki mogą wyglądać i jak opłakane skutki mogą one mieć.