Fronda.pl: Już od 1 września, począwszy od czwartoklasistów szkoły podstawowej, polscy uczniowie, w zamyśle minister edukacji Barbary Nowackiej mają być na przedmiocie o całkiem przyjemnej nazwie - „Edukacja zdrowotna” nauczani m.in. o masturbacji jako „normie medycznej”, o praktykowaniu homoseksualizmu jako równoprawnego ze współżyciem małżeńskim czy też o aborcji przedstawianej jako zwyczajne świadczenie „zdrowotne”. Dowiedzą się też o możliwości tzw. tranzycji, „cispłciowości” i o całym wachlarzu różnorakich orientacji seksualnych. Jak Pan ocenia te plany rządu Donalda Tuska, realizowane przez min. Nowacką?
Mec. Marek Puzio (radca prawny, analityk Instytutu Ordo Iuris, koordynator programu „Chrońmy Dzieci! Szkoła i edukacja"): Wprowadzenie do nauczania szkolnego tego rodzaju treści i to o charakterze obowiązkowym, próbuje się argumentować tym, że dziecko ma prawo do nauki. Tymczasem dochodzi tu do zdecydowanego przekroczenia prawa do nauki dziecka. W prawie oświatowym zostało jasno zapisane, że szkoła pełni funkcję dydaktyczną i wychowawczą. Funkcja dydaktyczna jest realizowaniem wspomnianego prawa do nauki, natomiast w kwestiach wychowawczych rola szkoły ma być jedynie wspomagająca wobec pierwszeństwa przysługującemu rodzicom. Przedmiot edukacja zdrowotna wkracza w dziedzinę praw moralnych i obyczajowych w sferze seksualności, czego przykładem jest choćby wspomniane przedstawienie masturbacji jako czegoś de facto dobrego, bo należącego do „normy medycznej”. Widzimy, że w zamyśle twórców programu, uczeń już od czwartej klasy szkoły podstawowej ma być oswajany z tematyką seksualności oraz być nauczany na temat „dojrzałego i świadomego przygotowania się do inicjacji seksualnej”. Zatem uczniowie polskich szkół podstawowych nie przeczytają już w całości „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza czy „Potopu” Henryka Sienkiewicza, ale będą za to przygotowywali się do „inicjacji seksualnej”.
Mamy tu do czynienia z przejęciem przez szkołę roli rodziców. A to właśnie rodzice powinni decydować o wybraniu najodpowiedniejszego momentu, by wprowadzać własne dziecko w delikatną materię seksualności. Tymczasem w „Edukacji zdrowotnej” wszystkie dzieci wrzuca się niejako do jednego worka, a rodziców traktuje się tak, jakby byli nieporadni wychowawczo i niezdolni do przekazania własnym dzieciom w odpowiedni sposób potrzebnej wiedzy w tej dziedzinie. MEN chce narzucić wszystkim dzieciom jedną, hedonistyczną wizję tej problematyki. Gdy edukacja seksualna była polskim uczniom przekazywana w ramach dobrowolnego – co warto podkreślić, przedmiotu „Wychowanie do życia w rodzinie”, była ona osadzona właśnie w kontekście rodziny, małżeństwa i rodzicielstwa. Natomiast tutaj główną „wartością” związaną z seksualnością ma się stać przyjemność. Jak czytamy w projekcie podstawy programowej „Edukacji zdrowotnej” dla szkół ponadpodstawowych, uczniowie mają omawiać zagadnienie przyjemności seksualnej oraz co wpływa na popęd seksualny. Są to co prawda treści fakultatywne, ale to nie rodzic będzie decydował, czy będą one omawiane czy też nie. Tę decyzję podejmie za nich konkretny nauczyciel, który bez zgody czy nawet wiedzy rodziców, będzie mógł tego rodzaju treści omawiać z uczniami. W podobny sposób uczniowie ci będą mogli omawiać „prawne i społeczne kwestie związane z przynależnością do LGBT+”. To już przybiera formy agitacji i trudno tutaj mówić, że mamy do czynienia z jakąkolwiek troską o zdrowie.
Nazywanie więc tego przedmiotu, będącego w istocie obowiązkową edukacją seksualną - „edukacją zdrowotną” jest dużą manipulacją. Podobnie zresztą jak manipulacją jest twierdzenie, że zajęcia te są realizacją prawa dziecka do nauki. Jest to, raz jeszcze to podkreślę, wtargnięcie w obszar wychowania zarezerwowany dla rodziców. Jednak nawet gdyby ktoś miał wątpliwości co do tego, czy nie mamy tutaj do czynienia z kolizją dwóch praw konstytucyjnych – z jednej strony prawa do nauki, z drugiej - prawa do wychowania dzieci przez rodziców wg własnych przekonań, to wychowanie w sferze seksualności jest tą granicą, której nie należy przekraczać i zdecydowanie uznać za pierwszorzędne - prawa wychowawcze rodziców.
Lekcje religii w polskich szkołach nie są przedmiotem obowiązkowym i są przez min. Nowacką bezwzględne opiłowywane, by użyć terminologii min. Nitrasa. Rząd Tuska chce też wycofania nieobowiązkowego przedmiotu „Wychowania do życia w rodzinie”, by w jego miejsce wprowadzić nowy przedmiot Nowackiej - już jako obowiązkowy - i to również w szkołach katolickich. Gdzie w tym przypadku podział się szacunek obecnej władzy dla Konstytucji RP i jej artykułu 48., mówiącego bardzo wyraźnie o tym, że - „rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”, a także, że „wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania”?
Dodatkowo warto przytoczyć również art. 53. ust. 3 polskiej Konstytucji, który stanowi, że „rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami”. Tymczasem w „Edukacji zdrowotnej” wchodzimy w obszar zarówno norm moralnych, jak i religijnych. I z pewnością ta wizja edukacji seksualnej jest daleka od wartości, jakie głosi Kościół katolicki. Jeśli bowiem sięgniemy do dokumentu kościelnej Rady ds. Rodziny z połowy lat 90., wydanego za pontyfikatu Jana Pawła II, przeczytamy w nim, że dziecko ma prawo do rezygnacji odbierania edukacji w materii seksualności poza domem rodzinnym i to rodzice mają prawo do tego, aby być jedynymi wychowawcami swych dzieci we wspomnianej dziedzinie seksualności.
Obowiązkowa edukacja seksualna i to jeszcze w klasach koedukacyjnych to prawo zdecydowanie narusza i może też być krępująca dla wielu uczniów. Wracając do praw wychowawczych rodziców to gwarantowane są one nie tylko w Konstytucji RP, ale również w licznych, wiążących Polskę, aktach prawa międzynarodowego; wspomnę tu choćby o Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Karcie Praw Podstawowych Unii Europejskiej czy wreszcie Konwencji o Prawach Dziecka.
Badania naukowe i statystyki pokazują dość jednoznacznie, że rozbudzanie seksualności u dzieci ma negatywny wpływ na ich przyszłe zachowania seksualne. Min. Nowacka i jej resort nie mają tego rodzaju wiedzy, czy raczej w pełni świadomie wyznaczają taki kierunek? A jeśli tak, to w jakim celu?
Myślę, że tego rodzaju edukacja seksualna może doprowadzić m.in. do obniżenia wieku inicjacji seksualnej. Wydaje się jednak, że dla pani Nowackiej oraz innych osób wyznających podobny światopogląd - nie ma w tym nic złego. Osoby, które kładły fundamenty pod tego rodzaju edukację seksualną dzieci i młodzieży wychodziły z założenia, że dziecko jest istotą seksualną od najmłodszych lat i ma ono „prawo” do korzystania z własnej seksualności. W proponowanej przez minister Nowacką polskim uczniom podstawie programowej nowego przedmiotu występuje kryterium „świadomej zgody”, które właściwie jest jedynym warunkiem podjęcia inicjacji seksualnej. Nie ma tam natomiast określonej dolnej granicy wiekowej.
Jeśli zaś chodzi o problematykę antykoncepcji to mamy tu do czynienia z założeniem a priori, że po prostu należy ją stosować i trzeba wiedzieć, jak to się robi. Choć już niekoniecznie ostrzega się uczniów, z jakimi skutkami ubocznymi może się wiązać stosowanie np. antykoncepcji hormonalnej czy chemicznej.
Karol Marks twierdził, że „człowiek seksualny to człowiek uwolniony od potrzeb autorytetu, religii i małżeństwa". Nie ma Pan wrażenia, że przynajmniej w naszej części świata, współczesny neomarksizm jeszcze skuteczniej niż marksiści z komunistycznego obozu rządzącego przez niemal półwiecze Polską i całą środkowo-wschodnią Europą - wciela w życie przytoczone powyżej deprawacyjne założenie Marksa?
Uważam, że bardzo trudno byłoby odrzucić taką koncepcję, że to wszystko jest pewnym elementem rewolucji obyczajowej. A zarazem czymś, co ma sprawić, że młody człowiek będzie koncentrował swoją uwagę na własnej seksualności kosztem innych ważnych spraw, nauki, twórczych pasji czy zainteresowań. Tymczasem zarówno zachowania autoseksualne czyli np. masturbacja, jak i współżycie seksualne - mogą w efekcie prowadzić do uzależnień, pogłębiających się zresztą i działających w oparciu o potrzebę coraz silniejszych bodźców.
Czy jeśli „Edukacja zdrowotna” Nowackiej, planująca oswajanie polskich uczniów ze środkami antykoncepcyjnymi, pigułką „dzień po”, „bezpieczną aborcją” czy też z „antydyskryminacyjnymi” postulatami środowisk LGBT, wejdzie w życie, to ta rewolucja obyczajowa radykalnie u nas przyspieszy w tempie dotąd w Polsce niespotykanym?
Jeżeli ten przedmiot, we wszystkich objętych nim klasach szkół podstawowych i ponadpodstawowych - również katolickich, będzie obowiązkowym przedmiotem, podlegającym ocenie oraz warunkującym promocję do następnej klasy, sprawi to, że całe młode pokolenie będzie indoktrynowane w duchu tej samej ideologii, w ramach której „transpłciowość” czy „cispłciowość” przedstawiane są jako dwie „normy”, zatem o płci nie decyduje biologia i anatomia, lecz wewnętrzne odczucie.
Mamy ponadto, i to już w szkole podstawowej, naukę o różnych orientacjach seksualnych ukazywanych w kategoriach równorzędnych, tak samo naturalnych i powszechnie występujących norm. Natomiast w szkole ponadpodstawowej, jak już wspomniałem, uczniowie będą mieli możliwość omawiania kwestii prawnych i społecznych związanych z przynależnością do grupy LGBTQ+. Myślę, że to też jest przygotowywanie przyszłych pokoleń do tego, aby były one w stanie zaakceptować postulaty zmian w prawie, głoszone przez ruch LGBT. I nie chodzi tu jedynie o związki partnerskie, ale także o tzw. małżeństwa jednopłciowe, łącznie z prawem do adopcji przez nie dzieci.
Wydaje się, że obecnie społeczeństwo polskie nie jest jeszcze gotowe na tego typu zmiany, ale ukazywanie tego wszystkiego o czym tu mówimy jako normy, w ramach obowiązkowego nauczania „Edukacji zdrowotnej”, będzie miało swój wpływ na podejście do tych spraw. Więc mamy tu do czynienia z przygotowywaniem gruntu w świadomości społecznej Polaków pod tego typu rewolucyjne zmiany. Jest to droga do radykalnego odwrócenia obowiązującego porządku, nie tylko naturalnego, ale również konstytucyjnego. Wszak Konstytucja RP w art. 18 stanowi , że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny.
W szkole podstawowej, w ramach tej rzekomej „Edukacji zdrowotnej”, wiedza o chorobach przenoszonych drogą płciową, o chorobach wenerycznych, takich jak HIV, ma być jedynie fakultatywna. Czy rzeczywiście więc priorytetem tego nowego przedmiotu Nowackiej o tak wzniosłej nazwie jest dbałość o bezpieczeństwo zdrowotne polskich dzieci i młodzieży?
W podstawie programowej nie znajdują się np. treści, które mówiłyby choćby o zagrożeniach związanych z tzw. tranzycją płciową, choć jednocześnie w szkole podstawowej ma się nauczać o istnieniu różnych „tożsamości płciowych”. Tymczasem na świecie, na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, gwałtowanie wzrosła liczba osób, które chciałyby „zmienić swoją płeć”. Przyjmowanie hormonów płci przeciwnej czy też blokerów dojrzewania wiąże się zaś szeregiem konsekwencji zdrowotnych, o których jednak uczeń na „Edukacji zdrowotnej” się nie dowie. Będzie więc dysponował wiedzą wybiórczą, wybrakowaną i jednostronną. Nie ma też tu mowy konsekwencjach, również psychicznych, przedwczesnej inicjacji seksualnej, ani o negatywnych skutkach zdrowotnych różnych form antykoncepcji, które, choć są szczegółowo omawiane, to jednak nie w kluczowym aspekcie - bezpieczeństwa dla zdrowia. Wychodzi więc na to, że jest to raczej edukacja antyzdrowotna. Warto też zdawać sobie sprawę z tego, że jeżeli seksualność odrywa się od kontekstu małżeństwa, rodziny czy trwałości związku, która nie jest już tutaj wartością - to może to też mieć swoje negatywne konsekwencje w postaci przedmiotowego traktowania drugiej osoby, jako służącej do dostarczania doznań seksualnych.
Niedawno pojawił się w przestrzeni medialnej list, podpisany m.in. przez małżeństwo Terlikowskich, prof. Błażeja Kmieciaka, Konrada Ciesiołkiewicza czy Pawła Rabieja, którego sygnatariusze „wyrażają niepokój związany z dyskredytowaniem potrzeby wprowadzenia do szkół przedmiotu „Edukacja zdrowotna”. „Apelujemy do władz o wprowadzenie przedmiotu "Edukacja zdrowotna". Zastrzegając, że rozumiemy lęki części rodziców przed „kolonizacją ideologiczną”, podkreślamy, że projekt ten jest od nich wolny” – piszą obrońcy obowiązkowego przedmiotu Nowackiej. Jak Pan ocenia treść tego listu, tego apelu i tego rodzaju wyraz aprobaty dla działań min, Nowackiej?
Dla tych państwa najwidoczniej stwierdzenie, że o płci nie decyduje anatomia - jest stwierdzeniem naukowym i nie ma w nim żadnej ideologii. Podkreślmy, że treści dotyczące rzeczywistej edukacji zdrowotnej już są obecne w obowiązującej teraz podstawie programowej, m.in. na biologii, przyrodzie, wychowaniu fizycznym czy edukacji dla bezpieczeństwa. Są tam już obecne m.in. kwestie dotyczące profilaktyki, zdrowego trybu życia, przeciwdziałania uzależnieniom. A jeśli czegokolwiek brakuje to może należałoby się po prostu zastanowić, o jakie elementy tę obecną podstawę programową uzupełnić a nie wywracać wszystkiego do góry nogami, naruszając przy tym konstytucyjne prawa rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.
Nie mogę się zatem zgodzić z autorami tego listu. Myślę, że dość wybiórczo przeczytali oni ten projekt podstawy programowej albo po prostu są jego zwolennikami z powodów światopoglądowych. Ten przedmiot w żadnym przypadku w takiej formie nie powinien być obowiązkowy.
W przeciwieństwie do sygnatariuszy wspomnianego listu, w oczach wielu rodziców, którzy niedawno masowo protestowali przeciwko planowanym przez min. Nowacką zmianom - nowy przedmiot nie jest żadną „edukacją zdrowotną”, lecz próbą indoktrynacji obyczajowej i seksualnej oraz deprawacji umysłów i sumień ich dzieci. Jakie widzi Pan realne możliwości konkretnych działań, które mogłyby skutecznie uniemożliwić wdrożenie tej przymusowej seksualizacji za pośrednictwem polskich szkół i powstrzymać ten bezwzględny marsz radyklanie lewicowych środowisk po zawłaszczenie świadomości polskich dzieci i młodzieży?
Myślę, że to, co może przekonać będących u władzy polityków to słupki poparcia. Jeśli będziemy mieli do czynienia z szeroko zakrojonym sprzeciwem społecznym rodziców, którzy będą interweniowali w tej sprawie już na poziomie dyrektorów szkół, a ta kwestia stanie się jednym z głównych tematów kampanii prezydenckiej, to do obozu władzy w końcu dotrze przekaz, że większość Polaków nie życzy sobie obowiązkowej indoktrynacji seksualnej ich dzieci pod przykrywką „edukacji zdrowotnej”. Będzie wtedy szansa na to, że rządzący się wstrzymają z wdrożeniem w życie swojego zamysłu.
W najbliższym czasie, ze strony Instytutu Ordo Iuris, będzie można pobrać wzory oświadczeń w tej sprawie, które rodzice sprzeciwiający się przymusowej edukacji seksualnej swoich dzieci będą mogli wysyłać bezpośrednio do premiera oraz składać w szkołach swoich dzieci.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
