Pomnik zdobywcy Słowacji na przełomie 1944 i 1945 roku wygląda prawie jak karykatura. Sowiecki dygnitarz stoi na mocno rozstawionych nogach, w wysokich wojskowych butach w typowej pełnej buty pozie zdobywców spod znaku czerwonej gwiazdy.
Pomysł uczczenia sowieckiego marszałka pomnikiem pojawił się w czasie spotkania prezydenta Rosji Władimira Putina i premiera Słowacji Roberta Ficy w Moskwie w maju 2025 roku. Gość z Bratysławy był jedynym premierem krajów Unii Europejskiej, który przyjął zaproszenie na paradę z okazji dnia zwycięstwa z okazji 80-tej rocznicy rozgromienia III Rzeszy. Ponieważ Fico chciał wykonać jakiś gest wobec gospodarza Kremla, pochwalił się inicjatywą Stowarzyszenia Bojowników Antyfaszystowskich na Słowacji – czyli czegoś w rodzaju polskiego postkomunistycznego ZBOWiD – wybudowania pomnika dla Koniewa w tzw. „Dolinie śmierci” w okolicach wsi Kružlowá koło Svidnika w północno-wschodniej części Republiki Słowacji. To właśnie tam w październiku 1944 roku toczyły się bardzo ciężkie walki Armii Czerwonej i wspomagających ich oddziałów czechosłowackich stworzonych na trenie ZSRS z doborowymi oddziałami Wehrmachtu.
Oczywiście odsłonięcie pomnika było doskonałą okazją do politycznego show dla ambasadora Rosji w Bratysławie Sergieja Andrejewa, który nota bene w latach 2014-2025 był ambasadorem Rosji w Polsce. Sam Fico mimo wszystko nie pojawił się na uroczystości. Zastąpił go wiceprzewodniczący rządowej partii SMER L’uboš Blaha. Ma on w rodzimej partii premiera Fico status wręcz „rosyjskiego łącznika”. W 2025 roku odwiedził Rosję i głosił tam, że w sytuacji gdy „zachód jest złamany – Rosja pozostaje silna”. Tą opinię wzmocnił jeszcze stwierdzeniem, że „zachód przegrywa a Rosja wygrywa”. Spotkał się też w trakcie pobytu w stolicy Rosji z szefem służby wywiadu zagranicznego Sergiejem Naryszkinem. Nie ukrywa że fascynują go idee amerykańskiego politologa i geopolityka Johna Mearsheimera, który lansuje realizm w stosunkach USA z Kremlem.
To fetowanie sowieckiego marszałka wywołało kwaśne uwagi w sąsiednich krajach. Na Węgrzech przypomniano, że to właśnie marszałek Iwan Koniew dowodził sowiecka interwencja, która doprowadziła do krwawego stłumienia powstania węgierskiego w 1956 roku., Równie kąśliwe uwagi na temat uroczystości w Kružlowej wywołała w Czechach. Tam pomnik Koniewa usunięto już wiele lat temu. Nota bene w grudniu 2019 roku Pavol Seckár – honorowy przewodniczący Słowackiego Związku Bojowników Antyfaszystowskich próbował proponować Czechom przekazanie zdemontowanego pomnika Koniewa na Słowację. Czesi odmówili, więc związek zamówił pomnik u słowackiego speca od ponownego fetowania sowieckich marszałków, rzeźbiarza Slavomira Gibeja. Ten ideowy twórca może poszczycić się już autorstwem monumentu ku czci innego sowieckiego dowódcy, który walczył na Słowacji w czasie II wojny światowej marszałka Rodiona Malinowskiego, który swoim pomnikiem zdobi wieś Stary Tekov koło Nitry. Jak więc widać sowieto-nostalgia kwitnie za Tatrami w jak najlepsze. To jeszcze tradycja sięgająca lat 90-tych kiedy to ideowy poprzednik premiera Fico – Vladimir Meciar organizował wielkie obchody 9 maja dnia zwycięstwa na terenie bratysławskiego mauzoleum poległych żołnierzy sowieckich na Slavinie.
Każdy kto odwiedza wschodnią część Słowacji zauważy, że pomniki ku czci Armii Czerwonej są tam niezwykle częste. W jakim stopniu przełoży się to na wybory Słowaków w razie jakiegoś konfliktu z Rosją? To delikatny temat, którego mało kto chce poruszać.