Zresztą w nagraniach utrwalonych w filmie „Nocna zmiana” już rzuca się w oczy, że Wałęsa uznaje przejęcie kontroli nad dokumentami dawnej SB za jedno z najważniejszych działań po odsunięciu Antoniego Macierewicza, ówczesnego szefa MSW od władzy.
Nieprzypadkowo Wałęsa przeforsował na stanowisko nowego szefa resortu spraw wewnętrznych ślepo posłusznego sobie Andrzeja Milczanowskiego. Ten szczeciński adwokat był zdumiewającym przykładem kogoś, kto z dawnego antykomunistycznego opozycjonisty zamienił się w rodzaj kustosza dawnych archiwów SB, które w jego przekonaniu nie powinny być nigdy upublicznione. Nic więc dziwnego, że niedługo po tym, jak Milczanowski objął swoje stanowisko, z sejfu wcześniejszego szefa UOP Piotra Naimskiego zabrano dokumenty dotyczące agenta „Bolka”, czyli Lecha Wałęsy, który po upadku strajku w grudniu 1970 roku rozpoczął wieloletnią współpracę z bezpieką.
Dr Piotr Gontarczyk, badacz sprawy „Bolka” wyjaśnia, że nie była to oryginalna teczka „Bolka”. Jak zaznacza: „Ręcznie pisane przez Wałęsę donosy w postaci raportów dla swoich esbeckich zwierzchników przepisywane były na maszynie. Oryginały w postaci rękopisów meldunków Wałęsy trafiały do teczki pracy agenta „Bolek”, a ich odpisy kierowano do dokumentów w sprawach obiektowych inwigilacji załogi Stoczni Gdańskiej (krypt. „Arka”) oraz w sprawie obiektowej „Jesień’70”, która zbiorczo obejmowała informacje analityczne i rozpracowanie uczestników wydarzeń grudniowych w Trójmieście. Inne egzemplarze trafiały zapewne do teczek kolegów, na których donosił. Dziś wiemy już, że oryginał teczki „Bolka” został wyniesiony z MSW i znajdował się w mieszkaniu byłego szefa MSW w czasach rządów Jaruzelskiego Czesława Kiszczaka. Tom na czym położył rękę Lech Wałęsa po obaleniu rządu Olszewskiego, to były wszystkie odpisy raportów sporządzanych przez Wałęsę, wyciągnięte lub skopiowane z poszczególnych teczek spraw obiektowych, znalezione przez ludzi Macierewicza do 1992 roku. Dokumenty dotyczące TW „Bolka” z sejfu Naimskiego trafiły wpierw do oględzin przez komisję Jerzego Ciemniewskiego, którą koalicja pogromców rządu Olszewskiego powołała dla zbadania wykonania ustawy lustracyjnej przez ministra Antoniego Macierewicza. Potem aż dwa razy komplet dokumentów przekazano w ręce samego Wałęsy. Akta te powróciły do UOP zdekompletowane - bez licznych dokumentów. Unikający bezpośredniej krytyki Wałęsy historycy używają określenia: „wypożyczenie dokumentów”. Ale dr Piotr Gontarczyk używa wprost określenia: „przywłaszczenie dokumentów”.
Na dobrą sprawę kwestia ta powinna być wyjaśniona do dzisiaj. W świetle ustawodawstwa zabór (dodatkowo niejawnych wówczas) dokumentów był i jest przestępstwem. Uzasadnione byłoby nawet przeprowadzenie rewizji w domu Lecha Wałęsy w celu odzyskania oryginalnych esbeckich odpisów rękopiśmiennych jego donosów. W latach 90. prowadzono śledztwo w tej sprawie, ale dokumentów u Wałęsy nikt nie szukał i sprawę szybko umorzono. Znalezienie oryginałów dokumentów w mieszkaniu wdowy po gen. Kiszczaku spowodowało, że kwestia rozstrzygnięcia jego winy stała się oczywista.
Ale Wałęsa nie tylko działał na rzecz zabezpieczenia „dowodów” na swoją kolaborację z komunistami. Ówczesny prezydent nie zapomniał o zemście na kapitanie Adamie Hodyszu, szefie gdańskiej delegatury UOP, który – jak podejrzewał Wałęsa – przekazał odpisy z akt TW „Bolka” do lustracyjnego zespołu powołanego przez Macierewicza. Na osobisty wniosek prezydenta Milczanowski odwołał Hodysza natychmiast po przejęciu władzy. Była to wyjątkowo podła i niska zemsta zważywszy, że Hodysz był jedynym oficerem gdańskiej SB, który podjął ryzyko informowania podziemia o działaniach władzy przeciwko działaczom antykomunistycznym. Zaś szczytem perfidii Wałęsy był argument, że Hodysz nie może pozostawać na swoim stanowisku, gdyż skoro zdradził komunistów, to może zdradzić i obecną władzę. Mówił to człowiek, który sam nie był zdolny – i nie jest zdolny do dziś – przyznać się publicznie, że donosił na swoich kolegów ze Stoczni. Bardzo charakterystyczne też dla ówczesnego sposobu działania Wałęsy było szukanie przez niego haków na dawnych kolegów z opozycji. Sporo do myślenia daje fakt, że ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński przekazał na żądanie Belwederu dużą liczbę mikrofilmów zawierających akta dawnej SB, które podwładni Czempińskiego zarekwirowali w czasie rewizji u byłego majora SB Jerzego Frączkowskiego. Wiadomo, że mikrofilmy dotyczyły akt takich działaczy wolnych związków zawodowych, jak Bogdan Borusewicz, Lech Kaczyński czy Bogdan Lis. I w tym wypadku Wałęsa nigdy tych dokumentów na temat kolegów nie zwrócił. Można podejrzewać, że do dzisiaj mogą być w jego posiadaniu.
Krzysztof Wyszkowski, były działacz gdańskiej opozycji podaje to jako przykład obsesji Wałęsy na punkcie gromadzenia haków na temat swoich potencjalnych rywali. W paradoksalny sposób Wałęsa, podejmując działania na rzecz ukrycia przed światem dowodów swojej winy – potwierdzał swoje nieczyste sumienie. Uporczywe zaprzeczanie swojej współpracy z SB kontynuował przez kolejne lata aż do dziś. Paradoksalnie zakamarki domu Czesława Kiszczaka, gdzie schowano teczkę „Bolka”, okazały się najlepszym miejscem przechowywania dokumentów, których Wałęsa tak pilnie poszukiwał.
Gdyby teczka ta została w zasobach MSW po czerwcu 1989 roku niewykluczone, że Wałęsa zniszczyłby ją już wtedy, w czerwcu 1992 roku. Jak się okazuje, Opatrzność miała inne plany.