Św. Maksymilian wiedział, że nie przeżyje wojny - zdjęcie
14.08.16, 11:51

Św. Maksymilian wiedział, że nie przeżyje wojny

Śmierć w celi głodowej w Auschwitz 14 sierpnia 1941 roku była dla Maksymiliana wypełnieniem obietnicy Matki Bożej, którą złożyła mu gdy był małym chłopcem. W kościele parafialnym w Pabianicach ukazała mu się Maryja ofiarowując dwie korony: białą i czerwoną. Biała miała symbolizować wytrwanie w czystości, czerwona znakiem męczeństwa. Jak wyglądały ostatnie miesiące życia Maksymiliana?

 

Przeczucie

Na przełomie 1940 i 1941 roku wydawało się, że sytuacja w Niepokalanowie zaczyna się normować. Liczba zakonników w klasztorze wzrosła do 300. Powracali bowiem bracia, którzy wyszli z niego we wrześniu 1939 roku. Życie zakonne powoli wracało do normalnego trybu. 8 grudnia 1940 roku 22 zakonników złożyło w klasztornej kaplicy śluby zakonne. Ale ojciec Maksymilian przeczuwał, że jego koniec jest blisko. 14 lutego 1941 roku uczestniczył w odpuście św. Walentego w pobliskiej parafii w Pawłowicach. Był tam również ksiądz Jan Krawczyński z diecezji płockiej. Wspomina: (...) Po sumie i obiedzie kościelny (...) odwiózł nas bryczką do Niepokalanowa. W drodze rozmawialiśmy o okropnościach wojny i o tym, że wielu ludzi jej nie przeżyje. Ojciec Maksymilian mało zabierał głosu, był raczej zamyślony, od czasu do czasu wtrącał tylko zdawkowe słowo. Gdy przejeżdżaliśmy przez wieś Masznę, zwrócił się (...) do mnie i powiedział: „Ksiądz tę wojnę przeżyje, ale ja na pewno jej nie przeżyję”.

Trzy dni później, 17 lutego 1941 roku, do klasztoru przyjechało gestapo. Ojciec Maksymilian

dyktował wtedy bratu Arnoldowi Wędrowskiemu rozdział swojej książki, którą pisał od lata

1939 roku. Brat Arnold Wędrowski, stenotypista: (...) 17 lutego 1941 roku w godzinach 8–9.30 podyktował mi o. Maksymilian tak piękny i głęboki artykuł pt. „Niepokalane Poczęcie”. (...) Zachowanie o. Maksymiliana było jakieś inne niżeli dotychczas. W kilka minut po zakończeniu, o godz. 9.45, o. Maksymilian został powiadomiony telefonicznie przez brata Iwona Achtelika o przybyciu gestapo. (...) Zarzucił sobie kaparon na plecy i wyszedł przyspieszonym krokiem na spotkanie gestapowców (...). Po wyjściu o. Maksymiliana maszynę przeniosłem do sekretariatu osobistego (...), skąd też poprzez okno na zewnątrz od strony zachodniej śledziłem, co się działo na terenie. (...) Przy spotkaniu się ojca Maksymiliana z gestapo zachowanie jego było spokojne i zdawało się, że jest to powitanie raczej ze znajomymi aniżeli z wrogami. Poprowadził ich zaraz do swej celi, gdzie wywiązała się rozmowa (...) na temat dotychczasowej pracy Niepokalanowa. (...)W tym też czasie otrzymałem polecenie od o. Maksymiliana, abym powiadomił o. Urbana Cieślaka i o. Piusa Bartosika, że są proszeni przez o. gwardiana. Ojca Justyna Nazima poprosił br. Rufin Majdan. Po przybyciu ojców i jakby wstępnej rozmowie wszyscy wyszli, ażeby zwiedzić działy Niepokalanowa. (...) O godz. 11 z minutami o. Maksymilian ubrał się w płaszcz, wziął czapkę i laskę do ręki. Wezwani ojcowie również otrzymali polecenie ubrania się. (...) Szczególną uwagę zwracało gestapo na ojca Maksymiliana i od chwili wyjścia z celi zawsze był pilnowany przez jednego albo dwóch gestapowców (...). Ojciec Maksymilian, udając się w tę ostatnią drogę, spojrzał jeszcze na będących w pobliżu braci, przesłał wzrokiem jakby ostatnie pożegnanie ku figurze Niepokalanej (...) i poszedł... Oblicze o. Maksymiliana było bardzo poważne, spokojne. (...) O godz. 11.50 samochody ruszyły (...).

 

Jestem Polakiem

Zatrzymanych przewieziono do więzienia na Pawiaku w Warszawie. Mówi ojciec Urban Cieślak, aresztowany razem z ojcem Maksymilianem: Kiedy dnia 17 lutego 1941 roku aresztowano o. Maksymiliana, zachował się bardzo spokojnie. Szef grupy gestapowców, która nas aresztowała, przy nazwisku o. Maksymiliana dał do zrozumienia o. Maksymilianowi, że nazwisko jego Kolbe jest niemieckie, a o. Maksymilian odpowiedział, że jego dziadek, być może, przyjechał z Niemiec, ale on urodził się w Polsce i jest Polakiem. W więzieniu na Pawiaku w Warszawie, po moim przesłuchaniu, ucieszył się bardzo, kiedy się dowiedział, że mnie nie bito i dodał, że będzie się starał mnie wydostać. (...) Widziałem potem o. Maksymiliana na podwórzu więziennym na Pawiaku w Warszawie przez zakratowane okno z celi więziennej, jak wraz z innymi chorymi więźniami maszerował gęsiego po podwórzu.

Opowiada Stanisław Żaboklicki, więziony z ojcem Maksymilianem na Pawiaku: Z ojcem Kolbem (...) spotkałem się w drugiej połowie lutego 1941 roku w następujących okolicznościach: z polecenia władz więziennych grupa nas, więźniów, przeznaczona została do mycia korytarza więziennego. Podczas tych zajęć przyprowadził jeden ze strażników więziennych (Niemców) trzech zakonników w habitach z oznakami pobicia na twarzy. Jednym z nich, jak się później dowiedziałem, był ojciec Kolbe, drugim ojciec Bartosik, a trzeciego nazwiska już nie pamiętam. Przed rozpoczęciem przez nich pracy esesman głośno powiedział do nas: „Wy pójdziecie do celi, a te diabły (...) będą zmywać korytarz”. Zamiast iść od razu do swej celi, chwilę się zatrzymaliśmy i wyraziliśmy chęć pomocy. Ojciec Kolbe powstrzymał nas od tego słowami: „Idźcie i nie żałujcie nas, bo my to sami zrobimy, a tak to i wy możecie jeszcze otrzymać bicie”.

Edward Gniadek, więzień Pawiaka i Dachau: W pierwszych dniach marca [1941 – TK] przyprowadzono mnie z izolacji do celi (...), w której mieszkał żyd Singer. Po paru dniach (...) przyprowadzono do naszej celi ojca Maksymiliana Kolbego. Ojciec Kolbe ubrany był w habit i był ogolony. (...) Po paru dniach wspólnego pobytu z ojcem Kolbem wpadł do naszej celi strażnik więzienny, gestapowiec w randze Scharführera. Starszy celi żyd Singer złożył mu raport. (...) Bezbożnik podszedł do o. Kolbego i wskazując palcem na krzyżyk przy koronce, zapytał: Ty wierzysz w to? – Tak, wierzę – odpowiedział spokojnie zakonnik. Niedowiarek wymierzył ojcu Kolbemu silny policzek. Następnie gestapowiec szarpał ponownie za krzyż ojca Kolbego i powtarzał swoje pytania: Czy wierzysz? Po każdej twierdzącej odpowiedzi o. Kolbego – że wierzy – esesman był coraz bardziej wzburzony (...) i powtarzał uderzenia w twarz. Widząc zaś, że ojciec Kolbe jest niewzruszony, z gniewem opuścił celę, trzaskając za sobą drzwiami. (...)

Kilka dni po aresztowaniu ojca Maksymiliana dwudziestu zakonników napisało do władz list z prośbą o zwolnienie przełożonego. W zamian sami ofiarowywali się pójść za niego do więzienia. Nie dostali odpowiedzi. Ojciec Maksymilian napisał z Pawiaka kilka pocztówek do Niepokalanowa. Ostatnią 12 maja 1941 roku: „Proszę mi przysłać ubranie cywilne. Piszę to z polecenia pana komendanta. Płaszcza i spodni nie potrzebuję, bo mam je tutaj jeszcze w dobrym stanie. Natomiast przyślijcie mi (ciepłą) bluzę do pracy z kamizelką (zapinaną u szyi) i ciepły szal lub krawat. Bardzo pilne! (...) Pozwólmy się wszyscy Niepokalanej coraz doskonalej prowadzić, gdziekolwiek i jakkolwiek Ona nas chce postawić, aby przez dobre spełnianie naszych obowiązków przyczynić się do tego, aby dla Jej miłości wszystkie dusze zostały pozyskane (...)”.

 

Kochana mamo, u mnie wszystko dobrze

W środę 28 maja 1941 roku ojciec Maksymilian wraz z innymi więźniami został wsadzony do pociągu, który tego samego dnia wieczorem dotarł do obozu Auschwitz. Ojciec Maksymilian otrzymał numer 16 670. O spotkaniach z nim mówią więźniowie Auschwitz. Henryk Cyankiewicz: W południe dostawaliśmy na obiad miskę zupy z brukwią i z drobnymi kartoflami albo z grubymi oskrobinami, bez kropli tłuszczu przeważnie, bo tłuszcz, margarynę kradli kapowie i kucharze. Każdy z nas zmęczony i zgłodniały oczekiwał z niecierpliwością chwili, aby wchłonąć w swe trzewia tę tzw. zupę. Ojciec Kolbe odebrał swoją miskę, przeżegnał się i rozpoczął jeść, gdy z drugiego pomieszczenia podchodzi do o. Kolbego młody, wynędzniały więzień i w prostacki sposób mówi: „Ty stary, po co jisz, mosz durchfall, lepij daj mnie”. I z bezczelnym uśmiechem na ustach czeka. Ku memu wielkiemu zdziwieniu o. Kolbe, sam wygłodniały, daje proszącemu swoją ledwie zaczętą zupę.

Rudolf Diem, lekarz: W 1941 roku (...) zwróciłem uwagę na współtowarzysza obozowego o drobnej budowie, szczupłego i podpadającego pod miano „muzułmana” (tak określaliśmy ludzi ponad miarę wychudzonych i wyniszczonych fizycznie), który na moją propozycję, aby poszedł do szpitala, odpowiadał: „Niech pan doktór weźmie do szpitala o tego tam, młodszego ode mnie”, i wskazywał na kogoś z oczekujących w kolejce do mnie. Kiedy powiedziałem, że i dla tamtego znajdzie się miejsce, odpowiadał znów: „To niech pan doktór weźmie tego następnego”.

Aleksander Dziuba: Zauważyłem w nim niezwyczajnego człowieka. Powiedział mi tylko słowa: Ufaj Marii Najświętszej. Wyspowiadałem się u niego. Za komunię św. udzielił mi ze swej porcji chleba i prosił, żebym przyjął jako chleb Boży. Chleb swój oddawał kolegom i mówił, że to „chleb Boży, dla was potrzebniejszy jak dla mnie”.

W czerwcu 1941 roku ojcu Maksymilianowi pozwolono napisać list do matki:

Moja kochana Mamo. Pod koniec miesiąca maja przyjechałem z transportem do obozu w Oświęcimiu. U mnie jest wszystko dobrze. Kochana Mamo, bądź spokojna o mnie i o moje zdrowie, gdyż dobry Bóg jest na każdym miejscu i z wielką miłością pamięta o wszystkich i o wszystkim. Byłoby dobrze przed moim następnym listem nie pisać do mnie, ponieważ nie wiem, jak długo tu pozostanę.

 

Ostatnia droga

Pod koniec lipca 1941 roku z obozu uciekł więzień Zygmunt Pilawski. Esesmani zarządzili karny apel. Więźniów z bloku 14, w którym przebywał także ojciec Maksymilian, ustawiono na placu w pełnym słońcu. O tym jak wyglądał taki apel pisał rotmistrz Witold Pilecki, który we wrześniu 1940 roku trafił do Auschwitz i przebywał w nim do kwietnia 1943 roku. W sporządzonym dla Komendy Głównej Armii Krajowej raporcie zanotował: „Wybiórka na śmierć odbywała się zaraz po apelu, na którym stwierdzono nieobecność zbiega. Przed blokiem, stojącym w dziesięciu szeregach, a z którego uciekł więzień, zjawiał się komendant obozu ze świtą i przechodząc przed szeregiem, kiwał ręką na tego więźnia, który mu się podobał, lub może raczej: nie podobał. Szereg „przeglądnięty” robił pięć kroków „naprzód marsz” i świta szła przed szeregiem następnym. Były rzędy, z których wybierano paru, bądź nie wybierano nikogo.

Opowiada Franciszek Gajowniczek, więzień Auschwitz nr 5659: W okresie żniw, w ostatnich dniach lipca 1941 roku, przy nadarzającej się sposobności jeden z więźniów oświęcimskich z mojego bloku zbiegł. Jako represja za to, na wieczornym apelu nastąpiło dziesiątkowanie więźniów mojego bloku. Dziesięciu ludzi (...) wyznaczono na śmierć. Dowódca obozu Fritsch w towarzystwie Raportführera Palitscha dokonał selekcji. Nieszczęśliwy los padł również na mnie. Ze słowami: „Ach, jak żal mi żony i dzieci, które osierocam” – udałem się na koniec bloku. Miałem iść do celi śmierci głodowej. Te słowa usłyszał ojciec Maksymilian Kolbe, franciszkanin z Niepokalanowa. Wyszedł z szeregów, zbliżył się do Lagerführera Fritscha i usiłował ucałować jego rękę. Fritsch zapytał tłumacza: „Was wünscht dieses Polnische Schwein?” [Czego chce ta polska świnia – TK]. Ojciec Maksymilian Kolbe, wskazując ręką na mnie, wyraził swoją chęć pójścia za mnie na śmierć.

Lagerführer Fritsch ruchem ręki i słowem „heraus” kazał mi wystąpić z szeregu skazańców, a moje miejsce zajął o. Maksymilian Kolbe. Za chwilę odprowadzono ich do celi śmierci, a nam kazano rozejść się na bloki.

Rotmistrz Pilecki: Razu pewnego wydarzył się wypadek, że gdy wybrano młodego więźnia, z szeregu wystąpił staruszek-ksiądz [Maksymilian miał wówczas 47 lat – TK] i prosił komendanta obozu, by wybrał jego, a zwolnił tamtego młodego od kary. Blok skamieniał z wrażenia. Komendant się zgodził. Ksiądz-bohater poszedł na śmierć, a tamten więzień wrócił do szeregu.

Franciszek Brol, więzień Auschwitz, pisarz w bloku 13, w którym znajdowała się cela śmierci, prowadził m.in. nielegalną księgę bunkra, do której wpisywał więźniów: (...) Rajmund (ksiądz Maksymilian) Kolbe znajdował się w grupie 15 skazańców, których wpisałem bez bliższych danych na stronicy I/21 między datami 28.7 a 31.7 (1941) roku (...). Brak daty przybycia tej grupy skazańców do bunkra bloku 13 oraz ich numerów, nazwisk i imion świadczy, że nastąpiło ono w warunkach napiętej atmosfery obozowej (...).

Brunon Borgowiec, więzień Auschwitz, był pisarzem i tłumaczem w bloku 13: Blok (...) położony na prawym końcu obozu był ogrodzony 6-metrowym murem. W podziemiach znajdowały się cele (...). Niektóre cele posiadały małe okienka, w których znajdowały się prycze, drugie zaś nie posiadały okna ani pryczy i były zupełnie ciemne. Do jednej z ostatnich cel w lipcu 1941 r. po odbytym apelu wieczornym przyprowadzono 10 więźniów z bloku 14. Przed blokiem kazano im się rozebrać do naga, a następnie wpychano biedne ofiary do (...) ciemnic (...). Wszystkich nowo przybyłych wprowadzono do jednej celi. (...) Od tego dnia nieszczęśliwi nie otrzymywali już żadnej strawy. Co dzień esesmani, pełniący służbę na bloku 13, przeglądając cele, kazali trupów zmarłych w nocy wynieść. (...) Z celi, w której znajdowali się biedacy, słyszano codziennie głośne odprawianie modlitw, różańca św. i śpiew, do których się też więźniowie z sąsiednich cel przyłączyli. W chwilach nieobecności esesmanów na bloku poszedłem do bunkra, aby porozmawiać i pocieszyć kolegów. Gorące modlitwy i pieśni do Matki Najświętszej nieszczęśliwych rozlegały się po wszystkich gankach bunkra. Miałem wrażenie, że jestem w kościele. Przepowiadał ojciec Maksymilian Kolbe, a następnie chórem odpowiadali więźniowie. Niejednokrotnie byli tak zatopieni w modlitwie, iż nie słyszeli nawet, że przeprowadzający inspekcję esesmani zeszli do bunkra i dopiero na głośne krzyki esesmanów głosy zamilkły. (...) Ojciec Maksymilian Kolbe trzymał się dzielnie, nie prosił i nie narzekał, dodawał otuchy innym, wmawiał współwięźniom, iż uciekinier się jeszcze odnajdzie i zostaną wypuszczeni. (...) Przy każdej inspekcji widziano ojca Maksymiliana Kolbego, gdy już prawie wszyscy inni leżeli na posadzce, stojąc lub klęcząc w środku z pogodnym wzrokiem wpatrywał się w przybyszów. (...) Tak upłynęły dwa tygodnie. W międzyczasie zmarł jeden po drugim, aż po trzech tygodniach pozostało tylko jeszcze 4, wśród nich także ojciec Maksymilian. Wydawało się to władzy za długo, cela była potrzebna dla nowych ofiar. Pewnego dnia przyprowadzili kierownika izby chorych, Niemca, przestępcę kryminalnego nazwiskiem Bock, który każdemu po kolei dawał zastrzyki kwasu karbolowego w żyły lewej ręki. Ojciec Maksymilian Kolbe z modlitwą na ustach podał sam ramię katowi. Zaraz po wyjściu esesmanów (...) znalazłem ojca Maksymiliana Kolbego w pozycji siedzącej, opartego o tylną ścianę z oczami otwartymi i pochyloną głową w bok. Pogodna, czysta twarz jego

promieniała. (...)

Ciało ojca Maksymiliana Niemcy spalili w obozowym krematorium. Wiadomość o jego męczeńskiej śmierci szybko dostała się do Niepokalanowa. Oficjalny akt zgonu przysłano w lutym 1942 roku.

 

Epilog

W sierpniu 2004 roku do niepokalanowskiego klasztoru trafił krzyż od koronki – tj. od różańca zakonnego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mężczyźni, którzy go przywieźli, oświadczyli, iż należał on do ojca Maksymiliana Marii Kolbego. Relacjonuje Krzysztof Hys: Odkąd pamiętam ten krzyż wisiał nad łóżkiem mojego ojca. Ojciec, Stanisław Hys, został 5 maja 1941 roku aresztowany przez gestapo. Trafił do więzienia na Pawiaku, skąd 28 maja 1941 roku razem z ojcem Maksymilianem Kolbem został przewieziony do obozu w Auschwitz. Otrzymał tam numer 16 667. W lipcu 1941 roku po ucieczce jednego z więźniów esesmani zarządzili apel i wybiórkę dziesięciu więźniów. Ojciec w czasie tego apelu stał obok ojca Maksymiliana. Gdy franciszkanin występował z szeregu, by ofiarować się za innego więźnia, trącił ojca w rękę i coś mu wcisnął, mówiąc: „zachowaj to do końca życia”. Dopiero później ojciec odkrył, że jest to krzyż, który ojciec Maksymilian nosił na szyi. Wiele razy jeździłem z ojcem po wojnie do Oświęcimia. Chodził po obozie i zastanawiał się, dlaczego przeżył. Gdy umierał, kazał mi zawieźć ten krzyż do Niepokalanowa. Mówił, że tam jest jego

miejsce.

Stanisław Hys zmarł 2 sierpnia 2003 roku. Krzyż jest w Niepokalanowie.

 Tomasz Krzyżak

 

Autor jest dziennikarzem i publicystą „Rzeczpospolitej”. W 2012 r. wydał biografię św. Maksymiliana M. Kolbego pt. „Kolbe. Historia życia św. Maksymiliana” (Wydawnictwo Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie). Drugie, uzupełnione, wydanie książki ukazało się w 2016 r. pt. „Święty Maksymilian M. Kolbe” (Centrum Opatrzności Bożej w Warszawie).