Opinia

Semka dla Frondy: Komandos na kontrze

Piotr Semka 12.09.2026
PRL protesty
PRL protesty · fot. via Archiwim IPN

5 września w internecie ukazał się znamienny komunikat. „Z wielkim smutkiem informujemy, że Józef Dajczgewand odszedł wczoraj (tj. 4 września), w dniu swoich 82. urodzin, po dłuższej chorobie. Odszedł spokojnie w obecności swojej rodziny, która była przy nim do samego końca”.

Gdy w 2010 roku ogłoszono listę członków Społecznego Warszawskiego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego, który kandydował wówczas na prezydenta, pewną sensacją stała się obecność wśród innych szacownych nazwisk podpisu Józefa Dajczgewanda. To wyraźne opowiedzenie się po stronie kandydata prawicy wzbudziło ogromne kontrowersje w tej części środowiska marcowego, które utożsamiało się z „Gazetą Wyborczą” i Adamem Michnikiem. Dajczgewand był, obok Ireny Lasoty, jednym z niewielu reprezentantów tzw. środowiska komandosów, którzy podjęli odważną i zdrową polemikę z polityką historyczną środowiska „Gazety Wyborczej”.

Jaka droga życiowa zaprowadziła Józefa Dajczgewanda, syna dygnitarzy PZPR, na kurs kolizyjny wobec komunistycznej władzy?

Urodził się 4 września 1944 roku, tysiące kilometrów z dala od Polski, w Leninabadzie, na terenie obecnego Tadżykistanu. Jego rodzice, przedwojenni polscy komuniści, trafili tam w ramach ewakuacji po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku.

Do kraju powrócili wraz z dziećmi dopiero w 1946 roku i zamieszkali w Łodzi. W 1962 roku młody Józef podjął studia na Uniwersytecie Warszawskim – wpierw na Wydziale Matematyczno-Fizycznym, a potem przeniósł się na Wydział Filozoficzny. Bardzo szybko stał się jednym z tych studentów, którzy zaczęli kontestować politycznie epokę Władysława Gomułki. To on był twórcą nieoficjalnych spotkań pod eufemistyczną nazwą „Nowe formy”, które podejmowały dyskusje na tematy światopoglądowe. To on m.in. doprowadził do spotkania z popularnym wówczas publicystą partyjnym Zbigniewem Załuskim, na którym doszło do polemiki reżimowego pisarza w wojskowym mundurze ze Stefanem Kisielewskim. W trakcie dość ostrej wymiany zdań Kisielewski zarzucił wówczas władzy, że „traktuje patriotyzm jako pałkę, którą wali w głowy przeciwników politycznych”.

Pierwsze represje zaczęły się już w 1966 roku. Młody student został usunięty ze Związku Młodzieży Socjalistycznej (ówczesnej organizacji młodzieżowej PRL) za organizację niezależnych obchodów dziesiątej rocznicy zakończenia stalinizmu w Polsce. Potem posypały się kolejne represje – w grudniu 1967 roku wyrzucono go z akademika UW w Warszawie przy ul. Kickiego, a w styczniu 1968 roku odebrano mu stypendium naukowe. Dajczgewand przechodził typową metamorfozę młodzieży wychowanej wpierw w drużynach walterowskich, a potem próbującej jakoś odnowić ZMS. Typowe dla tego środowiska były próby wprowadzenia nieco różnorodności do oficjalnej ideologii socjalizmu. To właśnie Dajczgewand wymyślił hasło „Tysiąc kwiatów na tysiąclecie Polski”, które było nawiązaniem do słynnego wówczas powiedzenia przywódcy Chin Mao Tse-tunga o potrzebie dyskusji w partii, która rozkwitałaby niczym „sto różnych wielobarwnych kwiatów”. To właśnie Dajczgewand agitował w akademiku na Kickiego na rzecz wzięcia udziału przez studentów UW w demonstracji pod pomnikiem Mickiewicza w Warszawie przeciw zdjęciu z afisza „Dziadów” w Teatrze Narodowym.

Ponad miesiąc później, 7 marca 1968 roku, to właśnie w wynajmowanym mieszkaniu Dajczgewanda przy placu Komuny Paryskiej (dziś plac Wilsona) doszło do kluczowej narady środowiska „komandosów”, na której zadecydowano o wiecu następnego dnia na dziedzińcu UW w proteście przeciwko zwolnieniom studentów za udział w demonstracji pod pomnikiem Mickiewicza. Dajczgewand został zatrzymany przez SB 12 marca 1968 roku. Po latach tak wspominał śledztwo: „Szedłem korytarzem mokotowskiego więzienia, zza kolejnych drzwi wychylali się z niedowierzaniem esbecy i patrzyli na mnie jak na dzikiego zwierza, którego udało się złapać do klatki. Była wokół mnie atmosfera grozy. Moje nazwisko przewijało się w ulotkach rozrzucanych przez bezpiekę jeszcze przed marcem, pojawiało się początkowo w marcowej prasie (...) Pierwsze przesłuchanie było dość ostre. Traktowali mnie jak agenta wywiadu izraelskiego. Część esbeków była chyba przekonana, że wszyscy Żydzi na świecie postawili sobie wrogie Polsce cele, że ktoś tym kieruje i że ja doprowadzę ich po nitce do kłębka. Postanowiłem w ogóle nic nie mówić”.

Dajczgewand został skazany za swoją działalność w listopadzie 1968 roku przez Sąd Wojewódzki w Warszawie na dwa i pół roku więzienia. Przed sądem młody kontestator zachowywał się godnie i odważnie.

„Na procesie podkreślałem, że jestem polskim Żydem, co wzbudzało konsternację. Przyznawałem się do zaangażowania w ruch studencki i twierdziłem, że moje opinie dzieliła większość uczestników tego ruchu, nie tylko Żydów. To był mój punkt wyjścia – solidarność polsko-żydowska”.

Załamani atmosferą peerelowskiej nagonki antysemickiej rodzice Dajczgewanda postanowili wyjechać z Polski. Tę samą decyzję podjęła siostra Dajczgewanda, która także była aktywna w rewolcie marcowej. Siostra pojechała do Szwecji, a rodzice do Izraela. Gdy w 1969 roku Dajczgewand został przedwcześnie zwolniony z więzienia, znalazł się nagle w pustce społecznej wypełnionej powszechnym lękiem. To skłoniło go w 1970 roku do emigracji do Szwecji. Zamieszkał w Sztokholmie, ale bardzo szybko zaczął wspierać inicjatywy opozycyjne. W 1975 roku zasłynął brawurowym wyczynem. Pojawił się na spotkaniu na rzecz przyjaźni szwedzko-sowieckiej i osobiście spalił portret I sekretarza Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Leonida Breżniewa. Od 1977 roku organizował w Szwecji zbiórki na rzecz represjonowanych robotników Radomia i Ursusa, a potem wspierał ruch Solidarności.

Po 1990 roku zaczęły się rozchodzić jego drogi z Adamem Michnikiem i środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Jednym z pierwszych punktów różnicy zdań była kwestia dostępu do akt byłej SB. Adam Michnik twierdził, że otwarcie archiwów wywoła falę nienawiści i wzajemnych kłamliwych oskarżeń. Z kolei Dajczgewand głosił, że trzymanie archiwów pod kluczem jest odbieraniem szans ludziom represjonowanym, aby poznać prawdę na temat swojej przeszłości. Po latach, pytany, co skłoniło go, aby poprosić o wgląd do swojej teczki w IPN w 2005 roku, odpowiadał: „Sądzę, że duża część mojego życia mieści się właśnie w informacjach, które są zawarte w teczkach. Przez 20 lat nie mogłem jechać do Polski, to dotyczyło zresztą większości emigrantów marcowych. Wielu z nas miało poczucie krzywdy. Marzec był dla nas momentem odzyskania wewnętrznej wolności i pałki policyjne tego nie zmieniły. (...) Ja od samego początku byłem zaangażowany w „komandosach” i w jakiś sposób wycięty z historii Polski, historii Żydów polskich, z egzystencji. Może więc szukałem w tych teczkach jakiejś prawdy o tamtych czasach”.

Gdy Dajczgewand dotarł już do swoich dokumentów, stwierdził, że jego teczka jest wyczyszczona z wielu okresów. Pytany o tę sprawę w jednym z wywiadów opowiadał: „Nie wiem, kto miał te dokumenty i kto miał do nich dostęp. Może one dotyczą także innych osób, z którymi ja miałem kontakt. Przecież w moją sprawę wmieszanych było masę osób. A części z nich w teczce nie ma. Mało jest o Adamie Michniku (...) Podejrzewam, że może ktoś starał się część dokumentów schować (...) Jak ktoś ma dostęp do informacji, koleguje się z generałami, może wejść, zobaczyć wszystko, sfotografować i trzymać to jako (...) Nie wiem, to są spekulacje i w dodatku złośliwe”.

Różnica zdań między Dajczgewandem a Michnikiem miała swoje konkretne konsekwencje. Dajczgewand zazwyczaj nie był zapraszany przez główną część środowiska komandosów na kolejne rocznicowe spotkania ku czci marca 1968. Kąśliwie pisał o tym publicysta „Rzeczpospolitej” Maciej Rybiński 9 marca 2008 roku w tekście „Zawłaszczony marzec”.

„Dzieje marca ’68 to w wiodącym nurcie polskiej historiografii, a zwłaszcza publicystyki politycznej, historia rozterek ideowych gromady młodych ludzi znanych z nazwiska i fotografii pamiątkowych (...) Gdy czyta się tak wszystkie tegoroczne okazjonalne teksty o marcu ’68, rzuca się w oczy, że nawet spośród tego twardego jądra (...) nie każdy jest jednakowo fundamentalny dla losów Polski. Józef Dajczgewand nie może więc liczyć nawet na ułamek zainteresowania przynależnego Adamowi Michnikowi”.

Z okazji 40. rocznicy młodzieżowej rewolty prezydent Lech Kaczyński odznaczył Józefa Dajczgewanda Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Działo się to w momencie, kiedy część uczestników tamtych wydarzeń demonstracyjnie odmówiła przyjęcia orderu z rąk ówczesnego prezydenta. W 2006 roku, czyli dwa lata wcześniej, takim samym Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą został odznaczony Seweryn Blumsztajn. W 2008 roku order ten Blumsztajn zwrócił prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, który w jego opinii „znieważał dorobek, historię i symbole opozycji demokratycznej Solidarności”.

Józef Dajczgewand do końca życia mieszkał w Sztokholmie. Nie zdecydował się na powrót do Polski po upadku PRL.

Piotr Semka

Z cyklu: Z dziejów III RP

O autorze

Piotr Semka