Przebieg spotkania, które odbyło się w dniach 7 – 14 października w Rzymie, został dość poważnie zaburzony. Zgodnie z pierwotnymi założeniami, papież Leon XIV chciał porozmawiać z szefami episkopatów z całego świata, by zastanowić się nad adhortacją „Amoris laetitia” – najważniejszym dokumentem pontyfikatu Franciszka. Jednak 13 października Ojciec Święty trafił do szpitala i nie wziął udziału w ostatnich dniach całego przedsięwzięcia. Tymczasem to właśnie one były kluczowe, bo rozmawiano wtedy o Komunii świętej dal rozwodników w powtórnych związkach. W efekcie dokument finalny spotkania, który przyjęto w środę 14 października, nie ujrzał jeszcze światła dziennego i nie wiadomo, kiedy to się stanie.
Mamy za to całą masę komentarzy ze strony biskupów oraz świeckich ekspertów teologicznych, którzy brali udział w rozmowach. Wypływa z nich jeden, bardzo konkretny wniosek: w Rzymie nikt nie chciał „rewizji” adhortacji Franciszka. Wprawdzie podczas spotkania odnotowano, że są różne opinie dotyczące praktyki udzielania Eucharystii rozwodnikom, ale na tym się zakończyło – nie wypracowano jednolitego kierunku duszpasterskiego w tym zakresie. Mówili o tym uczestnicy rozmów z różnych kraj, od Europy aż po Afrykę. Ks. Philippe Bordeyne, który koordynował sporządzenie nieopublikowanej syntezy finalnej, przyznał, że wspomina się tam o kwestii rozwodników, ale bardzo krótko, bo „w centrum” spotkania było coś innego. Marcela Mazzini, teolog z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego w Argentynie, wskazywała na chęć Leona XIV kontynuowania linii Franciszka. Według Mazzini, najważniejsze było przemówienie otwierające, które papież zdążył jeszcze wygłosić: Ojciec Święty przekonywał wówczas, że „Amoris laetitia” stoi w ciągłości z nauczaniem II Soboru Watykańskiego (konstytucja „Gaudium et spes”) oraz św. Jana Pawła II (adhortacja „Familiaris consortio”). Z kolei Christian Bauer, teolog z Münster, mówił o podążaniu wytyczoną przez Franciszka linią, bo w jego ocenie Leon XIV postanowił dokonać „instytucjonalnej konsolidacji” zmian, które wprowadził w Kościele jego poprzednik. Chyba najbardziej dobitnie wyraził się ks. prof. Stanislaus Chu Ilo z Nigerii. Podczas oficjalnej konferencji prasowej, która zamknęła całe spotkanie, mówił o „zmianie paradygmatu” w teologii katolickiej. Nowa teologia ma wychodzić od konkretnych ludzkich doświadczeń i w tym sensie być synodalna.
W pontyfikacie Leona XIV nie ma nic, co sytuowałoby go w opozycji względem papieża Franciszka. Obecny Ojciec Święty powoływał się niejednokrotnie nawet na najbardziej dyskutowane dokumentu Jorge Mario Bergoglia, w tym na niesławną deklarację z Abu Zabi. Zaakceptował jego decyzje ograniczające swobodę sprawowania Mszy trydenckiej. Gorąco pochwalał II Sobór Watykański, wykluczając jakąkolwiek możliwość rewizji czy korekty jego nauczania.
Nic dziwnego, że to samo dotyczy „Amoris laetitia”. Jeżeli Kościół katolicki nie chce dokonać korekty tego dokumentu Franciszka, to oznacza to utwierdzenie wielkiego projektu doktrynalnej, moralnej i duszpasterskiej decentralizacji katolicyzmu. Trochę tak, jak w globalnym anglikanizmie – mamy ogólne zasady, które implementuje się w danym kraju na różne sposoby, zależnie od kontekstu kulturowego i decyzji biskupów. Różnice dotyczą zresztą nie tylko państw, ale często nawet poszczególnych diecezji. To formuła, która pozwala zachować jedność pomimo hołdowania przez biskupów i wiernych często zupełnie odmiennym poglądom. W takiej „jedności w różnorodności” nie ma nic złego, pod warunkiem, że dotyczy kwestii drugorzędnych. „Amoris laetitia” mówi jednak o roli ludzkiego sumienia, grzechu i pojednaniu. Nie są to wcale sprawy błahe. Od 2016 roku krytycy ostrzegają, że budowanie Kościoła w oparciu o różnorodność w tak poważnych kwestiach grozi jego poważną atomizacją doktrynalną i zamgleniem prawdy. Wygląda na to, że po rzymskim spotkaniu nic się nie zmienia.
Chyba, że wydarzy się jakiś cud. Niektórzy zwrócili uwagę, że Leon XIV trafił do szpitala akurat 13 października, w rocznicę zakończenia objawień fatimskich. Można oczywiście uznać to za zwykły przypadek. Czy jednak w perspektywie wiary nie należałoby odczytać tego w opatrznościowych kategoriach? Można powiedzieć, że samo niebo niejako „usunęło” papieża z obrad poświęconych „Amoris laetitia”. Być może Ojciec Święty zyskał dodatkowy czas na refleksję – i ewentualną korektę.
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl