Dziś jest zupełnie inaczej. W jakiejś mierze to naturalny proces – Polacy w Rzymie nic już nie znaczą, o kościelnej walce z komuną pamiętają głównie historycy, a na niedzielną mszę świętą chodzi z roku na rok coraz mniej osób. Niemniej jednak te zmiany same w sobie nie tłumaczą jeszcze tak gruntownego upadku autorytetu, jakim realnie cieszą się biskupi. Jest w tym coś więcej.
O co chodzi? Otóż kiedy w nocy z piątku na sobotę rząd Donalda Tuska rozpoczął brutalną walkę o Trybunał Konstytucyjny, biskupi zareagowali. Komunikat wydało na przykład Prezydium Konferencji Episkopatu Polski, w którym zasiadają najpoważniejsze figury – abp Tadeusz Wojda z Gdańska, abp Józef Kupny z Wrocławia i bp Marek Marczak, sekretarz generalny KEP. Wypowiedział się też prymas Polski, abp Wojciech Polak z Gniezna. Wreszcie głos zabrał metropolita Krakowa, kardynał Grzegorz Ryś. Wszyscy mówili mniej więcej to samo, apelując o pojednanie i uspokojenie sytuacji.
Czy kogoś to w ogóle zainteresowało? Owszem, duże portale podały „newsy” o tym, że prezydium, że prymas, że kardynał Ryś. Pojawiły się zatem artykuły w sieci. Fakt opublikowania tych apeli nie oznacza jednak, że mają jakąkolwiek skuteczność. Tę może pokazać raczej rzut oka na publicystykę i media społecznościowe. Śledzę dyskusję wokół „TK”, która toczy się w gazetach, na portalach czy takich serwisach jak X i Facebook. Formułowane są najrozmaitsze propozycje i koncepcje wyjścia z bigosu, który zgotował Polsce Donald Tusk. Nie widziałem jednak, by jakikolwiek komentator czy aktywny uczestnik życia politycznego odwoływał się do głosu polskich biskupów. Wyjątek: Radosław Sikorski. Szef MSZ zalinkował artykuł o apelu Episkopatu. Podpisał go jednak zgryźliwie: „Słusznie. Choć szkoda, że nie apelowali dekadę temu, gdy PiS zawłaszczał Trybunał”. Cytować tylko po to, by obrazić; cóż, zawsze to jakaś „sława”.
Mówiąc jednak poważnie, stanowisko polskich biskupów zostało powszechnie zignorowane – nie tylko przez antyklerykalną lewicę, ale również na prawicy. Dlaczego? Otóż choćby dlatego, że wyraziście konserwatywny polityk musi dziś uważać z odwoływaniem się do biskupów. Wprawdzie ten lub inny hierarcha może mieć jeszcze jakieś poważanie w społeczeństwie, ale jako całość wygląda to po prostu fatalnie.
Od dłuższego czasu polscy biskupi mają „twarz” centrystów. W czasie Covid-19 dość bezrefleksyjnie włączyli się w państwową politykę lockdownów, zamykając kościoły, wbrew emocji i pragnieniom wielu wiernych. Niektórzy promowali też szczepienia, sprowadzając szczepionkobusy przed świątynie… W czasie rozmaitych poruszeń społecznych związanych z imigracją, nigdy nie było wiadomo, o co biskupom chodzi. Polską wschodnią granicę szturmują „uchodźcy” od Putina i Łukaszenki, a biskupi mówią coś o „korytarzach humanitarnych”. Europę zalewają islamscy nachodźcy, a od biskupów słychać coś o „gościnności”. Wreszcie przyszła sprawa żydowska. W marcu 2026 roku Polska była powszechnie oburzona tym, co Żydzi wyprawiają w Strefie Gazy. Emocja Polaków – nie tylko katolików ani prawicowców, Polaków w ogóle – była jednoznacznie po stronie Palestyńczyków. Tymczasem biskupi ogłosili list, w którym pisali coś o wybraństwie Żydów. Teologicznie niejasny, politycznie list został odebrany jako wsparcie dla Izraela. Po prostu katastrofa.
Na to trzeba nałożyć jeszcze lata medialnej propagandy związanej z wykorzystywaniem nieletnich i tuszowaniem tego przez niektórych biskupów. Wylano tu wiele pomyj i kłamstw, ale każdy, kto obserwuje życie Kościoła, wie, że niekiedy podstawy do krytyki działań biskupów były realne. Gdy połączyć to jeszcze z dzikimi ekscesami homoerotycznymi z Sosnowca i całkowitym ignorowaniem problemu przez lata…
W tej sytuacji trudno się dziwić, że nawet w kluczowych momentach dla polskiego życia politycznego głosu biskupów nikt nie słucha. Piszę to z bólem, ale tak to wygląda. Erozja autorytetu naszych hierarchów jest tylko częściowo efektem wielkich procesów społecznych; w niemałej mierze to po prostu wynik konkretnych błędów.
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl