• fronda.pl
  • Modlitewnik
  • Fronda.tv
  • Ciekawe
  • Blogi
  • FForum
  • Klub Fronda.pl
  • Kanał informacyjny

Szańce cywilizacji życia

  • Rok 1939. Reaktywacja?

    poniedziałek,31 sierpnia 2009,11:45

    kategoria: Polityka

    Medialne doniesienia o obchodach rocznicy wybuchu II wojny światowej – nie dają specjalnie dużo powodów do radości. Wystawienie nas do wiatru nie tylko przez Stany Zjednoczone, ale również przez Francję i Wielką Brytanię (o czym często się zapomina), rosyjskie "igraszki" wokół rocznicy, ale także zmiana orientacji Stanów Zjednoczonych w polityce zagranicznej – wszystko to są niepokojące sygnały, z których powinniśmy wyciągnąć polityczne i dyplomatyczne wnioski. Wbrew wciąż powracającym zapewnieniom nikt nie może nas bowiem zapewnić, że w perspektywie dwudziestu, trzydziestu lat jesteśmy rzeczywiście bezpieczni. I że scenariusz (odmienny, bo nic nie powtarza się tak samo) 1 września 1939 roku nie może się już powtórzyć.
    Zacznijmy od rzeczy oczywistych. Rosja nie ma najmniejszej ochoty na rezygnację z imperialnych zakusów, a Polska (a jeszcze mocniej Litwa, Łotwa i Estonia) wciąż leży w kręgu jej zainteresowań. Prezydenckie ostrzeżenia z ubiegłego roku o tym, że Tbilisi może poprzedzać Wilno i Warszawę – choć grzeszą retoryczną przesadą – wcale nie są bezpodstawne. Ofensywa propagandowa, która ma zmusić inne kraje do przyjęcia sowieckiej (bo nawet nie rosyjskiej – ta bowiem jest o wiele bardziej skomplikowana, by przypomnieć o Rosjanach walczących po stronie Hitlera ze Stalinem) wersji historii, jest tylko jednym z wymiarów tego procesu odbudowywania imperialnych struktur (na razie głównie myślowych). Milczenie w sytuacji, gdy próbuje nam się wmówić w Liście Putina, że Stalin stał po tej samej stronie co Polacy i wspólnie walczyliśmy o "przyszłość ludzkości", jest zwyczajnie głupie, pozwala bowiem Sowietom swobodnie kształtować własną wizję historii już  nie tylko u siebie, ale również u nas.
    Stany Zjednoczone pod wodzą Baracka Obamy zrezygnowały (miejmy nadzieję, że na razie) z aktywnej polityki w naszej części Europy. To zaś oznaczać może, że pozwolą na bardziej aktywne działania Rosji odnoszące się do naszej części Starego Kontynentu. Stara Europa zaś – jednocząca się i dogadująca od lat z Imperium sowieckim i postsowieckim, zawsze zresztą naszym kosztem – nie będzie chciała sprzeciwiać się imperialnym zakusom Putina i Miedwiediewa. Nie oznacza to oczywiście od razu, że staniemy się ofiarą Rosji, ale – na razie ostrożniej – że polityka wobec Polski uzgadniana będzie poza naszymi plecami między Niemcami, Francją (której prezydent nie raczył pojawić się na obchodach rocznicy 1 września, która – tak przy okazji – jest także rocznicą zdrady Polski przez sojuszników z Francji i Wielkiej Brytanii). A nasze interesy (jak to ma miejsce z bezpieczeństwem energetycznym i rurą przez Bałtyk) nie będą miały w tych targach większego znaczenia.
    Relatywne bezpieczeństwo zapewnia nam przy tym wcale nie UE (doświadczenie roku 1939 powinno nas czegoś nauczyć), i nawet nie NATO (coraz częściej debatuje się bowiem nad zmianą jego charakteru), a obecność wojsk amerykańskich w Europie (i dlatego tak bardzo zabiegaliśmy o to, by jednostki armii Stanów Zjednoczonych, stacjonowały także w naszym kraju). Ta ostatnia jednak, biorąc pod uwagę kryzys ekonomiczny, zmianę kierunku zainteresowań w polityce zagranicznej administracji Baracka Obamy, może dobiec końca. A wtedy układ sił w Europie zmieni się dramatycznie i Polska (ale i cała Europa) będzie mogła już zupełnie otwarcie powiedzieć sobie, że czas pokoju i bezpieczeństwa dobiegł końca. I czas – w perspektywie kilkunastu lat szykować się na wojnę (a przynajmniej silny konflikt).
    Oczywiście pesymistyczne scenariusze nie muszą się zrealizować. Rosja ma liczne kłopoty (gospodarcze, geopolityczne przy granicy z Chinami, ale i demograficzne), Stany Zjednoczone nie muszą się wycofać z Europy, a Unia nie musi podlegać destabilizacji. Rozsądna polityka zakłada jednak nie tylko scenariusze hurra-optymistyczne, ale także negatywne, także najbardziej z możliwych. A państwo jeśli chce istnieć jako podmiot suwerenny musi być przygotowane także do ich przezwyciężania. A żeby to zrobić konieczne jest spełnienie kilku zupełnie fundamentalnych warunków.
    1. Odbudowanie poczucia konieczności suwerenności (podmiotowości) państwa. Polacy i polskie władze muszą chcieć być podmiotem, a nie przedmiotem stosunków międzynarodowych. Postpolityka, medialno-pijarowskie zabawy nie mogą zastąpić dążenia do prawdziwej polityki, która nie tylko definiuje sfery interesów państwa, nie tylko tworzy instytucje do ich realizacji, ale również działa. Taka odbudowa wymaga oczywiście nie tylko sprawnej dyplomacji (a tej wciąż nam brakuje), nie tylko oddanych państwu służb specjalnych, silnej armii, ale również edukacji i oświaty (a z tym – po kolejnych "genialnych" reformach wcale nie jest dobrze.
    I od razu trzeba powiedzieć, że wcale nie będzie to prosty proces. Polacy, jak pokazuje dwulecie rządó Tuska, chcą głównie "świętego spokoju", a podmiotowość wymaga walki, zdecydowanych kroków, a niekiedy wyrzeczeń.
    2.Zbudowanie instytucji (a także instytucji badawczych) zdolnych i chętnych do realizowania polskiej racji stanu, tak w UE jak i szerzej. I znowu, jak poprzednio, nie chodzi tylko o dyplomację, armię, służby ale również – w nie mniejszym stopniu – o uniwersytety, thin tanki, szkoły, instytucje badawcze.
    3.Odbudowa zniszczonej przez kolejne reformy armii (częściowo z poboru, bo nie jesteśmy w stanie zbudować rzeczywiście silnej armii tylko w oparciu o zawodowców), i przywrócenie jej etosu (i to nie tego z PRL-u czy RPRL, ale tego z II RP). Uzbrojenie, wykształcenie, ale i formowanie polskich żołnierzy – musi być realnym priorytetem. Cięcie wydatków na wojsko, to zwyczajne wystawianie nas (a nie tylko żołnierzy w Afganistanie) na niebezpieczeństwo.
    4.Zdefiniowanie strategicznych celów Polski, zarówno w geopolityce, jak i strategii modernizacyjnej. A później szukanie środków do ich realizacji – z pełną świadomością, że decyzje rządu powinny przybliżać nas do strategicznych celów.
    5. Wykorzystanie Polonii do skutecznego lobbingu w Stanach Zjednoczonych i innych krajach (wzorem Izraela).
    Podjęcie tego wyzwania, to warunek pojawienia Polski i Polaków nie tyle na mapie Europy, ile wśród państw podmiotowych. Trudno jednak nie zadać pytania, czy jesteśmy zdolni do realizacji takiego projektu. Poparcie dla Donalda Tuska realizującego zupełnie odmienny model rozwoju (a w zasadzie "zwoju") Polski wymusza ostrożność w nadziejach na silną, podmiotową Polskę. Ale z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że tylko ona może nas uchronić przed powtórką ze scenariusza roku 1939 czy 1944.

    Komentarzy: 18

  • Pogarda ćwierćinteligentów

    piątek,28 sierpnia 2009,09:31

    kategoria: Rodzina

    Mentalność eugeniczna wciąż jest w Polsce żywa. Hitleryzm niczego nas nie nauczył. Biedni, ubodzy, nieprzystosowani – dokładnie jak w szwedzkich, norweskich, amerykańskich i niestety niemieckich ustawach – nie powinni mieć dzieci. A jeśli mają, to kurator, sąd i lekarze sprawią, by już więcej nie mieli. Tak postąpiono z Wiolettą Woźny i Władysławem Szwakiem z Błot Wielkich. Kurator i sąd zabrał im dziecko, a lekarze (a w zasadzie należałoby napisać "lekarze") ze szpitala w Szamotułach wysterylizowali kobietę, nie pytając jej o zgodę.
    Cała ta sytuacja wydaje się tak kuriozalna, że aż niemożliwa. A jednak wydarzyła się. Urzędnicy i prawnicy przypisali sobie prawo do decydowania o tym, kto może, a kto nie może być rodzicem, i to na podstawie absurdalnych zarzutów (ojciec za dużo pracuje, i nie ma czasu), które – gdyby chcieć je zastosować do bankowców, pracowników korporacji, dziennikarzy czy polityków – spowodowałyby, że 90 procentom z nich powinno się odebrać dzieci. A szpital przeprowadził nielegalny (bo bez jej zgody) i niemoralny zabieg, traktując pacjenta jak zwierzę, a nie jak człowieka. A gdy adwokat rodziny zdecydował się sprawę nagłośnić ordynator szpitala rżnie głupa ("Nie mamy sobie nic do zarzucenia. Myśleliśmy, że ta pani podziękuje nam za uratowanie życia, tymczasem spotyka nas takie coś…"), udając, że nie rozumie, że lekarzowi nie wolno przeprowadzać pewnych (a szczególnie takich) zabiegów, bez zgody pacjenta. I to niezależnie od tego, czy jest nim dyrektor banku, sędzia, czy biedna kobieta z Błot Wielkich.
    Ale cała ta sprawa zmusza do postawienia ogólniejszych pytań. Zachowanie kuratora, sędziów, ale i lekarzy pokazują, że takie działania nie są dla nich niczym zaskakującym. Oni zwyczajnie robili to już wcześniej (co zresztą przyznaje ordynator) i byli przekonani, że ludzie ("ciemna masa") będzie im za to wdzięczna. A tu nagle okazało się, że o swoje prawa i godność walczyć może nie tylko minister sprawiedliwości, nie tylko dziennikarz czy bankowiec, ale także biedni rolnicy. Ci, którym "światli lekarze", "znakomici prawnicy" i "troskliwi kuratorzy" – nie przypisywali wartości większej niż bydłu (bo sterylizować bez pytania, to można krowę, ale nie człowieka). I jakoś trudno nie zadać tu pytania, czy takie działania, takie myślenie, taki stosunek do ludzi – nie charakteryzuje także jakiejś części środowisk sądowych, urzędniczych i lekarskich, także w innych regionach Polaki. A jeśli tak, to ile ludzi zostało skrzywdzonych, tak jak pani Wioletta i pan Władysław? Ilu kobietom uniemożliwiono posiadanie dzieci, ilu ojcom odbrano córki czy synów?
    Sprawa z Błot Wielkich powinna stać się przełomem. Od teraz nie możemy już udawać, że nie wiemy, że takie rzeczy są możliwe, i że zdarzają się, a ich sprawcy, wcale nie poczuwają się do winy. A żeby nie dopuścić do powtórzenia takich skandali konieczne są błyskawiczne kroki. Sędziowie, którzy odbierają dzieci rodzicom, kuratorzy, którzy zamiast pomagać rodzinie niszczą ją i lekarze, którzy dokonują nielegalnych i bezprawnych działań powinni zostać ukarani. I to nie odebraniem konkretnej sprawy, ale pozbawieniem prawa do wykonywania swojego zawodu. I wcale nie chodzi tu o zemstę, ale o bezpieczeństwo rodzin, biednych kobiet i zapracowanych mężczyzn. Jeśli teraz będziemy milczeć, to gromada pseudointeligentów będzie przekonanych, że tak wolno, że lekarz, sędzia i kurator ma władzę nad ciemniakami ze wsi i może ich uszczęśliwiać na siłę. A za dwadzieścia jakiś pseudointeligent w lekarskim fartuchu wysterylizuje kobietę, tylko dlatego, że uzna, iż siódemka (albo piątka czy trójka) dzieci już jej wystarczy; tyran zaś w sędziowskiej todze odbierze dziecko rodzinie, w której ojciec pracuje, a matka wychowując piątke dzieci, nie ma czasu na sprzątanie… Ale wtedy będzie już za późno, by walczyć!

    Komentarzy: 18

  • Wanda Nowicka wyznacza standardy

    środa,26 sierpnia 2009,15:59

    kategoria: Pro life

    Wanda Nowicka, od lat propagująca zabijanie nienarodzonych, nie ustaje w atakach na Kościół i inicjatywy, których celem jest ratowanie życia ludzkiego. A najnowszym tego przykładem jest wypowiedź dla "Trybuny", w której aborcjonistka skrytykowała inicjatywę "okien życia", dzięki którym udaje się uratować noworodki. – Nie mam na to żadnych dowodów, ale coraz częściej mówi się, że celem ubocznym może być obrót dziećmi do adopcji. Dziecko jest towarem niezwykle chodliwym i takie zagrożenie może istnieć – podreśliła w wypowiedzi dla postkomunistycznej gazety.
    Ten typ wypowiedzi stanowi absolutne kuriozum z punktu widzenia standardów dziennikarskich. Wanda Nowicka nie ma dowodów, ale słyszała, że siostry zakonne handlują dziećmi… Nie jest tylko jasne komu je sprzedają, a może na co przerabiają. Ale autora tekstu (redaktora i redaktora prowadzącego) w ogóle to nie rusza. Oni kupią wszystko byle tylko przyłożyć Kościołowi. I przekonać kobiety, że zabicie swojego dziecka (narodzonego czy nie) jest lepsze niż jego przekazanie siostrom zakonnym, które zaopiekują się nim i przekażą je do adopcji.
    Czytając takie teksty trudno sobie nie zadać pytania, o co chodzi ich autorom (ale takze autorom takich wypowiedzi). A posługując się metodą zaczerpniętą z "Trybuny" można to zrobić w sposób następujący: "nie mam na to dowodów, ale coraz częściej mówi się, że celem Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, a także "Trybuny" (d. Ludu) może być zabicie jak największej ilości dzieci", albo jeszcze mocniej "nie mam dowodów, ale mówi się, że szefowa Federacji na wieść o każdy zabitym nienarodzonym dziecku funduje sobie lody i koniak"… I szczerze mówiąc takie insynuacje (bo tak trzeba określić takie zdania) są mocniej uzasadnione stylem działania organizacji Wandy Nowickiej, niż sugestie, że siostry zakonne handlują dziećmi.

    Komentarzy: 131

  • Operacja chusta 14

    sobota,22 sierpnia 2009,15:27

    kategoria: Ogólne

    Milczeli. Od ponad godziny nie padło ani jedno słowo. Ojciec Jan odmawiał koronkę do Miłosierdzia Bożego. „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata” – powtarzał zakonnik myśląc o Pomorskim. O Zofię się nie martwił. Film z jej śmierci, który krążył już po sieci, i który obejrzeli razem z Jackiem, powiedział mu wszystko. Ona była już z Chrystusem, powierzyła Mu się i On ją – jak obiecał – przyjął. Ale tu obok niego siedział jej mąż, który kilka dni wcześniej wyrwał ją śmierci, odzyskał jej miłość i radość, snuł wspólne plany. A teraz był sam. Sam z bólem, cierpieniem, wściekłością. I piekącą nienawiścią.

    - Nie ma Go – wyrzucił z siebie wreszcie Jacek. Mówił cicho, ale napięcie tych słów było takie, jakby krzyczał. – Nie może Go być…

    Kapucyn milczał. To nie był dobry czas na obronę Boga. Zimny absurd śmierci Zosi był aż nadto widoczny. Sam ojciec Jan nie rozumiał do końca, dlaczego dane im było uratować dziewczynę, tylko po to, by zaraz potem ją zamordowano. Wiedział, że te dwa dni  były decydujące dla jej życia wiecznego, ale nie był w stanie powiedzieć tego zrozpaczonemu mężowi.

    - Nie mógł nam, jej, mi tego zrobić. Rozumie ojciec… – patrzył na zakonnika ze wzrastającą wściekłością. – Nie mógłby! – krzyknął. Ale ojciec Jan wciąż milczał. Modlił się tylko i czekał. Czekał na moment, gdy będzie mógł coś powiedzieć, gdy będzie wiedział, co powiedzieć powinien.

    - To wszystko ściema, kłamstwo, nie ma Go, nie ma – Jacek już nawet nie starał się mówić szeptem.

    - Jeśli nie ma Jego, nie ma już jej – zakonnik odpowiedział niemal szeptem. – Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara … i ci, co pomarli w Chrystusie, poszli na zatracenie – zacytował pierwszy list do Koryntian już mocniejszym głosem.

    Jacek spojrzał na niego z nienawiścią.

    - Jej nie ma. Nie ma. Wiem o tym, bez tych kawałków. Nie ma jej, i nie ma Jego, bo gdyby był nie pozwoliłby jej odejść – z trudem wyrzucał z siebie słowa.

    - On jej nie zabił – zakonnik ostro przerwał. – Zabił ją człowiek. Człowiek, który – tak jak Ty teraz – wyznawał, że Boga nie ma. A Bóg dał jej siłę, by to wszystko znieść z godnością. Jeśli Jego tam nie było, to jak ona mogłaby tak odchodzić? Skąd by w niej było tyle godności, odwagi? On był przy niej, On umierał razem z nią… Ale nie On zabijał…

    Jacek zacisnął pięści. Ale nie odpowiedział. Wbił wzrok w stół przed sobą. Chciał skupić uwagę na jego fakturze, zająć się śledzeniem wzorów drewna. Ale nie był w stanie. Czerwone mroczki latały mu przed oczami. Rozpamiętywał film, który oglądał razem z ojcem Janem. Odwaga jego żony była niesamowita. I niewątpliwie nie pochodziła od niej. Znał Zofię zbyt długo, by uwierzyć, że sama mogła zdobyć się na taką odwagę. Ona, która zawsze kierowała się emocjami, i na którą tak łatwo było wpłynąć… To było niemożliwe.

    Zachwyt w niczym nie łagodził jednak piekącego bólu i tęsknoty. Jacek starał się przypomnieć sobie scenę, gdy widzieli się po raz ostatni. Nie żegnali się jakoś szczególnie, mieli przecież zaraz się spotkać i dalej uciekać ku lepszemu życiu, ku szczęściu. Pamiętał tylko jej ciepłe usta i delikatne muśnięcie dłoni na policzku. Pamiętał, ale nie potrafił sobie tego wyobrazić, bo przed oczami miał wciąż twarz Zosi po tym, jak usłyszała słowa eutanazisty.

    Te słowa, ich pełne wściekłości brzmienie stopniowo przesłaniały mu wszystko inne. Nie miał już pretensji do Boga, nie pytał już dlaczego. Zamiast tego budował w sobie plan zemsty. To ona miała być ostatnią przysługą dla Zofii, miała być ostatnim darem, jaki mógł jej złożyć. A przede wszystkim miała przywrócić mu spokój i poczucie sensu. – Ktoś musi za to odpowiedzieć – myślał Jacek.

    Ojciec Jan przyglądał mu się uważnie. Próbował przeniknąć milczenie, dotrzeć do jego treści. Ale twarz Pomorskiego była nieprzenikniona. Na początku zdawał się na niej gościć lekki uśmiech, delikatny ślad łagodności, ale stopniowo stawała się coraz bardziej kamienna, nieprzenikniona, jakby ściśnięta chłodem.

    - Jacku. Zaraz odprawię mszę. Chodź ze mną – próbował chwycić mężczyznę za rękę zakonnik. Ale ten cofnął ją szybko. I bez słowa wyszedł z pokoju. Ojciec Jan nie próbował iść za nim. Wierzył, że Pomorski musi pewne sprawy załatwić sam ze sobą.

     

    *          *          *

     

    Nad drewnianymi zabudowaniami zachodziło wyglądające zza postrzępionych czarno-sinych chmur czerwone słońce. Stajnie, wybiegi dla koni, domki pracowników i hotel dla turystów oświetlało miękkie światło. Ostatni goście folwarku Emilian opuszczali miejsca, w których odbywały się codzienne pokazy Zespołu Artystycznego Lisowczczyków. Pracownicy wprowadzili konie do stajni, czyścili je, karmili. Kilkanaście minut później przebrali się ze służbowych, barwnych strojów i ubrani w brązowe jednolite koszule i spodnie kierowali się do sali odpraw w głównym budynku folwarcznym. Gdy sala była już pełna, a drzwi za ostatnim z pracowników zamknęły się zza stołu wstał wysoki mężczyzna z czarną, lekko poprzetykaną siwizną brodą i lekko ściszonym głosem rozpoczął modlitwę.

    - Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu…

    - Panie pospiesz ku ratunkowi mojemu… – odpowiedzieli ściszonymi głosami.

    Ojciec Jan przyglądał się temu z uśmiechem. Do folwarku dotarli trzy dni temu. Po pożegnalnej rozmowie z ojcem Piotrem wiedział, że w folwarku zespół stanowi wyłącznie przykrywkę dla działalności wspólnoty zakonnej. Jej założycielem był Barnaba Przedpełek, którego wyrzucono od jezuitów. Przełożeni w opinii jaką otrzymał wyjaśniali, że powodem jest religijny fanatyzm. Barnaba chciał bowiem nie tylko cotygodniowej osobistej spowiedzi, która wśród nowocześnie myślących zakonników zastąpiona została nabożeństwem pokutnym, ale również domagał się obłóczyn w strój zakonny. Kilkakrotnie wyraził też zdziwienie studiowaniem w seminarium pism Richarda Dawkinsa, ideologa ateizmu z przełomu XX i XXI wieku, którego jezuici uznali za ojca współczesnej teologii super-apofatycznej.

    Wyrzucony z zakonu Przedpełek stworzył zespół folklorystyczno-kulturowy, który miał przypominać tradycje formacji wojskowej lisowszczyków. Jego członkowie mieli kultywować tradycje polskiej szkoły jazdy konnej, trenować szermierkę i studiować sarmackie teksty. W rzeczywistości jednak, od samego początku, wszystkie te działania były jedynie przykrywką dla pięciu mężczyzn, którzy chcieli prowadzić surowe, ascetyczne życie religijne i uciekali zarówno od oficjalnego, państwowego chrześcijaństwa, jak i od laickiej ideologii Zjednoczonej Europy.

    Modlitwy wspólnotowe odmawiano dwukrotnie w ciągu dnia. Rano, jeszcze przed wschodem słońca i wieczorem, gdy ostatni turyści opuszczali ośrodek. W nocy każdy z mężczyzn był zobowiązany jeszcze do odmówienia całego różańca, a także – raz w tygodniu – do odprawienia Drogi Krzyżowej. Niewielka początkowo grupka stopniowo się rozrastała. Po kilku latach dołączył do niej ojciec Martin, „spadochroniarz”, zakonnik z nowego instytutu Misjonarzy Europejskich, utworzonego w Afryce przez papieża dla misji specjalnych w Europie. Zaproponował on, by podziemna wspólnota przyjęła regułę wzorowaną na średniowiecznych zakonach rycerskich i by przygotowała się do walki (na razie duchowej) o prawa chrześcijan w Europie. Dzięki takiej regule udało się połączyć w spójną całość życie modlitewne z codzienną pracą na folwarku. Całodzienne ćwiczenia konne, praca w stajni władanie szablą, a także (zdecydowanie rzadsze, z braku możliwości ich zakamuflowania) strzelanie stały się istotną częścią powołania, jakie wypełniać mieli Bracia św. Ignacego Loyoli (bo takie wezwanie przyjęto na wniosek założyciela). Ich bracka reguła zakładała, że do trzech ślubów zakonnych dokładany był czwarty: walki o wolność religijną w Europie.

    Wieść o nowym zgromadzeniu rozchodziła się wśród chrześcijan dość powoli. Do prawdy o prawdziwym celu istnienia folwarku dopuszczani byli tylko nieliczni. Ani bratu Barnabie, ani ojcu Martinowi, ani innym zakonnikom nie zależało, by ich pracą i działaniem zainteresowało się Biuro do Walki z Fundamentalizmem. Ale i tak stopniowo do zespołu dołączali nowicjusze. Gdy w folwarku pojawił się ojciec Jan z Pomorskimi było ich już dwudziestu pięciu, starannie wyselekcjonowanych zakonników po ślubach wieczystych. I kilku kandydatów.

    Ojciec Jan odpowiadał na wezwania prowadzącego. Rozgryzał słowa liturgii godzin, starał się wejść w ich sens. I chłonął atmosferę skupienia płynącą z lekko pochylonych sylwetek mężczyzn, których zadaniem miał być połączenie modlitwy i walki, zaangażowania duchowego i siły fizycznej dla obrony wiary. Ze zdziwieniem stwierdzał, że – choć przez lata w seminarium i później już jako księdza uczono go, że zakony rycerskie to błędna ścieżka rozwoju katolicyzmu, którą udało się szczęśliwie odrzucić – to z tych ludzi  biło autentyczna głęboka wiara, pozbawiona nienawiści czy niechęci do swoich przeciwników. Oni mieli walczyć, ale nie nienawidzić.

    Nagle drzwi wejściowe do sali modlitewnej zaskrzypiały. Do Sali wszedł Benedykt Pomorski. Miał przerażoną, wściekłą minę i wyraźnie chciał przerwać modlitwę. Brat Barnaba nie pozwolił jednak na to. I dopiero gdy nieszpory dobiegły końca mężczyzna wykrztusił z siebie: „Jacek uciekł”. A potem podał ojcu Janowi krótki list napisanay na wyrwanej z kalendarza kartce papieru.

    „Nie mogę zwrócić życia Zosi. Ale muszę ją pomścić. Ten skur…syn nie będzie żył. I to jest teraz moje zadanie. Z chustą będziecie musieli sobie radzić sami. Jacek”.

    Ojciec Jan zbladł.

    - Kiedy to znalazłeś? – zapytał złamanym głosem.

    - Piętnaście minut temu – padła szybka odpowiedź.

    - Może jest jeszcze gdzieś blisko. Trzeba do zatrzymać – wtrącił brat Barnaba, który także przeczytał już list. I zaczął wydawać polecenia swoim zakonnikom. Nie minęła minuta, a większość z nich była już na zewnątrz. W ciemności.

     

    *          *          *

     

    Był chłodny ranek. Słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. Hassan opatulony ciepłym służbowym polarem spoglądał na folwarczne zabudowania. Za piętnaście minut mieli do niego wkroczyć i ostatecznie przejąć chustę, aresztować porywaczy i zakończyć istnienie kolejnego podziemnego klasztoru. W głowie układał już sobie wystąpienie na konferencji prasowej, które miało uświadomić odbiorcom całą grozę sytuacji. „Terroryści w habitach” – miał zacząć, a potem już tylko nabierać tempa. W przygotowywanym już w helikopterze szkicu wystąpienia połączył ojca Jana, Piotra, arcybiskupa i podziemny klasztor cała siecią powiązania, która miała pokazać, że ostatecznym celem ich wszystkich była rewolucja religijna. Jej ofiarami mieli się stać wszyscy niewierzący. „A na drzewach zamiast liści będą wisieć ateiści” – wymyślił sobie na poczekaniu hasło rewolucjonistów.

    Nie odczuwał zmęczenia, choć tej nocy w zasadzie nie spał. Przebierał się właśnie w pidżamę, gdy zadzwonił major.

    - Zaraz masz być w biurze – rzucił krótko i podał kod najwyższej gotowości, oznaczający akcję polową.

    Hassan błyskawicznie wbił się w mundur, spryskał silną wodą kolońską i zbiegł do garażu. Jego samochód wręcz pożerał drogę. W pracy był po kilku minutach. Wbiegł do pokoju Strzelkowsky’ego.

    - Mamy go – wycedził na jego widok major. – Mamy cynk, że chusta i jej porywacze są w Folwarku Emilian – niemal krzyczał. – Trzeba tylko dokończyć akcję i zgarnąć tych wszystkich skur…synów.

    - Jak to się udało – spytał krótko Hassan.

    - Osobowe źródła informacji, synku – uśmiechnął się szeroko major. – Ma się te znajomości – dodał.

    A potem zaserwował swojemu młodemu współpracownikowi historię grupy artystycznej, która w rzeczywistości była podziemnym zakonem.

    - Od dawna mieliśmy ich na oku. Mało było grup tak dobrze przez nas przebadanych. Ale nie likwidowaliśmy ich, bo i po co. Chłopcom zdawało się, że bawią się w wojnę, tłukli się na szable, gotowali się na bój, a my wszystko o nich wiedzieliśmy. Dzień po dniu… I czekaliśmy… I w końcu się doczekaliśmy – mówił wyraźnie odprężony major. – Dziś w nocy nasz informator zadzwonił do biura i przekazał wszystkie konieczne informacje. A my je tylko wykorzystamy.

    Hassan nie wyglądał na zadowolonego. Miał nadzieję, że sprawę uda się załatwić, ale że to on będzie mógł sobie przypisać wszystkie związane z tym zasługi. A tu okazało się, że zwycięstwo odniósł major. To jego znajomości, jego kontakty pomogły im wygrać.

    - Mam tam jechać? – zapytał krótko.

    - Wszyscy tam jedziemy… I na miejscu zrobimy piękną konferencję prasową. Z chustą, zakonnikiem i tymi tam folwarcznymi mniszkami – major był bardzo zadowolony z siebie.

    Teraz czekali już tylko na sygnał do rozpoczęcia akcji. Świetnie wyszkoleni komandosi z Biura zajęli już miejsca wokół folwarku. Było ich stupięćdziesięciu, by wymusić poddanie się „lisowszczyków” bez walki. A jeśli nie byłoby to możliwe, to błyskawicznie zakończyć potyczkę.

    Hassan znał tych mężczyzn i wiedział, że są nie tylko świetnie wyszkoleni, ale i szczerze ideowi. Religia i religijni byli ich autentycznymi wrogami. – Im nie zadrży palec, gdy będą mieli do nich strzelać – stwierdził. I z żalem pomyślał, że nie tak wyobrażał sobie odzyskanie chusty.

    Spojrzał na zegarek. Była 5.30. A to oznaczało, że ostatnia akcja „operacji chusta” już się rozpoczęła. Spojrzał na zabudowania folwarczne. Komandosi już przy nich byli.

    1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

    PS. Od tej pory,  w związku z końcem wakacji, "Operacja chusta" będzie się ukazywała z częstotliwością nie mniejszą niż raz na dwa tygodnie (a czasem częściej).

    Komentarzy: 15

  • Początek sądowej tyranii

    piątek,21 sierpnia 2009,23:08

    kategoria: Rodzina

     

    Polscy sędziowie już nie raz się skompromitowali. Obrona kapusiów przez część Trybunału Konstytucyjnego, uznanie przez Sąd Najwyższy, że prawo może działać wstecz, żeby tylko obronić kumpli, którzy w stanie wojennym orzekali wyroki według prawa, które nie obowiązywało – to wszystko już było. Ale wtedy, choć decyzje były skandaliczne można je było tylko skrytykować, obśmiać i złożyć na karb komunistycznego  postkomunistycznego uwikłania niemałej części sędziów. Decyzja poznańskiego (a wcześniej szamotulskiego) sądu to jednak coś zdecydowanie więcej. To moment, gdy sądy zdecydowały się zaatakować fundamenty społeczeństwa, których powinny bronić. Gdy sędziowie (konkretni, orzekający w tych sprawach, bo trudno tu zastosować odpowiedzialność zbiorową) ze stróżów prawa przekształcili się w niebezpiecznych dla społeczeństwa rzeczników tyranii.
    Mowa oczywiście o sprawie maleńkiej dziewczynki, którą sąd zdecydował się odebrać rodzicom. Powodem miały być zbyt słabe zdolności macierzyńskie matki (która wychowała wcześniej trójkę dzieci), brak czasu ojca oraz negatywna opinia pracowników społecznych. Sąd uznał, że lepiej dla maleńkiego dziecka będzie jeśli zamiast z matką będzie w rodzinie zastępczej. – Jeżeli z jednej strony matka nie jest w stanie zapewnić dziecku odpowiedniej opieki, a ojciec nie ma na to czasu, to przekazanie dziecka rodzinie zastępczej wydaje się najlepszym rozwiązaniem – wyjaśniał dziennikarzom prezes Sądu Okręgowego w Poznaniu Krzysztof Józefowicz (niestety nie wiemy, czy pan Józefowicz ma czas dla swoich dzieci i czy rozważał możliwość odebrania sobie praw rodzicielskich, jeśli go nie ma).
    Takie stanowisko oznacza zaś, ujmując rzecz w skrócie, że sąd uznał się za władny nie tylko karać za pewne uchybienia czy próbować naprawiać pewne szkody, ale również decydować, kto może, a kto nie może być rodzicem. A to jest zwyczajnie niebezpieczne, bowiem zakłada ingerencję państwa w relacje, w które ingerować nie ma ono zwyczajnie prawa (poza sytuacją przestępstwa, a z nim nie mieliśmy w tej sprawie do czynienia). Zgoda na takie wkraczanie sądów w rodzinę oznacza uznanie, że dzieci nie są już powierzone rodzicom, a państwu. To ostatnie zaś, za pośrednictwem sądów, ma decydować, kto jest godzien do sprawowania opieki nad dzieckiem. A jeśli z jakichś powodów uzna, że godzien nie jest to wkraczać i przemocą odbierać dziecko (potrzebujące matki, a nie prawnych opiekunom) rodzicom i kierować je do rodziny zastępczej.
    Przypisanie państwu takich prerogatyw to – ni mniej ni więcej – tylko koniec wolności, odpowiedzialności osób, a także praw rodziny. I dlatego w takiej sytuacji nie można milczeć. Trzeba walczyć o to, by sądy nigdy więcej nie przypisywały sobie praw, których nie mają. Wara im i państwu od rodziny (którą zresztą zawsze najmocniej zwalczają państwo totalitarne). Rzecznik praw obywatelskich, minister sprawiedliwości, ale także zwykli rodzice (szczególnie z rodzin 3+) nie powinni milczeć w sytuacji, gdy rodzi się sądowa tyrania. Sędziowie muszą wiedzieć, że choć są niezawiśli to nie oznacza, że są bogami i mogą robić, co im się podoba. Jeśli teraz będziemy milczeć za kilka, kilkanaście lat może się bowiem okazać, że sądy zaczną coraz częściej odbierać dzieci rodzicom. A powody będą coraz bardziej błahe. Aż w końcu każda wielodzietna rodzina, bez odpowiednio wysokich dochodów i nieustosunkowana, będzie się musiała obawiać o swoje dzieci. A sądzia X z godnośćią będzie tłumaczył, że na przykład: rodzina z szóstką dzieci nie gwarantuje odpowiedniego środowiska wychowawczego. I dlatego odebrano dziecko matce i oddano je innym.
    Na razie może wydawać się to niemożliwe. Ale przecież jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że sąd nie może odebrać dziecka matce w czwartej dobie jego życia. A jako uzasadnienie takiej decyzji podać, że matka ma słabe zdolności macierzyńskie, a ojciec nie ma czasu…

    Komentarzy: 17

  • Apologia bioetyki katolickiej - moja nowa książka

    piątek,14 sierpnia 2009,13:39

    kategoria: Pro life

    Do księgarni właśnie trafiła moja nowa książka "Nowa kultura życia. Apologia bioetyki katolickiej". Poniżej prezentuje fragment wstępu i spis treści.

     

     

    Biotechnologia stała się narzędziem walki politycznej i światopoglądowej. Lewica chętnie ubiera się w szaty obrońców postępu naukowego i narzuca chrześcijanom czy szerzej konserwatystom pole i przedmiot konfliktu. Bezpieczeństwo społeczeństwa wymaga jednak radykalnej zmiany paradygmatu dyskusji i wprowadzenia jasnych, opartych na antropologii i teologii zapisów prawnych, a także rozstrzygnięć moralnych.Błyskawicznie rozwijająca się genetyka, oferująca (na razie w dużej mierze teoretycznie, bez dowodów na realne skutki) możliwość leczenia najcięższych schorzeń, medycyna transplantacyjna, ale również „leczenie bezpłodności” stawiają przed prawodawcami niezwykle trudne wyzwania. Politycy (a w systemach anglosaskich także sędziowie) muszą bowiem rozwiązywać problemy, które właściwe były dotąd (i to raczej w sferze teoretycznej niż praktycznej) duchownym, filozofom i bioetykom. Ich rozstrzygnięcia nie tylko określają prawną sytuację badaczy, ale również kształtują moralność publiczną, czego najlepszym dowodem jest orzeczenie Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych w sprawie Roe vs. Wade, które choć dotyczyło kwestii wyłącznie prawnych, określiło nauczanie moralne wielu amerykańskich wyznań chrześcijańskich[1].

    Jeszcze mocniej ten moralnotwórczy wymiar definicji prawnych dostrzec można w przypadku definicji śmierci. Jej zmiana przez organizacje lekarskie, zatwierdzona następnie przez decyzje polityczne, wytworzyła sytuację, w której wciąż niezwykle dyskusyjne etycznie zabiegi przeszczepów serca w istocie znikły z pola zainteresowania nie tylko opinii publicznej, ale również duchownych czy filozofów. Prawne uznanie, że śmierć mózgowa jestde factośmiercią jest przyczyną, dla której niemal nikt nie dyskutuje już o tym, że z tego stanu można wyjść. W takiej zaś sytuacji przeszczep może być aktem zabójstwa, usprawiedliwianego korzyściami dla innej osoby[2]. Już przypomnienie tej prostej, wydawałoby się, zasady moralnej, że interes jednej osoby nie może być usprawiedliwieniem naruszenia fundamentalnego interesu drugiej osoby, a ceną życia jednego człowieka nie może być życie drugiego – spycha przypominającego na margines dyskusji i naraża go na nieustanne oskarżenia o nienowoczesność, zacofanie oraz… odbieranie chorym szansy na życie.

     

    Lewicowa ideologizacja nauki

    Na podobne emocjonalnie podbudowane zarzuty skazuje się także każdy bioetyk czy polityk, który odrzuca szantaż postępu naukowego mającego ratować ludzkie istnienia. A jest on z niezwykłą konsekwencją stosowany przez naukowców i wspierających ich lewicowo-liberalnych polityków, publicystów i myślicieli. Każdy, kto ma wątpliwości wobec klonowania terapeutycznego zarodków czy tworzenia ludzko-zwierzęcych hybryd i wykorzystywania ich do tworzenia komórek macierzystych, jest w istocie przeciwnikiem zdrowia dla milionów chorych na Alzheimera czy Parkinsona oraz setek tysięcy sparaliżowanych osób. Argumentem w debacie prawnej i etycznej stają się zdjęcia i wypowiedzi chorych oraz ich rodzin (także rodziny Ronalda Raegana, którego żona i syn nieustannie lobbują za finansowaniem dyskusyjnych moralnie badań na ludzkich embrionach z budżetu federalnego), którzy „z utęsknieniem oczekują na wyniki badań” mogących odmienić ich życie. Ostatnio po taki „argument” sięgnął premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, kiedy publicznie pokazał się ze swoim chorym genetycznie dzieckiem.

    W całej tej emocjonalnej histerii niknie prosta prawda, że – jak na razie – nie ma dowodów na to, że dyskusyjne moralnie badania rzeczywiście przyniosą realne rezultaty. Nie ma też wystarczających dowodów teoretycznych (nie mówiąc już o praktycznych) na to, że lecząc nawet jedne schorzenia, pewien typ manipulacji nie wprowadziłby do genomu człowieka zmian, które byłyby gorsze od stanu pierwotnego. Nieliczni zaś chcą usłyszeć, że nawet gdyby badania przyniosły spodziewane korzyści i nie miały najmniejszych skutków ubocznych, to nie usprawiedliwiłoby to nieetycznych, a niekiedy wręcz zbrodniczych działań, jakie doprowadziły do ich osiągnięcia (dokładnie tak jak postęp genetyki, który dokonał się dzięki badaniom w obozach koncentracyjnych, nie usprawiedliwił tego, co się w nich działo).

    Argumentacja ta, choć nie sposób jej podważyć od strony naukowej i historycznej, rozmija się jednak ze zdominowanym przez przekonanie o nieuchronnym postępie ludzkości dyskursem polityczno-publicystycznym. Wychowani na micie postępu (ostatnio głównie naukowego) publicyści i politycy – nie są w stanie, a może po prostu nie chcą dostrzec, że nie ma empirycznych dowodów na realność takiego procesu i jego powiązanie z moralnością. Jeszcze mniej dowodów mamy na wypływanie zasad moralnych z nauki czy na szkodliwość zasad moralnych dla rozwoju naukowego. Akurat w tej kwestii, choćby historia eugeniki i wyrastającej z niej genetyki nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że nauka pozostawiona sama sobie, nieograniczona zewnętrznymi wobec niej samej zasadami etycznymi i prawnymi, prowadzić może i często prowadzi do naruszania podstawowych praw człowieka (jak to miało miejsce w Szwecji, Stanach Zjednoczonych czy Australii, gdzie przymusowo sterylizowano osoby uznane za niedostosowane społecznie), a nawet do zwyczajnego ludobójstwa, którego zwolennikami w Niemczech wcale nie byli tylko niedouczeni hitlerowcy, ale także światli naukowcy, którzy dziś jeszcze odbierają nagrody towarzystw naukowych (znakomitym przykładem jest choćby dr Hans-Joachim Sewering, 92-letni były członek SS, wysyłający dzieci do komór gazowych, nagrodzony za „zasługi na rzecz narodowego systemu ochrony zdrowia”).

     

    Chłodny dystans konserwatystów

    Odzyskiwanie przestrzeni dyskursu publicznego wiązać się powinno jednak nie tylko z jasnym przypominaniem, jak wielkie zasługi dla nowożytnych i postnowożytnych totalitaryzmów (ale i będących „lekko zakamuflowanymi totalitaryzmami” demokracji laickich) ma nieograniczona przez etykę i religię nauka, ale także z pokazywaniem, że etyczne mury wznoszone wokół badań, nie tylko ich nie spowalniają, ale nierzadko wręcz im służą. Przykładem może być decyzja byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a W. Busha o wstrzymaniu finansowania z budżetu federalnego badań nad komórkami macierzystymi pobieranymi z zarodków. Jej skutkiem, wbrew histerii wywoływanej przez media i polityków z Partii Demokratycznej, było przyspieszenie badań nad innym, niebudzącym kontrowersji etycznych sposobem pozyskiwania komórek macierzystych, który – zresztą – okazał się skuteczniejszy z czysto terapeutycznego punktu widzenia[3].

    Nie mniej istotne jest wprowadzanie do dyskursu publicznego wiedzy, że potencjalne (jak na razie tylko potencjalne) pozytywy biotechnologii mają także całkiem realną, ciemną stronę. Wyleczenie chorób Alzheimera czy Parkisona za pomocą (to duże uproszenie) ludzko-zwierzęcych hybryd może się wiązać z pojawieniem się nowej, odzwierzęcej choroby. Technika podziałów komórkowych na najwcześniejszym etapie rozwoju jest na tyle słabo poznana, że jej stosowanie przynosić może zupełnie nieoczekiwane skutki. Z tego jednak, że naukowcy ich nie przewidzieli, wcale nie wynika, że oni sami nie będą za nie odpowiedzialni moralnie, a ludzkość nie będzie ponosić ich konsekwencji. Czysto naukowe niewiadome, które powodują, że części badań biotechnologicznych nie da się pogodzić z fundamentalną zasadą każdej etyki medycznej – primum non nocere – łączyć się powinny w dyskursie konserwatywnym z jasnym przypominaniem, że u podstaw pewnych technik medycznych leżą ukryte (być może nieuświadomione przez samych badaczy) założenia, które całkowicie zmieniają rozumienie człowieczeństwa. Na te drastyczne zmiany zwrócił uwagę Jürgen Habermas. „Jeżeli trafnie oceniam dyskusję o «wykorzystywaniu» zarodków dla celów badawczych, albo o «warunkowym wytwarzaniu zarodków», to w reakcjach emocjonalnych wyraża się nie tyle oburzenie moralne, ile raczej lęk przed czymś nieprzyzwoitym, uczucie zawrotu głowy, jakie ogarnia nas, gdy nieoczekiwanie grunt usuwa nam się spod nóg. Znamienna jest odraza dla chimerycznego gwałcenia granic między gatunkami, które naiwnie uważaliśmy za «nieprzekraczalne» (…) Obserwowany i budzący lęk rozwój inżynierii genetycznej ingeruje w obraz «człowieka», wytworzony przez nas obraz siebie samych jako kulturowej istoty gatunkowej – który, jak się zdaje wyklucza alternatywy”[4] – wskazuje Hebermas i dodaje, że zniszczenie „tożsamości ludzkiej” skutkować musi naruszeniem fundamentów etycznych wspólnoty ludzkiej, których ostatecznym skutkiem jest zaprzepaszczenie realnej równości między ludźmi.

     

    Katolicyzm w obronie równości

    Przejęcie inicjatywy w debacie publicznej (nawet za cenę potępienia za „niewystarczającą otwartość na odkrycia naukowe”) jednak nie wystarcza. Celem konserwatystów (niekoniecznie chrześcijańskich) powinno być ustanowienie takiego prawa, które będzie skutecznie chroniło fundamenty społeczności ludzkiej, wykluczając wprowadzanie nowych, niespotykanych i niewypływających z natury form nierówności. I nie chodzi tylko o nierówność między bogatymi, których stać będzie na doskonalenie swoich dzieci czy choćby tylko ich leczenie, a biednymi, którzy będą zmuszeni pozostać w stanie naturalnym (przed czym przestrzegał choćby Peter Singer, gdy domagał się od państwa, by refundowało ono także doskonalenie natury biedakom[5]), ale o wiele głębszą nierówność ontyczną, w której jedni (lekarze) będą stwórcami drugich (dzieci), co oznaczać będzie w istocie wprowadzenie do społeczności nowych relacji. Ze zjawiskiem tym już zresztą mamy do czynienia, gdy rodzice lub same dzieci domagają się znaczących odszkodowań od lekarzy, którzy dopuścili do narodzin (lub poczęcia przy procedurach in vitro) dzieci chorych czy upośledzonych.

    Obie te formy nierówności całkowicie zmieniają rzeczywistość społeczną, jaką znamy. Trudno nie dostrzec, że oznaczać one mogą w istocie pojawienie się już nie czysto filozoficznej, ale realnej „rasy nadludzi”, która dzięki zastosowaniu metod wspomaganego rozrodu czy manipulacji genetycznej stanie się „postludźmi”, arystokracją genetyczną, mogącą niezależnie od demokratycznych procedur (które, jak wszystko na tym świecie nie są wieczne) – prędzej czy później – sprawować rzeczywistą władzę nad resztą, niezmodyfikowanych genetycznie jednostek. Jak taki świat mógłby wyglądać przedstawiają na razie głównie pisarze science fiction, ale wiele wskazuje na to, że ich pomysły wcale nie muszą być odległe od rzeczywistości[6].

    Przeciwdziałanie takiemu zjawisku może być tylko jedno (bo trudno poważnie traktować pomysł Singera, by państwa refundowały tego typu zabiegi wszystkim): całkowity zakaz modyfikowania ludzkiego genomu, nawet z najbardziej szlachetnych pobudek. Przyjęcie takiego zapisu, wbrew jego krytykom, wcale nie musi wypływać z założeń teistycznych, czy przyjmowania istnienia Stwórcy, który jest ostatecznym właścicielem natury ludzkiej. Wynika ono z dużo łagodniejszego ontycznie założenia, że natura ludzka nie jest własnością badaczy, ani nawet społeczeństwa, ale całej ludzkości, także tej, która nas poprzedzała, i która po nas przyjdzie. Jeśli zaś tak jest, a nie ma najmniejszych powodów, by traktować rzecz inaczej, to trudno nie uznać, że nie mamy prawa modyfikować czegoś, co nie od nas pochodzi, a co może mieć ogromne skutki dla przyszłości konkretnych osób i całego gatunku. Jeśli – jak twierdzą już nie tylko działacze ekologiczni, ale coraz częściej także liderzy polityczni i religijni – zadaniem ludzkości jest przekazanie naszym potomkom w miarę czystej przyrody, to tym istotniejsze wydaje się przekazanie jej nienaruszonego bagażu genetycznego ludzkości.

    Ostrożność modyfikacyjna wypływać musi także ze świadomości nieokreśloności i nieprzewidywalności skutków pewnego typu działań. Ani uczeni, ani politycy, ani nawet filozofowie nie są w stanie przewidzieć, jakie skutki dla kolejnych pokoleń ludzkich będą miały ich biopolityczne decyzje. Nigdzie nie jest napisane, że – choćby wypływały one z najszlachetniejszych pobudek – przyniosą one pozytywne skutki. Owa nieokreśloność i nieświadomość nie oznacza przy tym braku odpowiedzialności. Jeśli nie jesteśmy w stanie ocenić skutków danej decyzji – a mimo to ją podejmujemy – to ponosimy pełną moralną odpowiedzialność za to, co się później wydarzy. I taka odpowiedzialność spoczywa nie tylko na współczesnych naukowcach, ale także na wspierających ich politykach.

     

    Człowiek jako cel

    Równie istotna przy stanowieniu prawa w dziedzinie bioetycznej pozostaje wierność kantowskiej zasadzie, że „człowiek ma być zawsze celem, a nigdy środkiem do osiągnięcia celu”. W oparciu o tę całkowicie fundamentalną zasadę działania moralnego trzeba zupełnie wykluczyć wszelkiego typu działania (nawet te, które mogą przynieść skutki pozytywne medycznie), które czyniłyby z jednych ludzi narzędzie czy środki leczenia dla innych. I nie chodzi o wizje pisarzy, którzy wyobrażają sobie istnienie farm, na których przechowywane byłyby „zmieniaki”, czyli klony, dostarczające „części zamiennych dla zdrowych”[7], bo te można włożyć między bajki, ale o działania, które zakładają, że pewien typ ludzi nie musi być prawnie chroniony, i może być wykorzystywany do badań czy przerabiany na środki lecznicze dla innych.

    Taki typ myślenia leży przecież u podstaw rozumowania zwolenników pozyskiwania komórek macierzystych z ludzkich zarodków. Dla uczonych owe zarodki są tylko źródłem komórek, nie dostrzega się w nich natomiast bytów ludzkich, choć są one nimi z biologicznego, genetycznego czy ontologicznego punktu widzenia. Stopień ich rozwoju powoduje zatem, że są one uznane jedynie za środek do leczenia innych, a przestają być postrzegane jako cel każdego działania. I choć nieliczni zdają sobie z tego sprawę, takie podejście oznacza w istocie uprzedmiotowienie każdego człowieka. Jeśli stopień rozwoju jest wystarczającym kryterium do uznania kogoś za środek, to dlaczego nie ma nim być na przykład pochodzenie społeczne czy rasowe (jak to było w Australii, gdzie w latach 60. i 70. XX wieku na aborygeńskich dzieciach testowano rozmaite leki)? Prawo, jeśli ma zachowywać jakiekolwiek związki z przekonaniami moralnymi, musi to brać pod uwagę i jednoznacznie zakazywać tego typu badań.

    Zasada nienaruszalności życia ludzkiego, będąca zresztą jednym z nielicznych praw wynikających pozytywnie z negatywnej normy prawa naturalnego (czyń dobro, nie czyń zła[8]), powinna leżeć także u podstaw zapisów prawnych dotyczących zapłodnienia in vitro. Pragnienie rodziców, naturalna skłonność człowieka do posiadania dzieci nie mogą być stawiane wyżej niż absolutna zasada prawa do życia. Stąd niedopuszczalne jest tworzenie nadliczbowych zarodków, które w późniejszym okresie będą niszczone lub wykorzystywane do badań genetycznych. Ludzkie życie jest wartością o wiele bardziej fundamentalną niż nawet najszlachetniejsze pragnienia. Sama procedura zapłodnienia in vitro pozostaje zresztą, nawet jeśli wykluczy się z niej „nadliczbowe zarodki”, wysoce dyskusyjna moralnie. Przyznaje ona bowiem rodzicom „prawo” do posiadania potomstwa, które trudno znaleźć w jakichkolwiek kodeksach moralnych, a które całkowicie zmienia kontekst rodzicielstwa, gdyż przekształca je z podmiotowego w przedmiotowe (dziecko staje się przedmiotem pragnienia). Uprzedmiotowienie realizuje się przy tym nie tylko w samym akcie powoływania dziecka do życia, ale także w tym, że nie bierze się pod uwagę jego interesów (nieznane skutki procedur in vitrodla dziecka) czy problemów z tożsamością jakie mogą one rodzić, w przypadku procedur zapłodnienia heterogenicznego (kto bowiem wówczas jest ojcem, kto matką?). Te kwestie mogą być regulowane, ale trzeba mieć świadomość dalekosiężnych skutków, jakie zapisy prawne będą miały dla życia społecznego.

     

    Kompromis jako element stanowienia prawa

    Oczywiście trudno sobie wyobrazić (niestety!) ustanowienie prawa, które byłoby całkowicie zgodne z zasadami moralnymi. Działalność polityczna wymaga umiejętności kompromisów, tak by przesadna wierność zasadom nie uniemożliwiła ustanowienia prawa, które byłoby choć minimalnie lepsze, niż to, które obowiązuje obecnie. Kompromis powinien być jednak dopiero skutkiem debaty publicznej, rzeczywistą koniecznością, a nie czymś, co wypracowują sami konserwatyści. Przedstawianie swoich postulatów w formie już osłabionej przez branie pod uwagę opinii innych stron dyskursu oznacza, że to właśnie te osłabione już zapisy prawne będą brane pod uwagę jako punkt wyjścia, i to one będą dalej osłabiane. Dlatego strona konserwatywna (w Polsce głównie katolicka) powinna przedstawiać swoje postulaty w całym ich radykalizmie (nie ma powodów, by nadawać temu słowu odcień pejoratywny). Zakaz badań na ludzkich zarodkach czy zakaz procedury in vitropowinny być jednoznacznym punktem wyjścia w debacie publicznej, i źródłem propozycji prawnych formułowanych przez konserwatystów. I to właśnie to miejsce powinno być traktowane jako norma, od której polityczna gra wymusza pragmatyczne odejście.

    Źródłem tej normy dla konserwatysty powinno się stać nauczanie Kościoła. Przyczyną jednak nie jest zaufanie do Objawienia (które katolik musi oczywiście przyjmować, ale w sferze praktycznego działania politycznego pozostaje ono drugorzędne), ale świadomość, że Kościół pozostaje jedyną instytucją, która posiada konsekwentną, przemyślaną, rozsądną wizję antropologii, na której można i należy zbudować bezpieczną przyszłość społeczną. Rezerwa czy sprzeciw wobec tych badań, nie są jednak, jak to często sugerują genetycy czy zwolennicy tego typu badań, związane z jakąś fundamentalną wrogością wobec nauki i jej odkryć, ale z uznaniem prymatu etyki i moralności nad nauką oraz, co nie mniej istotne, ze świadomości, że z samej nauki nie da się wyprowadzić norm moralnych, które mogłyby nie tylko ją ograniczać, ale również chronić przed jej roszczeniami ludzi i społeczeństwo. „W naszej epoce występuje jednak wyraźna tendencja do zdobywania coraz większej wiedzy nie po to, by podziwiać i kontemplować rzeczywistość, ale by umocnić władzę nad nią, tworząc mechanizm, który może skrępować wolność samego człowieka. W odniesieniu do wiedzy o ludzkim genomie ten mechanizm mógłby prowadzić do interwencji w wewnętrzną strukturę życia człowieka, a w perspektywie do poddania selekcji i manipulacji ludzkiego ciała i ostatecznie – ludzkiej osoby i przyszłych pokoleń”[9] – przestrzegał w przesłaniu do uczestników IV Zgromadzenia Plenarnego Papieskiej Akademii „Pro vita” Jan Paweł II.

    Katolicka bioetyka, i to kolejny element jej siły, oparta jest na spójnej, pełnej i adekwatnej antropologii. Katolicka wizja człowieka nie zawiera w sobie prostego optymizmu, naiwnej wiary w postęp czy w (dla odmiany) szczerość i piękno dzikusów Jana Jakuba Rousseau, ale nie ma w niej również pesymizmu Lutra, Kalwina czy Jean Paul Sartre’a. Jest w niej świadomość grzechu, ale również głębokie przekonanie, że człowiek może – dzięki Boskiej łasce – działać moralnie i żyć cnotliwie. Antropologia biblijna, patrystyczna, scholastyczna, ale i nowożytna niezwykle trafnie pokazuje także do czego zdolny jest człowiek i jak można formować go ku dobru. Nie bez znaczenia jest także to, że inaczej niż teologie innych wyznań chrześcijańskich myśl katolicka pozostaje spójna. Jeśli przyjmuje ona jakieś twierdzenia odnoszące się do natury rzeczywistości (warto mieć świadomość, że w kwestiach na przykład biologicznych papieże uznają autorytet uczonych), to później wyciąga z nich wnioski moralne i stosuje je w swojej bioetyce. Zupełnie inaczej jest w Kościołach protestanckich, które często przyjmują pewne ogólne założenia antropologiczne, ale nie mają dość odwagi, by wyciągnąć z nich konsekwencje etyczne i na przykład zakazać aborcji.

    Prawda jednak czy spójność nie zawsze broni się mocą samej prawdy. Niekiedy potrzebuje ona zdecydowanego działania swoich wyznawców. A szczególnie mocno dotyczy to współczesnej debaty moralnej, w której najsilniejszy i najbardziej spójny system moralny – jakim jest stanowisko katolickie – jest przedstawiany jako najsłabszy, nienaukowy czy wrogi człowiekowi. Dlatego tak ważne jest, by katolicy podejmowali się apologii tego systemu, by jasno pokazywali, że jest on nie tylko otwarty na wyniki nauk szczegółowych, nie tylko całościowy, ale także – a może przede wszystkim – świetnie odpowiada na wyzwania stające przed ludzkością i najlepiej broni godności człowieka. Jeśli takiej apologii zabraknie zwyciężą inne systemy wartości, dla których życie ludzkie będzie miało wartość, tylko jeśli będzie spełniało pewne arbitralne wymogi.

    Niniejsza książka jest skromną próbą przypomnienia antropologicznych i moralnych fundamentów, które Kościół katolicki proponuje współczesnemu światu. W kolejnych rozdziałach przedstawię podejście katolickie do kwestii antykoncepcji, aborcji, badań prenatalnych, eutanazji, przeszczepów czy zaprzestania uporczywej terapii. Celem tych rozważań nie jest jednak encyklopedyczne przypomnienie zasad katolickiej moralności, ale pokazanie, że pozostaje ona jedyną szansą przetrwania dla ludzkości. Ludzkość przetrwa obecną rewolucję biotechnologiczną tylko jeśli przyjmie katolickie myślenie o moralności. Tak ujęty cel nie pozostawia wątpliwości, że książka ta ma charakter apologetyczny; jest jednoznaczną próbą przekonania czytelnika, że jeśli szuka systemu, który mógłby poprawnie odpowiedzieć na wszystkie pytania bioetyczne współczesności – to jest nim katolicyzm, w jego najbardziej ortodoksyjnej, bo papieskiej interpretacji.

    [1] Por. T.P. Terlikowski, Kiedy sól traci smak. Etyka protestancka w kryzysie, Warszawa 2005.

    [2] Głębokie uzasadnienie sprzeciwu wobec nowej definicji śmierci, służącej transplantologii, przedstawił niemiecki filozof żydowskiego pochodzenia Hans Jonas. Jego zdaniem, „ponieważ nie znamy dokładnej linii granicznej między życiem a śmiercią nie wystarcza nic poniżej maksymalnej maksymalnej «definicji» (znamion) śmierci – śmierć mózgowa plus śmierć serca plus każda inna indykacja – zanim zostanie zadany ostateczny gwałt”, jakim dla Jonasa jest choćby pobranie organów. Cyt. za: H.J. Türk, Śmierć mózgowa w aspekcie filozoficznym, w: Etyczne aspekty transplantacji narządów, red. A. Marcol, Opole 1996, s. 63.

    [3] Por. J.P. Lefkovitz, Stem Cells and the President – An Inside Account, „Commentary” 1/2008.

    [4] J. Hebermas, Przyszłość natury ludzkiej. Czy zmierzamy do eugeniki liberalnej?, tłum. M. Łukasiewicz, Warszawa 2003, s. 47-48.

    [5] P. Singer, Wyścig po pawi ogon, tłum. M. Madaliński, „Gazeta Wyborcza”, 17-18 lutego 2002.

    [6] Boleśnie dosadnym opisem takiej rzeczywistości jest powieść Michela Houllebecqua Możliwości wyspy (wydanie polskie w tłumaczeniu Ewy Wieleżynskiej ukazało się w roku 2006 w wydawnictwie WAB).

    [7] Por. M.M. Smith, Zmieniaki, tłum. K. Fordoński, Poznań 1999.

    [8] M.A. Krąpiec, Człowiek i prawo naturalne, Lublin 1993, s. 201.

    [9] Jan Paweł II, Przesłanie Badania nad Genomem Ludzkim do uczestników IVB Zgromadzenia Plenarnego Papieskiej Akademii „Pro Vita”, w: tegoż, Dzieła Zebrane, t. V, Kraków 2007, s. 374.

     

    SPIS TREŚCI

     

    Wstęp

    Rozdział I

    Antykoncepcja: papieska odwaga sprzeciwu

    Rozdział II

    Zapłodnienie in vitro: koszmarne koszty spełniania marzeń

    Rozdział 3

    Obrona macierzyństwa

    Rozdział 4

    Demiurgiczna degeneracja nauki

    Rozdział 5

    Zarodek jako osoba

    Rozdział 6

    Zabójcze oblicze medycyny

    Rozdział 7

    Wezwane do heroizmu

    Rozdział 8

    Źle poczęci, źle urodzeni, źle żyjący

    Rozdział 9

    Dar czy zabójstwo na granicy życia i śmierci?

    Rozdział 10

    Granice uporczywej terapii

    Rozdział 11

    Zimne miłosierdzie, czyli o eutanazji i zabijaniu chorych

    Rozdział 12

    Pochwała bioetyki integralnej

     

    Komentarzy: 5

  • Chestertonowski fundament

    poniedziałek,10 sierpnia 2009,09:28

    kategoria: Wiadomości

    Patriotyzm i konserwatyzm są naturalnym stanem człowieka. Tylko pozostając w kręgu wartości wiecznych (rodziny, rodu, narodu, symboli, ale i walki o nie) człowiek jest zdolny do wielkich czynów, ale i do sensownego życia. Takie jest przesłanie (w wielkim skrócie) wznowionego właśnie przez wydawnictwo Fronda "Napoleona z Notting Hill" Gilberta K. Chestertona.
    Ta książeczka, choć ma wartką akcję i zaskakuje (wciąż) aktualnością, to przede wszystkim wielki skarbiec krótko podanych argumentów na rzecz wartości wiecznych. Chesterton w krótkich dialogach między bohaterami przypomina, że tam gdzie znika spór, ród, naród czy przywiązanie do tradycji znika też człowieczeństwo i moralność. Wyśmiewa naiwnym (a czasem wcale nie naiwny) kosmopolityzm czy wiarę w nieuchronny postęp i konieczne "cywilizowanie barbarzyńców" (oczywiście pod hasłem "uniwersalizmu"). "Oto, co zarzucam waszemu kosmpolityzmowi – mówi prezydent Nikaragui do "postępowych" i rozsądnych Brytyjczyków. – Gdy mówicie, że pragniecie połączyć wszystkie narody, to w rzeczywistości pragniecie połączenia po to, by nauczyć je sposobów waszego narodu. Beduin arabski nie umie czytać, więc posyłacie mu jakiegoś misjonarza angielskiego, żeby nauczyć go czytać, ale nikt z was nie powie: "ten nauczyciel nie umie jeździć na wielbłądzie, więc naimiemy Beduina, aby go nauczył". A przecież mówicie, że Wasza cywilizacja będzie zawierać wszystkie talenty"…
    Adam Wayne zaś pytany przez ironistę i żartownisia Oberona Quine'a, o opinie "intelektualistów", których nudzi miłość ojczyzny i rodziny odpowiada to, pod czym podpisałby się każdy konserwatysta: "Może są to filozofie, a może głupcy (…) ale nie prawdziwi ludzie. Ludzie żyją, jak powiedziałem od wieków, ciesząc się czymś świeższym niż postęp. Cieszą się, że z każdym dzieckiem rodzi się nowe słońce i nowy księżyc". A dalej wyjaśnia, co straciłby świat, gdyby nie pojawiły się na nim narody, ojczyzny (ale i miejsca) które w nim są. " To samo, co by się stało ze światem i ze wszystkimi systemami gwiezdnymi, gdyby na jabłoni zamiast siedmiu jabłek wyrosło sześć. Coś byłoby stracone na wieki. Nigdy na świecie nie było nic absolutnie podobnego do Ntting Hill. I nigdy nie będzie zupełnie takiego samego aż do sądnego dnia. Myślę, że Bóg kochał Nottn Hill, tak jak musi na pewno kochać wszystko, co jest sobą i co nie da się zastąpić" – mówi Wayne.
    Amen. Chciałoby się powiedzieć. I zaprosić do lektury. Nie tylko konserwatystów, ale i tych wszystkich, którym wydaje sie, że Ojczyzna to przeżytek, a postęp nieuchronnie prowadzi do martwego świata bez wojen i sporów czyli bez narodów, tozsamości i religii.

    Komentarzy: 11

  • Pigułki za własne, nie za państwowe

    czwartek,6 sierpnia 2009,09:11

    kategoria: Polityka

    Jestem wstrząśnięty raportem Ministerstwa Zdrowia. I to nie dlatego, że oparty jest na starych danych, ale dlatego, że pokazuje on, jak zbrodnicze jest rzekomo "kompromisowe" (niestety nie dla nienarodzonych) prawo. Otóż w zgodzie z nim zamordowano w naszym kraju 499 dzieci (albo i więcej, bo lekarze rozmawiający z "Dziennikiem" zapewniają, że tyle dzieci zabija się rocznie w jednym szpitalu). I to jest rzeczywiście powód do wstrząsu. I chyba przeżywają go także urzędnicy ministerstwa zdrowia, którzy – jeśli prawdą jest to, co mówili mediom lekarze – zatajają rzeczywistą skalę zabójczości naszego prawa.

    Ale jest i drugi powód. Zdecydowanie mniejszy, ale jednak także poważny. Otóż okazuje się, że w Polsce rząd ma nam zapewniać dostęp do środków antykoncepcyjnych. Tak –  dokładnie tyle wynika z raportu. I choć lobbyści farmaceutyczni krzyczą, że to nieprawda, bo środków refundowanych jest za mało, to i tak skandalem jest to, że w ogóle polski rząd – w sytuacji kryzysu gospodarczego – dorzuca się do środków, które niczego nie leczą, a jedynie zaburzają płodność (czyli stan zdrowia). Nie widzę najmniejszych powodów, by z moich podatków (ale także podatków innych) dopłacano do antykoncepcji, szczególnie gdy brakuje pieniędzy na środki rzeczywiście ratujące życie.
    Nie mam nic przeciwko temu, żeby w aptekach były środki antykoncepcyjne. Jeśli ktoś chce sobie psuć zdrowie biorąc hormony – to jego sprawa. Jesteśmy wolni i możemy wybierać. Ale nie widzę powodów, by polskie władze dopłacały do tego procederu i zwiększały zyski koncernów farmaceutycznych. Szczególnie, że w Polsce problemem nie jest nadmierna dzietność, ale wciąż spadający przyrost naturalny.
    I dlatego – już na koniec – zgłaszam propozycje dla premiera Tuska. Panie Premierze, jeśli szuka Pan oszczędności, to zamiast obcinać becikowe bogatym, warto wycofać się z dofinansowywania przez rząd z naszych podatków koncernów farmaceutycznych. Oczywiście będzie krzyku, co nie miara, ale i zysk niewątpliwy. I będzie go można przeznaczyć na Orliki, albo place zabaw.

    Komentarzy: 25

  • Wąska dróżka

    środa,5 sierpnia 2009,12:49

    kategoria: Polityka

    Nie jestem obrońcą homoseksualistów, ani gejowskim lobbystą (co każdy czytelnik moich tekstów zapewne już zauważył). Nie uważam, żeby "hate crime" czy homofobia miały być jakoś szczególnie karane. A jednak wyrok szczecińskiego sądu, który ukarał kobietę za określenie sąsiada "pedałem" nie budzi we mnie wściekłości, ani chęci polemiki. Suma odszkodowania jest wprawdzie zbyt wysoka, a wyrok wpisuje się w dość niebezpieczną dla wolności słowa i religii polityczną poprawność, ale ja nie zamierzam umierać za prawo do wyzywania kogoś.
    A stanowisko takie wcale nie wypływa z politycznej poprawności czy homofilii, a z Katechizmu Kościoła Katolickiego. Ten ostatni uznając akty homoseksualne za grzeszne, bierze niezwykle jednoznacznie w obronę godność osób homoseksualnych. "Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji" – głosi Katechizm. I trudno nie zadać pytania, jak wyzywanie kogoś od pedałów pogodzić z szacunkiem, współczuciem i delikatnością?
    Warto też przypomnieć, że chrześcijanie od zawsze potępiali grzech, a nie grzesznika. Akty homoseksualne, podobnie jak inne grzechy (a św. Paweł obok homoseksualizmu wymienia także obmowę), mogą i powinny budzić w nas odrazę moralną; ludzie jednak pozostają naszym braćmi i jako takim winni jesteśmy im miłość (w chrześcijańskim rozumieniu tego słowa). Nie oznacza ona akceptacji ich grzechu (jeśli go popełniają), ale akceptację ich samych, wraz z przypadłością jaka ich dotknęła. Piętnowanie grzechu (a w ten sposób usprawiedliwia się często ostre terminy) nie oznacza prawa do naruszania godności czy wyzywania innych. Istnieją inne niż "pedał" słowa na określenie homoseksualisty, i można ich swobodnie używać.
    Określanie kogoś mianem "pedała" nie szczególnie pomaga też w tym, co jest celem katolika, czyli w nawracaniu homoseksualistów i pomaganiu im w zmaganiu się z ich przypadłością. Jeśli rzeczywiście chcemy pomóc osobom homoseksualnym, jeśli pragniemy nawrócić ich do Boga, albo pomóc w trwaniu w trudnych zmaganiach o zachowanie czystości (a kto w tej kwestii jest zupełnie bez grzechu niech rzuci kamieniem) – to wyzywanie ich jest ostatnią rzeczą, jaką powinniśmy robić. O wiele lepiej skupić się na modlitwie, rozmowie, argumentacji – zawsze z zachowaniem świadomości ludzkiej godności rozmówcy, której nie narusza grzech.
    Taka droga nie jest prosta. Z jednej strony trzeba jasno głosić doktrynę, walczyć z próbami niszczenia rodziny, destrukcji małżeństwa czy promowania działań sprzecznych z godnością człowieka, a z drugiej kochać grzeszników i dostrzegać w nich  nie "pedałów", a "umiłowane dzieci Boże". Nigdzie jednak nie jest powiedziane, że chrześcijaństwo jest proste. Już Ewangelia głosiła, że droga do Królestwa jest wąska. A można z niej zboczyć zarówno promując homoseksualizm, jak i ciskając obelgami w tych, którzy są wystarczająco dotknięci swoją egzystencjalną sytuacją.

    Komentarzy: 46

  • Prawdy nie da się zniszczyć

    sobota,1 sierpnia 2009,21:12

    kategoria: Pro life

    Bojówkarze z Przystanku Woodstock, którzy posługując się nożami, pałkami i gazem zniszczyli wystawę "Wybierz życie" są najlepszym dowodem na brak argumentów aborcjonistów. Gdy pokaże się bolesną prawdę o tym, czym jest aborcja i jak się kończy, gdy ujawni się światu, jaki jest efekt tak zachwalanego przez zwolenników zabijania nienarodzonych (tak, tak wiem, że należy mówić o wolności wyboru, ale jakoś nie uważam, by człowiek miał mieć wolność do zabijania innych) "zabiegu" – to w miejsce argumentów pojawia się naga przemoc. Przemoc, która ma zamknąć usta, uniemożliwić pokazanie prawdy i uspokajać sumienia tych, którzy głosząc pochwałę wolności wyboru opowiadają się w istocie za rozrywaniem ludzi na strzępy.
    I nie ma co udawać, że zamaskowani aborcyjni bojówkarze są jakimś wyjątkiem. Podobną akcję zamykania ust przeciwnikom zabijania nienarodzonych prowadzą od jakiegoś czasu lobbyści z organizacji Wandy Nowickiej czy adwokaci Alici Tysiąc. Procesy wytaczane Joannie Najfeld czy ks. Markowi Gancarczykowi i "Gościowi Niedzielnemu" – to właśnie próba uniemożliwienia mówienia prawdy o tym, kim są aborcjoniści i czym w istocie jest aborcja. Wandale z Przystanku Woodstock i prawnicy Alicji Tysiąc czy Wandy Nowickiej – to w istocie bojownicy tej samej sprawy, żołnierze kłamstwa i fałszu, zwolennicy udawania, że aborcja jest "prawem kobiety" i "zabiegiem", a nie brutalnym mordem na żywym człowieku. Mordem, który niszczy także psychikę i cielesność kobiety.
    Zmasowane akcje aborcjonistów nie zmienią jednak faktów. Pocięcie plakatów, wytoczenie procesów czy medialne nagonki na obrońców życia – nie sprawią, że aborcja stanie się mniej krwawa, nie spowodują, że rozerwany embrion będzie wyglądał inaczej, i nie zmienią tego, że matka (ojciec, lekarz czy lobbysta, która jej w tym pomaga), która chce dokonać "zabiegu", w istocie chce zabicia (by nie powiedzieć mocniej zamordowania) swojego dziecka. Jest zatem (jeśli mu się to uda zrobić) zwyczajnym zabójcą, lub zabójcą potencjalnym (jeśli do aborcji nie doszło). Działalność rozmaitej maści bojówkarzy (w garniturach, strojach mecenasów czy z gazem i pałkami w rękach) nie zniszczy tej prawdy. Bo, jeśli nawet przestaną krzyczeć ludzie (w co nie wierzę, bo zawsze znajdą się odważni, którzy – by posłużyć się cytatem z Dziejów Apostolskich – będą wiedzieć, że "trzeba bardziej słuchać się Boga niż ludzi" Dz 5, 29), to prawdę o tym, czy jest aborcja, będą przypominały coraz nowocześniejsze aparaty USG…

    Komentarzy: 21

O Autorze

Tomasz Terlikowski

Tomasz Terlikowski

doktor filozofii, publicysta, redaktor naczelny portalu Fronda.pl, wykładowca, a przede wszystkim ojciec czwórki dzieci (na razie)

Kategorie

  • Kultura

  • Pro life

  • Wiadomości

  • Kościół

  • Polityka

  • Fronda

  • Modlitwa

  • Rodzina

  • Religia

  • Ogólne

Archiwum

  • wrzesień 2010

  • sierpień 2010

  • lipiec 2010

  • czerwiec 2010

  • maj 2010

  • kwiecień 2010

  • marzec 2010

  • luty 2010

  • styczeń 2010

  • grudzień 2009

  • listopad 2009

  • październik 2009

  • wrzesień 2009

  • sierpień 2009

  • lipiec 2009

Popularne

  • Panie Bartoś, odczep się Pan od Kościoła

    30 sierpnia 2010

  • Módlmy się za arcybiskupa Gądeckiego

    18 czerwca 2010

  • Na spokojnie słów kilka

    24 maja 2010

  • Święto na cały rok

    28 maja 2010

  • Gdzie jesteśmy?

    3 czerwca 2010

Copyright © 1994-2010 Fronda. Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone

Dołącz do Klubu Fronda.pl

Zamknij

Reklama w portalu Fronda.pl

Skontaktuj się z nami! Za pomocą poniższego formularza możesz wysłać do nas zapytanie odnośnie reklamy w portalu Fronda.pl. Zapoznaj się także z innymi formami wspierania portalu.

Zamknij

Skontaktuj się z redakcją portalu Fronda.pl

Zamknij