19.11.18, 19:35fot. via ps-po.pl

Gdy mrok wciska się w wasze serca i życie...

Są takie dni – najczęściej właśnie w listopadzie – gdzie mrok wciska się we wszelkie szczeliny życia i serca. Czyni to z rozmaitych powodów, choć ostatecznie nie są one najważniejsze. Tracimy ich świadomość i rachubę. Niektórzy określają to słowem depresja, inni zmęczenie, frustracja. Tymczasem ów mrok wnika głębiej – oczywiście bez pytania. Próbuje zawładnąć naszą świadomością, naszym pokojem, naszym sumieniem. Obsmarowuje nas bez skrupułów poczuciem winy, zaprawionym lepką goryczą rozpaczy. Nie wiemy, gdzie popełniliśmy błąd, kiedy weszliśmy w mrok. Teraz już tam tkwimy, a powody wychylają swoje bezczelne i agresywne głowy z każdego kąta.

Zresztą nie muszą być bardzo aktywne i widoczne. Nie! Efekt jest tym mocniejszy, gdy wszystko staje się głuche i puste. Sam mrok, zawilgocony mgłą czy leniwie siąpiącym deszczem ma moc przemienienia otaczającej nasz rzeczywistości w przestrzeń grozy.
Wymownie opisał to poeta:

Gwiazdy – łzy światła opadła
noc przez szyby wybite arkad…
noc odpływa w nagęstłą przestrzeń
w czarnych wodą ciekących barkach.

Mosty brodzą w prąd wlane czernią,
Gwiazdy czochrzą włosy mgłom wiklin…
Przeszli ludzie którzy szli mostem…
Oczy cicho w złe miasto wnikły…

Rzeka gęsta wolno poziewa
W duszę szarość ciemnego płynu,
Most się w niebo wrzyna żelazem
Na krzyżowych wygięciach klinów..

Głodem cierpkim usta mdlą puste,
Połykają gorzkie łzy świateł…
Szare nocą znad śliskich wiklin
pełźnie świtem niebo jak krater.

Jakże to nieludzkie! Ale jakże prawdziwe! Odnajdujemy w tym opisie tyle naszych intymnych niekiedy miejsc zakażonych owym mrokiem niepewności, poczucia winy i bezsensu. Tępe myśli, beznadziejne sytuacje, które podpełzają nam pod gardło, mimo że wciąż pragniemy je zrzucić na ziemię. Mają jednak sojusznika w wyobraźni skutecznie aktywizowanej bezwzględnością lub głupotą innych ludzi. Tylu ich. Dużo więcej niż tych pozytywnych, dających wsparcie. Nic dziwnego, że niknie światło nadziei, a wszystko pogrąża się coraz bardziej w obleśnym mroku, który w konsekwencji zaczernia nam obraz nas samych. Nie mamy się już gdzie podziać. Jesteśmy wygnani sami z siebie. To, co jeszcze przed chwilą dawało nieco radości najprostsze nawet, przecież należące się nam czynności, nagle zamierają, tężeją – po prostu znikają, tak, że nagle odnajdujemy się na obcym terenie:

Księżycowym krajem
Jest serce Gomer
Lej
Kopiec
Zastygła lawa
Zaschnięte grzęzawisko
Bagniste
Z gnijącą wodą
Na samym dnie.
Gomer nie przegląda się już
W stawie rybnym
Nieśmiało biegnie do ścian
I już tak wiele nie gada
Podczas silentium [Wiersz nosi tytuł Księżycowy kraj].

Ten przejmujący obraz być może często łączyliśmy z naszą wizją zewnętrznego świata, osądzając go i potępiając z racji na to wszystko bagno grzęzawisko, które najczęściej nam oferuje. Teraz okazuje się, że odnajdujemy to wszystko w sobie. Jakim sposobem!? Tak się pilnowaliśmy! A jednak, stało się. Może to tylko nasza sugestia, umiejętnie i niecnie podsunięta i osadzona w nas przez listopadowy mrok, przez zmęczenie – zwłaszcza innymi, trudnymi i tępymi ludźmi? A może jednak gdzieś popełniliśmy błąd – nieświadomie, ale nieodwołalnie? Samo dochodzenie przyczyn jest kolejną odrażającą maską mroku. Męczy nas i nicuje, niczego nie wyjaśniając. A światła nie ma – tym bardziej, im bardziej go potrzebujemy. Możemy powtórzyć jedynie za psalmistą: „W proch powalona jest dusza moja” (Ps 119, 25), próbując w ten sposób – świadomie lub nie – z owego dojmującego doświadczenia mroku uczynić przedsionek pokory.

Św. Benedykt dobrze znał tę sytuację, odnosząc ją przede wszystkim do braci „krnąbrnych, nieposłusznych, zarozumiałych, niechętnych lub też w jakikolwiek inny sposób sprzeciwiających się świętej Regule i poleceniom przełożonych” (RB 23,1). Kto jednak jest w stanie przeniknąć mroki ludzkiego serca, wyjaśnić jego działanie a, nade wszystko, skłonić je do poprawy? Jakże często bunt, mroczne postępowanie to owoc wcześniejszego już wejścia w mrok. A przyczyny są często tak bardzo skomplikowane. Jedynie pokorne podjęcie wyzwania mroku jest szansą.

Na tej właśnie podstawie św. Benedykt proponuje rozmaite środki przywrócenia takiego brata do światła harmonii ze wspólnotą. W pewnym momencie pisze o „straszliwym smutku” zagrażającym owemu bratu. Jako drogę wyjścia św. Benedykt proponuje pocieszenie, co z kolei motywuje znowu bardzo wymownym cytatem św. Pawła, zresztą z tego samego drugiego rozdziału 2 Listu do Koryntian: „trzeba potwierdzać miłość” (RB 27, 3-4). Bo może mrok to po prostu brak miłości, niewielka nawet – ale decydująca chwila – zakłócenia przypływu znaków o niej świadczących, albo zwyczajne zapomnienie o niej. Jakże często ulega ona bezwzględności ludzkiej, która na nas zewsząd napiera? Na księżycu nie ma życia. W listopadowym mroku wszyscy i wszystko się chowa. Zostaje tylko jedynie zawilgocone mgłą czy leniwie siąpiącym deszczem poczcie bezsensu i pustki – i maszkarony lęków. Ale tylko dotąd, dopóki ktoś wrażliwy i życzliwy nie wejdzie do pokoju i nie zapali lampy…

Bernard Sawicki OSB 

ps-po.pl