Opinia

P. Chmielewski dla Frondy: Dobre przesłanie Leona XIV. Pokazał Francji, o czym jest chrześcijaństwo

Bóg istnieje, a kto Go odrzuca, ten traci wszelką rację bytu – zarówno w polityce, jak i w życiu osobistym; wówczas możliwe są najgorsze dramaty. Tak można streścić przesłanie Leona XIV do Francuzów. To całkiem konkretna nauka.

Paweł Chmielewski 04.10.2026
Fot. screenshot: YouTube (Associated Press)
Fot. screenshot: YouTube (Associated Press)

Papież Leon XIV potrafi zaskakiwać zarówno pozytywnie jak i negatywnie. W przypadku jego podróży do Francji można mówić o realizacji raczej pozytywnego scenariusza. Nie mówię wcale o tłumach na ulicach i placach. To rzeczy bez znaczenia, przemijające, wskazują raczej na emocje; na egzaltowanych reakcjach mas ludzkich nie można zbudować niczego trwałego. Sam Leon XIV dobrze wiedział, gdzie jedzie: Francja jest duchową „pustynią”. Do kościoła chodzą tam regularnie 2-3 mln osób – na prawie 70 mln całego narodu! Jest szansa, że we Francji żyje dziś więcej praktykujących muzułmanów niż katolików… Dlatego papież świadomie mówił o Kościele we Francji jako o „małej trzódce”. Jednak nawet „mała trzódka” może coś zmienić w kraju, jeżeli będzie poważnie traktowała swoją wiarę. Właśnie do tego zachęcał Leon francuskich katolików.

 

Po pierwsze, notorycznie przypominał im o życiu wiecznym. Doskonałą okazję do tego stanowiły odwiedziny w Lourdes. To w końcu duchowa lecznica Europy – do Lourdes przyjeżdżają cierpiący, którzy namacalnie odczuwają słabość ludzkiej kondycji. Papież wskazywał na to, że człowiek nie może spodziewać się dobrobytu i radości w tym życiu, bo Pan Bóg jest Bogiem zmartwychwstania – obiecuje nam Królestwo Boże, a nie doczesne szczęście czy władzę.

 

Po drugie, Ojciec Święty mówił Francuzom o pokucie, nawróceniu i grzechu. W Lourdes przywoływał słowa Jezusa Chrystusa o grzesznikach, którzy zamykają się na Pana Boga i tracą szansę na życie wieczne w niebie. To bardzo ważne, bo dziś rzadko słyszymy takie słowa: większość ludzi wychodzi z założenia, że „jakoś to będzie”, także po śmierci. Leon postawił sprawo jasno: nie będzie „jakoś”. Będzie albo wieczne szczęście albo wieczne potępienie, a człowiek musi wybrać między jednym a drugim. Papież wyraźnie podkreślił ludzką wolność i gigantyczną, wręcz dramatyczną odpowiedzialność, która się z tym wiąże.

 

Po trzecie, w rozmowie z młodymi Leon XIV zwrócił uwagę na bardzo jasną i w gruncie rzeczy prostą perspektywę: albo wierzy się w Boga, albo popada się w nihilizm. Jeżeli człowiek przyjmuje Jezusa Chrystusa, to wie, że jego przeznaczeniem jest wieczność. Jeżeli odrzuca Stwórcę, to ma tylko doczesność, a to oznacza pustkę. Można powiedzieć: rodzisz się, jesz, kupujesz, a potem „światło gaśnie” i nie ma nic. Kto chciałby tak żyć? A przede wszystkim: po co?

 

Ten nihilizm grozi też polityce. Ojciec Święty przemawiając w Metz odwołał się do doświadczenia II wojny światowej. Powiedział wprost: wielkie zło, które ludzie wyrządzili w czasie tego strasznego konfliktu, było możliwe dlatego, że jego sprawcy odrzucili wszelkie normy, które mogłyby ich ograniczać. Na tym faktycznie polega natura bestialstw wielkich totalitaryzmów: władze III Rzeszy i Związku Sowieckiego zdetronizowały Boga i same zasiadły na „katedrze” najwyższych prawodawców, ogłaszając, co jest „dobrem”, a co „złem”. Papież tego już Francuzom nie powiedział – a szkoda – ale to samo zrobili przecież rewolucjoniści francuscy. Morze krwi, które przelali, było zapośredniczone w ich buncie przeciwko Stwórcy. Dobrze jednak, że wspomniał to prawidło choćby w ogólności.

 

Wreszcie, papież bardzo dobitnie podkreślał godność człowieka, która jest związana z jego wyjątkową relacją z Bogiem. Ojciec Święty krytycznie ocenił rozwój technologii, które określa się fałszywie mianem „inteligentnych” – inteligencja, jak podkreślił, jest wyjątkowym darem człowieka, a nie czymś, czym dysponują maszyny. Przestrzegł w tym kontekście przed ideologią utylitaryzmu, która patrzy na człowieka tylko w kategoriach jego wydajności. W jej ramach możliwe stają się zbrodnie aborcji albo eutanazji. Społeczeństwo, które rozumie naturę ludzkiej godności, nie poważy się nigdy na takie rzeczy.

 

W sumie każdy francuski katolik, który nie zatrzyma się na emocjach i obrazkach transmitowanych w mediach, może wyjść z tej papieskiej pielgrzymki umocniony. Kościół, chociaż mały i słaby, pozostaje świadkiem nadziei – jedynym poważnym i autentycznym świadkiem nadziei dla człowieka. Ta nadzieja ma konkretne imię: to Jezus Chrystus. Leon XIV na tym się skupił i trzeba przyznać, że takiego właśnie przesłania potrzebuje dziś Francja, Europa i świat.

 

My, chrześcijanie, nie jesteśmy ludźmi egalitaryzmu, liberalnej wolności ani powszechnego braterstwa opartego na osiągnięciach materialnych. Jesteśmy ludźmi wiary w to, że Pan Bóg oferuje nam życie wieczne. O tym właśnie była ta pielgrzymka.

 

Autor jest publicystą portalu PCh24.pl

Źródło: Fronda.pl

O autorze

Paweł Chmielewski