I wtedy dodatkowo zabierają głos ci wcześniejsi surowi krytycy generała Tadeusza Bora Komorowskiego i generała Tadeusza Pełczyńskiego, jako „zbrodniarzy, którzy spalili Warszawę”. I powtarza się pyszałkowata mantra: „Dlaczego upieramy się świętować narodowe katastrofy zamiast skupić się na fetowaniu takich zwycięstw, jak wygrana nad marszałkiem Tuchaczewskim pod Radzyminem i Ossowem sprzed 106 lat?”.
Co roku mam ochotę polemizować z takim stawianiem sprawy i uczynię to także i teraz. Co by było, gdyby w 1920 roku manewr Józefa Piłsudskiego, czy jak kto woli Tadeusza Rozwadowskiego, zawiódł wskutek jakiegoś niepomyślnego zbiegu okoliczności? Czy wtedy rozjuszony oporem Polaków Dowódca Frontu Zachodniego Armii Czerwonej Michaił Tuchaczewski nie pozwoliłby swoim krasnoarmiejcom na masakrę mieszkańców Warszawy i palenie „burżuazyjnego” miasta? Czy gdyby do tego doszło, nie znaleźliby się internetowi pieniacze, którzy by po latach wskazywali, że było szaleństwem bronić stolicy przed bolszewikami? Czy nie powstawałyby książki o tym, że Polska powinna wtedy przyjąć mimo wszystko żądania dyplomacji sowieckiej, która chciała sprowadzić Polskę do skali małego kraiku o granicach przypominających Królestwo Kongresowe z niewielką armią i najprawdopodobniej kontrolowaną przez komunistów polskich „milicją robotniczą”? Że lepsze byłoby to od ewentualnej masakry Warszawy i jej spalenia?
Przypomnijmy sobie, jakie były też żądania sowieckich dyplomatów, którzy stanęli twardo po stronie pokonanych Niemiec i żądali z jednej strony zrzeczenia się Gdańska oraz oddania Wilna i Wileńszczyzny na rzecz Litwy. A przyjęcie przez Polskę tzw. linii Curzona miała już wtedy oddać Kresy Białorusinom i Ukraińcom.
Piłsudski wówczas odrzucił to dobrowolne wsadzanie przez Polskę głowy do sowieckiej obroży i zaryzykował.
Dziś wiemy, że mnóstwo rzeczy, które nam się wtedy powiodły, było efektem paru szczęśliwych przypadków. Tak było z udanym zagłuszeniem sowieckich radiostacji, bardzo szczęśliwy dla nas sposób transportu amunicji z Węgier przybył w ostatniej chwili na dworzec w Skierniewicach 12 sierpnia 1920 roku i dzięki temu cekaemiści pod Warszawą mieli czym strzelać do czołówek armii Tuchaczewskiego. W rezultacie zwyciężyliśmy, ale wcześniej musieliśmy zdobyć się na podjęcie ryzyka.
I takie samo ryzyko podjęli dowódcy AK, którzy zaryzykowali bój o Warszawę, który zaczął się w godzinie „W”, o 17.00 1 sierpnia 1944 roku. Jest absurdem sławienie jednego zwycięstwa opartego na ryzyku przy jednoczesnym deprecjonowaniu innego ryzyka, w którym okoliczności splotły się przeciwko nam. Wiem, że zaraz odezwą się internetowi mądrale, którzy będą udowadniać, że to do dowódców należy ocena procentu szans na powodzenie walki. Ale dzieje wojskowości pokazują, że bardzo często dokładne wyliczenie takich szans jest praktycznie niemożliwe. I te prawdę przypomnijmy raz jeszcze tuż przed tą brzemienną we wspomnienia duszną, upalną noc z 14 na 15 sierpnia, kiedy to nasze babki modliły się o zwycięstwo polskich żołnierzy a nastolatkowie uciekali z domów, aby dołączyć do obrońców radzymińskiej reduty.