Czechy to niewielki europejski kraj – i choć sąsiadują z Polską, nie przykuwają większej uwagi naszego społeczeństwa. Większość Polaków zna Czechy z okazjonalnego wyjazdu do Pragi – albo z autostrad, które przemierza podróżując do Chorwacji czy Italii. Tymczasem w tym właśnie państwie zachodzą dość ciekawe procesy religijne, które powinny stanowić dla Polaków prawdziwe memento.
Nie chodzi mi wcale o sekularyzację – to fenomen dobrze znany. Spośród nieco ponad 10 mln mieszkańców Czech, tylko około 9 proc. uważa się za katolików – większość nie wyznaje żadnej religii. Przyczyny tego stanu rzeczy zostały już wielokrotnie omówione: wpływ husytyzmu i innych form protestantyzmu, niechęć do katolickich Habsburgów, głęboka penetracja intelektualna społeczeństwa przez komunizm… Rzecz wiadoma.
Interesujące są jednak przemiany w czeskim katolicyzmie. Choć progresywną rewolucję kojarzymy głównie z takimi krajami jak Niemcy, Austria, Szwajcaria, Belgia czy Holandia, to okazuje się, że „słowiańscy” Czesi coraz częściej idą w ślady germańskich kolegów.
Kilka dni temu czeskie media podały, że archidiecezja Ołomuńca nagle odwołała pielgrzymkę LGBT. Co, proszę?! Pielgrzymka LGBT w archidiecezji?… To nie żart. Taka inicjatywa już raz się odbyła i w tym roku miała zostać powtórzona. Homoseksualiści chcieli zebrać się pod pałacem arcybiskupim; jednym z otwierających punktów miało być wystąpienie księdza Cyryla Havla, który przetłumaczył na język czeski książkę znanego progresisty z USA, filogejowskiego jezuity Jamesa Martina. Rzecz miała pełne wsparcie władz archidiecezji i była zaplanowana we współpracy z diecezjami Brna oraz Ostrawy-Opawy. Odwołano ją ze względów bezpieczeństwa: do organizatorów napływało wiele krytycznych głosów, a mając w pamięci atak islamskiego ekstremisty na paradę LGBT w Berlinie postanowiono wydarzenie anulować. Wcześniej arcybiskup zachwalał rzecz w mediach jako piękną duszpasterską inicjatywę. Twierdził, że nie chodzi o zmianę doktryny, ale o „troskę” Kościoła o wszystkich ludzi. Takie bajki może i kupi ktoś naiwny, ale przecież dobrze wiadomo, o co chodzi tak naprawdę: powolne urabianie opinii publicznej właśnie po to, by zmienić zapatrywania doktrynalne – nawet jeżeli w Katechizmie wszystko zostanie po staremu.
No, dobrze, powie ktoś; dziwaczna inicjatywa, ale to za mało, by na tej podstawie wyciągać daleko idące wnioski o „germanizacji” czeskiego katolicyzmu. Problem w tym, że rzecz nie jest wcale odosobniona – bo „germanizacja” zatacza w Czechach szersze kręgi.
Kilka tygodni temu bardzo szczególny artykuł opublikował biskup Pilzna, Tomasz Holub. Stwierdził, że Msza trydencka to rzecz zamierzchłej przyszłości – i jest głęboko niekompatybilna z wizją Kościoła synodalnego, który miałby być właściwą kontynuacją projektu soborowego. Dlatego katolicy, którzy chodzą na Mszę trydencką, tak naprawdę nie mogą zmieścić się w Kościele synodalnym… Dość ekskluzywna jest ta progresywna inkluzja, trzeba przyznać – ale wiemy przecież, że w świecie rewolucjonistów obowiązuje zasada „nie ma wolności dla wrogów wolności”.
Ten sam biskup kilka lat temu wprowadził też w Pilźnie nową praktykę eucharystyczną, dopuszczając do Komunii świętej rozwodników w powtórnych związkach. Powołał się na adhortację „Amoris laetitia” papieża Franciszka, ale – jak wiadomo – tekst ten jest po prostu wdrożeniem w życie niemieckiej propozycji, głoszonej w tych kręgach już od lat 70., a ostatecznie przeforsowanej za sprawą kardynała Waltera Kaspera. Kiedy biskup Holub zdecydował się na ten krok, żyjący jeszcze wówczas kardynał Dominik Duka zapytał w Watykanie, jak to oceniać. Kardynał Victor Manuel Fernández napisał, że ordynariusz Pilzna postąpił słusznie – i tak właściwie wszyscy powinni brać z niego przykład.
Swego czasu nagłówki katolickich portali zdominował też news z Pragi: duszpasterz z akademickiej parafii odprawił „ekumeniczną” Mszę świętą, podczas której ważną rolę odegrał były ksiądz, homilię wygłaszali świeccy, a obecnym serwowano piwo, wino oraz inne napoje. Wprawdzie arcybiskup Jan Graubner wyciągnął wobec niego konsekwencje, ale inicjatywa natrafiła na duże zainteresowanie i przyciągnęła wielu wiernych… O zdominowaniu czeskiego „katolicyzmu intelektualnego” przez ks. Tomasza Halika, który głosi „nową reformację”, nie ma nawet co wspominać – rzecz to dobrze znana, a ks. Halik jest popularny także w Polsce.
Te obrazki nie stanowią, oczywiście, całej panoramy czeskiego katolicyzmu. Trudno jednak zaprzeczyć, że wymownie świadczą o silnym progresywnym ukąszeniu. Część czeskich duszpasterzy uznała najwyraźniej, że w obliczu sekularyzacji świata XXI wieku nie ma innej drogi, jak tylko przyjąć germańskie wzorce i rzucić się radośnie w objęcia nowoczesności.
Niech to będzie dla nas wspomnianym już memento: progresywizm może dopaść również, nas, Polaków, jeżeli będziemy równie pochopnie przyjmować wzorce serwowane przez przegniłe struktury kościelne Europy Zachodniej.