12 lutego odbyło się spotkanie kardynała Victora Manuela Fernándeza i przełożonego generalnego Bractwa (FSSPX), ks. Davide Pagliaraniego. Obie strony wydały komunikaty, z których wynika dość jednoznacznie, że pojednanie jest bardzo, bardzo odległe. Kardynał zagroził ekskomuniką i ogłoszeniem stanu schizmy, jeżeli Bractwo wyświęciłoby biskupów bez zgody Rzymu. Zaproponował też nawiązanie dialogu teologicznego, ale w formule, która nie pozwala na spełnienie oczekiwań Bractwa: FSSPX chciałoby wykazać błędy w dokumentach II Soboru Watykańskiego, a kardynał ogłosił, że te dokumenty „nie są do korekty”. Istnieje jakiś cień szansy na to, by obie strony zrobiły krok w tył, ale niewielki. Prawdopodobnie dojdzie do pogłębienia podziałów.

Nie musi to jednak oznaczać, że sytuacja tradycyjnej liturgii rzymskiej ulegnie pogorszeniu. Papież Leon XIV ma naprawdę dobre podstawy do tego, by podjąć decyzje dające większą swobodę tej liturgii. Dlaczego? Po pierwsze, jeżeli FSSPX będzie obstawać przy święceniach, to jego biskupi faktycznie zostaną obłożeni ekskomuniką. To oznaczałoby bardzo trudną sytuację dla wielu wiernych, którzy korzystają z posługi Bractwa ze względu na dostępność tradycyjnej liturgii, ale nie chcą brać udziału w życiu wspólnoty, która z perspektywy Stolicy Apostolskiej znajduje się w schizmie (nie oceniam, czy tak jest faktycznie – piszę o sytuacji legalnej). Papież Leon XIV może podjąć decyzję, by wyjść im naprzeciw i udostępnić w szerszym stopniu możliwość uczestnictwa w dawnej liturgii, bez konieczność korzystania z kaplic Bractwa. W ten sposób mógłby z jednej strony pomóc tym, którzy po ewentualnej ekskomunice poczują się kościelne „bezdomni”, a z drugiej strony mógłby chcieć wybić FSSPX z rąk jeden z kluczowych argumentów. FSSPX twierdzi, że jest ostoją dawnej liturgii. Gdyby ta była szerzej dostępna w Kościele, tak by oczywiście już nie było.

Istnieje jednak jeszcze jedna, bardziej zasadnicza kwestia. Papież Leon XIV jest pod wieloma względami kontynuatorem swojego poprzednika, Franciszka. Nie waha się jednak sięgać głębiej i rozwijać wątków, które bliskie były raczej Benedyktowi XVI czy Janowi Pawłowi II. W 2007 roku Benedykt ogłosił „Summorum pontificum”, w którym pozwolił na swobodę celebracji liturgii tradycyjnej, a w dołączonym do tego dokumentu liście pisał, że Kościół nie może nagle zakazać tego, co dla tylu pokoleń było święte. Papież Franciszek po prostu zignorował decyzje i nauczanie Benedykta, ale w ocenie wielu katolików – nie tylko tradycjonalistów – to zignorowanie było w istocie nadużyciem. Papieże nie mogą tak swobodnie postępować z rozstrzygnięciami swoich poprzedników. Benedykt XVI nie ogłosił swojej nauki ex cathedra, nadając jej cechy nieomylności, ale wypowiedział się przecież jako najwyższy nauczyciel Kościoła. Argumentował z wewnętrznego porządku Kościoła, z roli liturgii, z Tradycji. Tego nie da się odpowiedzialnie zlekceważyć.

Wolałbym, żeby Stolica Apostolska i FSSPX doszły do porozumienia. Jeżeli jednak nie jest to możliwe, być może Bóg pozwoli, aby ze zła podziału i konfliktów wyrosło jednak dobro w postaci szerszego udostępnienia Kościołowi tradycyjnej liturgii. Projekt Benedykta XVI, który polegał na powolnym przenikaniu się starej i nowej formy rytu rzymskiego, nie miał czasu, by się zrealizować – ale to, co widzieliśmy w latach 2007-2021, zanim Franciszek zablokował ten proces, było naprawdę obiecujące. Tę sytuację można jeszcze przywrócić. Leon XIV ma wokół siebie wielu doradców, którzy będą mu to odradzać. Być może jednak kryzys w relacjach z FSSPX okaże się przeważającym bodźcem i doprowadzi papieża do wyboru drogi Benedykta XVI.

Przyznam, że nie widzę na to większych szans, ale gdzieś tli się iskra nadziei. Gdyby Leon XIV podjął decyzje w duchu papieża Ratzingera, tym razem mogłyby przetrwać, jako że jego pontyfikat zapowiada się na długi. Czekajmy i módlmy się o dobre rozwiązanie tej sprawy.

Paweł Chmielewski

Autor jest publicystą portalu PCh24.pl