Ks. Henryk Zieliński: Wnioski z historii - zdjęcie
28.08.14, 10:00Ks. Henryk Zieliński (fot. Telewizja Republika/YouTube)

Ks. Henryk Zieliński: Wnioski z historii

3

Ze wszystkich obrazów na temat II wojny światowej najgłębszy ślad pozostawił we mnie film „Ptaki ptakom”, wyreżyserowany w 1976 roku przez Pawła Komorowskiego na podstawie książki Wilhelma Szewczyka pod tym samym tytułem. Przedstawia on dramat polskich harcerzy, którzy w Katowicach na początku września 1939 roku obsadzili wieżę spadochronową, usiłując stamtąd powstrzymać wkraczające do miasta oddziały Wehrmachtu oraz bandy niemieckiej V kolumny. Według autorów filmu Niemcom udało się zdobyć wieżę dopiero po ostrzelaniu jej z działka. Wcześniej jednak młodym obrońcom skończyła się amunicja. Reżyser pokazuje drużynową wręczającą swojej koleżance ostatnie naboje i trzy suchary. Przejmujący gest pustych rąk mówi wszystko. W końcowej scenie niemieccy żołnierze i cywile z dziką furią zrzucają z wieży tak martwych, jak i żyjących jeszcze harcerzy i harcerki. Młodzi ludzie, zanim upadną na ziemię, przez kilka sekund lecą w powietrzu jak ptaki.

Nie wiem, na ile rzetelnie film pokazuje to, co się naprawdę wydarzyło na wieży spadochronowej, a na ile jest to obraz ubarwiony przez jego twórców. W ostatnich latach toczy się wokół tego wydarzenia mocno zideologizowany spór, którego temperatura rośnie wraz z nasilaniem się inicjatyw na rzecz autonomii Śląska. Najostrzej prawdziwość ukazywanych scen podważa urodzony w 1941 roku na Opolszczyźnie, a mieszkający dzisiaj w Niemczech dr Ewald Stefan Pollok. Na rzecz zakorzenienia filmu w faktach historycznych przemawiają natomiast zeznania świadków, którzy zaledwie kilka godzin po wejściu Niemców widzieli pod wieżą zmasakrowane ciała harcerzy i harcerek. Z pewnością nie można więc nonszalancko odrzucać tej historii, choćby jej artystyczna wizja w szczegółach nie do końca pokrywała się z faktami. Nie dyskwalifikuje to bynajmniej przesłania, które z tych obrazów dzisiaj wynika.

Nikt nie może nam przecież zagwarantować, że już nigdy nie nadejdą czasy, kiedy Polski znowu trzeba będzie bronić. Mit bezpiecznej Polski w bezpiecznej Europie rozpada się na naszych oczach jak domek z kart. Składają się na to agresywne poczynania Rosji wobec jej sąsiadów, marginalizacja Unii Europejskiej i bierność największych państw Europy Zachodniej, która coraz bardziej rozzuchwala rosyjskie imperium. W NATO jesteśmy członkami drugiej kategorii. Nasi zachodni sojusznicy, ze względu na swoje zobowiązania wobec Rosji, ucinają jakiekolwiek dyskusje o rozlokowaniu u nas sił. Tymczasem Polska wobec ich zapotrzebowania postawiła na niewielkie siły ekspedycyjne, zdolne błyskawicznie interweniować u boku Amerykanów czy Francuzów w dowolnym krańcu świata, ale niezdolne do obrony własnego terytorium. Brakuje sprzętu, żołnierzy i rezerwistów. Ameryka zaś, na którą liczymy, jest bardzo daleko.

Pojedyncze inicjatywy w rodzaju wspólnej modlitwy biskupów polskich i niemieckich w 75. rocznicę wybuchu wojny czy zaproszenia prezydenta Niemiec 1 września przed świtem na Westerplatte są bardzo cenne. Jest ich jednak za mało. Nie chodzi w nich bowiem o zaproszenie do wspólnego rozpamiętywania naszej przegranej, ale o uwrażliwianie świata, aby sytuacja, w której znalazła się nasza Ojczyzna po pakcie Ribbentrop-Mołotow już nigdy nie mogła się w Europie powtórzyć. Trzeba ciągle przypominać, że pozostawienie Polski osamotnionej wobec agresorów doprowadziło do tragedii w wymiarze światowym, a jej skutki trwają do dzisiaj.

W kwestii politycznego wykorzystania 75. rocznicy wybuchu II wojny światowej nasz rząd, zajęty sobą, robi dzisiaj zdecydowanie za mało. Czyż bowiem 1 września 2014 roku nie powinny się odbywać na Westerplatte i w Wieluniu międzynarodowe obchody na skalę tych, które były wiosną w Normandii, w rocznicę lądowania aliantów? Bardziej niż igrzysk olimpijskich w Krakowie czy tęczy na Placu Zbawiciela w Warszawie potrzebujemy dzisiaj takiego lobbingu na rzecz bezpieczeństwa Polski.

Za mało także robi się, aby polska młodzież, jeśli przyszłoby jej kiedyś stanąć do obrony Ojczyzny, znowu nie stawała z pustymi rękoma. Kilkadziesiąt samolotów i poniemieckich czołgów to może w sam raz na defiladę, ale nie wystarczy do powstrzymania ewentualnej agresji. Jak wtedy spojrzymy w oczy tym, którym być może przyjdzie nadstawiać głowy za Polskę, gdy my już będziemy na to za starzy? Dla uniknięcia powtórki dramatu obrońców katowickiej wieży i wielu innych polskich obrońców wystawionych z powodu braku środków na pastwę wroga, warto naprawdę wiele poświęcić. 

Ks. Henryk Zieliński/Tygodnik "Idziemy"

Komentarze (3):

anonim2014.08.28 10:35
Boję się. Jezu ratuj!
anonim2014.08.28 19:59
Nie wiem, komu zależy na tej wojennej retoryce i propagandzie, i kogo to "rajcuje". Może chodzi o wywołanie u ludzi paniki (vide p. Bratkowa) czy też upośledzenie logicznego myślenia (co u wielu już występuje w stopniu zaawansowanym). Wtedy łatwiej rządzić, przepychać niepopularne decyzje, przykrywać czy przemilczać wpadki. Nic tak nie jednoczy, jak idea wielkiego wroga. Z Przemyśla do Doniecka jest w linii prostej grubo ponad 1000 km, więc jaka wojna "u granic"? (chyba sprzed 17 IX 1939? @Lilianna). Mam dość rządów p. Tuska i jego kompanii, ale mam wrażenie, że z PiS-em u władzy już byśmy wysłali na Ukrainę jakieś jednostki. Z Bogiem.
anonim2014.08.29 8:04
Pamiętam ten film dobrze. Byłem wtedy dzieckiem, jak go oglądałem. Bardzo mną wstrząsnął.