Opinia

Piotr Semka dla Frondy: Na zachodzie – mnóstwo zmian

W niedzielny wieczór całe Niemcy z uwagą śledziły wyniki dwóch wyborów landowych – w mieście Berlin (które ma faktycznie status osobnego kraju związkowego) oraz w Meklemburgii (Pomorzu Przednim).

Piotr Semka 21.09.2026
Fot. screenshot: YouTube (faz)
Fot. screenshot: YouTube (faz)

Zacznijmy od stolicy Niemiec. Zdecydowanie wygrała tu partia postkomunistyczna Die Linke, która uzyskała 25,7%. To wzrost aż o 13,5% w porównaniu z poprzednimi wyborami. 

 

Skąd Die Linke wzięła aż taki skok poparcia? 

 

Bardzo wiele wskazuje, że kluczem do sukcesu był wybór na głównego kandydata tej partii pani Elif Eraip. Ta 45-letnia działaczka lewicy urodziła się w 1981 roku w Monachium, gdzie mieszkali jej rodzice, wygnani z ojczyzny działacze Tureckich Związków Zawodowych. Musieli opuścić swoją ojczyznę wskutek politycznych represji wywołanych za wojskowym zamachem stanu. Teraz jest ona bojową działaczką lewicy, a postkomunistyczna proweniencja jej partii zupełnie jej nie przeszkadza. Ale to nie koniec problemów, które ta postać powoduje w niemieckim życiu politycznym. Problem w tym, że Elif Eraip na swoje wiece przyciąga ogromną ilość imigrantów o korzeniach muzułmańskich, którzy demonstrują na rzecz Palestyny i bardzo często okazują swoją wręcz eksterminacyjną wrogość wobec Izraela. Ich symbolem jest arbuz, czyli owoc o barwach zielono-biało-czerwono-czarnej flagi palestyńskiej. Nikt tego nie chce powiedzieć wprost, ale trudno nie skojarzyć wygranej Die Linke z ponadnormatywną mobilizacją wyborców imigranckich. Szczególnie tych o islamskich korzeniach. A to oznacza, że nad Sprewą powtórzył się scenariusz ze Szwecji, gdzie podobna mobilizacja imigrantów muzułmanów dała zwycięstwo szwedzkiej lewicy. Nic więc dziwnego, że wielu internautów pisze o scenariuszu z książek Michela Houellebecqa. Chodzi oczywiście o jego powieść „Uległość”, w której muzułmanie stają się tak liczną mniejszością, że stają się języczkiem u wagi we wszystkich najważniejszych wyborach w państwach zachodnioeuropejskich. 

 

Tuż za Die Linke sytuuje się CDU ze słabym jak na swój dotychczasowy potencjał wynikiem 18,8%. To spadek aż o 9,4% w porównaniu z poprzednimi wyborami. A na trzeciej pozycji usytuowało się AFD z wynikiem 16,3%. To o 7,2% więcej niż w ostatnich wyborach. Dotychczas trzęsąca Berlinem SPD uzyskała słaby wynik 12,1%, co oznacza, że w porównaniu z wyborami sprzed pięciu lat utraciła 6,3% głosów. Elif Eraip zakończyła swoją powyborczą mowę zdaniem po turecku: „Napisałyśmy historię moje przyjaciółki”. Była to podwójna demonstracja – tureckich korzeni i feministycznej ideologii.  A media nagłośniły informację, że na wieczorze wyborczym Die Linke w emigranckiej dzielnicy Neukölln pojawił się Issa Remmo, przywódca niesławnego klanu przestępczego Remmo. Ten lokalny „autorytet”, pytany przez dziennikarzy o wrażenia odpowiedział, że pierwszy raz w Niemczech poczuł się wspierany przez jakąkolwiek partię polityczną.

 

Zupełnie inny krajobraz polityczny wytworzyły wybory krajowe w Meklemburgii. Zwyciężyła tu AFD z wynikiem 38,2% co oznacza skok w porównaniu z poprzednimi wyborami aż o 21,5%. Dopiero za „Niemieckimi” umieściła się rządząca tu od lat SPD, która jednak uzyskała solidny wynik 35,5%. Solidny, ale mniejszy w porównaniu z tym sprzed pięciu lat o 4,1%. Mocna pozycja meklemburskich socjaldemokratów to wynik osobistej popularności Manueli Schwesig. Na kolejnych pozycjach usytuowano się Die Linke z wynikiem 6,5% oraz Zieloni z wynikiem 5,7%. 

 

Największą sensacją i znakiem czasu jest to, że CDU – partia rządzącego Niemcami kanclerza Friedricha Merza w ogóle nie dostała się do parlamentu landowego. To pierwszy taki przypadek w skali Niemiec od 1949 roku. Wygrana AFD niewiele daje, bo silna SPD stworzy tu alternatywną koalicję z Die Linke i Zielonymi. Ale wygrana partii Alice Weidel to oznaka, że niebieska ewolucja nadal ogarnia landy dawnego NRD, a nawet przenosi się na terytorium dawnych zachodnich Niemiec. 

 

Tak więc w Berlinie po raz pierwszy od 1990 roku burmistrzem będzie postkomunista, a w Meklemburgii utrzyma się silna pozycja lokalnej „carycy” Manueli Schwesig. Ten ostatni przydomek nie jest przypadkowy. Manuela Schwesig w okresie przyjaźni rosyjsko-niemieckiej była najbardziej zażartą zwolenniczką bałtyckiej rury. Miała też kontakty z wieloma podejrzanymi biznesmenami działającymi na styku kooperacji na linii Berlin – Moskwa.  W tej sytuacji groteskowo brzmią zachwyty części mediów, że liderka SPD zatrzyma napór prorosyjskiej AFD. Co to za sukces, gdy owa obrończyni Meklemburgii sama ma mnóstwo znajomości wśród ludzi Putina? Ogólny wniosek z obu wyborów jest jeden. Wyborcy popierają albo wyrazistą lewicę, albo wyrazistą prawicę. Takie partie jak CDU czy SPD, które odbudowywały niemiecką demokrację po II wojnie światowej chylą się ku schyłkowi. A emigranci stają się siłą, która decyduje o zwycięstwie w dużych miastach. W wypadku Berlina oznaczać to będzie coraz większe nasilenie utajonego antysemityzmu. Niemcy stają się coraz bardziej odmienne od tego wyobrażenia jakie ma o nich większość Polaków. Polaryzacja zaczyna rozdzierać kraj naszych sąsiadów zza Odry.

Źródło: Fronda.pl

O autorze

Piotr Semka