10.08.18, 12:00

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz dla Frondy: Popkultura i Kościół. Szatańska przepaść agresji

Luiza Dołęgowska, Fronda.pl: Ataki na Kościół Katolicki nie ustają, a do walki z nim wykorzystywane są narzędzia medialne i popkulturowe takie przede wszystkim, jak film i teledyski muzyczne. Zwiastun nowej produkcji kinowej pt. ,,Kler'' musi budzić niepokój. Jak wiele mają wspólnego tego typu filmy z realnym życiem duchownych?

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz, TChr:  Oczywiście trudno mi odnieść się do filmu „Kler", skoro go nie widziałem. Niemniej, z zapowiedzi, które są ujawniane jednoznacznie wynika, że jest to obraz równie głupi, jak kłamliwy. Opisać rzeczywistość, której nie jest się członkiem jest niezwykle trudno. Posłużę się przykładem filmu sprzed wielu lat. „Ptaki ciernistych krzewów" to była historia księdza, biskupa, ostatecznie kardynała, który robił karierę w Kościele, mając na każdym etapie życia romans z tą samą kobietą. On, gdzieś na początku ich drogi znajomości, mówił do małej jeszcze wtedy dziewczynki, coś w rodzaju: „dlaczego usiłujesz wypełnić tę pustkę, której Bóg nie zdołał wypełnić?". Ona, strofowana przez matkę przyznawała, że chce mieć ks. Ralpha, tak jak chce się mieć zakazany przedmiot pożądania. To nie była opowieść ani o kapłaństwie, ani o Kościele, ani o instytucjach Kościoła. To był urojony pomysł australijskiej pisarki, nie katoliczki.

„Ptaki ciernistych krzewów", które niegdyś gorszyły, dziś mogą wydawać się niewinną narracją. Bo między biegunem kłamstwa z tamtej epoki a obecnymi narracjami jest szatańska przepaść agresji. Nie waham się użyć tego słowa „szatańska". I prosiłbym, by ci, których tematy wiary radykalnie przerastają, po prostu milczeli. Ci, którzy Kościół sobie wyobrażają wedle miary własnych chorych poglądów na świat, zwrócili się do specjalistów... Chcąc spróbować opisać Kościół i to, co w Kościele, trzeba mieć przynajmniej minimum pokory i choćby zdolność otwarcia się na tajemnicę.

Na ile tak skrajnie negatywny obraz duchownych może wpłynąć na życie zwykłych wiernych i na dalsze funkcjonowanie Kościoła?

- To jest istotnie swoisty probierz charakteru wiary. Dla ludzi, którzy wierzą na zasadzie przekazu pokoleniowego, tradycji, medialnych newsów, to wszystko może oznaczać kryzys. Nie chciałbym z jednej strony odwoływać się do burzy medialnej wokół śmierci i pochówki pewnej piosenkarki. Ale jeden z argumentów, jakie przytacza się dla uzasadnienia jej postawy obojętności wobec Boga i Kościoła ma być rzekomy fakt molestowania jej w dzieciństwie przez duchownego. Po pierwsze, skoro ta kobieta zmarła w wieku 67 lat, to jej lata dzieciństwa to lata 60. Nie był to czas okresu ochronnego dla Kościoła w PRL. Nie był to czas, w którym - gdyby fakt był faktem - nie dano by „zadość sprawiedliwości". Powiem tak, mam wątpliwości co do prawdziwości tego typu wspomnień. Ale po drugie, dlaczego taki „fakt" staje się zarzewiem od którego podpala się ludzkie emocje, manipuluje emocjami...

Wyobraźmy sobie, że w obliczu śmierci tej samej osoby, rozpętuje się jakaś nagonka na artystów - „bo to ćpuny, kłamcy, święte krowy - przechowują u siebie bezkarnie narkotyki, kłamią co do ich pochodzenia, są bezkarni... Tak, oczywiście, wszyscy artyści, piosenkarze, reżyserzy, nie wie pani o tym?". Każdy czytelnik takich słów się oburzy, powie - nonsens. Ale w przypadku opisu życia duchownych - nonsens, to jest prawda. Prawda odsłaniana przez kogo? Przez zdrajców stanu kapłańskiego? Przez sfrustrowanych celebrytów? Przez żerujących na sensacji, by zbić kapitał polityczny na walucie antyklerykalizmu?

Widząc kondycję społeczeństwa, oczywiście, mam świadomość szkód, jakie może wyrządzić takie działanie wśród wielu. Ale ludzie wierzący i mający zdolność korzystania z rozumu ostaną się przy Chrystusie i Kościele. A o takich ludzi w Kościele naprawdę chodzi...

W jakiej mierze może to być uzasadniona krytyka artystów czy celebrytów wobec kleru, a na ile jest to element wojny ideologicznej i religijnej, wypowiedzianej przez wszystkie chyba wyznania katolikom?

- Zacznę od elementu owej uzasadnionej krytyki. Każdego dnia, każdy kapłan w czasie sprawowania Mszy świętej wypowiada słowa skierowane do Boga: „nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła". Jest świadomość grzechów własnych, jest świadomość grzechów w Kościele. Ale to jest i będzie zawsze „święty Kościół grzesznych ludzi" a zarazem „święty Kościół świętych ludzi". I proszę wybaczyć, może mało pokornie - jestem wdzięczny za krytykę wypowiedzianą w imię dobra Kościoła, krytykę zasadną, zmierzającą do oczyszczenia, ale pluciem na Kościół gardzę. Bo takie plucie jest wyrazem skrajnej ignorancji i fizjologicznej nienawiści. Najlepszym krytykiem grzechów Kościoła w minionych latach był św. Jan Paweł II, który dokonał publicznego wyznania grzechów Kościoła i który jednocześnie - jak nikt w ostatnich dziesięcioleciach - odsłonił blask prawdy o świętości Kościoła. Ci, którzy „demaskują" brudy Kościoła to istotnie - raz jeszcze to podkreślam - ludzie obcy względem Boga, Kościoła i katolicyzmu.

Jak radzić sobie w rzeczywistości, w której przy całkowitym zakazie krytyki islamu, judaizmu czy ideologii LGBT, oraz obojętności protestantów, jako jedyne i największe źródło zła na świecie wskazuje się katolicyzm?

- Ja osobiście czuję z tego tytułu dumę i wdzięczność Bogu za to, że mogę przynależeć do takiej wspólnoty, która wywodzi się z krzyża Chrystusowego, wzrastała mocą świadectwa życia prześladowanych, nigdy nie uległa długotrwałej pokusie konformizmu. Dobrze jest należeć do tych, którzy są znakiem sprzeciwu.

Dziękuję za rozmowę.