Premier nie może być „ciotunią”.
O demokrację musi walczyć demokracją walczącą. Rok przed wyborami walka klasowa z jej wrogami tylko się zaostrza.
Widmo zdekapitalizowanego liberalizmu ma być istotą demokracji. Truje polską publiczność przekonaniem, że zabetonowany przez manipulacje liberałów system władzy jest wyłączną gwarancją rozwoju społecznego, broniąc sytych mieszczan przed niewłaściwym wyborem ogółu. Stosując techniki dewastacji i zohydzania umysłów oraz postaw odrębnych, chroni własne wyznanie wiary politycznej – demokrację według tego, jak ją rozumie, stosując prawo tak, jak je rozumie. To według Shoshany Zuboff nie jest zamachem na własne państwo, ale zamachem na suwerenność ludu.
Czyli jego wolne prawo wyboru przywódców.
Zdaje się lepić współczesny rozum prawny Tuska z różnych niemieckich odgłosów i reakcji doktrynalnych na prawa stanowione i stosowane przez NSDAP. Czy to może być dobry grunt dla polskiego premiera?
Carl Schmitt uważał na przykład, że wydarzenia „nocy długich noży” były najlepszą implementacją prawa administracyjnego. Podpis premiera Tuska pod nielegalnymi aktami powołania prokuratora krajowego to jakby polski przypis do doktryny Schmitta.
Gustaw Radbruch, odnosząc się do prawa z czasów NSDAP, uważał z kolei, że prawo skrajnie niesprawiedliwe nie powinno być stosowane, ustawy dotknięte tym defektem nie stanowią prawa. Ogłaszając brak w Polsce praworządności, Tusk jej oprzyrządowanie ustawowe, a też wymogi konstytucyjne, omijał dla dobra praktyki swojej władzy.
Karl Loewenstein, wywodząc swoją doktrynę demokracji walczącej z doświadczenia rządów Hitlera, Himmlera i reszty, uważał, że demokracja musi w zarodku rozpoznawać i tłumić różne zagrożenia dla jej funkcjonowania. Prawo osądu zagrożeń przyznawał arbitralnie demokratom po uważaniu.
Tusk na przykład uważa, że jest liberalnym demokratą, a instytucje, których nie kontroluje, nie ma tam „swoich sędziów” albo swoich wydawców programów informacyjnych – standardów demokracji nie spełniają.
Na łamach „Monitora Konstytucyjnego”, który Tusk czyta równie namiętnie jak doniesienia z życia różnych patocelebrytów i genialnych finansistów, twórców czy to bursztynowego złota, czy szklanych domów z kryptowalutowych cegieł, prof. Tomasz Koncewicz wyjaśnia premierowi, że demokracja walcząca jest perłą w koronie systemów demokratycznych, które muszą być w stanie bronić państwa przed jego wrogami wewnętrznymi. Bez działań prewencyjnych wymierzonych w osoby lub grupy jemu nieprzyjazne przestrzeganie konstytucji może być postrzegane jako akt samobójczy. Demokracja, przezornie odnotował K. Loewenstein, nie może być koniem trojańskim, którym wróg dostaje się do wnętrza naszego miasta. Współczesny wróg siedzi już demokratycznie w Sejmie i chce zająć więcej foteli, co Tuska osobiście może niepokoić.
Sumienie Tuska uspokaja profesor Jerzy Zajadło, który w intuicję prawniczą premiera wierzy w ciemno – cokolwiek uczyni, uczyni w imię demokracji.
Nie obejmuje ona jednak pojęcia „naszych sędziów”. Zauważyć wypada, że zauważył to już Monteskiusz. Napisał nie tylko do Tuska, że „nie ma wolności, jeśli władza sędziowska nie jest oddzielona od prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była zaś połączona, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolna”.
Po to jest Trybunał Konstytucyjny, by lud polski miał pewność, że jest chroniony, jak to ujął Alexis de Tocqueville, przed „tyranią zgromadzeń politycznych”.
Takim arytmetycznym zgromadzeniem politycznym jest obecna formacja rządowa Tuska tyranizująca codziennie obywateli niedowładem swoich rządów. To o jej przedstawicielach lub przedstawicielu mówił marszałek Hołownia, gdy odmawiał udziału w zamachu stanu. To o jej odpowiedzialności karnej mówi prof. Antoni Dudek, to przed reparacją praworządności przemocą przestrzega Jerzy Stępień.
A Paweł Kukiz wzdycha, że „strategicznym błędem było raczej powierzenie władzy kanalii”.
Kto zacz?
Marek Formela