Otwarte forum dyskusyjne Frondy

Tresura do życia po koziemu

dodano: 22.06.2018, 8:53
akcje wątku: drzewko

Autor: Wojo

Starsi ludzie zapewne pamiętają anegdotkę, jak to Żyd skarżył się rabinowi na ciasnotę w domu – że jest tak ciasno, że już nie można wytrzymać. Rabin poradził mu, żeby do domu sprowadził jeszcze kozę. Po kilku dniach zrozpaczony Żyd wypłakiwał się przed rabinem, że po sprowadzeniu do domu kozy zapanowało tam prawdziwe piekło. Wtedy rabin poradził mu, żeby kozę z domu wyrzucił. Po kilku dniach Żyd przyszedł rozradowany i na pytanie rabina, co słychać, odpowiedział, że teraz to on ma w domu takie wygody, jak w prawdziwym pałacu. Jest to sytuacja całkiem podobna do tej, jaka zapanowała w naszym nieszczęśliwym kraju po Anschlussie do Unii Europejskiej. Jak pamiętamy, doszło do tego 1 maja 2004 roku w następstwie referendum akcesyjnego, w którym poparcie dla Anschlusuu zadeklarowali nie tylko członkowie obozu zdrady i zaprzaństwa, to znaczy – stare kiejkuty i ich konfidenci, folksdojcze, lobby żydowskie z Judenratem „Gazety Wyborczej” na czele – ale również płomienni dzierżawcy monopolu na patriotyzm, to znaczy – Ja–ro-sław-Pol-skę-zbaw, czyli prezes Jarosław Kaczyński z trzódką swoich wyznawców. Używam określenia „wyznawców”, bo właśnie dowiedziałem się, że kult smoleński doczekał się zainteresowania religioznawców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy rozbierają go sobie z uwagą należną religii. Oczywiście analogia z żydowską anegdotką jest naciągana, bo sytuacja naszego nieszczęśliwego kraju po 14 latach od Anschlussu, zrobiła się znacznie gorsza. Nie tylko nie możemy wyrzucić kozy z domu, ale w na domiar złego, zaczęła ona sztorcować wszystkich domowników, wymuszając na nich akomodację do kozich obyczajów i koziego trybu życia.

Mam oczywiście na myśli orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, który ostatnio nakazał, by nawet kraje nie uznające umów o wzajemne świadczenie usług seksualnych – bo taki charakter mają tzw. „związki jednopłciowe” - za małżeństwa, traktowały je jednak tak samo, jak małżeństwa, jeśli strony zawarły taką umowę w kraju członkowskim UE, który takie związki za małżeństwa uznaje. Jak wiadomo umowy o wzajemne świadczenie usług seksualnych, ograniczają się do takiej wymiany (facio ut facias, co się wykłada, robię, żebyś zrobił; na przykład robię ci laskę, żebyś i ty mi zrobił – i jeśli rodzą jakieś roszczenia, to wyłącznie dla drugiej strony kontraktu – że np. nie chciałeś zrobić mi laski, albo wprawdzie zrobiłeś, ale od niechcenia) – podczas gdy małżeństwo ma znacznie bogatszy zestaw tzw. essentialiów, czyli istotnych, konstytutywnych postanowień umowy, bo oprócz wzajemnego świadczenia wiadomych usług, obejmuje ono również graniczącą z pewnością możliwość pojawienia się potomstwa, w stosunku do którego małżonkowie zaciągają cały zestaw poważnych zobowiązań, czego w przypadku związków sodomitów nie ma i być nie może z powodu niemożliwości pierwotnej i obiektywnej. I właśnie ze względu na te konsekwencje i na te obowiązki, prawodawcy obdarowali małżeństwo znacznie obszerniejszym zakresem ochrony, niż umowy „w drobnych bieżących sprawach życia codziennego”, do jakich można zaliczyć umowę o wzajemne świadczenie usług seksualnych, zawieranych przez sodomitów i gomorytki. Ja oczywiście wiem, że chrześcijanie uważają małżeństwo również za sakrament, czyli widzialny znak niewidzialnej łaski Boga – ale nie ma potrzeby przywoływania tego argumentu wobec sodomitów, w stosunku do których powinna wystarczać sama prawnicza logika. Posądzanie sędziów Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, że nie zdają sobie sprawy z tak istotnej różnicy, byłoby niegrzeczne – a jednak orzekają oni tak, jakby sobie z tego sprawy nie zdawali. Skoro tedy ignorancja nie jest przyczyną takiego postępowania, to co nią jest?

Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu został wprzęgnięty do rewolucji komunistycznej, jaka przewala się przez Europę na podobieństwo tornada – żeby tylnymi drzwiami, to znaczy – za pomocą takiego właśnie orzecznictwa – doprowadził również te państwa członkowskie UE, które jeszcze się przed zrównaniem małżeństwa z umowami o wzajemne świadczenie usług seksualnych bronią – do pogodzenia się z losem, z pominięciem tamtejszych parlamentów. Celem komunistycznej rewolucji jest – jak wiadomo – doprowadzenie do uwstecznienia historycznych narodów do postaci stada anonimowego, czyli tak zwanej „masy”, której można będzie użyć w charakterze „nawozu Historii” dla lewantyńskich Ubermenschów. Jak pamiętamy, inicjatorzy zmiany rewolucyjnej strategii, którzy w roku 1968 odwołali się do Antoniego Gramsciego, rzucili hasło „długiego marszu przez instytucje” - no i pomaszerowali. W rezultacie również Europejski Trybunał Sprawiedliwości przestał być sądem, a stał się jednym z ogniw rewolucyjnego aparatu przemocy i duraczenia.

Ponieważ nosiciele nieubłaganego postępu w naszym nieszczęśliwym kraju małpują zachowania swoich zachodnich odpowiedników, to nic dziwnego, że również tubylczy Sąd Najwyższy w Warszawie uznał niedawno, że drukarz odmawiający sodomitom wydrukowania jakiegoś ichniego plakatu, powinien im go wydrukować bez szemrania. Słowem – tubylczy Sąd Najwyższy, gwoli przypodobania się zarówno sodomitom, jak i niemieckiemu owczarkowi Franciszkowi Timmermansowi, co to właśnie przybywa do Warszawy jako „rewizor iz Pietierburga” - zlikwidował zasadę swobody zawierania umów. Tymczasem art. 31 ust. 1 konstytucji, a którą ostatnio powołują się wszyscy Zasrancen stanowi w ust. 1, że „wolność człowieka podlega ochronie prawnej” - co zgodnie z ustępem 2 oznacza, że „nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje”. Słowem – a contrario - że człowiek, zażywając swojej wolności, musi robić tylko to, co nakazuje mu prawo. A co może nakazać mu w tych warunkach prawo? Art. 30 konstytucji stanowi, że „źródłem wolności” jest „przyrodzona godność człowieka” i że jest ona „nienaruszalna” - co oznacza, że prawodawcom nie wolno ustanawiać praw, które by nad tą godnością przechodziły do porządku – jeśli oczywiście chcą korzystać z reputacji prawodawców praworządnych. Uznając za „źródło wolności” godność „przyrodzoną”, konstytucja odwołuje się tu do porządku prawa naturalnego, który najwyraźniej uznaje za porządek wyższy nad prawem pozytywnym, czyli stanowionym przez konstytucyjne organy państwa. A jakie prawa tworzą katalog praw naturalnych? Omne trinum perfectum, toteż i w tym porządku mamy trzy prawa naturalne: życie, wolność i własność. Wynikają one z właściwości ludzkiej natury, to znaczy – mają charakter pierwotny względem wszelkiej władzy politycznej i są od niej niezależne. Życie – wiadomo; jest warunkiem wszelkich innych właściwości. Wolność jest konsekwencją posiadanej przez człowieka zdolności do świadomego wybierania, a własność jest konsekwencją posiadanej przez człowieka zdolności do wytwarzania bogactwa i dysponowania nim. Konstytucja w art. 32 ust. 2 zakazuje dyskryminacji, ale w ust. 1 tego artykułu wyjaśnia, co przez to rozumie – że mianowicie rozumie przez to równość „wszystkich” wobec prawa, co oznacza że wszyscy mają być równo traktowani PRZEZ WŁADZE PUBLICZNE. Inne rozumienie zakazu dyskryminacji byłoby nonsensowne, bo gdyby wszyscy mieli być równo traktowani także przez zwykłych ludzi, to każda panienka musiałaby rozkładać nogi na każde żądanie każdego amatora słodyczy jej płci. Dla takiej panienki byłaby to najokrutniejsza niewola, urągająca nawet najskromniej pojmowanej godności. Skoro tedy wiemy już z czego wynika wolność i czym ona jest, możemy zająć się wolnością działalności gospodarczej, o której wspomina art. 20 konstytucji. Na wolności gospodarczej opiera się „społeczna gospodarka rynkowa”, cokolwiek byśmy pod tym rozumieli, podobnie jak opierać się ma ona także na „własności prywatnej”, którą w dodatku Rzeczpospolita „chroni” - zgodnie z art. 21. Dodatkowo art. 22 stanowi, że ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest wprawdzie możliwe, ale tylko w drodze ustawy i ze względu na walny interes publiczny. O co tu może chodzić? Ano na przykład o sytuacje, w której nieograniczona swoboda działalności gospodarczej mogłaby rodzić ryzyko sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego. W ustawie autorstwa Mieczysława Wilczka z 1989 roku, ograniczenia swobody działalności gospodarczej obejmowały takie rodzaje działalności, jak np. produkcja materiałów wybuchowych, amunicji i broni oraz obrót takimi towarami, produkcja trucizn i obrót truciznami, hurtowy obrót lekarstwami, czy produkcja i obrót spirytusem i wódką. Takie ograniczenia można uznać za podyktowane „ważnym interesem publicznym”. Wreszcie warto podkreślić, że ograniczenie wolności gospodarczej może nastąpić tylko „w drodze ustawy” a więc nie w drodze orzeczenia sądowego, nawet jeśli wydał je Sąd Najwyższy, który nawiasem mówiąc, posądzam i w tej, jak i w wielu innych sprawach, o stronniczość i to w stopniu karygodnym. Żeby się o tym przekonać, postawmy tylko pytanie, czy Sąd Najwyższy odważyłby się uznać, że drukarz-sodomita nie ma prawa odmówić wydrukowania plakatu z – dajmy na to - „zakazem pedałowania”? Jestem pewien, że cała Izba Sądu Najwyższego na sama myśl o takim świętokradztwie, ze strachu splamiłaby togi.

Niestety 1 maja 2004 roku sprowadziliśmy sobie do domu kozę, a ta - jako „istota czująca” - próbuje powstrzymać nas przed zachowaniami, które uważa za „wykluczenie”, czy „stygmatyzację”, zmuszając nas do recepcji koziej obyczajowości i korzystając przy tym z grona skwapliwych pomocników z Judenratu „Gazety Wyborczej” i ulokowanego na operetkowej posadzie Rzecznika Praw Obywatelskich pana Adama Bodnara, który – jak sądzę - dostał tę posadę dlatego, bo przekonał tych, co go tam posadzili, że jest wrogiem wolności.

Stanisław Michalkiewicz

-------------------------------------------------------------------------

Bardzo dobre, bo konkretne, przypomnienie tym, którzy niedawno domagali sie takich samych przywilejów dla zboczeńców jakie mają małżeństwa, dlaczego jest to bezprawne i nielogiczne, oraz tego, że jest to gwałcenie elementarnych praw człowieka zapisanych w naszej konstytucji.

  • Re: Tresura do życia po koziemu|Beta 22.06.2018, 9:37
    Trochę w temacie:
    https://zapiskipariasa.pl/6728/uwagi-o-tolerancji/

    Z definicji: tolerować- znosić, wytrzymywać, przecierpieć , ale NIE akceptować, zrównać, nadać przywileje.
    Odpowiedz
  • Re: Tresura do życia po koziemu|Ligure 22.06.2018, 13:44

    Trochę w temacie:
    https://zapiskipariasa.pl/6728/uwagi-o-tolerancji/

    Z definicji: tolerować- znosić, wytrzymywać, przecierpieć , ale NIE akceptować, zrównać, nadać przywileje.


    Dlatego jestem za tolerancją wobec Kościoła :)
    Będziemy działać wspólnie na rzecz naszej odnowy, narodzin wspólnego luksusu, przyszłych splendorów i Powszechnej Republiki.
    Odpowiedz
  • Re: Tresura do życia po koziemu|[Wstaw]less 22.06.2018, 11:38
    XD

    Bo najważniejsze, że każą gejowskie małżeństwa akceptować. A fakt, że ten kraj jeszcze jakoś zipie, jedynie dzięki Unii to już "myśliciele" raczyli pominąć.

    Ilu ludzi wyjechało po wstąpieniu do Unii? Z jakich krajów leci do nas strumień pieniędzy?
    Ile pieniędzy dostaliśmy na przestrzeni tych lat? Ile inwestycji było współfinansowanych ze środków Unii?

    Ja wiem, można być kato-świrem, doszukiwać w Unii szatana i innych bzdur, ale doprawdy bez niej bylibyśmy jak dzisiejsza Ukraina.
    It's the dark of night and I'm at the end of the line. Alone in my head and waiting for something divine. To answer me. Drowning to silence, the internal violence. I pray to make it through. The storm winds are growing as my dreams are blowing away. Just like you. https://www.youtube.com/watch?v=jHTJra7dhNQ
    Odpowiedz
  • Re: Tresura do życia po koziemu|Wojo 22.06.2018, 14:21

    XD

    Bo najważniejsze, że każą gejowskie małżeństwa akceptować. A fakt, że ten kraj jeszcze jakoś zipie, jedynie dzięki Unii to już "myśliciele" raczyli pominąć.

    Ilu ludzi wyjechało po wstąpieniu do Unii? Z jakich krajów leci do nas strumień pieniędzy?
    Ile pieniędzy dostaliśmy na przestrzeni tych lat? Ile inwestycji było współfinansowanych ...


    https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/3526-odkrywamy-prawde-niewygodny-bilans-11-lat-czlonkostwa-polski-w-ue-polacy-zbiednieli-przez-unie-europejska

    "Panie Tomaszu, pierwsze pytanie wprowadzające: większość polityków oraz tzw. autorytetów medialnych egzaltuje się Unią Europejską, podkreślając na każdym kroku niebagatelne zyski, jakie nasz kraj czerpie rzekomo z bycia jej członkiem. Podziela Pan ten entuzjazm?

    Oczywiście istnieje też pozytywny wpływ członkostwa w Unii Europejskiej. To przede wszystkim dostęp do wielkiego rynku z ponad 500 milionami konsumentów. Unia gwarantuje wolności, takie jak swoboda przepływu towarów, usług, kapitałów i ludzi, choć w tym zakresie występują też pewne ograniczenia. Wspólny rynek to niewątpliwie wielka korzyść, ale z drugiej strony przez Unię, a głównie przez unijne regulacje, mamy straty i to nie tylko gospodarcze i finansowe, ale także choćby w zakresie moralności. To Unia Europejska zakazuje sprzedaży tańszych normalnych żarówek i termometrów, reguluje spłuczki klozetowe i moc odkurzaczy, a nawet nakazuje montować w samochodach nikomu niepotrzebne, a kosztujące kilkaset złotych czujniki ciśnienia w oponach. Ponadto przy otwarciu rynku Unia nakazała Polsce ograniczyć współpracę z krajami zewnętrznymi, w tym z naszymi wschodnimi sąsiadami. Wchodząc do UE, Polska musiała renegocjować 190 umów bilateralnych, w tym z USA, Japonią, Rosją, Ukrainą czy Białorusią, m.in. podnosząc cła na wiele towarów. Przypominam też, że przed wejściem Polski do UE mieliśmy bezwizowy ruch graniczny z Rosją, Białorusią i Ukrainą (z tym ostatnim krajem teraz jest bezwizowy tylko dla Polaków).

    Proszę powiedzieć, jak powinniśmy liczyć bilans zysków/strat, jakie osiągamy, będąc członkiem Unii Europejskiej. Czy tak, jak tłumaczy nam większość „ekspertów”, czyli poprzez odjęcie naszej składki od wpływów, środków UE przekazywanych Polsce? Wychodzi wówczas, że jesteśmy na plusie.

    Niestety polska składka, która od wejścia Polski do UE do końca 2015 r. wyniosła około 160 mld zł, nie jest jedynym kosztem, jaki ponosi nasz kraj w związku z członkostwem. Do tego dochodzą koszty związane z nakładanymi przez Brukselę coraz to bardziej bzdurnymi regulacjami, a także koszty dotyczące pozyskiwania unijnych dotacji: niepotrzebne wydatki na gigantyczną liczbę biurokratów (w urzędach zajmujących się rozdzielaniem unijnej „pomocy”, w urzędach, najczęściej samorządowych, które biorą dotacje, oraz u beneficjentów prywatnych), którzy zarabiają znacznie więcej niż średnia w gospodarce, prefinansowanie i współfinansowanie funduszy przez budżet oraz beneficjentów, koszty przygotowania wniosków o dotacje (także tych odrzuconych), obligatoryjne kredyty związane z inwestycjami współfinansowanymi z unijnych dotacji. Do tego dochodzi również tworzenie korupcjogennego styku na linii państwo–sektor prywatny. Wymienione koszty mają znaczny wpływ na wzrost polskiego długu publicznego. To wszystko powoduje, że patrząc na stronę finansową, Polska traci na byciu członkiem Unii Europejskiej.

    Zgodzi się Pan chyba ze mną, że przez 11 lat sporo się w Polsce zmieniło. Na przykład w Warszawie wymieniono cały tabor tramwajowy i autobusowy, powstało bądź odremontowano wiele obiektów w przestrzeni publicznej. Wszystko to „sfinansowano ze środków UE”. Jak powinniśmy do tego podchodzić?

    Oczywiście to kłamstwo, że wszystko to „sfinansowano ze środków UE”. Jeśli już, to współfinansowano. Dodajmy do tego co najmniej trzy uwagi. Po pierwsze, nie „ze środków UE”, tylko z pieniędzy zabranych pod państwowym przymusem unijnym podatnikom. Proszę zauważyć, że Unia nie ma fabryk ani nie jest właścicielem firm usługowych, więc nie zarabia pieniędzy, a wszystko, co ma i rozdaje, musiała komuś najpierw zabrać. Po drugie, to tylko jedna strona medalu. W dużej mierze są to inwestycje na kredyt, czyli z pieniędzy, których samorządy czy firmy nie mają, a skoro nas na to nie stać, to nie powinniśmy inwestować ponad nasze możliwości. Lepiej zainwestować mniej, z oszczędności, ale z głową i sensownie, nie zadłużając przyszłych pokoleń. Tym bardziej że inwestycje, o których Pan mówi, nie przyniosą zysków w przyszłości, to są inwestycje konsumpcyjne. Po trzecie wreszcie, chciałbym wskazać kłamstwo, jakie pojawia się na propagandowych tablicach przy tzw. unijnych inwestycjach, że „UE dała 85 proc.”. W rzeczywistości zwykle o inne kwoty się wnioskuje, a inne (mniejsze) potem otrzymuje, co wynika np. z rozstrzygnięć przetargów, zmian dokumentacji projektowej czy obniżania poziomu dofinansowania. W efekcie UE nigdy nie daje 85 proc. Zdarzają się inwestycje sensowne, ale w dużej mierze są to zmarnowane pieniądze, które nie przynoszą korzyści nikomu poza właścicielem firmy, która realizuje daną inwestycję.

    Czy gdybyśmy byli poza Unią Europejską, Polska – Pana zdaniem – rozwijałaby się szybciej, dynamiczniej niż obecnie?

    Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. To, czy rozwijalibyśmy się szybciej poza Unią, to sprawa bardziej tego, kto rządziłby Polską, a nie faktu członkostwa lub jego braku w Unii. Gdyby Polska nie była w Unii, to trzeba by przyjąć jakąś inną strategię rozwoju. Optymalnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie modelu szwajcarskiego, o czym pisałem swego czasu w miesięczniku „Opcja na Prawo”. Będąca członkiem EFTA Szwajcaria, która ma z Brukselą podpisane osobne umowy, nie musi przyjmować unijnych regulacji – np. sama ustala wysokość akcyzy na paliwa i VAT może mieć na poziomie 2,5 proc. i 8 proc. zamiast minimalnych unijnych stawek 5 i 15 proc. Nie płaci składek członkowskich, nie utrzymuje unijnej biurokracji, nie musi starać się o żadne bezsensowne i szkodliwe dotacje. Ma własną mocną walutę (nikt jej nie zmusza, by przyjęła euro, na co zgodziła się Polska, przystępując do UE) i zdrowe finanse publiczne. Z drugiej strony szwajcarska gospodarka korzysta na wolnym handlu, swobodnym przepływie ludzi (układ z Schengen) i kapitałów z UE i może też podpisywać umowy wolnohandlowe z krajami trzecimi. Poza tym jeśli spojrzy się na twarde dane statystyczne, to człowiek przestaje być już takim optymistą odnośnie do wzrostu gospodarczego Polski „dzięki Unii”. Otóż jak napisałem w mojej książce, w latach 2004–2013 średnioroczny wzrost gospodarczy Polski wyniósł niecałe 4 proc., podczas gdy w dekadzie poprzedzającej wstąpienie naszego kraju do UE – sięgnął 4,6 proc. Co ciekawe, poza Unią także szybciej wzrastał polski eksport i import. W latach 1995–2004 wartość handlu zagranicznego po uwzględnieniu inflacji wzrosła o 130 proc., podczas gdy w latach 2004–2013 – o zaledwie 69 proc. Warto dodać, że wszystkie dotacje z UE w ciągu 10 lat wyniosły zaledwie niecałe 3 proc. PKB Polski.

    Średnia krajowa pensja wzrosła i wzrasta dosyć szybko od 2004 r. Mówi się, że to także zasługa Unii Europejskiej. Zgadza się Pan z tym?

    Niestety dane statystyczne twardo wskazują, że kiedy Polska była poza Unią Europejską, płace w naszym kraju wzrastały aż dwa razy szybciej. Otóż zgodnie z danymi GUS­u, w latach 1995–2004 średnie wynagrodzenie brutto w Polsce po uwzględnieniu inflacji (realnie) zwiększyło się aż o 56 proc., podczas gdy w latach 2004–2014, kiedy Polska była już członkiem Unii, wzrosło zaledwie o 26 proc. Ale jeszcze gorzej, jeśli spojrzymy na siłę nabywczą niektórych produktów. W 2004 r. za średnią pensję netto można było kupić 1358 m3 gazu ziemnego wraz z przesyłem, a w 2014 r. już tylko 1022 m3, co oznacza spadek o 25 proc. (UE nie pomogła Polsce w walce z Rosją o niższe ceny tego surowca). W roku przystąpienia do UE za średnią płacę krajową Polak mógł kupić 558 l oleju napędowego, a w 2014 r. – tylko 499 l tego paliwa (UE wymusiła wzrost akcyzy). W 2004 r. za średnie wynagrodzenie netto można było nabyć 1200 bochenków chleba, 1200 l mleka, 112 kg żółtego sera lub 142 kg wołowiny, a w roku 2014 już tylko 680 bochenków, 850 l mleka, 82 kg żółtego sera lub 94 kg wołowiny. Jeśli chodzi o papierosy, to w 2004 r. za średnią pensję netto można było kupić 340 paczek, a w zeszłym – 209.

    Czy Polska ma swobodę w wydawaniu środków unijnych, czy raczej funkcjonują jakieś sztywne ramy?

    Oczywiście, że funkcjonują unijne ramy w tym zakresie, ale co ciekawe, polscy urzędnicy zajmujący się rozdziałem unijnych pieniędzy często zaostrzają zasady przyznawania dofinansowania. Ponieważ jestem całkowicie przeciwny jakimkolwiek dotacjom, to uważam, że ci biurokraci działają słusznie i na korzyść naszej gospodarki.

    Na co w większości przypadków wydawane są unijne pieniądze? Wiele osób zarzuca UE, że swoimi regulacjami niszczy przemysł, a środki Polsce przekazywane są – w najlepszym wypadku – na małą przedsiębiorczość, poza tym na jakieś baseny termalne, odremontowanie podwórka itp.

    Nigdy nie będzie dobrze, jeśli o inwestycjach będzie decydował urzędnik, który się na nich nie zna i za nic nie odpowiada. Dlatego dotacje idą na obiekty, które potem trzeba utrzymywać (stadiony, filharmonie, opery, aquaparki, muzea), na fotoradary, na niepotrzebne szkolenia, które zniszczyły całkowicie rynek szkoleń, czy na lekcje gender w przedszkolach. Mimo wzrostu wartości bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce w ciągu 10 lat członkostwa spadł udział przemysłu w wytwarzaniu polskiego PKB z około 22 proc. do zaledwie 18 proc. To unijne regulacje – bezpośrednio lub pośrednio – w znacznym stopniu są odpowiedzialne za likwidację polskiego górnictwa, hutnictwa, rybołówstwa, stoczni, cementowni czy cukrowni.

    Które państwo członkowskie w UE jest największym beneficjentem? W powszechnym obiegu funkcjonuje przekonanie, że skoro Niemcy płacą do wspólnej kasy najwięcej, to znaczy że one niemalże dobrodusznie sponsorują biedniejsze kraje...

    Czy widział Pan, żeby ktoś komuś coś dał za darmo? Skoro Niemcy w znacznym stopniu finansują unijny budżet, to nie dlatego że są tacy altruistyczni, tylko dlatego że jest to dla nich korzystne. Zyskują bezpośrednio na dotacjach, bo wiele inwestycji, także w Polsce, współfinansowanych przez UE, realizują firmy niemieckie czy też kupuje się niemiecki sprzęt. Ale w sytuacji kiedy i Polska, i Niemcy są we wspólnym obszarze gospodarczym, Niemcy zyskują także na tym, że stopniowo przejmują polską gospodarkę, wykupując polskie przedsiębiorstwa czy też budując nowe i przejmując dany rynek nie do końca uczciwą konkurencją. Bajki o dobroduszności Niemców można opowiadać dwulatkom.

    Słyszałem ostatnio od znajomego rolnika, że zaoferowano mu ze środków UE współfinansowanie zakupu nowego ciągnika. Choć go nie potrzebował, to jednak wizja dotacji była dosyć kusząca, więc wyraził zainteresowanie. Myślał, że skoro UE dołoży mu – powiedzmy – te 60 proc., to on resztę zapłaci w gotówce, bo miał tyle odłożonych pieniędzy. Niestety okazało się, że jeżeli chce dostać dotacje z UE, MUSI wziąć kredyt w określonym banku! Jak działają środki unijne, współfinansowanie projektów ze środków UE? Czy te kredyty nie wykończają Polaków, polskich samorządów...?

    Rzeczywiście przy większości dotacji istnieje konieczność brania kredytu, nawet jeśli beneficjent go nie potrzebuje. W efekcie brania unijnych dotacji łączne zadłużenie polskich samorządów na koniec 2014 r. przekroczyło 72,1 mld zł, co oznacza, że w ciągu 10 lat wzrosło aż o 290 proc.! Coraz więcej samorządów posiłkuje się nawet bardzo niekorzystnymi chwilówkami (może to dotyczyć nawet 300 gmin!), inne czeka wkrótce bankructwo. Na przykład zadłużenie gminy Ostrowice w województwie zachodniopomorskim jest trzy razy większe od jej rocznych dochodów! Kto spłaci te kredyty wraz z gigantycznymi odsetkami?

    Jakie jest – Pana zdaniem – największe ograniczenie dla Polski, polskiej gospodarki wynikające z członkostwa w Unii Europejskiej?

    Unijne regulacje wraz z dotacjami to odmiana centralnego sterowania gospodarką. To ingerencja w rynek, która go zniekształca, narusza jego równowagę i powoduje nieuczciwą konkurencję. W efekcie podmioty działające na rynku są mniej wydajne, niż gdyby istniała wolność w tym zakresie. Ponadto z powodu regulacji wszystko jest znacznie droższe, niż byłoby bez tych regulacji. I nie chodzi tu tylko o akcyzę od paliw czy papierosów, która bardzo wywindowała ceny tych produktów. Czy ktoś pamięta, że jeszcze w 2004 r. paczka papierosów kosztowała średnio 4,6 zł, a litr benzyny bezołowiowej 3,2 zł? Cena metra mieszkania wzrosła o 65 proc. W wyniku prowadzenia absurdalnej wspólnej polityki rolnej znacznie wzrosły ceny mleka, cukru i innych produktów spożywczych. Bez uwzględniania inflacji od 2004 r. ceny chleba wzrosły o 200 proc., wołowiny aż o 164 proc., ziemniaków o 114 proc., a niektórych ryb o ponad 200 proc. Dotacje wymuszają państwowe planowanie i inwestycje jak za PRL­u. Ponadto zachęcają do różnego rodzaju patologii na styku polityki i gospodarki. A to praca, a nie dotacje, buduje dobrobyt i myślę, że uprawnione jest twierdzenie, iż z powodu konieczności wchłaniania unijnych dotacji rozwijamy się wolniej, niż gdyby ich nie było! O szkodliwości dotacji świadczy też fakt, że unijne pieniądze dla sektora badawczo­rozwojowego spowodowały... spadek innowacyjności polskiej gospodarki (mówi o ty stale profesor Krzysztof Rybiński - Wojo). Poza tym kiedy Polska wchodziła do Unii, musiała wprowadzić cła na produkty importowane choćby od naszych sąsiadów – z Rosji, Białorusi i Ukrainy, ale nie tylko. To przez Unię samochody sprowadzane z Japonii czy Korei Południowej są takie drogie. Do tego wszystkiego dochodzi absurdalna polityka energetyczno­klimatyczna Unii, która znacząco podnosi ceny energii elektrycznej (do tej pory o 60–80 proc.), co zabiera pieniądze konsumentom, a przemysł czyni mniej konkurencyjnym. Ten cały interwencjonizm jest – moim zdaniem – znacznie bardziej szkodliwy dla gospodarki i społeczeństwa niż bezpośrednie straty finansowe związane z braniem unijnych dotacji.

    Rozmawiał Daniel Witowski "
    Odpowiedz
  • Re: Tresura do życia po koziemu|Wojo 22.06.2018, 14:25

    https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/3526-odkrywamy-prawde-niewygodny-bilans-11-lat-czlonkostwa-polski-w-ue-polacy-zbiednieli-przez-unie-europejska

    "Panie Tomaszu, pierwsze pytanie wprowadzające: większość polityków oraz tzw. autorytetów medialnych egzaltuje się Unią Europejską, podkreślając na każdym kroku niebagatelne zyski, jakie nasz kraj czerpie rzekomo z bycia jej członkiem. Podziela Pan ten entuzjazm?

    Oczywiście istnieje też pozytywny wpływ członkostwa w Unii Europejskiej. To ...


    https://www.ticker.pl/2016/10/18/unia-polska-bilans-czlonkostwa/
    Odpowiedz
  • Re: Tresura do życia po koziemu|ola96441 22.06.2018, 17:41
    Drodzy Państwo, chciałabym Was prosić o wzięcie udziału w moim badaniu do pracy magisterskiej, dotyczącym wybranych kwestii społecznych. Wypełnienie ankiety zajmuje nie więcej niż 10 minut. Z góry dziękuję za poświęcony czas.

    https://badaniepolska.weebly.com/
    Odpowiedz
  • Re: Tresura do życia po koziemu|Girolamo 23.06.2018, 11:42
    "chrześcijanie uważają małżeństwo również za sakrament, czyli widzialny znak niewidzialnej łaski Boga – ale nie ma potrzeby przywoływania tego argumentu wobec sodomitów, w stosunku do których powinna wystarczać sama prawnicza logika"...

    Niestety tak się porobiło że w "szponach hipostaz" logika znana od pokoleń stała się wrogom naszej cywilizacji szkodliwa wręcz...

    Nie rezygnujmy z mówienia o sacrum, nie rugujmy je sami z najważniejszego dyskursu o świętości zycia.

    Cytowany przez Wojo, czyli kochanego Pana Stanisława Michalkiewicza kawał o judejskiej kozie słyszałem dawno temu w latach LO i śmiałem się się bardzo głośno.

    Ta idea podmieniania rzeczy i uregulowań rozsądnych na głupie, to wszystko , co epigoni wszelkich anty-boskich rewolt wszech-czasów mają i dziś nam do do zaoferowania jako sam cymes.
    http://www.fronda.pl/forum/ponadczasowy-dezyderat-ziemkiewicza,90062.html
    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany. Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

facebook