Stara polityczna prawda mówi, że naprawdę ważne polityczne rozstrzygnięcia odbywają się w ciszy i bez obecności kamer. I właśnie w tym kontekście warto bardzo poważnie potraktować pogłoski o wielkim politycznym dealu między Donaldem Tuskiem a liderem Nowej Lewicy Włodzimierzem Czarzastym. Miałby to być punkt wyjścia do idei pójścia całej Koalicji 13 grudnia do wyborów z jednej listy. To, że bardzo szybko pojawił się sondaż wskazujący, że taka megalista mogłaby uzyskać nawet 46%, tylko potwierdza te plotki. Naturalne jest, że Tusk, tworząc taką polityczną kombinację, musiał zacząć od Czarzastego, którego ugrupowanie zdobywa w sondażach od wielu miesięcy solidne od 7 do 8%. A gdy już będzie przypieczętowany pakt „różowych” z „czerwonymi”, to wtedy łaskawie można otworzyć na przetarg, na pukanie do drzwi premiera polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz dwóch ugrupowań, które pozostały po obozie Szymona Hołowni – starej Polski 2050 oraz odprysku od tamtego głównego nurtu, czyli Unii Centrum na czele z Pauliną Hennig-Kloską. PSL co prawda nie deklaruje jeszcze wejścia do takiego bloku i posłowie ludowców trzymają się linii, że być może wystartują samemu, ale to tylko, jak się zdaje, nadrabianie miną. I PSL, i Polska 2050 w sondażach nie mają szans na przekroczenie progu wyborczego i wszystko wskazuje, że niedługo będą musieli zgiąć kark przed potężnym Donaldem. Ale zanim do tego dojdzie Tusk musi jeszcze wcielić w życie swoją osobistą zemstę. Z funkcji lidera Polski 2050 musi ustąpić Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, której obecny premier nigdy nie cierpiał i w demonstracyjny sposób lekceważy ją na posiedzeniach Rady Ministrów. A ponieważ pani Katarzyna, jako minister funduszy i polityki regionalnej niczym specjalnym się ostatnio nie odznaczyła, aż prosi się, by ją zdymisjonować. Tym bardziej, że Tusk może obsadzić jej stanowisko Szymonem Hołownią, który znowu, według ostatnich plotek, kuszony jest propozycją wejścia do rządu i opuszczenia funkcji wicemarszałka sejmu. Sam Donald Tusk pytany o jakiekolwiek zmiany robi tajemnicze miny.
„Ja swoje uwagi na temat pracy pani minister Pełczyńskiej skierowałem do niej w osobistej rozmowie i także na posiedzeniu rządu, ale nie należę do tych premierów, którzy narzekają na swoich ministrów na konferencjach prasowych tylko wtedy, kiedy uważam, że trzeba dokonać zmiany, to dokonuję tej zmiany.”
Tusk jednak zaznacza, że do rekonstrukcji rządu dojdzie dopiero we wrześniu lub październiku.
Równie tajemniczy jest sam Hołownia, który ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył plotkom.
„Na razie jestem na urlopie z rodziną więc nawet gdyby (miałbym wejść do rządu), to do końca miesiąca pewnie nic się nie wydarzy”.
Pełczyńska-Nałęcz zrewanżowała się Hołowni za takie tajemnicze wypowiedzi ostrym komentarzem: „Brzmi to tak, jakby ktoś za stołek chciał przekupić Szymona Hołownię”. Tak czy inaczej, ta osobliwa wymiana opinii dwóch postaci, z których jedna stała kiedyś na czele Polski 2050, a druga szefuje jej obecnie, pokazuje z jak słabym partnerem ma do czynienia Donald Tusk. A jeśli dorzucić do tego fatalny poziom sondaży PSL, to widać jak bardzo wizja jednej listy Koalicji 13 grudnia wydaje się być realna. Tusk wie, że premia za jedność to ze strony wyborców bardzo częste zjawisko. A wrażenie zjednoczenia wszystkich sił „demokratycznych” wokół Tuska może być cennym atutem na tle fragmentaryzacji polskiej prawicy. Kto by takiego atutu nie wykorzystał?