Dziś już mało kto pamięta, jak wielkie mniemanie na swój temat miało ugrupowanie, które na początku lat 90. nosiło kolejne nazwy: ROAD (Ruch Obywatelski – Akcja Demokratyczna), a następnie UD – Unia Demokratyczna. Fakt, że w latach 70. i 80. to opozycyjne elity na czele z grupą inteligencji były swoistym przewodnikiem ogromnego ruchu Solidarności, sprawił, że liderzy UD, tacy jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Zofia Kuratowska, Barbara Labuda czy Władysław Frasyniuk, przekonani byli, że jest to ugrupowanie, które w naturalny sposób predystynowane jest do przewodzenia reformom Polski, która wychodziła z zacofania epoki PRL-u. Zderzenie z logiką wolnych zasad demokracji było dla tego środowiska wyjątkowo trudne. Po pierwsze, pojawiła się spora ilość ugrupowań prawicowych, które nie akceptowały „urojenia wyższościowego” polityków UD.
Po drugie, postkomuniści, którzy w diagnozach liderów lewicy postsolidarnościowej mieli być młodszym partnerem byłych mózgów opozycji, zaskakująco szybko odbudowali swoją pozycję i zaczęli rozmawiać z politykami Unii jak równy z równym. I wreszcie ostatni element, który spowodował spadek poczucia pewności siebie liderów UD – nieprzewidywalny prezydent Lech Wałęsa. Z jednej strony był on sojusznikiem „Unitów” w takich kwestiach jak sprzeciw przeciw lustracji i dekomunizacji, z drugiej strony nawet Mazowiecki i Geremek czuli się zaniepokojeni coraz wyraźniejszym demonstrowaniem przez gospodarza Belwederu chęci rządów bezpośrednich nad Polską. Wałęsa nazywał te swoje marzenia o faktycznym rządzeniu Polską „wariantem Putina”. Szokiem dla polityków UD była wreszcie wygrana postkomunistów z SLD w wyborach we wrześniu 1993 roku. Postkomuniści zdobyli tak wysoki wynik, że byli w stanie razem z PSL stworzyć wspólny rząd, na czele którego stanął Waldemar Pawlak. W tych samych wyborach do Sejmu nie dostał się Kongres Liberalno-Demokratyczny, który wcześniej także widział się w roli jednej z głównych sił rozgrywających polską politykę.
W tej sytuacji Aleksander Smolar, jeden z czołowych „szarych eminencji” obozu lewicy laickiej, zaproponował połączenie UD z KLD. Pomysł wydawał się logiczny. Liberałowie wciąż kojarzyli się z politycznym dynamizmem i świeżością, a Unia, choć niektórzy jej liderzy brali pod uwagę jakiś sojusz z postkomunistami, chciała jednak zyskać trochę czasu, wzmocnić się i dopiero wtedy ewentualnie negocjować o jakimś sojuszu z obozem Aleksandra Kwaśniewskiego. Decyzja o fuzji z gdańskimi liberałami była dodatkowo jeszcze podszyta pewną dozą lekceważenia wobec Donalda Tuska, którego uważano za zręcznego polityka, ale jednak niedorównującego doświadczeniu tuzów dotychczasowej Unii Demokratycznej. Po stronie KLD wyraźna była obawa przed całkowitym zdominowaniem partii Tuska przez o wiele silniejszą Unię. Z kolei po stronie UD wyraźna frakcja postępowa na czele z Władysławem Frasyniukiem i Zofią Kuratowską obawiała się, że wejście gdańskich liberałów osłabi ich wpływy.
Ostatecznie jednak Mazowiecki i Geremek, którzy parli do zjednoczenia, zdołali przekonać delegatów na III Kongres UD w marcu 1994 roku, by zaakceptować decyzję o fuzji. Ostatecznie za zjednoczeniem z KLD głosowało 318 delegatów, 4 było przeciwnych, a wstrzymało się tylko 27. Aby osłodzić zmiany, Kongres zadecydował, że w skład przyszłej zjednoczeniowej 100-osobowej rady nowo powstającej Unii Wolności będą aż 73 osoby z UD i tylko 27 z KLD. Na zjeździe zjednoczeniowym 23–24 kwietnia ogłoszono powstanie wspólnej nowej formacji. Przegłosowano też, że przewodniczącym partii pozostanie Tadeusz Mazowiecki, ale już jego jedynym zastępcą został Donald Tusk. Trzecie pod względem ważności stanowisko sekretarza generalnego objął Bronisław Komorowski, który był co prawda z UD, ale miał opinię polityka bardzo życzliwego gdańskim liberałom. Ale o tym, że politycy KLD są jednak gośćmi na proszonym bankiecie warszawskich elit, pokazywał skład 11-osobowego prezydium rady UW. Tu także Gdańszczanom pokazano, gdzie ich miejsce – tylko trzech członków prezydium pochodziło z KLD i byli to Donald Tusk, Janusz Lewandowski i Paweł Piskorski, a całą resztę – pozostałych ośmiu członków prezydium – stanowili byli politycy Unii Demokratycznej.
Przez kolejny rok partia żyła głównie akcjami lewego skrzydła UW na czele z Barbarą Labudą, która lansowała aborcję na życzenie. Labuda tak bardzo lekceważyła Tadeusza Mazowieckiego, który był przeciwny aborcji na życzenie, że doszło nawet do wewnętrznego postępowania dyscyplinarnego w partii. Ale cały spór jak zwykle załagodzono w tradycyjny sposób. Jacek Kuroń, który uważał się za patrona unijnej lewicy, wygłaszał na kluczowym posiedzeniu władz partii emocjonalne przemówienie pod hasłem: „Nie wyobrażam sobie naszego ugrupowania bez Basi Labudy” i wszyscy odpuszczali proaborcyjnej działaczce wszystkie przewiny w niepamięć.
Aby uspokoić obawy postępowców, pozwolono grupie 48 działaczy z lewego skrzydła partii założyć Forum Demokratyczne UW. Środowisko to uważało, że trzeba jak najszybciej dogadać się z SLD. Swoistym poligonem do pokazywania, jak taka koalicja mogłaby być tworzona, była Warszawa po wyborach samorządowych w październiku 1994 roku. Tacy politycy jak np. Władysław Frasyniuk powoływali się też na przykład Węgier, gdzie po wyborach w 1994 roku powstał rząd Gyuli Horna, w którym tamtejsi postopozycyjni demokraci ze Związku Wolnych Demokratów utworzyli koalicję z węgierską partią socjalistyczną, czyli tamtejszymi postkomunistami.
W Polsce jednak propozycje kopiowania wzorców znad Dunaju po cichu zablokował Bronisław Geremek. Przeżywał on wówczas głębokie zaniepokojenie arogancją polskich działaczy SLD, którzy, gdy tylko odzyskali władzę, natychmiast zaczęli przemawiać do „Unitów” pewnym siebie tonem historycznych zwycięzców. Z perspektywy czasu wydaje się, że właśnie wtedy był najbardziej sprzyjający moment do stworzenia ukochanej idei Adama Michnika – tzw. Sojuszu Mądrych. Chodziło o trwałe przejęcie władzy nad Polską przez koalicję Unii Wolności i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Był jednak tylko jeden kłopot. Akurat na jesień 1995 roku wypadały wybory prezydenckie. Polscy postkomuniści chcieli, by nową głową państwa został Aleksander Kwaśniewski. Dla obozu Unii było to już tak demonstracyjne pokazanie, że niegdysiejszy poddany wybija się na niepodległość, że postanowili wysunąć własnego kandydata. Ostatecznie w wewnętrznych wyborach Unii dotyczących wyborów prezydenckich zwyciężył Jacek Kuroń. Działacze SLD wzruszyli ramionami, bo byli przekonani, że Kwaśniewski i tak wygra. Ale ta demonstracja siły postkomunistów wstrzymała jednak na parę lat fuzję UW z SLD. Ta zmarnowana szansa nigdy nie miała się w przyszłości powtórzyć.
Piotr Semka
___________
Z cyklu: Z dziejów III RP – 23 kwietnia 1994 – powstaje Unia Wolności