Pół wieku temu, 11 września 1976 roku, w dawnej Niemieckiej Republice Demokratycznej, czyli ówczesnych komunistycznych Niemczech, rozpoczęła się sekwencja wydarzeń, która doprowadziła do wstrząsu we wschodnioniemieckim świecie artystycznym i intelektualnym. Wydarzyło się to w kościele św. Mikołaja w brandenburskim miasteczku Prenzlau (po polsku Przęcław). Do tej świątyni zaproszony został na koncert Wolf Biermann, jeden z najgłośniejszych kontestatorów enerdowskiego ładu medialnego. Ten utalentowany pieśniarz i poeta od 1965 roku obłożony został zakazem publicznych występów. O ile jednak agencje koncertowe, enerdowska telewizja i radio czy nawet szefowie prowincjonalnych domów kultury przyswoili sobie zakaz zapraszania Biermanna na koncerty, o tyle w wypadku kościołów, które w NRD niekiedy bywały oazami swobody – ten zakaz nie działał. Zresztą dla uniknięcia bezpośredniej interwencji władz informacje o koncercie rozeszły się pocztą pantoflową po całym Prenzlau i okolicy. Nie było w tym nic dziwnego. Nazwisko Wolfa Biermanna było symbolem oporu wobec neostalinowskiej, brutalnej polityki Hansa Joachima Hofmanna, który był twardogłowym zamordystą. Należał on do starej gwardii SED (komunistycznej partii we wschodnich Niemczech) i z biurokratyczną dokładnością wcielał w życie wszystkie życzenia ideologiczne Ericha Honeckera, który przewodniczył wówczas rządzącej partii. Ale na terenie kościołów władza Hofmanna nie obowiązywała. Biermann, który był bardzo spragniony kontaktów z publicznością, wystąpił, wg wspomnień świadków koncertu, z oszałamiającym zaangażowaniem poetyckim. Władze, które po koncercie przeprowadziły śledztwo, wyliczyły, że w świątyni zebrało się ok. trzysta osób, a największe zaniepokojenie władz wywołał fakt, że sporą część gości stanowili uczniowie liceum z Prenzlau oraz członkowie ewangelickiej Kongregacji Młodych. Co ciekawe zresztą, koncert Biermanna, który deklarował się wówczas jako marksista, ale odrzucający „biurokratyzm partii SED”, wcale nie zachwycił części młodych ewangelików. Przykładowo Marianne Birthler, która wówczas, w 1976 roku, studiowała teologię, a potem została znaną opozycjonistką, wspomina, że wcale nie była zachwycona tym, że „komunista śpiewa w kościele”. Ale, jak dodaje: „Ja miałam mieszane uczucia, ale wierni zebrani na koncercie byli zachwyceni”. Bezpośrednio po koncercie Stasi rozpoczęła przesłuchania licznych uczestników i organizatorów wydarzenia. Zaczęły sypać się raporty do władz szkolnych i do urzędów nadzorujących działalność kościołów w NRD, przestrzegające przed młodymi buntownikami fascynującymi się „nieodpowiedzialnym awanturnikiem Biermannem”. Koncert w Prenzlau zapisał się także w pamięci samego Biermanna. W liście do matki tak opisywał tamto wydarzenie: „Kilka dni temu śpiewałem w kościele w Prenzlau. Był to mój pierwszy występ od 11 lat (to jest od wydania zakazu występów w 1965 roku – przyp. aut.).
Byłem onieśmielony, wierni byli zachwyceni: »Panie Biermann, nasz kościół nie był tak pełny od dawna. Jesteśmy panu za to winni podziękowanie«.
Ogromny, piękny, stary kościół bez wieży przy ulicy Heinego pełen młodych ludzi (...) Mówiłem i śpiewałem o ucieczce. Był to swoisty traktat przeciwko uciekaniu, świeckie kazanie przeciw dezercji z NRD. Co stanie się z naszym krajem, jeśli ci, którzy ostatecznie wpadają w konflikt z systemem, będą zawsze tymi, którzy uciekną? (...) Powiedziałem wtedy, że tak naprawdę istnieją trzy rodzaje ucieczki. Po pierwsze walka o wyjazd, po drugie ucieczka wewnętrzna w prywatną idyllę lub karierę oficjalną i wreszcie jest trzeci rodzaj ucieczki – śmierć. To wypowiedziane przeze mnie zdanie było dla wszystkich szokiem. Wszystkim przyszedł na myśl pastor Oskar Brüsewitz, który 18 sierpnia 1976 roku demonstracyjnie podpalił się benzyną przed kościołem św. Michała w Zeitz, a cztery dni później zmarł wskutek oparzeń”.
Koncert w Prenzlau skłonił władze enerdowskie do rozwiązania problemu z kłopotliwym bardem w bardzo sprytny sposób. Władze zareagowały pozytywnie na jego wniosek o umożliwienie mu wyjazdu na trasę koncertową w RFN i 11 listopada 1976 roku Biermann legalnie przeszedł przejście graniczne z Berlinem Zachodnim na stacji metra Friedrichstrasse. Po występie Biermanna w hali sportowej w Kolonii 13 listopada 1976 roku władze NRD ogłosiły odebranie mu obywatelstwa. W oficjalnym komunikacie z 17 listopada nazwano to „właściwą reakcją na wrogie zachowanie wobec Republiki”. Perfidia władzy polegała na przekonaniu, że po tym manewrze Biermanna nikt nie będzie żałował, że zwycięży przekonanie, że i tak powinien chwalić los, że udało mu się wyjechać, i wszelkie jego skargi na decyzję władz będą przyjmowane jako fanaberie człowieka, do którego uśmiechnął się los. Stało się jednak inaczej. Plan przywódców NRD nie wypalił. Emigracja wywołała falę oburzenia, zwłaszcza wśród artystów i twórców. Znani pisarze i artyści napisali list protestacyjny do władz kraju. Był to pierwszy tak masowy dokument sprzeciwu ze strony enerdowskich elit. 13 lat później upadł mur.