Robert Gwiazdowski dla Fronda.pl: Otwórzmy się na pracowników z Ukrainy! - zdjęcie
26.09.16, 16:30

Robert Gwiazdowski dla Fronda.pl: Otwórzmy się na pracowników z Ukrainy!

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: Jak pisze „Rzeczpospolita”, według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, bezrobocie w Polsce jest najniższe od 25 lat. Tymczasem pracodawcy mają coraz większy problem ze znalezieniem pracowników. Szacuje się, że w tym roku do Polski przyjedzie ok. miliona obywateli Ukrainy, więc przedsiębiorcy chcą w ten sposób wypełnić tę lukę. Jak uratować rynek pracy w Polsce i czy rzeczywiście najlepszym bądź jedynym rozwiązaniem jest ściągnięcie pracowników z zagranicy?

Dr hab. Robert Gwiazdowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha: Rzeczą oczywistą jest fakt, że- jak pisał Adam Smith, roczna praca każdego narodu, jest duszą, która zaopatruje go w czynniki niezbędne do całego życia. A owa „roczna praca” narodu to liczba ludzi pracujących pomnożona przez wydajność ich pracy. Ze względu na sytuację demograficzną Polski, zmniejsza się liczba pracowników w naszym kraju. W związku z powyższym, musimy podjąć dwa rodzaje działań: po pierwsze, należy poprawić sytuację demograficzną. Po drugie: potrzeba większej elastyczności, jeśli chodzi o napływ rąk do pracy. Nie ma się tutaj czego obawiać, ponieważ również Polacy wyjeżdżają za pracą np. do Niemiec, Norwegii czy Wielkiej Brytanii. Dziwne byłoby, gdybyśmy powiedzieli, że obcokrajowcy nie mogą pracować u nas, zwłaszcza, że przydaliby się na polskim rynku pracy. Mówiąc od lat, że potrzebujemy rąk do pracy, wskazywaliśmy trzy kierunki: na pewno Ukraina czy Białoruś, najbliższe nam kulturowo. Mamy również sporą populację Wietnamczyków, którzy w Polsce pracują- podobnie jak u siebie- po 18 godzin na dobę, nikomu nie wadząc. Nie ma nic złego w zatrudnianiu pracowników z zagranicy. Powiedziałbym nawet, że jest to rzecz normalna w świecie, w którym następuje alokacja siły roboczej. Problem polega na tym, że ludzi na świecie- generalnie- przybywa. Ubywa ich jednak w populacji ludzi białych. Ona jeszcze jest. Mówimy o Białorusi i Ukrainie i na pracowników z tych krajów powinniśmy się otworzyć. Mamy oczywiście ryzyko polityczne. Jeśli powiemy tamtejszym politykom, że chcemy „wykraść” im ludzi do pracy, będą niezadowoleni. Jeżeli powiemy jednak, że otworzymy się na pracowników z Ukrainy i Białorusi, „niech przyjeżdżają, niech popracują, mogą wrócić do siebie”- nie ma sprawy. Walka z tym zjawiskiem jest walką z wiatrakami.

We wspomnianym przeze mnie artykule można przeczytać, że w Polsce brakuje specjalistów w różnych dziedzinach: informatyków, techników, inżynierów, ale również wykwalifikowanych pracowników fizycznych

Po reformie edukacji z 2004 r. szkolnictwo zawodowe w Polsce „zamarło”. Najlepsi specjaliści wyjechali do pracy za granicę, nie ma szkolnictwa zawodowego i stąd brak specjalistów. Dlatego dziś możemy powiedzieć: „Tu jest Polska, żadnych Ukraińców, żadnych Białorusinów, płaćcie nam więcej, to się nauczymy”. Jednak, niestety, jedynym sposobem, by zmusić ludzi do nauki, jest stworzenie im konkurencji, w osobie tych, którzy więcej potrafią. To nie jest tak, że jeśli niewykwalifikowanemu pracownikowi zapłacimy więcej, to on nagle stanie się wykwalifikowany. Kolejność jest odwrotna: najpierw zdobywamy kwalifikacje, a potem zarabiamy. Nie na odwrót.

Dyrektor serwisu Monster Polska mówi o postawie tzw. pokolenia Milenialsów, którzy mają wysokie poczucie własnej wartości, przez co w stosunku do pracodawców są bardziej krytyczni i roszczeniowi. Internet nauczył ich bardziej otwartego i bezpośredniego wygłaszania poglądów.

To ich święte prawo. Od dziesięciu lat tłumaczę przedsiębiorcom: spójrzcie w tablicę demograficzną. Cykle demograficzne są pokoleniowe, w związku z powyższym „rynek pracodawcy”, który dominował w Polsce przez ostatnie 25 lat, zaczyna zmieniać się w „rynek pracownika”. Szef nie może już powiedzieć pracownikowi: „Nie podoba ci się, to spadaj, pod drzwiami stoi pięciu chętnych na twoje miejsce!”Nie, nie... Po pierwsze: Część ludzi wyjechała za granicę, a ci, którzy zostali, są w takim stopniu zagospodarowani, że liczba oczekujących na miejsce pracy znacznie się zmniejszyła. Dziś na rynku pracy najmocniejszą pozycję mają ci, którzy przez ostatnie lata dbali o swoich pracowników.