Opinia

Piotr Semka dla Frondy: Gra w głuchy telefon

Piotr Semka 22.10.2026
Fot. za: Flickr – President of Ukraine CC 0
Fot. za: Flickr – President of Ukraine CC 0

Ogłoszenie przez Lwowską Radę Obwodową przyszłego, 2027 roku, rokiem pamięci o UPA i jej dowódcy Romanie Szuchewyczu wzbudziło oburzenie i rozgoryczenie w Polsce. W odpowiedzi Radosław Sikorski wpisał na listę osób niepożądanych w Polsce osobę Światosława Szeremeta, deputowanego Lwowskiej Rady Obwodowej i inicjatora pomysłu ustanowienia roku pamięci Szuchewycza. Nowy prezydent Krakowa Łukasz Gibała zapowiedział zawieszenie współpracy Krakowa ze Lwowem, a prezydent Wrocławia Jacek Sutryk wysłał protestacyjny list do władz miasta Lwowa. 

 

Występując w jednej z telewizji, wiceminister Marcin Bosacki ogłosił, że uzyskał za pomocą nieformalnych kontaktów zapewnienie, że uchwała Lwowskiej Rady „nie wejdzie w życie”. Ale ta bardzo daleko idąca deklaracja na razie jest tylko obietnicą. Konkretem za to jest oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które budzi już o wiele bardziej mieszane uczucia. W opublikowanym oświadczeniu ukraiński MSZ wskazuje, że ruch Lwowskiej Rady jest „szkodliwy dla obecnych wysiłków” rozwoju stosunków polsko-ukraińskich. Ale jednocześnie MSZ Ukrainy wskazuje, że decyzja podjęta przez Lwowską Radę to decyzja organu samorządowego, a nie centralnego. Podkreślono, że radni nie zwracali się w tej kwestii o opinię do MSZ ani innych władz państwa. Oświadczenie wreszcie kończy się zaznaczeniem, że „decyzje polityczne samorządów regionalnych nie powinny szkodzić interesom narodowym Ukrainy”, a jednocześnie strona ukraińska apeluje do Polski o „powstrzymanie się od radykalnych kroków, które mogłyby zatrzymać proces normalizacji stosunków”. Jakie z całej sprawy można wyciągnąć wnioski? Po pierwsze, ukraińskie MSZ umywa ręce od całej sprawy. Wskazuje, że była to decyzja lokalnego samorządu i w żaden sposób nie potwierdza deklaracji wiceministra Bosackiego, że rząd centralny będzie starał się, aby uchwała nie weszła w życie. 

 

To klasyczny wręcz przypadek pokazujący, jak bardzo urzędnik polski naraża się na śmieszność ogłaszając publicznie jakieś głosy drugiej strony, wyrażane zakulisowo. W dyplomacji można opierać się albo na publicznych deklaracjach, albo ufać w dyskretne sygnały. Ale powoływanie się na dyskretne sygnały publicznie wystawia urzędnika na pośmiewisko. 

 

Po drugie, dla Polaków jest to gorzki sygnał, że konflikt z wiosny bieżącego roku wokół nadania przez prezydenta Wołydymyra Zełenskiego  imienia bohaterów UPA dla jednej z jednostek armii ukraińskiej nie zaowocował żadnym większym wyczuleniem strony ukraińskiej wobec polskiej wrażliwości historycznej. Prezydent Zełenski na tylu polach wykazuje swoją sprawczość, że opowiadanie o władzach w Kijowie zaskoczonych inicjatywą Lwowskiej Rady obwodowej można włożyć między bajki. 

 

Cała historia powtarza krytykowany już wielokrotnie model relacji polsko-ukraińskich, w których Warszawa przyjmuje za dobrą monetę nieformalne obietnice Kijowa, a potem zostaje zaskoczona ich niedotrzymywaniem w formie publicznych deklaracji. Oznacza to, że w polityce z Ukrainą wszelkie „dżentelmeńskie umowy” nie gwarantują niczego. 

 

To, co zdumiewa, to to, że Ukraina zdobywa się na taki pokaz lekceważenia polskiej dyplomacji w momencie, kiedy pozycja międzynarodowa Kijowa wyraźnie słabnie. Jak się jednak okazuje, zafiksowanie na kulcie UPA i Romana Szuchewyczu jest dla strony ukraińskiej ważniejsze. I żadne dwuznaczne oświadczenia ukraińskiego MSZ nie zmienią oburzenia Polaków. A ponieważ to oburzenie wynika z powtórzenia się demonstracji proupowskich, to jego przełożenie na nastroje społeczne będzie jeszcze bardziej znaczące. Naprawdę nie sposób już zrozumieć, dlaczego Kijów i Lwów posuwają się z uporem na tej drodze do nikąd. 

Źródło: Fronda.pl

O autorze

Piotr Semka