Lewica nie chce wolności dla ludzi, chce kontroli! - zdjęcie
09.03.17, 13:40fot. Barnellbe, lic. CC SA 3.0 via Wikipedia; Youtube

Lewica nie chce wolności dla ludzi, chce kontroli!

W dziale opinii ‘The New York Times'a’ publicysta Thomas B. Edsall opublikował alarmistyczny artykuł ‘Democracy, Disrupted’ – ‘Demokracja, Zakłócenia’, związany oczywiście z wygraną Donalda Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich w USA. Cały tekst pełen jest alarmistycznych okrzyków i pomstowań na ‘siły reakcji’ atakujące liberalny ‘ideał postępu’, a co zabawniejsze - szczególnie w ustach liberała - mowa jest także o zagrożeniach dla ‘tradycyjnych norm politycznej rywalizacji’, ‘tradycyjnych moralnych i etycznych ograniczeń w amerykańskiej polityce’, ‘łamaniu ustanowionych norm politycznych’ . Cóż, amerykański liberał odwołujący się do etyki, moralności i norm – sytuacja musi być już naprawdę bardzo groźna.

A cóż jest owym straszliwym zagrożeniem? Z tekstu niedwuznacznie wynika, że to ‘straszliwy rozwój (wydarzeń) w Internecie’, w którym ‘nie ma zarządzającego ciała.’

I to jest straszne – dla dzisiejszego liberała. Liberał w naszych czasach nie jest obrońcą wolności rozumianej jako konkretna wartość. Dzisiejszy liberał jest niewolnikiem idei, doktryny pt. 'wolność'. Z bardzo namacalnej i konkretnej wartości jaką jest wolność, i która wyraża się w demokracji czyli konkretnym mechanizmie decydowania przez ogół obywateli o tym, kto i jak będzie nami rządził, liberałowie zrobili ideologię, mglistą doktrynę swoistego 'wolnościzmu’ – czyli współczesnego liberalizmu. Stał się on stopniowo zaprzeczeniem właściwej wolności, i dziś tępym narzędziem ‘politycznej poprawności’ bije po głowach przeciwników oskarżeniami o ‘faszyzm’, ‘zamordyzm’ etc.

Oczywiście nie jest bynajmniej zagrożona demokracja, rozumiana jako Art. 21 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka: ‘Każdy człowiek ma prawo do uczestniczenia w rządzeniu swym krajem bezpośrednio lub poprzez swobodnie wybranych przedstawicieli. Każdy człowiek ma prawo równego dostępu do służby publicznej w swym kraju. Wola ludu jest podstawą władzy rządu; wola ta wyraża się w przeprowadzanych okresowo rzetelnych wyborach, opartych na zasadzie powszechności, równości i tajności, lub na innej równorzędnej procedurze, zapewniającej wolność wyborów.’ Tak naprawdę dzięki internetowi dzisiaj nie jest zagrożona wolność, tylko coś zupełnie innego – zakwestionowana została polityczno-medialno-finansowa władza establishmentu, który przez kumulację instytucji, władzy i kapitału zbliżył się do pełnej kontroli nad sercami, kieszeniami umysłami tzw. zwykłych ludzi. Zebrane w kilku rękach największe media, instytucje finansowe, struktury polityczne, szkoły i uniwersytety, czyli wszystkie te instytucje, które ze swojego założenia i definicji powinny służyć i być podporządkowane prawdziwej władzy czyli obywatelom, zapragnęły rządzić i władać. I prawie im to się udało, gdyby nie oddolne społeczne i obywatelskie inicjatywy, niezależne media i rebelianci w rodzaju Trumpa, oraz łączący to wszystko Internet, który pozwolił skomunikować się i razem zorganizować, bez cenzury i zgody ze strony wymienionych wielkich ośrodków władzy.

W gruncie rzeczy o to toczy się dzisiaj walka zarówno w Europie, jak i w USA – czy oligarchiczne kręgi władzy zdołają całkowicie zawładnąć przestrzenią publiczną i będą dyktowały nam który kandydat jest ‘godny’ by brać udział w debacie politycznej, czy też to sami obywatele będą decydować kto wyraża ich poglądy, a media będą o tym jedynie informować i opisywać, zamiast pouczać i ganić za ‘niewłaściwe’ i ‘niesłuszne’ decyzje.

Pranie mózgów odbywa się na wielu poziomach: od nazywania nielubianych przeciwników politycznych ‘populistami’ (kiedy są popularni) czy ‘nacjonalistami’ albo ‘ksenofobami’ (kiedy mówią o patriotyzmie i narodzie) albo ‘bigotami’ i ‘wojowniczymi katolikami/chrześcijanami/fundamentalistami religijnymi’ (jeśli reprezentują zdecydowane poglądy moralne i etyczne), przez przedstawianie w hollywoodzkich filmach normalnych ludzi jako żadnych mordu agresywnych morderców ze spluwami w rękach, aż po wręczanie ‘swoim’ pupilom nagród Nobla i Oskarów.

Tegoroczne wręczenie Oskarów - czyli celebracja liberalnego Parnasu i największa szczytowa kulminacja obrzędów liberalnego świeckiego sacrum, obserwowanego przez miliony na całym świecie - miało swoją wymowną puentę: po rytualnym seansie nienawiści wobec prezydenta Trumpa, nastąpił podniosły moment otrzymania największego błogosławieństwa od liberalnych świeckich świętych – czyli wręczenie nagrody za najlepszy film. No i jak wszyscy dobrze wiemy, ci rzekomo 'idealni przedstawiciele najlepszego z możliwych światów' czyli elity Hollywoodu, w tym najważniejszym i najbardziej podniosłym dla nich z momentów - sromotnie się pomyliły, kto dostał jaką nagrodę.

I oni by chcieli rządzić światem…

Michał Orzechowski/sdp.pl