Judasz - Złodziej. Kłamca. Zdrajca i ... Przyjaciel? KONIECZNIE PRZECZYTAJ - zdjęcie
13.03.16, 16:10

Judasz - Złodziej. Kłamca. Zdrajca i ... Przyjaciel? KONIECZNIE PRZECZYTAJ

2

Epilog

Na poboczu drogi do Kafarnaum charczy pies. Jest wściekły i parszywy. Brudny i niekochany.

Jego życie jest więcej warte niż moje.

Gdybym tylko jako dziecko nie opuścił Jerozolimy. Gdyby tylko Herod nie umarł. Gdybym tylko nigdy nie zawiesił wzroku na wychudzonym człowieku stojącym nad brzegiem Jordanu.

Nazarejczyk.

Będą mówić, że Go zdradziłem, że sprowadziłem Jego wartość do trzydziestu srebrników. Że zwróciłem się przeciwko swojemu Mistrzowi.

Nie znają mnie.

Nie zadają sobie pytania, czy mogliby zrobić to samo, co ja. Zwykłe zastanowienie się nad tym groziłoby dopuszczeniem do siebie myśli, że wcale aż tak bardzo się nie różnimy. Odebrałoby im prawo do potępiania i do pocieszania się słowami: „Przynajmniej nie jestem taki jak on!”.

Mój Mistrz nauczał o tym kiedyś w przypowieści.

Ale skoro nie znają mnie, nie znają i Jego. W ten sposób zabiorę prawdę ze sobą do otchłani.

Judasz. Kiedyś było to dobre imię, silne imię, imię naszego ludu: pokolenia Judy. To mieszkanie dla Świątyni, która jest przybytkiem Pana.

Z doliny, w której jestem, nie widzę Świątyni – ani marmuru i złota jej oblicza, ani dymu unoszącego się z ołtarza, przerzedzającego się pod koniec dnia. Widzę tylko dym palonych śmieci, i czuję, jak rozsadza mi gałki oczne…

 

<<< KUP KSIĄŻKĘ O JUDASZU - WARTO >>>


Pętla na szyi.

Zachód słońca. Straciłem już słuch, ale jeszcze czuję wiatr, który mknie przez dolinę i owiewa mnie niczym skradziony oddech, dmie na wschód w kierunku pustyni, jakby galopował na koniu.

Tam. Ciemne światło.

Teraz się boję. Ponieważ wiem, że w Szeolu nikt nie chwali Boga, lecz przez wieczność rozmyśla nad tym, jak inaczej mógł postąpić.

Znów ciemne światło. Ktoś idzie. Jakiś chłopiec.

To ja.

 

Potępienie

1

W dniu, w którym uciekliśmy z Jerozolimy, za panowania Cezara Augusta, miałem sześć lat. Przez całe swoje życie nie znałem innego miejsca poza Jerozolimą. To siedziba Świątyni i pępek świata. W Jerozolimie mieścił się Przybytek Boży i mimo obecności w niej żołnierzy rzymskich czy hipodromu Heroda, żaden szanujący się mąż Izraela nie zamierzał jej opuszczać.

Oniemiałem, gdy pewnego dnia mój ojciec, pobożny człowiek, oświadczył, że wyruszamy w drogę.

Zwłaszcza wtedy. Właśnie tamtego ranka ojciec wpadł do domu z wieściami, że Herod, nasz król, zmarł. Sądziłem, że to najpiękniejszy dzień w moim życiu. Choćby dlatego, że nigdy wcześniej nie widziałem ojca tak rozradowanego. Śpiewał jeden z psalmów Dawida, podczas gdy matka klaskała w dłonie, a ja i mój starszy brat Joszua krzyczeliśmy i tańczyliśmy na ulicy. Nie byliśmy jedyni. Wkrótce cała Jerozolima wybuchła radością.

Wciąż świętowaliśmy, gdy przybiegł Aaron, przyjaciel ojca.

Gdzie twój ojciec? Szymonie! – zawołał. – Ściągają orła!

Ojciec wyszedł, aby się z nim przywitać. Aaron jednak był zbyt pobudzony, by ucałować mego ojca na powitanie.

Zdejmują orła Heroda z muru Świątyni!

Mimo moich sześciu lat sporo się już nasłuchałem o tym ohydztwie przytwierdzonym do wielkiej bramy Świątyni, o tym złotym świadectwie służalczości względem Rzymu. Ów orzeł był wszystkim, czego musiał nienawidzić Żyd: płaskorzeźbą, która łamała Boże Prawo, i symbolem Rzymu.

Chłopcy, wejdźcie do środka – powiedział tylko ojciec i udał się do Świątyni.

Godzinami wyobrażałem go sobie na ramionach innych ludzi, jak zrywa orła wśród wiwatów. Ale kiedy wrócił, zauważyłem, że zaciska zęby.

Pakujcie wszystko, co jesteście w stanie unieść. Prędko – polecił. – Wychodzimy.

Wyszliśmy w nocy, przekupiwszy strażnika, by wypuścił nas niewielkimi drzwiczkami u bram miasta.

Cały kolejny dzień podróżowaliśmy w milczeniu, matka ściskała mnie mocno za rękę, a brat był pobladły, zamyślony i rzucał ukradkowe spojrzenia ojcu.

Nie wiedziałem, co się stało – poza tym, że Jerozolimie groziło jakieś niebezpieczeństwo, a ojcu pogłębiły się zmarszczki wokół oczu. Wiedziałem natomiast, że nie powinienem zarzucać go pytaniami, później dowiem się wszystkiego od Joszuy. Mój dziesięcioletni brat był wspaniały. Już wtedy wszyscy wiedzieli, że zostanie wielkim nauczycielem Prawa. I z tego powodu ja także chciałem nim zostać.

Ale kilka godzin później, kiedy uświadomiłem sobie, że jeszcze nigdy nie znajdowałem się tak daleko od Jerozolimy, zacząłem się martwić.

Ojcze – powiedziałem. – Czy zdążymy do domu na Paschę?

To było moje ulubione święto; czas, kiedy z Jouszuą kupowaliśmy baranka i przynosiliśmy go kapłanom do Świątyni.

Nie, Judaszu – odparł. – Jerozolima to punkt zapalny, a Bóg wzywa nas do Galilei.

Ale dlaczego…

Już wystarczy.

Tamtej nocy, w zatęchłej piwnicy gospody, pomiędzy mną a leżącym obok mnie bratem panowała krępująca cisza.

Wsparłem się na łokciu. Stojąca na schodach samotna lampka rzucała przyćmione światło. Byłem w stanie dojrzeć profil Joszuy. Mój brat wpatrywał się w sufit.

Herod nie umarł – powiedział wreszcie. – Słyszałem, jak ojciec rozmawia z jednym z mężczyzn, z którymi dzisiaj szliśmy. To była plotka. Król jest chory, ale żyje.

Ale ojciec powiedział…

Mylił się. Wszyscy byli w błędzie. Plotka dodała ludziom odwagi, by zdjąć orła. Dopóki nie przybyli żołnierze Heroda. – Odwrócił się ku mnie. – Pojmali Aarona.

Gapiłem się na niego w ciemnościach.

To nauczyciele Juda i Maciej wraz ze swymi uczniami opiekowali się Świątynią.

Zarówno ojciec, jak i Aaron byli uczniami sławnego nauczyciela Judy bar Sarifajosa. To właśnie po nim – a po części również po Judzie Machabeuszu, wojowniku zwanym Młotem – otrzymałem imię. W piwnicy nagle zrobiło się zdecydowanie za zimno.

Słyszałem, jak ojciec mówił, że kiedy tam dotarli, Aaron zaczął przepychać się przez tłum. Wspiął się na ramiona jakiegoś młodzieńca, aby pomóc w ściągnięciu orła. Nasz ojciec nie zdołał się przedostać. Stał więc z tyłu i obserwował; mówił, że chciał zaświadczyć swoim synom o dniu, który z pewnością wkrótce stanie się pierwszym dniem przyjścia Pana. Właśnie zdjęto orła, kiedy pojawili się żołnierze. Pośród radosnych okrzyków nikt nie słyszał jego ostrzeżenia.

W takim razie on tego nie zrobił! – Mimo to i tak się bałem.

Joszua milczał.

Aresztują ojca?

Nie. Ale dlatego uciekliśmy.

Co stanie się z pozostałymi?

Nie wiem.

Ale co, jeśli…

Matka idzie. Śpij.

 

<<< KUP KSIĄŻKĘ O JUDASZU - WARTO >>>


Ale nie mogłem zasnąć. Zamknąłem oczy dopiero wówczas, gdy ojciec zszedł na dół, pożałowawszy, że nie podróżujemy nocą. Po raz pierwszy odkąd opuściliśmy Jerozolimę, zapragnąłem być daleko stąd.

Śnili mi się żołnierze. Byłem przyzwyczajony do ich widoku w Świętym Mieście, jak wchodzili do twierdzy Antonia i wychodzili z niej, lub jak pracowali wzdłuż murów i akweduktów; ale tamtej nocy wtargnęli do pomieszczenia, w którym spaliśmy, i wyciągnęli ojca na zewnątrz. Obudziłem się z krzykiem.

Co się stało, Judaszu? Ciii… – szepnął ojciec, przyciągając mnie do siebie. Poczułem zapach upalnego dnia, który utrzymał się na jego skórze. – Już dobrze. Śpij.

Zwinąłem się w kłębek pod ciężarem jego ramienia i leżałem tak, z otwartymi oczami, dopóki żołnierze nie ulotnili się niczym zjawy. Słyszałem tylko niski szmer jego oddechu.

Kiedy dotarliśmy do Scytopolis, od jeziora Galilejskiego dzieliło nas dwadzieścia pięć kilometrów. Zbliżało się Purim, wiosenne święto poprzedzające Paschę.

Scytopolis było największym po Jerychu miastem na naszej trasie. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie coś budowano, włączając w to szeroką ulicę, którą wykładano doskonale wykonaną kostką bazaltową. Minęliśmy budynek, który wyglądem przypominał świątynię, i zagapiliśmy się na stojący przed nim posąg mężczyzny o pięknej twarzy, pełnych ustach – i obnażonej męskości, która wisiała między jego udami niczym kiść winogron. Nie widziałem dotąd wielu rzeźb ani obrazów, a już na pewno nigdy nie oglądałem nagiego nieobrzezanego mężczyzny.

Nie patrz tam – powiedział ojciec. – To jest niemiłe Panu.

Odwróciłem wzrok, ale w myślach już odtwarzałem obrazy – nagiego mężczyzny i innych osób odzianych w same tylko wieńce laurowe, tańczących u wejścia do świątyni.

Znaleźliśmy gospodę prowadzoną przez Żydów. Tamtego wieczoru, przebrawszy się w czyste ubrania, rozpoczęliśmy post i udaliśmy się do synagogi.

W trakcie czytania pism zaczęło mi burczeć w brzuchu. Joszua nachylił się do mnie.

Może nasz post sprawi, że królestwo Boże nadejdzie znacznie prędzej – szepnął.

Pokiwałem twierdząco. Nie wiedziałem, jak dokładnie będzie wyglądać nadchodzące królestwo, oprócz tego, że nie będzie tam Rzymian, gojów i Samarytan.

A co najważniejsze, Aaron nie zostanie pojmany, a ojciec będzie bezpieczny.

Tamtej nocy siedzieliśmy z innymi gośćmi do późna, w blasku księżyca w pełni. W domu moi kuzyni zwykli długo się bawić, a następnego dnia wstawali późno, skracając sobie czas do zachodu słońca, kiedy w końcu mogli się najeść. Ale tutaj nie było żadnych zabaw, a małe dzieci już dostały swój posiłek i zasnęły w ramionach matek.

Do tego czasu umierałem z głodu, mój żołądek zacisnął się w pięść. Wiedziałem jednak, że muszę nauczyć się pościć, jeżeli pragnę zostać ważnym nauczycielem, takim jak mój brat, który przysłuchiwał się rozmowie mężczyzn, zupełnie jakby już był jednym z nich. Ale ponieważ noc się dłużyła, zacząłem modlić się o spokojny sen.

Herod przeniósł wszystkich więźniów do Jerycha – usłyszałem glos gospodarza. – Kupiec przybył z wieściami dwa dni temu.

Joszua trącił mnie i zdałem sobie sprawę, że mówią o ludziach, których aresztowano przy ściąganiu orła. Natychmiast się rozbudziłem.

Inny mężczyzna, który szedł z nami z gospody do synagogi, pokręcił głową.

Nie spotka ich nic dobrego. Dlaczego mają być męczennikami, skoro w ciągu kilku dni Herod umrze? Niech Pan to uczyni!

Po zebranych przetoczył się pomruk aprobaty.

Patrzyłem na Joszuę, serce waliło mi jak młotem. Nie wiedziałem, kim jest męczennik, ale dostrzegłem czujne spojrzenie brata i grymas na twarzy ojca, kiedy wszyscy zaczęli mówić równocześnie.

Rzymianie nadal tu będą.

Wolę Rzymian od Heroda. Jego własna rodzina nie jest przy nim bezpieczna. Cezar dobrze powiedział, że woli być świnią Heroda niż jego synem.

Sądzę, że ten bękart byłby w stanie zjeść świnię.

Pochyliłem się nieco, przyciskając kurczowo dłonie do brzucha.

Chodź, Judaszu – szepnął Joszua, gestem wskazując, abym poszedł za nim na dół. Wyprostowałem się w bólach.

Zaprowadził mnie do pakunku, który leżał przy naszych rzeczach w jednym z pokoi na zapleczu gospody. Joszua przeszukał zawiniątko i wsunął mi do ręki czerstwy kawałek chleba.

Masz. Jeśli nie będziesz jadł, rozchorujesz się jak ostatnim razem.

Patrzyłem to na brata, to na chleb, i myślałem. Nie powinienem go przyjmować. Powinienem go wyrzucić.

Jesteś bardzo gorliwym Żydem – powiedział Joszua. – Ale jesteś młody i nikt nie oczekuje od ciebie, żebyś nie jadł.

Ale nadchodzące królestwo…

Kawałek chleba nie sprawi, że Rzymianie odejdą, a Herod szybciej umrze. Jestem twoim starszym bratem, nieprawdaż?

Pokiwałem głową, łzy głupio napłynęły mi do oczu. Zjadłem chleb, gryząc pospiesznie i udałem się za Joszuą z powrotem na dach.

Właśnie przełykałem ostatni kawałek, gdy ciszę nocy rozdarł okrzyk zaskoczenia – a potem kolejny. Usłyszałem też przenikliwy dźwięk kobiecego głosu.

Wbiegliśmy na dach – wszyscy zerwali się na równe nogi, wpatrując się w niebo. I wtedy przekonałem się dlaczego: tarczę księżyca, przedtem tak pełną i białą, częściowo spowijał cień.

To omen! – krzyknął ktoś. – Znak!

Zmrużyłem oczy, patrząc na księżyc do połowy osłonięty jakby czarną powieką. Czy już tak zostanie? Czy to dzieło złego ducha?

I wtedy do mnie dotarło.

Zacząłem się trząść, moja skóra stała się zimna i gorąca jednocześnie, a uszy wypełniło przeraźliwe zawodzenie. Wydobywało się ono z mojego gardła.

Cii, Judaszu! – Matka przyciągnęła mnie do siebie. Ale kiedy to zrobiła, mój żołądek gwałtownie się poruszył, a ja zwinąłem się z bólu i zwróciłem posiłek tuż pod jej stopy. Wymiocin było niewiele, ale chleb przybrał postać bladych kawałków, haniebnie oświetlanych przez blask znikającego księżyca. Zacząłem płakać, w ustach i nozdrzach poczułem gryzący smak. Matka wzięła mnie na ręce i przeniosła nad całym tym pobojowiskiem w ustronne miejsce. Nie wiedziałem, co robić, drżałem, a po policzkach spływały mi gorące łzy.

To moja wina! – zapłakałem.

Co takiego? – spytała matka.

Księżyc… ja to zrobiłem.

Jak Ewa zerwała jabłko, tak i ja zniszczyłem księżyc na niebie.

Mój gołąbeczku, to nie twoja wina. Czymże jest dla Boga maleńki kawałek chleba? Kazałam Joszui ci go dać, żebyś się nie rozchorował. Cichutko już – powiedziała, ocierając moje łzy. – Nie chodzi o ciebie, Judaszu.

Z innych dachów również zaczęły dobiegać krzyki, mężczyźni kłócili się o znaczenie owego zjawiska, ale ja wiedziałem lepiej. Nawet najdrobniejszy czyn może doprowadzić świat do upadku. Mojżesz nigdy nie wszedł do Ziemi Obiecanej za to, że uderzył w skałę. A teraz ja doprowadziłem niebo do zguby.

Wyrwałem się z objęć matki, podbiegłem do grupy mężczyzn i znalazłem ojca. Chwyciłem go za rękaw.

Judaszu! Co się dzieje?

Padłem na kolana, a on chwycił mnie i podniósł.

To moja wina!

To? Nie, Judaszu, to cud, znak. Nie bój się. Pan mruga do nas. Widzisz?

Zacząłem płakać jeszcze mocniej, dostałem czkawki. On nie znał powagi mojego czynu.

Zjadłem i spójrz, co się stało! – Nie miałem zamiaru obwiniać matki czy Joszuy; sam

zjadłem chleb.

Ojciec zmrużył oczy w ciemnościach i zachichotał. Nie czułem się urażony, kiedy matka mnie nie zrozumiała, ale ojciec? W obliczu tak oczywistej katastrofy czułem się bardziej samotny niż kiedykolwiek.

Naprawdę myślisz, że to przez ciebie, mały Judaszu? A tam… widzisz? Księżyc pojawia się na nowo.

Spojrzałem w kierunku, który wskazywał palcem ojciec. Rzeczywiście, cień nieco się przesunął. Patrzyłem, jak zaczyna się wycofywać, a mój strach pomaleńku ustępował.

Ojciec poklepał mnie po plecach.

Pan nie odrzuci cię za to, że byłeś głodny. Ale możemy się jutro obmyć, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej.

Następnego dnia poszliśmy do synagogi i trzykrotnie zanurzyłem się w mykwie. Ojciec był zakłopotany, a brat obserwował mnie ze współczuciem. Dopiero kiedy obmyłem się po raz trzeci, wyszedłem na zewnątrz i ujrzałem księżyc w całości, poczułem cień ulgi.

Wieści nadeszły, zanim opuściliśmy Scytopolis. Herod zmarł tej samej nocy, której nastąpiło zaćmienie księżyca – ale zanim odszedł, na stosie w Jerychu spalono dwóch wielkich nauczycieli jerozolimskich oraz ich czterdziestu uczniów. Mój ojciec wybuchnął silnym płaczem i zaczął drzeć na sobie ubrania. Joszua uczynił podobnie.

Ja po prostu płakałem.

Uczniowie, którzy zeznali, że nie podżegali do zdjęcia orła, przeżyli i nienawidziłem ich za to. Nienawidziłem ich, ponieważ wiedziałem, że wśród nich nie było Aarona – Aarona, który działałby przeciwko Herodowi do ostatniej kropli krwi z czystej miłości do Prawa. I wtedy zacząłem płakać jeszcze mocniej, ponieważ wolałbym, żebyśmy nie miłowali Prawa aż tak bardzo.

W ciągu kolejnych nocy drżałem pod okryciem, a w snach widziałem płonących uczniów.

.

Choć sądziłem, że tak być nie powinno, pokochałem Seforis. To miasto leżało daleko od Jerozolimy, a tutejsza forteca wydawała się mieścić w sobie świat, który nie znał czegoś takiego jak Świątynia. Nie powinienem był pokochać miasta, które należało do Heroda; wprawdzie Herod już nie żył, ale jego synowie tak jak on czcili orła i pragnęli wszystkiego, co rzymskie – łącznie z ochłapami władzy, które imperium rzucało im niczym okruchy szczeniętom.

Ale pokochałem to miasto, ponieważ tutaj ojciec był bezpieczny. Byliśmy nietykalni.

Poznawałem Seforis po dźwiękach. Głosy dzieci, moich rówieśników, niosły się od podnóża wzniesienia, gdzie rolnicy mieli swoje gospodarstwa i winnice. W ciągu dnia piały koguty. Czasami z daleka dobiegał mnie dźwięk fletu któregoś z pasterzy. A ptaki śpiewały nieustannie.

Tamtej deszczowej wiosny woda ściekała z dachów do podziemnych zbiorników wodnych. To był dobry dźwięk – dźwięk wody. Mech przywierał do ścian domów z kamienia i w ten sposób nawet w słoneczne dni powietrze wokół nich pachniało deszczem, a nad naszymi głowami szeleściły sosny.

Mieszkaliśmy z kuzynem ojca, Eleazarem – kapłanem, który pomógł umieścić Joszuę i mnie na naukach u człowieka, który był pod takim wrażeniem nad wiek zdolnego Joszuy, że nazywał go „małym rabbim”.

Widziałem, jak wszyscy patrzyli na niego z nieskrywanym zachwytem, jakby mój brat był żywym dowodem na to, że Bóg o nas nie zapomniał i że w roli nowego pokolenia zasiał ziarnko gorczycy, którego wspaniałość do końca pozostanie niepoznana. I choć wiedziałem, że nigdy nie dorównam Joszui, to nie dbałem o to. Będą mówili: „Idzie brat Joszuy bar Szymona. Jak on ma na imię? Aha, rzeczywiście – Judasz”. I to mi wystarczyło.

Tamtego roku po raz pierwszy nie poszedłem do Świątyni na Paschę. Zamiast tego obserwowaliśmy rodziny, które wspólnie wyruszyły w drogę. Serce pękało mi z zazdrości, gdy słyszałem, jak śpiewają psalmy pod bramą miasta.

Eleazar zachorował kilka tygodni wcześniej i nie mógł pójść z innymi kapłanami. Widziałem, jak jego żona, stara Sefora, skrywała twarz w dłoniach, kiedy sądziła, że nikt nie patrzy. Jej zachowanie sprawiało, że bałem się o Eleazara. Polubiłem go i modliłem się o zdrowie dla niego. Obmywałem się tak często, że brat się na mnie zezłościł i powiedział, że nawet faryzeusze robią to rzadziej. Nie mówiąc już o esseńczykach, którzy są tak radykalni, że podczas Szabatu nawet nie chodzą się wypróżniać. Czy i ja miałem się od tego powstrzymywać?

Szybko rozważyłem taką ewentualność, ale wiedziałem, że mój żołądek nie będzie tak posłuszny.

Paschę świętowaliśmy w synagodze i w domu Eleazara, który wyzdrowiał, wydawałoby się w cudowny sposób, twierdząc, że to zasługa potrawki z jagnięciny przyrządzonej przez moją matkę i Seforę.

Kilka dni później zaczęli wracać pierwsi pielgrzymi.

Za wcześnie.

Właśnie zebraliśmy się na kolację, gdy do domu wbiegł siostrzeniec Eleazara, rwąc sobie włosy z głowy.

Wyrżnęli ich razem z ich ofiarami! – wykrzyknął.

Co się stało? – zażądał wyjaśnień Eleazar, wstając od stołu.

Nowy król wysłał straże do Świątyni na dzień przed świętem, straże złożone z najemników. Niektórzy pielgrzymi się zbuntowali i zaczęli rzucać w nich kamieniami. Król w odpowiedzi wysłał swoją armię. Była rzeź pielgrzymów: mężczyzn, kobiet, dzieci. Tysiące zabitych!

Ojciec się zachwiał i pobladł na twarzy. Tamtej nocy dom wypełniały szlochy matki i Sefory, mieszające się z jękami Eleazara, który brzmiał nie jak udręczony sędziwy kapłan, ale po prostu jak przegrany starzec.

W rzezi podczas święta Paschy zginęło trzy tysiące ludzi. To był punkt zapalny.

To był początek.

Tosca Lee, JUDASZ, Wydawnictwo św. Wojciech 2015

 

<<< KUP KSIĄŻKĘ O JUDASZU - WARTO >>>


Komentarze (2):

anonim2016.03.13 17:40
Wzorowanie się PO i Nowoczesna PO i pokrewnych im partii na Judasz jak widać nie przynosi dobrych owoców, ale jak wiadomo Judasz pretenduje do władzy w okresie Postu oraz jest źródłem świętokractw dla kultu demonicznego stąd nagminne ostatnio nagłośnienie tego "potępieńca " zdradzającego Jezusa Chrystusa dla marnych 30 srebrników, podobnie jak wspomniani jw. politycy, nawet na portalu wydawałoby się katolickim jakim ma być fronda
anonim2016.03.13 17:41
"Dziwi normalnego katolika"