MY NAME IS ECO, UMBERTO ECO  Ecologiczna podróż w świat masonów, Żydów i jezuitów - zdjęcie
10.03.14, 09:59Umberto Eco (fot.Università Reggio Calabria/Wikipedia)

MY NAME IS ECO, UMBERTO ECO Ecologiczna podróż w świat masonów, Żydów i jezuitów

13

Sto lat temu Bolesław Leśmian spolszczył „nadzwyczajne” historie Edgara Allana Poe. Autor Williama Wilsona, Maski Śmierci Szkarłatnej i Zagłady Domu Usherów zaprasza do niesamowitej krainy grozy, w której wszystko może się zdarzyć. I niczego nie wolno być pewnym do końca poza jednym, poza pewnością śmierci. W podobną podróż do krainy na granicy życia i śmierci zabiera czytelników proza Borisa Akunina, Neila Gaimana i Umberta Eco. Cała trójka ze szczególną predylekcją zajmuje się tematyką cmentarną. Ich literackie światy nie pojawiają się jednak jako kolejna wersja memento mori, wprost przeciwnie. To sfera życia jawi się jako banalna i zwodnicza; życie to dziedzina zdrady, ponieważ bez naszej winy musimy porzucić egzystencję, a właściwie to ona nas porzuca, pozostawiając na pastwę śmierci. Wypada zatem traktować śmierć poważnie, z całą jej realnością, nieuchronnością i osobistością. Życie jest ulotne i niepewne, a śmierć to jedyna pewność, ona zawsze i na zawsze („na wieki wieków”) pozostanie nam wierna. Stąd rodzi się szczególny rodzaj namysłu nad śmiercią, którego cechą charakterystyczną stanowi taphofilia, czyli umiłowanie cmentarza. Idź na cmentarz – zdają się wołać prozaicy – aby rozpoznać, jaki jest sens i bezsens twojej wędrówki przez ten świat. Z bytu w niebyt, ze świata w zaświaty, z próżnej egzystencji w pełną tajemnicy nicość – taki jest kierunek ludzkiego losu. I w żaden sposób nie można się ukryć. Tak perorują pisarze taphologiczni, objaśniając swoje paradoksalne pragnienie życia… na cmentarzu. W pasji poznawania tajemnicy bycia pomiędzy życiem a śmiercią pisarze cmentarni przypominają ewangelicznego Łazarza, który po swoim wskrzeszeniu „utknął” pomiędzy światem żywych i umarłych.

* * *

Odkąd pojawiła się ekranizacja powieści Umberta Eco, ze znakomitym Seanem Connerym (Wilhelm z Baskerville) oraz Christianem Slaterem (Adso z Melku), należy podwoić czujność pedagogiczną. Niektórzy, zamiast czytać dzieło włoskiego profesora semiologii, mogą wybrać drogę na skróty: obejrzeć wersję filmową. Tymczasem warto nie tylko czytać, ale czytać od deski do deski. Ciekawa informacja pojawia się bowiem w Dopiskach na marginesie „Imienia róży”, które Umberto Eco dodał do swojego dzieło w roku 1983 (czyli trzy lata po wydaniu Il nome della rosa). Autor podaje w nich genezę powstania powieści: „Napisałem powieść, ponieważ na to miałem właśnie chęć”. Po tym wstępnym wyjaśnieniu pada porażające stwierdzenie: „Zacząłem pisać w marcu 1978 roku, wychodząc od pomysłu w stadium zalążkowym. Miałem ochotę otruć mnicha”. Ponieważ każdy poważny kryminał przynosi straty w ludziach, więc śmierć mnicha nie budzi moich zastrzeżeń (ktoś musi przecież pełnić dyżurną rolę kozła ofiarnego). Moje przerażenie budzi to, co Eco pisze dalej:

Zacząłem szperać w moim archiwum mediewisty w stanie hibernacji (książka o estetyce średniowiecznej w roku 1956, około stu stron na ten temat w roku 1969, jakiś esej po drodze, zwrócenie się ku tradycji średniowiecznej w roku 1962, kiedy przygotowywałem pracę o Joysie, a potem w 1972 roku długie studium o Apokalipsie i o miniaturach, a więc komentarz Beatusa z Liebany do tejże Apokalipsy, a więc kontaktu ze średniowieczem nie traciłem). Wpadł mi w ręce obszerny materiał (fiszki, fotokopie, zeszyty), gromadzony od 1952 roku, który miał służyć innym, niezbyt jasno określonym celom.

Wniosek jest prosty: materiał Imienia róży stanowi ćwierć wieku zapisków, czyli… to, co miało trafić do kosza, wylądować na śmietniku, staje się materiałem do napisania powieści (dodajmy uczciwie, doskonałej powieści)! Eco jest więc pisarzem ekologicznym. Taki pisarski recykling ucieszy wielu, a już na pewno Tadeusza Różewicza. Ekologiczna twórczość Eco zasługuje na pochwałę, bowiem pokazuje, jak z niczego zrobić coś.

Z tym większą ciekawością przystąpiłem do lektury najnowszej powieści Eco, Cmentarza w Pradze (Il cimitero di Praga, 2010). Zamiast „imienia róży” czytelnik otrzymuje jednak, co najwyżej, lichą ksywkę stokrotki. I to marnej. Co stało się z wielkim mistrzem pióra? Cóż, po raz wtóry sięgnął po swój znany chwyt „ekologiczny”. Powieściowa historia o masonach, Żydach i jezuitach, którzy spiskują i walczą o władzę nad światem, to dobrze znany motyw, który dość obszernie zaprezentował Eco w zbiorze esejów Six walks in the fictional woods (1994). Po kilkunastu latach od wydania eseju powstaje Cmentarz w Pradze, wielka powieść, która ponawia temat Protokołów Mędrców Syjonu. Dlaczego więc zajmować się w niniejszym szkicu ekologiczną powieścią Eco, w której cmentarza jak na lekarstwo? Tematem powieści nie jest bowiem praska nekropolia, ale historia fikcyjnego dzieła, będącego pamfletem przeciwko Żydom i masonom. Zdaniem Eco Protokoły Mędrców Syjonu są falsyfikatem, ponieważ „Mędrcy nazbyt cynicznie ujawniają w nich swoje niecne plany (…) trudno uwierzyć, by w rzeczywistości ktokolwiek mógł się tak bezwstydnie obnażyć”. Aby całość należycie udokumentować Eco w swoim eseju zamieszcza nawet rysunek, który przedstawia osiemnaście (sic!) rozmaitych etapów transformacji falsyfikatu: od spisku templariuszy w czasach króla Filipa Pięknego aż do Czarnej Sotni i Piotra Iwanowicza Raczkowskiego, tajnego agenta rosyjskich służb wywiadu. O czym zatem opowiada Cmentarz w Pradze, spiskowa opowieść o Żydach, masonach i jezuitach?

Najnowsza ekologiczna powieść Eco, wydana trzydzieści lat po Imieniu róży, nie jest wcale opowieścią, w której centrum znajduje się cmentarz. Dwunastu żydowskich rabinów, spotykających się o północy – jak informuje ulotka antysemicka – na cmentarzu w Pradze raz na sto lat, aby spiskować przeciwko ludzkości, to zaledwie marginalna notka w obszernej powieści Eco. Cmentarz w Pradze to historia zdrady. Simone Simonini oraz ksiądz dalla Piccola, niczym Dr Jekyll i Mr Hyde, bohaterowie noweli Roberta Louisa Stevensona, oprowadzają czytelnika po swoim królestwie nikczemności, intryg i zbrodni. I jak w Imieniu róży Eco miał ochotę „otruć mnicha”, tak w Cmentarzu w Pradze śmierć dotyka kolejne ofiary, które główny bohater topi… w gównie!

Uspokajam się. Mówię sobie, że muszę ukryć zwłoki kobiety w kloace na dole, która staje się już bardziej gościnna niż pański cmentarz w Pradze (…)
Wygląda na to, że Boullan zwariował. Zanosi się śmiechem.
– Ileż tu zwłok! – mówi. – Może lepiej jest tutaj niż tam na górze, w świecie (…)?
Wyciągam pistolet, strzelam, trafiam go w samo czoło.
Boullan pada ukosem, prawie na nogi Diany. Muszę się schylić, unieść go i położyć przy niej. Leżą obok siebie jak para kochanków.

Oczywiście gros lokatorów kloaki-cmentarza stanowią katoliccy duchowni. Wydaje się, iż Eco z dużym upodobaniem oraz przewrotnością wygłasza swoje antyklerykalne tezy, jednak niechaj nikt nie odważy się oskarżać go o „nienawiść” do Kościoła katolickiego. Autor ironicznie odpowie, iż powieść z identyczną nienawiścią piętnuje Żydów, masonów i jezuitów. A poza tym, to tylko powieść…! Nie warto się obrażać, skoro wszystko jest kwestią konwencji. I słusznie, jedynym sądem, pod który można poddać mizantropiczne (sic!) dzieło osiemdziesięcioletniego profesora i znawcy kultury, Umberta Eco, jest osąd sumienia. Pewno dlatego (przynaglony sumieniem krytyka), zamiast analizować funeralne obrazy Cmentarza w Pradze, przywołuję poniżej fragment rozdziału 24 powieści, zatytułowany Nocna msza, który egzemplifikuje wulgarność i ohydę świata, przedstawianego z taką predylekcją przez Eco:

Dwoje hermafrodytów klęka przed Boullanem, unosi chlamidę i razem całuje jego wyprężony członek. Potem cała grupa rzuca mu się do nóg, chłopcy zaczynają się masturbować, dziewczynki zdzierają jedna z drugiej tuniki i sczepiają się ze sobą wśród podniecających okrzyków. Powietrze napełnia się nowymi, coraz ostrzejszymi, trudnymi do zniesienia zapachami. Słychać pełne pożądania westchnienia, potem wycie zwierząt w rui. Wszyscy obecni obnażają się i spółkują ze sobą, nie zważając na płeć ni wiek. Widzę w oparach ponadsiedemdziesięcioletnią megierę o pomarszczonej skórze, piersiach jak listki sałaty, nogach szkieletu, która tarza się po posadzce, podczas gdy jeden z nieletnich całuje chciwie to, co było jej pochwą.

(Boullan, jeden z uczestników satanistycznego rytuału, to oczywiście ksiądz). Czytając tego typu opisy – jako czytelnik, nie jako duchowny – odczuwam niesmak. Wielbiciele pisarza mogą powtarzać, iż tak mroczna tematyka domaga się odpowiedniego, stosownego stylu. Jednak w epoce pornografizacji kultury wybitny profesor, i znawca kultury, powinien znać umiar. Nie piszę jako czytelnik zgorszony lub zawstydzony, piszę jako czytelnik zasmucony. Nie wszystko wolno usprawiedliwiać grą z czytelnikiem, zabawą i prowokacją. Nie wszystko wolno opatrzyć etykietką komizmu i humorystyki.
Cmentarz w Pradze to powieść, w której cmentarz nie jest wcale istotny. Eco przedstawia posępną wizję świata: zdrada, chciwość, intrygi i zbrodnie to najgłębsze tajemnice ludzkiej natury. Stąd płynie jak najbardziej cmentarne przesłanie powieści: życie jest tym, czego nie warto przeżyć! I smutny wniosek dla czytelnika: w epoce upadku kultury humanistycznej dzieło otwarte zamienia się w dzieło puste.

Ks. Stefan Radziszewski

Całość tekstu ks. Stefana Radziszewskiego
Niech żyje cmentarz! Eco, Gaiman, Akunin: trzy rodzaje taphoturystyki
dostępna bezpłatnie w wersji e-book, m. in. na platformach iBookstore, Ebookpoint, Legimi. 

Komentarze (13):

anonim2014.03.10 10:30
https://www.youtube.com/watch?v=8xduB5Dm0i4
anonim2014.03.10 10:57
Smutna rzeczywistość starca tracącego kontakt z rzeczywistością. Smętnofilia człowieka nie posiadającego obrazy czystego świata. Co przekazał rodzinie, żonie, dzieciom, wnukom.........
anonim2014.03.10 11:34
Powieść Eco sprzed niemal czterech lat wreszcie doczekała się na Frondzie jakiegoś komentarza. Trochę słabo, bo przecież nie chodzi o literaturoznawczą syntezę powieści ostatnich lat - Gainman i Akunin też już od jakiegoś czasu piszą książki. Wydaje się, iż ks. Radziszewskiemu nieco umknął zasadniczy metaprzekaz: zdarzenia powieści są tak samo niedorzeczne, jak mniemania o tajemnych spiskach i przekonaniach o knujących grupach władających światem. Posługiwanie się obscenicznością jest raczej zabiegiem literackim mającym na celu odrealnić przedstawianą rzeczywistość. To środek, nie cel, bo i po co komu czytać takie okropności, gdy przyjemniej jest ot choćby całować ładną małżonkę. Swoją drogą bardziej nawet ponurą wizję świata znajduję na tutejszym portalu - świata wypełnionego po brzegi zboczeńcami, satanistami i bezwolnymi jak zombie lemingami, których jedyną intencją jest ubrać mojego syna w sukienkę, zbałamucić kota, a potem zmusić do aborcji, sprawić bym polubił p. Putina. Jedyne co ma sens, to spolegliwe oczekiwanie na śmierć lub Paruzję. Brrr! Mroczne, demoniczne miejsce, Eco byłby zdruzgotany - on tworzy literacką fikcję, tutaj niektórzy piszą na serio...
anonim2014.03.10 12:03
By być Artystą nie ma potrzeby tarzać się w fekaliach wmawiając innym, że to Sztuka..... Istnieją dużo bardziej ekspresyjne zabiegi literackie na odrealnienie rzeczywistości.
anonim2014.03.10 16:26
#LazarzPrawdziwy To twe przemyslenia w trakcie moczenia brudnych nóg?
anonim2014.03.10 22:33
Ondraszku, rozumiem że fascynacja dziewczętami wykonującymi depilację woskiem była chwilowa i znów jesteś wierny pedikiurzystkom? Jak się ta parafilia nazywa, podofilia?
anonim2014.03.10 23:31
#LazarzPrawdziwy "Jak się ta parafilia nazywa, podofilia?" Nie !Pajdo -filia! Hehehehhheheeee!
anonim2014.03.10 23:34
#LazarzPrawdziwy Chodź wzorem WC- a nie będziesz miał grzybicy stóp!
anonim2014.03.11 10:41
Spiski nie są niedorzeczne. Są normalne. Jedne wychodząinne., Nie. Spisek podchorążych byłjednym z nich, spisek masonów innym, spisek lenina i komunistów innym. Spisek hitlera też był i się ziścił. Spisek masonów też. Spisek "mędrców syjonu" też nie jest wcale wykluczony. Bo to, zęprotokoły wzorują sięna czymśdawniejszym? MOżę celowo? MOżę świadomie opierająsięna czymsdawniejszym? To że ktoś ujawnia, to teżnie argument. Bo najlepszym sposobem ukrycia spisku jest robienie na jego podstawie filmów. Bo ludzie póxniej myślą: "E... tak jest tylko w filmach". I co z tego?
anonim2014.03.12 11:00
Przesłanie książki jest zgoła inne. Na najwyższym szczeblu państw i wywiadów mocarstw są ludzie którzy nie troszczą się o innych. Którzy wykorzystają motłoch do własnych celów, motłoch z obu stron. Wcale nie pesymistyczne "nie warto żyć". Simonini żył wręcz pełnią życia - objadał się, lawirował w wywiadowczym półświadku. Ważna jest jednak ocena moralna jego postaci. Jakie motywy miał by robić to co robił? Czy to propaganda z obu stron tak na niego wpłynęła? Czy może był ponad nią, był cynikiem? Jakiejkolwiek odpowiedzi sobie nie udzielimy na to pytanie wiem jedno. Ks. Stefan Radziszewski zupełnie nie zrozumiał zabiegów hiperboli i obsceniczności w książce. W pewnym sensie jest to recenzja kreująca się na profesjonalną - jednak gdy do głosu dochodzi katolickie spojrzenie na świat ksiądz nagle traci ogląd tego o czym jest książka - i zaczyna zwyczajnie pleść głupoty :) Nie mniej ważne jest też doszukiwanie się antyklerykalizmu u Eco - ksiądz nie rozumie że gdyby poglądy każdego protagonisty były przypisywane autorowi książki to taki np. Dostojewski uważałby się za nadczłowieka, jak Raskolnikov :)
anonim2014.03.12 20:04
Jaka ta powieść wspaniała!!!!!!!!Chyba taka jak Lucyfer - on też jest wspaniały - ma tylu zachwyconych wyznawców(św.Michale broń mnie, musiałam to napisać). Po co to , Czcigodny Księże, chwalić. Wspaniale można przeprowadzić aborcję, zagazować ludzi i przerobić na mydło oraz abażury. Nic nie zmarnować - wykorzystać wszystko. Wspaniale można zamordować 96 osób, wspaniałe tez są pewne ustawy - idealne w treści. I "Imię róży" to też wspaniała książka . Gratuluję kompleksów i gadania głupot. Książka to treść i forma. Całość.
anonim2014.03.13 1:20
Grzech i perwersja ubierają się w wyrafinowaną formę artystyczną. Mierzi mnie ten podstęp, jako artystę.
anonim2014.03.14 22:05
Bardzo żałuję, że skusiłam się (sic!) na przeczytanie tego tekstu autorstwa ks. Radziszewskiego. Cytuje nam tu ksiądz fragment - jak to ksiądz określił - pustej (dla mnie, nomen omen - martwej) powieści cmentarnej Umberta Eco, które budzą w księdzu niesmak - w jakim celu? I w jakim celu to wszystko publikuje Fronda? Ps. Proszę księdza, mnie też nasuwa się smutny końcowy wniosek, dlaczego kapłan KK nie głosi tego, co daje życie, a roztrząsa się nad twórczością, która umrze razem ze swoim autorem???