Od czasów starożytnych biskup był tym, który dbał o całą powierzoną mu wspólnotę. „Całą” oznacza coś więcej, niż o „wszystkich” – oznacza również, że o wszystkie jej potrzeby. Wprawdzie nie samym chlebem żyje człowiek, ale i chleb jest potrzebny – dlatego biskup musiał i nadal musi zabezpieczać funkcjonowanie przestrzeni materialnej, od której Kościół ściśle zależy. Utrzymanie księży i kościołów, pomoc charytatywna, organizacje i instytucje – to wszystko wymaga pieniędzy, szczególnie dziś, kiedy pod pieczą Kościoła znajduje się tak wiele dzieł i zabytków, nierzadko wybitnych i wymagających wysokich nakładów na ich renowację i zabezpieczenie.
Zwrócił na to niedawno uwagę biskup Fredrik Hansen, ordynariusz Oslo, a zarazem hierarcha dość konserwatywny. W jednym z wywiadów był pytany o najważniejsze problemy swojej diecezji. Wskazywał na kwestię ewangelizacji, na fenomen ludzi, którzy nawracają się na wiarę katolicką… jednak na pierwszym miejscu wymienił pieniądze. Diecezja jest rozległa, prowadzi liczne dzieła, na jej terenie jest wiele kościołów – i to po prostu kosztuje, a z dochodami jest krucho. Wybór priorytetów, jaki zaprezentował biskup Hansen, mógłby kogoś denerwować. Kiedy się jednak dobrze zastanowić…
Przypomnijmy sobie, o czym dyskutowano wokół wyboru następcy papieża Franciszka. Wśród wielu tematów nieustannie pojawiał się problem watykańskiej ekonomii. Mówili o tym dziennikarze, ale mówili również kardynałowie. Dlatego kiedy wybrany został Robert Prevost, nie brakowało dosadnych komentarzy: papież z Ameryki to ktoś, kto zapewni Stolicy Apostolskiej stabilne wpływy, może Watykan stanie trochę na nogi.
O finansach jako fundamencie Kościoła mówi się zwykle przy okazji Kościoła w Niemczech. Słynny podatek kościelny, który w imieniu Kościoła zbiera od zarejestrowanych katolików państwo, cieszy się dużą niesławą. Uważa się – nie bez racji – że niemiecki episkopat jest tak przyzwyczajony do dostępu do dużej gotówki, że za gwarancję utrzymania podatku kościelnego jest w stanie wiele zaoferować, nawet jeżeli miałaby to być czystość doktrynalna. Podobny schemat jest jednak widoczny również w innych krajach. Zabrzmi to może nieco okrutnie, ale warto zapytać, kiedy polscy biskupi za rządów Tuska walczyli najmocniej z inicjatywami rządu? Wtedy, kiedy chodziło o in vitro? A może wówczas, gdy sprawa dotyczyła transkrypcji związków homoseksualnych? Bynajmniej; największe poruszenie wzbudziła reforma edukacji, związana z ograniczeniem liczby religii w szkole. Ta kwestia ma oczywiście olbrzymi aspekt kulturowy i cywilizacyjny, ale zarazem również silny komponent finansowy.
Czy ta wszechobecność finansów w życiu Kościoła jest rzeczą hańbiącą? Może taką być, jeżeli pieniądze stałyby się ważniejsze od wiary. Do momentu, w którym nie zajmują tego miejsca, trudno byłoby protestować – nawet jeżeli zajmują za wiarą bezdyskusyjne, drugie miejsce. Kościół to nie wczesnofranciszkański zakon żebraczy, który żyje tylko z jałmużny. Gdyby tak czynił, nie mógłby robić wszystkiego, co robi. Trzeba to zaakceptować jako nieusuwalny fakt kościelnego życia.
Przechodzę teraz do meritum. Otóż oburzamy się często na to, że biskupi wydają się na ogół mało zainteresowani doktryną. To prawda, ale niekoniecznie wynika to z ich złej woli. Powiedziałbym, że to raczej wypadkowa dwóch czynników: strukturalnych oczekiwań całego „systemu kościelnego” wobec roli biskupa, a po drugie – ścieżki jego doboru. Nie należy się spodziewać, by na biskupów wybierano notorycznie głęboko uduchowionych mistyków, skupionych całkowicie na teologii i duszpasterstwie. Zwykle biskupem obiera się tego, kto będzie mieć w ocenie wybierających głowę na tyle trzeźwą, że pozwoli na utrzymanie stabilnej sytuacji: dogada się z władzami, zadba o stan kościelnego posiadania, nie zrujnuje diecezji… Tak jest od dawna – a w epoce, w której całe otoczenie jest głęboki liberalne, ma to swoją konsekwencje w postaci liberalizacji biskupów. System kościelnej władzy niejako dopuszcza do niej tych, którzy są w stanie znaleźć z tym otoczeniem wspólny język…
Czy to może się zmienić? Wydaje mi się, że poza jednostkowymi przypadkami, kiedy biskupem mimo wszystko (sic!) zostaje znakomity teolog, będzie to bardzo trudne. Dlatego w naszych czasach ciężar obrony tradycyjnej doktryny powinni na siebie w większej mierze brać ci, którzy nie muszą nieustannie negocjować z liberalną władzą polityczną. Może na tym polega geniusz nauczania II Soboru Watykańskiego o roli świeckich: świeccy jako bezpiecznik dla wiary wobec zawsze skłonnego do kompromisów oficjalnego kościelnego systemu władzy.
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl