We wrześniu 2024 poszła na strzelnicę. Za cel obrała Najświętszą Panienkę i Dzieciątko Jezus. W miejscu, gdzie powinna znajdować się jakaś neutralna tarcza, ustawiła magazyn z okładką prezentującą Maryję i Jezusa. Strzelała z pistoletu - celnie, podziurawiła wizerunek twarzy Matki Bożej i Dzieciątka. Wszystkim pochwaliła się na Instagramie.

Ameti była wówczas działaczką partii Zielonych – teoretycznie najbardziej tolerancyjnej partii, jaka istnieje. Tolerancja jej działaczy, jak widać, miewa jednak specyficzne oblicze.

Sanija Ameti usunęła nagranie, kiedy spadła na nią ostra krytyka. Twierdziła, że nie wiedziała do czego strzela. Cóż - mieszkała przez prawie 30 lat w Szwajcarii, kraju o chrześcijańskiej tradycji; czy można w to uwierzyć? Zresztą, jaki normalny człowiek strzela na strzelnicy do wizerunku matki z dzieckiem - niechby nawet nie wiedział, że to Matka Boża i Jej Syn?

Ameti została właśnie skazana przez Sąd Rejonowy w Zurychu. Wydawałoby się, że jej działanie powinno spotkać się z surową karą. Owszem, przepraszała, ale trzeba pamiętać o kontekście:

strzelała do Matki Bożej i Jezusa w czasie, w którym w krajach niemieckojęzycznych dochodziło do krwawych zamachów terrorystycznych. Sąd skazał ją tymczasem na zapłatę grzywny w wysokości 500 franków szwajcarskich - czyli niespełna 2300zł.

Dodatkowo skazano ją na karę 3000 franków - ale w zawieszeniu, więc nie ma to większego znaczenia. Realnie to zaledwie 500 franków. Dla Saniji Ameti to prawdopodobnie niewiele.

Proszę sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby to jakiś Szwajcar pochodzący z rodziny chrześcijańskiej strzelał do wizerunku jakichś islamskich świętości, na przykład Koranu. Albo gdyby ten sam Szwajcar ostrzelał wizerunki żydowskie. Nie mam wątpliwości, że zostałby potraktowany znacznie surowiej, a w jego przeprosiny i zapewnienia, że nie wiedział, co robi, nikt by nie uwierzył.

Islamska przemoc nie jest tymczasem czymś marginalnym. To poważny i narastający problem, który dotyczy zarówno chrześcijan, żydów jak i ateistów. Muzułmanie – zaraz po komunistach – odpowiadają za najbardziej brutalne prześladowanie wyznawców Chrystusa na świecie.

Przypadków ewidentnej nienawiści antychrześcijańskiej nie można ignorować ani traktować tak lekko, zwłaszcza w kontekście zmian w Europie. W krajach naszego kontynentu dochodzi do wielu groźnych napaści i wydarzeń, zwłaszcza do podpalania kościołów.

Od dawna mówi się o „przebudzeniu” Europejczyków, którzy mają jakoby dosyć dotychczasowej polityki migracyjnej i lewicowej wrogości do chrześcijańskich korzeni własnych państw i kultur. Problem w tym, że efektów tego rzekomego przebudzenia w ogóle nie widać. Dechrystianizacja postępuje, muzułmanie cały czas napływają, pomimo wyborów do władz i tak dochodzą partie demoliberalnego estabilishmentu, złożone z duchowych dzieci rewolty 1968 roku. Wydaje się, że europejską obojętnością na własną przyszłość nic nie jest w stanie wstrząsnąć: ani brutalne i krwawe zamachy czy ostrzeliwanie chrześcijańskich świętości. Nawet, gdy dokonują takich rzeczy ludzie rzekomo „doskonale zintegrowani”.

Czy to się kiedykolwiek zmieni? Widać coraz mniej racjonalnych powodów do nadziei, że tak. Nader wymowne są zmiany demograficzne, najlepiej widoczne na przykładzie Polski. GUS podał, że w roku 2025 osiągnęliśmy tak niski poziom dzietności, jaki wcześniej ten sam GUS prognozował na rok… 2057. Tak wymiera chrześcijańska cywilizacja, a nowa cywilizacja (post)islamska nie waha się pokazywać, co o niej myśli. Za swoją pogardę i nienawiść otrzymuje śmieszne kary.

Wieszamy się na sznurze, który bezczynnością skręcamy cały czas każdego dnia. Najbardziej bolesna jest obojętność religijna, która dotyka także nas, Polaków, co widać choćby po szczególnie niskiej dzietności naszego narodu.

Takich, którzy symbolicznie i faktycznie ostrzeliwują naszą cywilizację, będzie w konsekwencji tylko więcej. Czas przestać mówić o przebudzeniu, tylko naprawdę się przebudzić – przede wszystkim poprzez pełne przylgnięcie do nauki Kościoła.

Paweł Chmielewski

Autor jest publicystą portalu PCh24.pl