Polityka zagraniczna Komorowskiego. Letniość to nie cnota - zdjęcie
31.07.15, 09:00

Polityka zagraniczna Komorowskiego. Letniość to nie cnota

2

Krzysztof Rak - Ośrodek Analiz Strategicznych

  • Po objęciu urzędu w roku 2010 Bronisław Komorowski – zgodnie zresztą z oczekiwaniami – podporządkował się w polityce rządu PO-PSL. Zaakceptował rezygnację z prób budowy sojuszu państw środkowoeuropejskich jako przeciwwagi dla mocarstw kontynentalnych i wsparł zbliżenie z Berlinem i Moskwą.
  • B. Komorowski wsparł koncepcję tandemu Donald Tusk – Radosław Sikorski stworzenia trójkąta Berlin-Warszawa-Moskwa, który wpisywał się w próby resetu Zachodu z Rosją. Jego fundamentem był niepisany układ o rozgraniczeniu stref wpływów, uznający de facto rosyjską doktrynę bliskiej zagranicy, która zakładała, że mocarstwa zachodnie nie będą konkurować z Moskwą na terytorium byłego Związku Sowieckiego (z wyłączeniem państw bałtyckich).
  • Zmiana konstelacji międzynarodowej i roszady na krajowej scenie politycznej (odejście D. Tuska i R. Sikorskiego) przyniosły B. Komorowskiemu przywództwo w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz misję dopasowanie jej do nowych warunków. Szansy tej prezydent Komorowski nie wykorzystał.
  • Bronisławowi Komorowskiego zabrakło wyczucia chwili. Polska po agresji Rosji na Ukrainę po raz pierwszy po zakończeniu zimnej wojny znalazła się w sytuacji realnego zagrożenia militarnego. W odpowiedzi na te wyzwania prezydent powinien przygotować nową strategię, która kładłaby nacisk na zwiększenie własnego potencjału obronnego i odstraszanie potencjalnego agresora. Powinien był także zainicjować ofensywę dyplomatyczną, mająca na celu realne wsparcie obrony terytorium naszego kraju przez sojuszników. Niestety, prezydent Komorowski nie sprostał temu zadaniu.

„Skoro jednak jesteś letni, a nie zimny ani gorący, wypluję cię z ust moich” – ostrzega Pismo Święte. Letniość nie jest cnotą, jakkolwiek w codziennym życiu może popłacać. W polityce pozwala jedynie trwać, ale nie jest receptą na okresy, w których otaczająca rzeczywistość zmienia się na gorsze, a państwo musi stawiać czoło większym niż do tej pory zagrożeniom. O tej prawdzie zdawał się zapominać prezydent Bronisław Komorowski.

Trójkąt Berlin-Warszawa-Moskwa

Skłonność do ostrożności tak daleko posuniętej, że aż paraliżującej możliwości działania odcisnęła się na polityce zagranicznej odchodzącego prezydenta, przy czym była dokładnie tym, co było zamierzone. Jednak nie przez Bronisława Komorowskiego, a przez Donalda Tuska. To premier Tusk był demiurgiem, który zrobił z B. Komorowskiego prezydenta. W jego planach miał on być strażnikiem żyrandola w Pałacu Namiestnikowskim. Gwarantem, że nie powstanie w Polsce konkurencyjny ośrodek władzy, który zagroziłby Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Wódz miał być jeden.

Ta geneza zdeterminowała prezydenturę Bronisława Komorowskiego, który nawet po wyjeździe Tuska do Brukseli nie potrafił wyjść z jego cienia i wybić się na samodzielność.
Okolicznością, którą trzeba oczywiście uwzględnić w ocenie prezydentury B. Komorowskiego, są uwarunkowania konstytucyjne. Jakkolwiek prezydent ma prawa znacznie przekraczające uprawnienia strażnika żyrandola, to jego główna rola polega na pilnowaniu i kontrolowaniu władzy ustawodawczej i wykonawczej za pomocą weta w stosunku do przygotowanych przez nie aktów prawnych. Natomiast w polityce zagranicznej konstytucja daje mu bowiem prawo do „współdziałania” na tym polu z premierem i ministrem spraw zagranicznych, w których rękach znajduje się cały aparat dyplomatyczny.

Po objęciu urzędu w roku 2010 Bronisław Komorowski – zgodnie zresztą z oczekiwaniami – podporządkował się w polityce rządu PO-PSL. Nie kwestionował rewolucji dokonanej dwa lata wcześniej przez premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Ci dwaj politycy zerwali z doktryną Mieroszewskiego i Giedroycia, która zdominowała dwie pierwsze dekady polityki zagranicznej III RP i była realizowana przez tak różne osobowości jak Krzysztof Skubiszewski, Aleksander Kwaśniewski, czy Lech Kaczyński. Polska zrezygnowała z jakichkolwiek prób budowy sojuszu państw środkowoeuropejskich jako przeciwwagi dla mocarstw kontynentalnych. Zamiast tego postawiono na zbliżenie z Berlinem i Moskwą, licząc, że przywódcy tych dwóch mocarstw kontynentalnych potraktują Warszawę jak partnera – co prawda młodszego, ale zawsze.

Prezydent Komorowski ze spokojem przyglądał się więc obumieraniu naszej polityki regionalnej. Dialog polityczny z Litwą, tak intensywny za czasów Lecha Kaczyńskiego, zamarł, a relacje pomiędzy obydwoma krajami stały się tak złe, jak nigdy w historii po 1989 r.

Stosunki z Białorusią zostały de facto zawieszone. Polska przestała tolerować politykę balansowania Łukaszenki pomiędzy Moskwą a Brukselą. Co więcej świadomie postawiono na siły polityczne wewnątrz białoruskiej opozycji, które dążyły (lub udawały, iż dążą) do przewrotu politycznego w Mińsku, a nie do dialogu i ewolucji. Odrzucając „okrągłostołową” filozofię polityczną, Warszawa, w warunkach silnej władzy w Mińsku z jednej strony oraz słabej i zinfiltrowanej przez KGB opozycji z drugiej de facto wspierała scenariusz, którego jedynym możliwym końcem był scenariusz siłowy, a tym samym izolacja reżimu i jego wpadnięcie w ramiona Moskwy.

W miarę dobrze się kontakty z prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem, co jest skądinąd paradoksem zważywszy na to, iż ani z demokracją, ani z kursem politycznym Kijowa nie działo się – z polskiego punktu widzenie – dobrze.

Priorytetem stały się stosunki z Rosją i Niemcami, a właściwie tworzenie „dobrej atmosfery”. Przestaliśmy się przy tym spierać o interesy, a twardą grę zastąpiliśmy PR na wewnątrz i swoistym leseferyzmem na zewnątrz. Bronisław Komorowski jeszcze w roku 2011 przekonywał Polaków, że prezydent Rosji Miedwiediew jest partnerem „godnym zaufania”, a „ostatnie miesiące wykazały, że wypełnia obietnice i wszystko świadczy o tym, że zależy mu na dobrych relacjach z Polską i na głębokiej modernizacji Rosji”. Podobnie zachowywał się w stosunku do naszego zachodniego partnera. W roku 2014 przemawiając przed Bundestagiem mówił tylko o „pojednaniu” i „wspólnocie odpowiedzialności”, a ani słowa nie poświęcił różnicom interesów i nierozwiązywanym od dekad tzw. problemom trudnym w stosunkach dwustronnych.

Trójkąt Berlin-Warszawa-Moskwa wpisywał się w próby resetu Zachodu z Rosją. Jego fundamentem był niepisany układ o rozgraniczeniu stref wpływów, uznający de facto rosyjską doktrynę bliskiej zagranicy, która zakładała, że mocarstwa zachodnie nie będą konkurować z Moskwą na terytorium byłego Związku Sowieckiego (z wyłączeniem państw bałtyckich). Jego pierwszym wyraźnym zwiastunem była zatrzaśnięcie drzwi do NATO przed Gruzją i Ukrainą na szczycie w Bukareszcie kwietniu 2008 r. O trwałości tego układu świadczy fakt, że mocarstwa zachodnie prowadziły politykę zbliżenia z Moskwą pomimo jej agresji na Gruzję w sierpniu roku 2008. Bronisław Komorowski w pierwszych latach swojej prezydentury płynął w głównym nurcie polityki euroatlantyckiej, w którym polska dyplomacja znalazła się za sprawą tandemu D. Tusk – R. Sikorski.

Wojna

Prezydent Komorowski nie może mieć jednak pretensji do Historii, że ta nie dała mu szansy. Przyniosły ją wydarzenia w Kijowie na początku roku 2014, podczas których Ukraińcy zaprotestowali przeciwko rosnącej korupcji „rodziny” W. Janukowycza oraz przeciw promoskiewskiemu kursowi w polityce ukraińskiego prezydenta. Ukraińcy w ten sposób nieświadomie podważyli niepisany układ Zachodu i Moskwy. Kreml uznał Majdan za spisek mocarstw zachodnich pod przywództwem Ameryki, którego celem jest nie tylko rozszerzenie ich strefy wpływów o Ukrainę, ale i w następnej kolejności spowodowanie rewolty w Rosji. Władimir Putin poczuł się osobiście zagrożony i przewrócił geopolityczna szachownicę, rozpoczynając wojnę z Ukraińcami. Mimo olbrzymich wysiłków Berlinowi, Paryżowi i Waszyngtonowi po dziś dzień nie udało się odzyskać zaufania prezydenta Rosji.

Zmiana konstelacji międzynarodowej i roszady na krajowej scenie politycznej (odejście D. Tuska i R. Sikorskiego) przyniosły B. Komorowskiemu przywództwo w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz misję dopasowanie jej do nowych warunków.
Głównym powodem reorientacji polskiej strategii winna być jej zupełna nieskuteczność. Berlin w zamian za nasza zgodę na swoje przywództwo nie zaoferował niczego. Nie próbował nawet łagodzić sprzeczności interesów w stosunkach dwustronnych. Nadal forsował strategiczne partnerstwo energetyczne z Moskwą oraz niezgodną z naszymi elementarnymi interesami politykę klimatyczną. Rosjanie natomiast nawet nie starali się udawać, że traktują nas jak partnera, o czym premier Tusk boleśnie przekonał się w momencie, gdy Moskwa w styczniu 2011 roku zaskoczyła go publikacją raportu nt. katastrofy w Smoleńsku. Pełne fiasko zbliżenia z dwoma mocarstwami kontynentalnymi wyszło na jaw, gdy w 2014 roku okazało się, że dla Polski zabrakło miejsca przy dyplomatycznym stole, decydującym o przyszłości Ukrainy.

Warto przypomnieć, że poprzednicy Bronisława Komorowskiego wykazali się dziejowym refleksem i zwieńczyli swoją prezydenturę bardzo odważnymi zagrywkami, dzięki którym znaleźli miejsce w Historii. Aleksander Kwaśniewski dzięki skutecznym negocjacjom na Ukrainie w 2004 roku doprowadził do powtórnych wyborów prezydenckich, których zwycięzcą został prozachodni kandydat Wiktor Juszczenko. Warto w tym miejscu odnotować postawę polskiej dyplomacji, której działania – w okresie rządów postkomunistycznego prezydenta oraz SLD dążyły do zwrotu Ukrainy w stronę Zachodu, a w okresie rządów PO usiłowały zmusić Majdan do układania się z tracącym już władzę i w pełni uzależnionym w tym momencie od Moskwy, W. Janukowyczem. W 2008 Lech Kaczyński wraz z kilkoma środkowoeuropejskimi przywódcami przyczynił się do zatrzymania kolumn czołgów rosyjskich prących na Tbilisi.

Doktryna Komorowskiego

Niestety, prezydent Komorowski nie wykorzystał szansy, jaką sprezentował mu los. Co prawda w końcu roku 2014 przedstawił nową strategię bezpieczeństwa narodowego, ale nie wiadomo, dlaczego w ogóle nie brała ona pod uwagę powstałych zagrożeń. W szczególności bagatelizowała ona te ze strony Rosji: „Relacje Rosji z Zachodem pozostaną ważnym czynnikiem oddziałującym na bezpieczeństwo Polski, regionu i Europy. Odbudowywanie mocarstwowości Rosji kosztem jej otoczenia oraz nasilanie się jej konfrontacyjnej polityki, czego przykładem jest konflikt z Ukrainą, w tym aneksja Krymu, negatywnie rzutuje na stan bezpieczeństwa w regionie.”

Diagnoza polityki Kremla została tak sformułowana, aby pozbawić ją realnego znaczenia. Na arenie międzynarodowej dążenie państwa do wzrostu potęgi (mocarstwowości) jest przecież normą i dokonuje się kosztem innych państw. Z kolei uwaga o negatywnym wpływie polityki Moskwy na bezpieczeństwo regionu, to eufemizm, służący ukryciu faktu, że Rosja stanowi zagrożenie naszego bezpieczeństwa. Nie ma żadnego powodu, aby fakt ten skrywać za mniej lub bardziej wyszukanymi konstrukcjami frazeologicznymi.

Doktryna bezpieczeństwa winna wyjaśniać naturę zagrożeń ze strony Rosji. Po pierwsze, tych natury geopolitycznej. Wskazać na to, że pierwszoplanowym celem Moskwy jest zniszczenie politycznej wspólnoty Zachodu. Najpierw poprzez wbicie klina w więzi transatlantyckie, co będzie skutkowało wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z Europy i likwidacją NATO lub jego przekształceniem z sojuszu obronnego w organizację współpracy politycznej. W miejsce wspólnoty transatlantyckiej Moskwa chciałaby stworzyć sojusz eurazjatycki wraz z kontynentalnymi mocarstwami zachodnioeuropejskimi (Niemcami, Francją i Włochami) i w efekcie zastąpić istniejący system bezpieczeństwa swoistym „koncertem mocarstw”. Sukces tych zamierzeń oznaczałby dla Polski marginalizację polityczną i geopolityczne osamotnienie. Przede wszystkim jednak oznaczałby brak realnych gwarancji bezpieczeństwa.

Po drugie, doktryna winna analizować realne zagrożenia militarne. Rosjanie wielokrotnie otwarcie grozili Polsce: atakiem rakietowym, jądrowym, a nawet zupełnym zniszczeniem państwa. Bagatelizowanie tego rodzaju ostrzeżeń jest nieodpowiedzialne. Tym bardziej że takie scenariusze są ciągle ćwiczone przez wojska rosyjskie – np. podczas manewrów „Zapad”.

Wreszcie, po trzecie, trzeba także zwrócić uwagę na cały kompleks zagrożeń związanych z dostawami surowców energetycznych. Strategia Komorowskiego pomija milczeniem fakt, że Polska jest nadal w pełni uzależniona od dostaw rosyjskiego gazu i ropy naftowej. Moskwa może szantażować nas przykręceniem gazowego kurka. Może także kreować ceny na te surowce tak, aby uczynić niekonkurencyjnymi całe gałęzie polskiego przemysłu (np. chemicznego).

Strategia nie dotknęła nawet problemu zagrożeń związanych z polityką naszych zachodnich partnerów. Nie wskazała na niekorzystną ewolucję procesu integracji europejskiej, polegającą na marginalizacji państw małych i średnich (a zatem i Polski) i dyktacie mocarstw.
Wschodnia flanka NATO

Wojna na Ukrainie ujawniła wreszcie słabość naszych gwarancji bezpieczeństwa. Okazało się, że obawy niektórych polskich ekspertów i polityków wcale nie były pozbawione podstaw. W 1998 roku wchodząc do NATO faktycznie przyznano nam członkostwo drugiej kategorii. Nasi sojusznicy zobowiązali się wobec Moskwy, że na terytoriach nowych członków nie będą rozmieszczone na stałe duże oddziały wojsk, broń jądrowa i poważna natowska infrastruktura. To w praktyce uczyniło kraje flanki wschodniej bezbronnymi, albowiem w przypadku rosyjskiego blitzkriegu mocarstwa zachodnie po prostu nie zdążą im przyjść z pomocą.

Wydawałoby się, że prezydent RP powinien próbować naciskać na sojusznicze mocarstwa, aby uznały swoje zobowiązania wobec Moskwy za nie byłe. Tym bardziej, że Kreml, anektując Krym, złamał najbardziej elementarne zasady prawa i pozimnowojennego porządku w Europie. Polska przed wyznaczonym na wrzesień 2014 r. szczytem NATO winna domagać się, aby w graniczących z Rosją państwach Sojuszu rozlokowano na stałe znaczące jego siły zbrojne. Tylko taka decyzja zapewnia nam realne gwarancje bezpieczeństwa.

Na początku kwietnia 2014 roku postulat stacjonowania „dwóch ciężkich natowskich brygad” na naszym terytorium rzucił ówczesny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Jednak nie podchwycił go ani premier Tusk, ani prezydent Komorowski. Przed samym szczytem Berlin i Waszyngton solidarnie zapewnili, że żadnego realnego wzmocnienia flanki wschodniej nie będzie, ponieważ należy dotrzymywać umów z Moskwą. Zamiast tego na otarcie łez dostaliśmy obietnicę stworzenia kilkutysięcznych sił szybkiego reagowania, które w żaden sposób nie poprawią naszej sytuacji strategicznej w razie niespodziewanego ataku Rosji. Nieco później okazało się, że w Polsce mają powstać magazyny sprzętu armii amerykańskiej, ale i to w nadal skromnym wymiarze.

Bronisławowi Komorowskiego zabrakło wyczucia chwili. Polska po agresji Rosji na Ukrainę po raz pierwszy po zakończeniu zimnej wojny znalazła się w sytuacji realnego zagrożenia militarnego. Prezydent jako konstytucyjny strażnik „suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium” powinien zapomnieć o sugestii b. prezydenta Francji J. Chiraca, który sugerował, że Polska winna „siedzieć cicho” i przejść do dyplomatycznej ofensywy, której adresatem byłby Waszyngton, Berlin i Paryż. Niestety, nie zdecydował się na podjęcie asertywnej polityki i podczas szczytu Sojuszu w Newport bez słowa protestu przyjął decyzje mocarstw zachodnich o niewzmacnianiu flanki wschodniej. Podsumowując jego efekty, stwierdził, że „decyzje Sojuszu są ewidentnym wzmocnieniem – czy otwierają drogę do ewidentnego wzmocnienia – flanki wschodniej Sojuszu, co jest odpowiedzią na stworzoną przez agresywną politykę Rosji – szczególnie wobec Ukrainy – nową sytuację w zakresie środowiska bezpieczeństwa. – To jest odpowiedź prawidłowa w przekonaniu Polski”.

Stanowisko Polski ws. Ukrainy, nie licząc PR’owych, ale pozbawionych znaczenia gestów i oświadczeń kierowanych wobec wyborców odstaje coraz wyraźniej już nie tylko od twardej postawy Litwy, ale też i od innych państw NATO, które po cichu i bez zbędnego zamieszania dokonały, pod wpływem wydarzeń na Ukrainie, rewizji swoich założeń dot. zagrożenia ze strony Rosji.

Dobry polityk potrafi wykorzystać nadarzającą się okazję. Nie jest bowiem w stanie jej stworzyć. Doskonale rozumiał to Otton von Bismarck, który za męża stanu uważał tego, kto potrafi dostrzec Pana Boga, który kroczy przez Historię, łapie go za płaszcz i trzyma się jego skraju tak długo, jak to jest możliwe. Bronisław Komorowski nie potrafił schwycić się tego płaszcza.

Komentarze (2):

anonim2015.07.31 10:31
@Herman Kogo to obchodzi?Za kilka dni ten cżłowiek pomaszeruje z tobołkami do Ruskiej Budy i tyle o nim bedziemy słyszeć. Historia o nim zapomni szybciej niż o Tyminskim. Szkoda czasu na komentowanie.
anonim2015.07.31 11:23
Berlin - Warszawa - Moskwa to nie "trójkąt". To linia prosta pomiędzy Berlinem a Moskwą, która PRZEKREŚLA Warszawę. Taki symbol.