Dobrze unaocznia to głośny wywiad, jakiego udzielił niedawno kardynał Arthur Roche, prefekt Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Hierarcha w rozmowie z brytyjskim magazynem „The Tablet” powiedział, że tradycyjna rzymska liturgia, tak zwana Msza trydencka, jest skupiona na kapłanie – to on celebruje w imieniu wspólnoty. Tymczasem prawda miałaby być taka, że wszyscy wierni obecni w kościele razem składają Najświętszą Ofiarę, bo są ochrzczeni i jako tacy uczestniczą w powszechnym kapłaństwie. Według kardynała, tylko zreformowany ryt mszalny oddaje sprawiedliwość tej rzeczywistości.
Te uwagi są ciekawe na dwóch poziomach. Po pierwsze, rzekome skupienie na kapłanie. Otóż Msza trydencka w największym uproszczeniu polega na tym, że kapłan w bardzo wyrazisty sposób przewodniczy całemu zgromadzeniu liturgicznemu. Wierni stoją przodem do ołtarza – i tak też stoi kapłan. Wszyscy, jakby jedno ciało, są zwróceniu w kierunku Boga. Właśnie to klasyczne odniesienie, zwane „ad orientem”, bardzo dobitnie podkreśla służebną rolę księdza. Nie jest „liderem”, nie jest „w centrum” – stoi po prostu na czele wszystkich. Zupełnie inaczej jest w zreformowanej Mszy świętej. Kapłan, który stoi przez całą liturgię przodem do wiernych, a tyłem do ołtarza, skupia na sobie całą uwagę. Nagle to nie Pan Bóg znajduje się w centrum zainteresowania, ale właśnie ksiądz. Wszystkie oczy są zwrócone na niego; kompletnemu zaburzeniu ulega odniesienie do wspólnotowej, jednokierunkowej modlitwy wszystkich. Mówiąc szczerze, jeżeli kardynał Arthur Roche naprawdę chciałby odejść od „skupienia na księdzu” i podkreślić wspólnotowy wymiar liturgii – to powinien jak najszybciej zacząć popierać Mszę trydencką.
Tego jednak zrobić nie chce, dlatego musimy przenieść się na drugi poziom całego problemu. Otóż wydaje mi się, że mówiąc o wspólnotowości i powszechnym kapłaństwie, kardynał Roche ma tak naprawdę na myśli coś znacznie więcej, niż tylko ukierunkowanie wspólnoty zebranej w kościele. Chodzi tu raczej o całokształt współczesnej eklezjologii, to znaczy nauki mówiącej o tym, czym jest Kościół katolicki. Dosłownie kilka dni przed wystąpieniem kardynała Roche’a, ten sam temat Mszy trydenckiej poruszył dość progresywny biskup Pilzna w Czechach, Tomas Holub. W obszernym artykule stwierdził, że tradycyjna Msza święta nie daje się dobrze pogodzić z „synodalnością” Kościoła. Tę synodalność zdefiniował jako „wspólnotowość” rozumianą jako zacieranie różnic pomiędzy kapłanem a wiernymi: wszyscy mają tę samą godność, bo wszyscy uczestniczą w chrzcie świętym; podziały na „kler” i „świeckich” są wtórne, sztuczne, problematyczne…
Sądzę, że właśnie to trafia w sedno. Za niechęcią do Mszy trydenckiej kryje się tak naprawdę głęboki… egalitaryzm. Ludzie, którzy w sposób ideologiczny zwalczają tradycyjną liturgię, robią tak przede wszystkim dlatego, że nie podoba im się bardzo jasna, jednoznacznie hierarchiczna struktura Kościoła katolickiego. Uważają, że w XXI wieku konieczne jest przyjęcie „owoców”, które wypracowało demokratyczne społeczeństwo liberalne, zanurzone w rewolucji francuskiej i Oświeceniu. Msza trydencka jawi im się jako rzeczywistość zupełnie przestarzała właśnie dlatego, że jest mało kompatybilna… z demokracją. Nie tylko ustawienie kapłana, ale cała celebra, która odnosi się właśnie do porządku hierarchicznego, wysokiej europejskiej kultury, obiektywnej prawdy – to im się po prostu nie podoba, idzie nie w smak ich demokratycznego, liberalnego nastawienia ducha.
Dobrze pokazuje to postać Benedykta XVI. Józef Ratzinger był bardzo krytycznie nastawiony do zrewolucjonizowanej rzeczywistości. To, co zbudowały demokratyczne państwa liberalne, nieszczególnie mu się podobało; pod wieloma względami uważał obecny nowoczesny porządek za barbarzyński i wsteczny. Zarazem bardzo cenił tradycyjną rzymską liturgię. Msza trydencka stanowiła dla niego nie tylko wspaniałą formę kultu Bożego, ale również pewien nośnik formy cywilizacyjnej.
Właśnie tu przebiega podział. Przeciwnikami Mszy trydenckiej są przede wszystkim ci ludzie, którzy z zachwytem patrzą na liberalną współczesność. Zwolennikami tej liturgii są z kolei ludzie, którym nie podoba się wszechobecny egalitaryzm i swoista demokratyczna bylejakość. Jeżeli to słuszne spostrzeżenie, to dzisiejszy spór liturgiczny jest tak naprawdę funkcją czy elementem wielkiego sporu o kształt kultury, sporu o prawdę zachodniej cywilizacji, która konfrontuje się z liberalnym barbarzyństwem. Nie daje to nadziei na rychłe rozwiązanie problemów i przywrócenie swobody Mszy trydenckiej. Może jednak dawać nadzieję, że jeżeli Zachód wykaraska się kiedyś ze swojego kulturowego upadku, to również najważniejsi ludzie Kościoła spojrzą przychylniej na własne cywilizacyjne dziedzictwo. Żeby tak się stało potrzebna jest jednak wielka praca – nie tylko w obszarze Kościoła, ale również kontrrewolucyjnej, prawdziwie konserwatywnej polityki.
Paweł Chmielewski
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl