22 października Stolica Apostolska opublikowała obszerny dokument „Venite ad me”, który został poświęcony ewangelizacji. Napisał go kardynał Victor Manuel Fernández, prefekt Dykasterii Nauki Wiary. Tekst jest wielowątkowy, ale uwagę licznych komentatorów zwróciła uwagę część poświęcona liturgii.
Kardynał, który był niezwykle bliskim współpracownikiem Franciszka, a któremu najwyraźniej ufa także papież Leon XIV, przedstawił liturgię tak, jakby nie był wcale autorem wielu dość liberalnych dokumentów. Podkreślał znaczenie tych aspektów celebracji mszy świętej, które na ogół ważne są dla… tradycjonalistów. W dodatku, zacytował obszernie samego Romano Guardiniego. Guardini to jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku. Napisał między innymi genialną książkę „Bóg. Nasz Pan Jezus Chrystus. Osoba i życie”, gdzie w fenomenalny sposób ujął wyjątkowość Zbawiciela, przedstawiając Jego postać tak, że – jak sądzę – nawet agnostyk nie przejdzie obok tego obojętnie. Dla naszych rozważań ważniejsza jest jednak praca Guardiniego „O duchu liturgii”, która była jednym z najważniejszych dzieł w intelektualnej historii Józefa Ratzingera. To właśnie ta praca pozwoliła przyszłemu Benedyktowi XVI na wypracowanie głównych ścieżek myślenia o liturgii, co zaowocowało jego własną publikacją „Duch liturgii”, stanowiącą literacki dialog z myślą Guardiniego. Ostatecznie to właśnie dzięki temu myślicielowi Benedykt mógł podjąć swoją wiekopomną decyzję z 2007 roku o przywróceniu swobody celebracji Mszy trydenckiej, nagle zakazanej po II Soborze Watykańskim. Nawet jeżeli po pontyfikacie Franciszka niewiele z tego zostało, Kościół katolicki może w przyszłości sięgnąć po rozstrzygnięcia Benedykta, mające wszelkie cechy ponadczasowości.
W tej sytuacji pozytywnie zaskakuje, że kardynał Fernández sięgnął właśnie do Guardiniego. W dodatku wydobył z niego to, co naprawdę bliskie milieu tradycjonalistycznemu. Opisał mianowicie podróż tego teologa na Sycylię, gdzie Guardini był świadkiem niezwykle rozbudowanej, misteryjnej liturgii sprawowanej w katedrze Monreale. To rzeczy, które są całkowicie niezgodne z naszym aktualnym pojęciem liturgii. Dziś ceni się „aktywizm” rozumiany jako „włączanie” świeckich w przebieg liturgii – trzeba być w prezbiterium, coś robić, mówić, działać… W doświadczeniu Guardiniego jest zupełnie inaczej. Wierni uczestniczą w liturgii niesamowicie głęboko – ale nic nie robią. Po prostu patrzą. Obserwują święte misteria i w ten sposób spotykają Jezusa Chrystusa. „Święta ceremonia trwała ponad cztery godziny, ale przez cały czas towarzyszył jej żywy udział. Istnieją różne sposoby modlitewnego uczestnictwa. Jeden odbywa się poprzez słuchanie, mówienie i gest, a drugi poprzez patrzenie” – pisał Guardini. To prawda, która jest nieledwie istotą każdej mszy przedsoborowej. Wierni mogą zachowywać całkowitą ciszę, ale przeżywają Najświętszą Ofiarę bardzo głęboko – być może głębiej, niż byłoby to dla nich możliwe w pewnej hałaśliwości, która towarzyszy zwykle współczesnym celebracjom zreformowanej liturgii.
Czy to oznacza, że w Watykanie cokolwiek się zmienia? Bynajmniej. Papież Leon XIV pozostaje głęboko przywiązany do Novus Ordo Missae; nie ma u niego choćby cienia zrozumienia dla tych, którzy wolą uczestniczyć w rycie przedsoborowym. Niemniej jednak refleksja Fernándeza musi cieszyć choćby jako punkt, do którego można się odwoływać w dyskusjach. Nie przekona to tych, którzy są ideologicznie wpatrzeni w reformę liturgiczną albo tych, którzy ściśle utożsamiają ruch tradycjonalistyczny z całym „antysoborowym” światopoglądem – pozwala jednak przynajmniej na to, by z powołaniem się na oficjalny autorytet kościelny, inny niż Benedykt XVI, argumentować „za” dopuszczalnością w Kościele katolickim tradycyjnej liturgii. Wiem, że to niewiele – ale na pustyni cieszy każda kropla wody. Pod względem sympatii dla liturgicznego piękna dokument „Venite ad me” jest właśnie taką kroplą w świecie, który traktuje mszę trydencką jak rzeczywistość zupełnie obcą.