Opinia

Paweł Chmielewski dla Frondy: Niemiecka rewolucja z zadyszką

Paweł Chmielewski 04.09.2026

Pod koniec sierpnia władze Kościoła w Niemczech podały, że na czas nieokreślony zostało odroczone pierwsze posiedzenie Zgromadzenia Synodalnego. To oznacza, że niemiecka rewolucja przynajmniej w jednym aspekcie musi poważnie przyhamować.

W 2019 roku rozpoczęła się za Odrą tak zwana Droga Synodalna. W ramach tego procesu wymyślono cały szereg „usprawnień”, związanych co do zasady ze starym liberalnym programem reformistycznym. Niemcy mieli ambicję, by wypracować „nowoczesny” modelowy katolicyzm dla krajów rozwiniętych, który zostałby później wdrożony w życie także w innych państwach europejskich, latynoskich czy azjatyckich.

Dzięki pontyfikatowi Franciszka wiele udało im się osiągnąć, w tym błogosławienie par tej samej płci. Niezrealizowana została jednak chyba najważniejsza reforma, dotycząca sposobu sprawowania władzy. W Kościele w Niemczech, jak wszędzie na świecie, rządzą biskupi: każdy we własnej diecezji. Sprawy ogólnokrajowe rozwiązuje się w ramach Konferencji Episkopatu. Specyfiką niemieckiego katolicyzmu od lat był jednak silny udział świeckich w procesie decyzyjnym. Jeszcze w XIX wieku powstał Centralny Komitet Niemieckich Katolików. To ogólnokrajowa reprezentacja świeckich, która jest traktowana przez władze episkopatu jako regularny partner w rozmowach. Trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek ważniejszą decyzję bez udziału Komitetu.

Długie doświadczenia praktycznego włączania świeckich w rządy przekonały biskupów, że struktura władzy powinna zostać zmieniona od strony formalnej, tak, by uznać i trwale zakotwiczyć udział świeckich w rządach nad Kościołem. Wiąże się z tym też głębokie oddanie demokracji, które pojawiło się w Niemczech po II wojnie światowej: procedury demokratyczne są traktowane jako najdoskonalsze z możliwych.

Znalazło to swoje odzwierciedlenie właśnie na Drodze Synodalnej. Proces został przeprowadzony przy silnej obecności świeckich, którzy głosowali za albo przeciw uchwałom niemal na równi z biskupami. W jednej z podjętych uchwał postanowiono o przemodelowaniu struktury władzy w Kościele tak, by znacząco ograniczyć rolę Konferencji Episkopatu. Miano ją de facto zastąpić nowym ciałem – Zgromadzeniem Synodalnym. Problem w tym, że takiej struktury nie przewiduje Kodeks Prawa Kanonicznego; kościelne zasady są nakierowane na zagwarantowanie nieskrępowanej władzy biskupowi, ograniczonej tak właściwie tylko przez prerogatywy wyższego rzędu, papieża i podległa mu Kurię Rzymską. Stworzenie formalnej struktury władzy ze świeckimi na pozycji równorzędnej wobec biskupów stanowiłoby wyłom w modelu, który obowiązuje na całym świecie. Dlatego Watykan silnie zainteresował się planowanym Zgromadzeniem.

Jeszcze za Franciszka rzymscy kurialiści kręcili nosem i wzywali Niemców na dywanik do Wiecznego Miasta. Za Odrą odpowiedziano pewnymi zmianami w statucie Zgromadzenia, tak, by teoretycznie lepiej zabezpieczyć pozycję biskupa. Watykan miał prosty zarzut. Jeżeli na Zgromadzeniu podjęta zostanie większością głosów jakaś decyzja, to będzie to przecież wiązać hierarchów i po prostu zlikwiduje apostolską strukturę rządów w Kościele. Niemcy przyjęli to do wiadomości, przemodelowując system. Zgromadzenie miało mieć charakter od strony formalnej doradczy – żaden biskup diecezjalny nie byłby formalnie związany jego decyzjami. To nie uspokoiło Watykanu, bo każdy rozumie, gdzie jest problem. Jeżeli Zgromadzenie coś postanowi, a jeden lub dwóch biskupów nie będzie się z tym godzić i decyzji nie wykona, to pozostając „w prawie” znajdą się jednak w konflikcie z innymi biskupami czy też świeckimi z Komitetu. Dlatego żeby uniknąć popadania w konflikt i robienia sobie trudności, biskupi mogliby mieć skłonność do przychylania się do większościowej opinii, nawet wbrew sobie. Byłby to zatem system pozornej władzy biskupów, gdzie tak naprawdę rządzi „terror większości”. Demokracja w wydaniu rewolucyjnym…

Za pontyfikatu Leona XIV kwestia Zgromadzenia Synodalnego nie ruszyła naprzód. Zapanował impas. Watykan nie zatwierdził statutów Zgromadzenia nawet w ich zmienionej formie i nie wiadomo, czy kiedykolwiek to zrobi. Wiodący niemieccy biskupi zapewniają zniecierpliwionych wiernych, że to tylko kwestia czasu – tyle, że nikt nie jest w stanie podać jakiegokolwiek terminu.

Póki co efektem całego zamieszania jest zatem tylko frustracja. Niemieccy progresiści mogą się jednak pocieszać innymi zdobyczami. Błogosławiąc homoseksualistów i udzielając Komunii świętej protestantom łatwo przecież nabrać przekonania, że pomimo braku pełnej „demokratyzacji” władzy – i tak idzie się w awangardzie liberalnego postępu.

Źródło: Paweł Chmielewski. Autor jest publicystą PCh24.pl

O autorze

Paweł Chmielewski