-
Czy abp Fisichella zagraża spójności Papieskiej Akademii Życia?
poniedziałek,8 lutego 2010,21:42
kategoria: Pro life
Skandal z arcybiskupem Rino Fisichellą, przewodniczącym Papieskiej Akademii Życia, który w "L'Osservatore Romano" nie tylko zaatakował brazylijskiego biskupa przekazującego nauczanie Kościoła, ale także zakwestionował katolickie nauczanie w sprawie ochrony życia – wcale nie dobiegł końca. Część członów Papieskiej Akademii Życia wprost stwierdza – o czym informuje LifeSiteNews – że ta papieska organizacja może nie mieć przyszłości pod kierownictwem abp Fisichelli.Początek tej gorszącej sprawy opisywałem już na swoim blogu. Znalazł się na nim także raport z tego, co działo się w tej sprawie później, ze szczególnym uwzględnieniem oświadczenia Kongregacji Nauki Wiary, która jasno przypomniała, jakie jest stanowisko Kościoła w sprawie aborcji i jednoznacznie wskazała w ten sposób, że abp Fisichella nie miał w sporze z brazylijskimi hierarchami racji. Faktów tych nie będę już więc przypominał. Nie mogę się jednak zignorować kolejnych informacji nadchodzących z Watykanu. A te nie są dobre dla przyszłości Akademii.Część członków Akademii otwarcie kwestionuje bowiem kompetencje abp Fisichelli do sprawowania jego funkcji. Znany wykładowca filozofii i członek Akademii otwarcie przyznaje, że artykuł arcybiskupa wywołał poważne problemy moralne, kanoniczne i doktrynalne w łonie akademii. Większość jej członków nie zabiera w tej sprawie głosu, część (także z Kurii Rzymskiej) wspiera arcybiskupa, ale jest także grupa, która ostro krytykuje Fisichellę za wsparcie jakiego udzielił on brazylijskim aborcjonistom, a także za nieuzasadniony atak na biskupów broniących nauczania Kościoła. I dlatego zdaniem – pragnącego zachować anonimowość członka Papieskiej Akademii Życia – jej przyszłość może być zagrożona.Artykuł Fisichelli bardzo mocno skrytykował belgijski filozof ks. Michel Schooyans, członek Papieskiej Akademii Życia, który uznał, że sprawa tego tekstu ma "ogromne znaczenie" dla Kościoła. Jego zdaniem dostarczył on bowiem broni wrogom Kościoła i ruchów pro life. – Ten artykuł wspiera tych wszystkich, którzy w Ameryce Łacińskiej i wszędzie indziej prowadzą kampanię na rzecz legalizacji aborcji, z poparciem prezydenta Obamy, Unii Europejskiej, IPPF i innych organizacji pozarządowych – podkreślał Schooyans.I komuś, kto zapoznał się z całą tą sprawą, i kto rozumie katolickie stanowisko w tej sprawie trudno się z taką opinią nie zgodzić. A w związku z tym trzeba jasno postawić pytanie, czy ktoś kwestionujący – "na zamówienie" (a tak powstanie tego tekstu tłumaczył sam abp Fisichella, gdy członkowie Papieskiej Akademii Życia prosili go o wyjaśnienia) – katolickie nauczania w sprawie obrony życia powinien zajmować stanowisko w grupie odpowiedzialnej za pilnowanie ortodoksji w tej kwestii? -
Uwierzę, jak zobaczę
sobota,6 lutego 2010,11:32
kategoria: Kościół
Prace nad wspólnym listem Kościoła katolickiego w Polsce i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej mają rozpocząć się już niebawem – donosi "Gazeta Wybocza". Dokument ten ma zawierać wezwanie do pojednania między narodami, na wzór listu biskupów polskich do niemieckich z 1965 r. "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". A ja skomentuje to krótko: uwierzę, gdy zobaczę.Skąd ta niewiara?Po pierwsze dlatego, że nie wierzę to, by – przy wszystkich zmianach, jakie w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej zaszły od momentu, gdy patriarchą został Cyryl, a odpowiedzialnym za kontakty zewnętrzne metropolita Hillarion (Alfiejew) – rosyjskie prawosławie mogło rzeczywiście decydować o czymkolwiek niezależnie od państwa. Historia tego wyznania (choć dramatyczna i naznaczona pięknem – o którym napisałem nawet książkę – męczeństwa) ściśle wiąże się z państwem. Do 1917 roku (od czasów Piotra I) wspólnota ta zarządzana była przez Święty Synod, czyli zwykły urząd państwowy. A i później, gdy trzeba było Cerkiew wspierała (czasem z rewolwerem u skroni) nawet Stalina. To ścisłe powiązanie nie zostało przerwane nigdy, a za czasów Putina, który deklaruje swoje prawosławie, nawet się wzmocniło. Jeśli zatem Cerkiew coś podpisze, to będzie musiała mieć akceptację Kremla.Po drugie dlatego, że polska i rosyjska wizja historii II wojny światowej (czy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej) są sobie obce. Dla Polaków było to oczywiście wielkie starcie o wolność, ale po naszej stronie wcale nie walczyły tylko siły dobra, ale również siły zła, czyli komuniści. Stalin czy Armia Czerwona (mimo świadomości ofiar zwyczajnych ludzi, o których pięknie pisze Wasilij Grossman w "Życiu i losie") byli tak samo groźni jak Hitler i Niemcy. A wybór między nimi był wyborem między dźumą a cholerą. Wejście Armii Czerwonej do naszego kraju, choć oznaczał koniec jednej okupacji, wyznaczał początek drugiej. Dla Rosjan natomiast (także dla Cerkwi, która tuż po jej rozpoczęciu otrzymała od Stalina możliwość ograniczonego, ale jednak działania) wielka wojna ojczyźniana jest narodotwórczym mitem, w którym siły dobra (czyli Stalin i ewentualnie koalicjanci zachodni) walczą z siłami zła (taki obraz występuje nawet w liście Aleksego II na 70 rocznicę zaskończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej). Armia Czerwona zaś zawsze wyzwala, a nigdy nie zniewala innych narodów. Pojednanie tych dwóch wizji będzie więc nadzwyczaj trudne.No chyba, że jedna ze stron (przyglądając się apelowi przewodniczących episkopatów Polski i Niemiec z sierpnia 2009 roku można się obawiać, że będzie to strona polska, zrezygnuje z własnej wizji historii, ale to byłoby szkodliwe nie tylko dla dialogu, ale i dla Polski).Po trzecie wreszcie – nie widzę po stronie polskiej osobowości na miarę kardynałów Bolesława Kominka czy Karola Wojtyły, czy biskupa Jerzego Stroby. Brak nam teraz – po naszej stronie – mężów stanu tego formatu i stąd obawa, czy rzeczywiście możliwe jest powstanie tak profetycznego dokumentu, jak ten z 1965 roku. W tej kwestii o wiele lepiej wygląda sytuacja po stronie rosyjskiej, gdzie jednym z najbliższych współpracowników patriarchy Cyryla pozostaje młody, dynamiczny i niezwykle otwarty (choć jednocześnie bardzo trzeźwo oceniający ruch ekumeniczny czy dialog z protestantami) metropolita Hilarion, który przez lata był biskupem Wiednia, a później reprezentował patriarchat przy strukturach europejskich. Ale jeśli list miałby mieć pełny sens, to także po stronie polskiej musiałby mieć on godnych siebie (a to znaczy, kiedy trzeba twardych) partnerów. A obawiam się, że ich nie ma.Wszystko to nie oznacza, że nie chciałbym takiego listu. Pojednanie polsko-rosyjskie jest sprawą ważną, tak dla Polski i Rosji, jak i przede wszystkim dla prawosławnych i katolików. Wspólne oświadczenie mogłoby być pięknym krokiem na tej drodze. Ale żeby tak było musi ono być z jednej strony profetyczne, a z drugiej opierać się na prawdzie. I rozróźniać choćby Rosjan o państwa sowieckiego. Mój świętej pamięci dziadek, który w łagrach spędził trzy lata mawiał, że "Sowiecie niemal skazali go na śmierć, ale żyje dzięki Rosjanom". I dlatego tym pierwszym możemy współczuć (rosyjskie ofiary komunizmu, wielkich głodów, wielkich czystek, prześladowań religijnych, mordów NKWD, czy strzelania w plecy żołnierzom Armii Czerwonej – przewyższają o wiele ofiary polskie), a za wiele rzeczy dziękować (za inne przepraszać), ale to drugie musimy potępić. W imię pamięci o Polsce, ale także w imię pamięci rosyjskich ofiar tamtego systemu i tamtego państwa.Obawiam się zaś, że Rosyjska Cerkiew Prawosławna nie jest jeszcze gotowa na takie rozróżnienie. Ale chciałbym się mylić. -
Stop nihilistom
piątek,5 lutego 2010,13:50
kategoria: Polityka
Miałem skomentować wydarzenia wokół filmu o "gienerale" Wojciechu Jaruzelskim żartobliwie. Przedstawić propozycję programów dopuszczalnych przez autorytety. "Ludzie honoru. Dylematy moralne Kiszczaka i Jaruzelskiego", "Obawy bezpieczniaków, czyli jak Solidarność prześladowała pracowników bezpieki", "O tym, jak "Zabił się sam – film o Grzegorzu Przemyku".Ale po przeczytaniu kilku wywiadów z Jaruzelskim i zapoznaniu się z atakiem na kierownictwo TVP ochota do żartów zupełnie mi przeszła. A powód jest dość oczywisty. Otóż mam dzieci (wiem, że to sprawa znana). I chciałbym, żeby one w przyszłości, kiedy wejdą już w przestrzeń życia społecznego wiedziały, co jest dobre, a co złe, co jest zdradą narodu, a co służbą mu, co jest godne, a co nie. A żeby to wiedziały, to – poza koniecznym wychowaniem w domu – przydaje się do tego atmosfera społeczna, debata, w której pewne postawy są potępiane, a pewne czczone.W kraju, w którym bardziej ceni się dobre samopoczucie katów, niż pamięć o ofiarach, nie będzie łatwo ukazać dzieciom, że honor, prawość, sprawiedliwość i wierność interesom narodowym jest więcej warta, niż zaprzaństwo, zdrada i służba obcym mocarstwom. Gdy będę im opowiadał, że generał Nil był bohaterem, podobnie jak żołnierze wyklęci, wtedy moje dzieciaki – idąc za wychowaniem szkolnym czy debatą publiczną – zawsze będą mogły mnie zapytać (mam nadzieję, że tego nie zrobią): "tato, w takim razie dlaczego nigdy nie ukaraliśmy, jako państwo, tych, którzy ich mordowali? Dlaczego pierwszym prezydentem III RP był facet, który całe dorosłe życie służył obcemu mocarstwu? I dlaczego, gdy mówi się o nim prawdę, na głowy mówiących, sypią się gromy?"Znam oczywiście odpowiedź na ich pytania. Wiem, że powodem jest mit polityczny i historyczny, który legł u podstaw III RP, a także fundujący go moralny nihilizm. Jego sztandarowym przykładem jest słynny tekst Adama Michnika i Włodzimierza Cimoszewicza, którzy w 1995 roku przekonywali, że nie sposób odpowiedzieć na pytania: „kto, uwzględniając rzeczywistość podzielonej wtedy Europy, miał więcej racji? Czy ci, którzy zauroczeni komunizmem naiwnie chcieli budować lepszy świat i z upływem czasu coraz mocniej musieli zamykać oczy, by nie dostrzec zbrodni? Czy ci, którzy wybierali beznadziejny zbrojny opór? Czy wreszcie ci najliczniejsi, którzy w warunkach, w jakich przyszło im żyć, chcieli zachować w swoim życiu jak najwięcej normalności, pracowali, budowali szpitale i szkoły, uczyli się i uczyli innych, tworzyli filmy, pisali książki” – pytali obaj panowie w tekście „O prawdę i pojednanie”.Problem polega tylko na tym, że to akurat wiadomo. Moralna ocena może być tylko jedna. Rację mieli ci, którzy oddawali życie za Polskę, albo żyli dla niej, pomimo systemu sowieckiego. Nie mieli zaś moralnej racji ci, którzy wiernie wykonywali polecenia Moskwy, denuncjowali przyjaciół, przeprowadzali antysemickie czystki czy wyrywali paznokcie całkowicie niewinnym czasem osobom. Tu nie może być wątpliwości. Ocena moralna może być tylko jedna. Jeśli ktoś jej odmawia, w imię jakichś politycznych racji, to jest zwyczajnym moralnym nihilistą, działającym na szkodę długofalowych interesów państwa i narodu. W zdrowym państwie i normalnym narodzie bowiem, ostre oceny zdrady są konieczne. Bez nich rozmowy się świadomość dobra i zła, odpowiedzialności i jej braku nie da się zbudować suwerennego, skupionego na własnych, a nie cudzych interesach państwa.Jeśli zatem chcemy, by nasze państwo było silne i nie chcemy, żeby nasze dzieci zadawały nam takie pytania powiedzmy stop ofensywie nihilistów w togach moralistów. Bez odzyskania prawa do mówienia i oceniania przeszłości nie wywalczymy bowiem prawa do godnej przyszłości. Bez wywalczenia prawa do moralnego oceniania zdrajców, nigdy nie zbudujemy silnego, niezależnego i suwerennego państwa, w którym prawo będzie znaczyło prawo. A nasze dzieci skażemy na życie na piaskach moralnego nihilizmu.PS. Wiem, że to sieriozny tekst. I pozbawiony poczucia humoru. Ale gdy chodzi o przyszłość moich dzieci nie wolę wykazać się jego brakiem, niż głupkowatym optymizmem, który pomija najważniejsze problemy. -
Walka o mit założycielski
wtorek,2 lutego 2010,08:47
kategoria: Polityka
Obrońcy Wojciecha Jaruzelskiego (gienerała z rosyjska, bo stopnia generalskiego w polskim wojsku ten człowiek powinien być pozbawiony najpóźniej w 1991 roku) spod znaku "Gazety Wyborczej" (i intelektualnych przybudówek) wcale nie bronią gienerała, ale wiarygodności własnej wizji przemian roku 1989 i fundamentów III Rzeczpospolitej. Powiedzenie prawdy (tak, jednostronnej i brutalnej) o Jaruzelskim wymusza bowiem uznanie, że nie był on w stanie samodzielnie zdecydować się na scenariusz przemian w Polsce, a polecenie musiało przyjść z góry.Cały dorosły życiorys Wojciecha Jaruzelskiego to jedno wielkie pasmo zdrady. Współpraca z Informacją Wojskową, uczestnictwo w antysemickich czystkach w Ludowym Wojsku Polskim, wierna służba Związkowi Sowieckiemu i partii, prośba o interwencję zbrojną w roku 1981 czy pacyfikacja największego zrywu wolnościowego – to wszystko są fakty. Faktem jest również, że gienerał nigdy nie kierował się interesem naszego kraju, a karnie wykonywał polecenia z Moskwy. I obrońcy to wiedzą. Dlatego jedyne, co im zostae to zaawanie idiotycznych (przepraszam Pawle, ale tak właśnie jest) pytań:w stylu czy generał miał inne wyjście niż utrzymywanie Polski w Układzie Warszawskim…A "co miał zrobić? Wystąpić w Układu Warszawskiego? Przyłączyć się w latach 60. do NATO?" – pyta w prześmiewczym tonie Paweł Wroński. Otóż drogi Pawle odpowiedź jest niezwykle prosta w tym czasie Wojciech Jaruzelski, gdyby był polskim patriotą nie musiałby podejmować takich decyzji, bo nie znajdowałby się na takim stanowisku. Są bowiem takie momenty, gdy jedynym, co może zrobić uczciwy człowiek jest odmowa brania udziału w pewnych działaniach. Rezygnacja z kariery.Ale mniejsza o tym. Wroński i inni obrńcy Jaruzelskiego mają przecież świadomość, że nie o prawdę im chodzi, a o mit założycielski III RP. A ten jest jasny. Dobry Jaruzelski, wraz z "człowiekiem honoru" Kiszczakiem wspólnie z opozycją zdecydowali się na odbudową państwa polskiego. Ten mit może się jednak utrzymać jako wiarygodna (choćby minimalnie) bajka, tylko jeśli przyjąć, że gienerał był w stanie (psychologicznie, ale i historycznie) na samodzielne podejmowanie kluczowych decyzji, że był człowiekiem, któremu drogi był interes Polski. A taką wersję ostatecznie niweczy nawet najbardziej chłodne i pozbawione emocji prześledzenie jego życiorysu. Jaruzelski był całe życie wiernym wykonawcą poleceń z centrali, a interes Polski był dla niego zawsze mniej istotny niż interesy Związku Sowieckiego.Jeśli zaś tak było (a było, dowodów na to aż nadto), to nie ma powodów, by sądzić, że w roku 1968, 1981 – Jaruzelski kierował się interesami Moskwy, a nagle w 1989 (trochę wcześniej) zmienił zdanie i zaczął troszczyć się o Polskę. A nawet mocniej są dowody na to, że tak wcześniej jak i w okresie przełomu gienerał nadal wykonywał polecenia z Moskwy i testował na nas model pokojowego oddania pozorów władzy i zachowania wpływów, pieniędzy i kontroli nad kluczowymi elementami państwa. Nie wszędzie się to udało, ale ostatecznie operacja zakończyła się sukcesem, czego najlepszym dowodem jest fakt, że w Rosji, po krótkich zawirowaniach rządzi FSB, a w Polska długo, długo nie mogła rozwiązać służb otwarcie nawiązujących do swoich sowieckich tradycji. Gdy zaś je rozwiązała to rozpętało się piekło.Takie ujęcie historii (niezaleźnie od tego, że świetnie udokumentowane) oznacza, że część opozycji w roku 1989 (choćby zmieniając reguły wyborcze w trakcie wyborów, czy decydując się na prezydenturę gienerała – co swoją drogą jest straszliwym obciachem) albo nieświadomie wykonywała pragnienia Moskwy (to założenie pozytywne), albo zwyczajnie chodziła na jej pasku (to wersja negatywna). Prawda – w odniesieniu do różnych liderów ówczesnej opozycji – może być różna. Ale skutki ich działań, niezaleźnie od intencji, są takie same. Polska nie przeszła pełnej transformacji, polska gospodarka nadal jest spętana układami z czasów PRL (niejawne powiązania ze służbami leżą u podstaw pewnej części fortun, także medialnych). A powód tego wszystkiego jest dość prosty. I nie są nim błędy, ale wprost przeciwnie, sprawne (też nie do końca, bo w pewnym momencie mechanizm kontrolowanego przejścia wyrwał się spod kontroli służb, i udało się zrealizować tylko część założeń) wykonanie przygotowanych w Moskwie planów.Aby zakryć przed opinią publiczną te prawdy, trzeba udawać, że wierzy się rzeczywiście w szczerość, wielkość i patriotyzm gienerała. Oczywiście nikt kto zapoznał się z jego życiorysem nie będzie w to wierzył na serio. Ale czegóż się nie robi, dla obrony własnych (a może niekoniecznie własnych, ale tych, których wielbimy) decyzji i własnego (jw.) życiorysu. -
Niewielki sukces
poniedziałek,25 stycznia 2010,11:49
kategoria: Polityka
Sukcesy, choćby te niewielkie trzeba odnotowywać. Co niniejszym robię. Kilkanaście dni temu wzywałem na łamach swojego bloga (wraz z portalem Fronda.pl) to powiedzenia "stop" agresywnym, antychrześcijańskim wypowiedziom i prosiłem o interwencję Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Teraz zaś informuję (jako pierwsza uczyniła to "Rzeczpospolita", że rada zajęła się skandaliczną wypowiedzią Andrzeja Czeczota i zastanawia się nad ukaraniem Radia TOK FM.
I nie są to przelewki, bo "Gazeta Wyborcza" wciąga tę sprawe na maszt swojej walki o wolność słowa, a nawet wzywa do boju niezawodnego w takich sytuacjach dr Adama Bodnara z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, który uznaje, że ukaranie TOK FM za wypowiedzi Czeczota może oznaczać cenzurę prewencyjną. – Owszem, bo grozi wywołaniem "efektu mrożącego" – stacja będzie unikała zapraszania osób, które mogą wypowiadać kontrowersyjne poglądy, czy też poruszania pewnych tematów – ubolewa Bodnar. A Ewa Wanat (ta od różnych cywilizacji, w których ja i ona żyjemy) uzupełnia, że prośby o wyjaśnienia od KRRiT, które radio otrzymuje co dwa miesiące, to "forma nękania nadawcy". Dlaczego? Bo jak wyjaśnia redaktor naczelna "trzeba się co rusz ustosunkowywać do absurdalnych niekiedy skarg radiosłuchaczy nadsyłanych do Rady". Sprawa jest tak "poważna", a problemy Ewy Wanat z ustosunkowaniem się do skarg słuchaczy tak wielkie, że Helsińska Fundacja Praw człowieka zdecydowała się na zwołanie seminarium pod wielce znaczącym tytułem "KRRiT postrachem mediów: wadliwe uregulowania czy nadgorliwa instytucja?"
A ja powiem krótko: czekam na grzywnę i liczę na to, że członkowie KRRiT nie przestraszą sie rytualnych pohukiwań zawodowych obrońców wolnego poniżania chrześcijan. Wtedy będzie można mówić o sukcesie. Na razie rzecz zmierza tylko w dobrym kierunku.
-
Duszpasterstwo (w) sieci
sobota,23 stycznia 2010,21:06
kategoria: Kościół
Wielkim wezwaniem do kapłanów, których papież wzywa do głoszenia Jezusa Chrystusa w internecie pozostaje orędzie Benedykta XVI na 44 Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Ojciec Święty w tym tekście przypomina niezwykle mocno, że internet pozostaje przestrzenią, w której z powodzeniem można i należy prowadzić ewangelizację, a także przestrzega przed "uwiedzeniem" samą naturą tych mediów.
Istotą zaangażowania w nowe media, w globalną sieć winna być bowiem nie tyle sama fascynacja nowymi możliwościami, ile pragnienie niesienia ludziom zbawczej prawdy Ewangelii. Kapłan w internecie powinien robić dokładnie to samo, co w świecie, to znaczy słowem i świadectwem własnego życia głosić, że Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem, a Ewangelia jest Dobrą Nowiną, która niesie zbawienie. "Duszpasterstwo w świecie cyfrowym powinno bowiem ukazać ludziom naszych czasów i zagubionej dzisiejszej ludzkości, że „Bóg jest bliski; że w Chrystusie wszyscy należymy do siebie nawzajem” – napisał Benedykt XVI.
I jak za czasów świętego Pawła o wiele istotniejsza od formy, od "profesjonalizacji" przekazu pozostaje świętość i zaangażowanie misyjne kapłana, który decyduje się (a decydować się – zdaniem Benedykta XVI – powinien) na pracę także w sieci. "Bardziej aniżeli wprawną rękę pracownika mediów kapłan w zetknięciu ze światem cyfrowym powinien ukazać swe konsekrowane serce, aby wnieść ducha nie tylko w swoje zaangażowanie duszpasterskie, ale również w nieprzerwany komunikacyjny strumień „sieci” – podkreśla Ojciec Święty.
Szczególną cechą internetu jest także to, że dzięki niemu duchowni mogą trafić do tych wszystkich, którzy są niezdecydowani, niepewni, poszukujący, a niekiedy wrodzy wierze. Tu, niekiedy przez (pozorny) przypadek do tych ludzi trafić może przemieniające Słowo Boże. Ich nawrócenie – pozostaje celem każdej pracy duszpasterskiej. A w sieci spotkać ich można o wiele częściej niż na plebani czy w świątyni. I dlatego tak ważne jest, by jak najwięcej księży pracowało nie tylko w realu (tej pracy nie da się zastąpić kontaktami wirtualnymi i jest ona pierwotna), ale także wirtualu, gdzie mogą spotkać ludzi potrzebujących ich świadectwa, wiary i modlitwy.
Obecności kapłanów nie zastąpią – i trzeba to powiedzieć bardzo jasno – ważne internetowe inicjatywy medialne świeckich katolików (choćby Fronda.pl) czy zakonów i instytucji kościelnych (wiara.pl, deon.pl, czy Opoka). One są bowiem częścią świata mediów, a papieskie wezwanie skierowane jest do duszpasterzy, którym bardziej od dziennikarstwa (ważnego i potrzebnego, także w wykonaniu duchownych) czy PR (także istotnego) zależy przede wszystkim na duszpasterstwie, misji i ewangelizacji. Takich księży już nie brakuje, ale trzeba powiedzieć jasno, że "żniwo jest wielkie, a robotników mało". I modlić się, by jak najwięcej ojców Pio naszych czasów angażowało się w pracę także w sieci.
-
Młodzi katolicy przeciw lateksowi
środa,20 stycznia 2010,11:56
kategoria: Rodzina
Wiem, że jestem złym człowiekiem (i do tego Boską porażką), a moje dzieci są strasznie nieszczęśliwe. Ich indoktrynacja zaczyna się od najwcześniejszych lat życia. Taki na przykład M. (synek) jeszcze nie ma nawet roku, a już wie, że latekst jest obrzydliwy, i że o wiele lepsza jest natura.
Przekonał sie o tym osobiście, gdy moja żona trafiła (na jednodniowy zabieg) do szpitala. Wcześniej przygotowała odciągnięte mleko w pojemnikach, wyparzyliśmy butelki i smoczki. Ja przypomniałem sobie, jak to było karmić dzieci butelką. I wydawało się, że wszystko będzie OK.
Ale nic z tego. Rano M. posilił się mleczkiem mamy. Po wyjeździe Małgosi, dość szybko udało się go spacyfikować (wraz z młodszą siostrą, starsza była w szkole). Po dwóch godzinach snu okazało się jednak, że jest dramatycznie. Młody chciał jeść. Przygotowałem więc butelkę, nakręciłem na nią smoczek. I podałem mu. Pierwszy odruch był właściwy. Pociągnął, raz drugi. Potem spróbował chwycić smoczek, tak jak chwyta się pierś mamy. A gdy zrozumiał, że to guma, to na jego twarzy pojawił się wyraz absolutnego obrzydzenia. Nie zdziwienia, nie zaskoczenia, nawet nie rozpaczy, tylko pełnego obrzydzenia. – Gumę mi dajecie. A gdzie pierś – zdawały się mówić jego oczy.
Speszony odstawiłem butelkę. I nakarmiłem go deserkiem (firmę pominę milczeniem, żeby nie było reklamy). Ale jego mina powiedziała mi wszystko. Szczerze mówiąc byłem nią bardzo mile zaskoczony. Taki mały (siedem miesięcy), a taki mądry, że już wie, że nie ma jak natura bez pośrednictwa gumowych gadżetów. Katolicka indoktrynacja przynosi efekty :-) Oby tylko tak zostało!
-
Przeprosiny i podziękowania
wtorek,19 stycznia 2010,21:15
kategoria: Rodzina
Zacznę od przeprosin. Przesadziłem z językiem na swoim blogu. Słowa o porażce były przegięciem. Podobnie, jak słowa o współczuciu. Czasem trzeba ugryźć się w język. Nie powinienem był tak pisać. Nie pomyślałem (niestety – co mnie w tym przypadku nie usprawiedliwia – jestem cholerykiem, który często szybciej pisze niż myśli) podobnie jak niepotrzebny był ton (nieuświadomionej, ale po namyśle, przyznaje obecnej w tym tekście) pychy czy wyższości. Tak więc przepraszam.
Ta (uświadomiona mi już) pycha nie wynika z samozadowolenia, bo mojej zasługi w tym, że mam dzieci jest niewiele. Każde z nich jest cudem. Nie były planowane i każde z nich było dla nas zaskoczeniem. Bo miało ich nie być. Lekarze zapewniali, że "na razie" nie mamy szans na dziecko. A one się rodziły. Ale nie znaczy to, że nie wiem, co znaczy bezdzietność. Pierwsze pięć lat naszego małżeństwa było bezdzietne. Ludzie wciąż pytali się, kiedy będziecie mieć dziecko. A ono nie przychodziło. Potem chcieliśmy mieć drugie i jego także nie było przez kolejne cztery lata… Dopiero chłopak urodził się z zaskoczenia, bez czekania (a nawet, jakby powiedzieli niektórzy, bez planowania). Każde z moich dzieci jest więc cudem. I w takiej, a nie innej ich liczbie nie ma mojej zasługi. Może dlatego tak denerwuje mnie, gdy słyszę o tym, jak to trzeba się przed dziećmi zabezpieczać, chronić itd… I gdy widzę wyraz współczucia na twarzach ludzi, którzy widzą jak wyłaniami się (a trwa to zawsze chwilę) z samochodu. I to do nich, a nie do tych, którzy nie mogą, nie potrafią mieć dzieci (czy więcej dzieci) był ten tekst.
Ostrość języka też nie wzięła się znikąd. Każdy kto ma więcej niż dwójkę dzieci wie, jak reaguje się na większą rodzinę na ulicy. Moje słowa (przepraszam jeszcze raz wszystkich, którzy czuli się urażeni) były ostre. Ale zapewniam, że o wiele ostrzejsze słyszałem na ulicy na temat mojej rodziny. Stwierdzenia "to wpadka" było jednym z łagodniejszym. Pogardliwie stwierdzenia "nie umieliście się zabezpieczyć", "kto pani to zrobił", "ale pech z taką ilością dzieci", czy krótkie podsumowanie na ulicy "dzieciorób" – to nie są wyjątki, ale norma. Lekarze ze zgorszeniem patrzący na moją żonę, gdy ona mówi, że chce mieć jeszcze dzieci – to też nie wyjątek, ale norma. Moja koleżanka (też tylko trójak dzieci) musiała tłumaczyć na ulicy pewnej pani, że sama myje dzieci, że nie pomaga jej w tym opieka społeczna, i że nie ma ochoty zgłaszać się do MOPS-u. Normą, a nie wyjątkiem, są także wyrazy współczucia kierowane do rodziców, które mają kolejne dziecko i pełne litości spojrzenia znajomych, którzy dowiadują się, że kolejne (każde po drugim) dziecko jest już w drodze.
Kilku innych rzeczy będę także bronił. To nie ja stwierdziłem, że większość ludzi nie chce mieć więcej niż jednego dziecka, z powodu kariery. To wynika z badań, od których zacząłem swój wpis. OBOP podaje, że Polaków do monorodzicielstwa skłania uznanie, że ich na to nie stać, a także uznanie, że nie będą w stanie połączyć rodzicielstwa z pracą zawodową. Moje twierdzenia były tylko (oczywiście zradykalizowanym) uogólnieniem tej tezy. Uogólnieniem dokonanym oczywiście na podstawie obserwacji pewnego wycinka rzeczywistości. Wycinka, w którym ludzie zarabiają kilkukrotną średnią krajową, a mają jedno dziecko, bo "ich na więcej nie stać". Czy są miejsca, gdzie jest inaczej? Są. I z tym trudno polemizować.
Ale trudno też polemizować z tezą, że kult małodzietności (o wiele szerszy niż strefa realnej biedy) bierze się z przywiązania do wygody (to akurat zresztą wynika z wielu wpisów pod moim blogiem), ciszy, spokoju i samorealizacji. Te wartości (tak ważne) trzeba niekiedy odłożyć na bok, gdy ma się więcej dzieci. Co oczywiście nie musi oznaczać, że każdy kto ma mniej ma ich mniej, bo chciał ciszy i spokoju. Życie ludzie (pełna zgoda Krzysztofie) jest bardziej skomplikowane niż publicystyka (a może lepiej powiedzieć blogowa nawalanka).
Nie rezygnuję też z tezy, że pewne rodzinne relacje stają się możliwe dopiero w rodzinie z trójką dzieci. Nie dlatego, że akurat tyle mam (bo dokładnie tak samo myślałem, gdy nie miałem ani jednego dziecka), ale dlatego, że dopiero w takim układzie ujawniają się pewne typy relacji. Pięknie pisał o tym Jan Paweł II i Benedykt XVI. Stwierdzenie to nie oznacza, że w mniejszych rodzinach (nie zawsze jest to przecież wybór) relacje są niepełne. Znaczy jednak, że pewnych doświadczeń dzieciaki z mniejszych rodzin są pozbawione. I jest to strata realna (ja mam tylko siostrę, dwanaście lat starszą).
Nie zamierzam też rezygnować z pochwały wielodzietności (i nie mówię o sobie, bo trójka dzieci to nie wielodzietność). Podziwiam rodziny z czwórką, piątką, siódemką czy jedenstką dzieci. Podziwiam odwagę, konsekwencję rodziców, którzy decydują się na takie życie. Ich służba dla społeczeństwa jest o niebo ważniejsza, niż praca urzędników, polityków czy dziennikarzy (myślę w największym może stopniu o sobie). I wierzę głęboko, że ta służba jest już teraz wynagradzana. Dzieci są bowiem nie tyle krzyżem (tu zupełnie nie zgadzam się z Filipem Memchesem), ile "darem Pana". A płodność jest wielkim dowodem Bożego błogosławieństwa, tak jak bezpłodność jest wielkim krzyżem.
Tyle. Jeszcze raz przepraszam (szczerze) wszystkich, którzy poczuli się obrażeni. I dziękuje za wszystkie uwagi. Szczególnie Krzysztofowi Leskiemu, Filipowi Memchesowi (z tym neokonem to trochę przesadziłeś), Igorowi Jankemu, Lchlipowi, Stachowi, Mariuszowi A. Romanowi, Maryni Sołeckiej, Poldkowi, Piotrowi Strzemboszowi, Grim Sfirkowi, tse.tse, Bognie Białeckiej, EtH82, Zawodowej Mamie, Magdalenie Tarasiewicz i wielu innym. Daliście mi solidną lekcję. I za nią dziękuję. Szczerze!
A na koniec obiecuję poprawę.
-
Współczuję małodzietnym
wtorek,19 stycznia 2010,13:08
kategoria: Rodzina
Jedno dziecko w rodzinie – to nawet nie jest dramat, to zwyczajna porażka. I nie chodzi tylko o dobro dziecka, które o wiele lepiej wychowuje się w rodzinie wielodzietnej (trójka dzieci to absolutne minimum, żeby można było mówić o pełnych relacjach rodzinnych), ale również o szczęście, samorealizację i zadowolenie małżonków. I dlatego tak dziwi mnie (o czym informuje dzisiejszy "Dziennik"), że Polacy sami z własnej woli pozbawiają siebie i swoje dzieci możliwości życia w pełnej, wielodzietnej rodzinie.
Argument, że dzieci za drogo kosztują (najczęściej przywoływany) zupełnie mnie nie przekonuje. Jegom podstawą jest bowiem przekonanie, że każde dziecko kosztuje tyle samo, co pierwsze. Z obserwacji i wyliczeń moich i moich przyjaciół (większość z nich ma przynajmniej trójkę dzieci) jest to absolutna nieprawda. Jeśli pierwsze dziecko kosztuje 100 procent, to drugie już tylko 50, trzecie może (przy bardzo rozrzutnych rodzicach) 25 procent, a każde kolejne jest już gratis. Ubranka przecież się nie niszczą. Foteliki, wózki, rowery i inne przedmioty zwyczajnie się przekazuje i wykorzystują je kolejne dzieciaki (swoje i znajomych). Trudno nie wspomnieć też o korzyściach. W rodzinie z kilkorgiem dzieci rodzice mają o wiele mniej pracy. Dzieci zajmują się sobą same, znajdują zabawy, kłócą i opiekują się sobą wzajemnie. Oczywiście dzieci wymagają czasu, opieki, zaangażowania. Ale jedno dziecko też go wymaga. I to o wiele więcej.
I wreszcie refleksja osobista. Ostatnio z żoną i dziećmi mocno udzielamy się towarzysko. Bywamy u znajomych, zawsze zresztą z dziećmi. I nieodmiennie mamy wrażenie, że im mniej dzieci, tym rodziny są smutniejsze, mniej pełne. Dzieci, choć mają w nich o wiele więcej niż te w rodzinach 3+, wcale nie są radośniejsze czy szczęśliwsze. I dlatego strasznie współczuje małodzietnym, którzy kierując się wygodą, karierą czy strachem (zastrzegam nie piszę o ludziach, którzy nie mogą, na przykład z przyczyn zdrowotnych), pozbawiają siebie i swoje dzieci bycia pełną rodziną. Współczuje im także dlatego, że na starość radości nie będzie nam dostarczaś świadomość, że przełożylismy milion papierków, zrobiliśmy tysiąc akcji pr-owych czy napisaliśmy tysiące artykułów, ale widok dzieci i wnuków. I im będzie ich więcej, im bedą szczęśliwsi, tym i nam będzie lepiej.
-
Prezydent wciąż za zabijaniem
poniedziałek,18 stycznia 2010,10:16
kategoria: Pro life
Lech Kaczyński niestety nie zmienia swoich poglądów. Był za zabijaniem nienarodzonych (ograniczonym, ale jednak), kiedy Marek Jurek walczył o zmianę konstytucji, by ta lepiej chroniła życie, i nadal za nim jest. A najlepszym tego świadectwem jest to, że jego doradcy skrytykowali idące w dobrym kierunku zapisy projektu konstytucji autorstwa PiS, które jasno deklarowały, że w Polsce życie chronione jest od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Aleksander Szczygło przekonywał, a wtórował mu Paweł Wypych, że – zdaniem prezydenta – zapis ten jest niedobry, bowiem "jest sprzeczny z obowiązującą ustawą antyaborcyjną".Ta wypowiedź całkowicie jednoznacznie pokazuje, że zdaniem prezydenta i jego współpracowników, obowiązujące w Polsce prawo jest świetne i należy je chronić, jak dobro najwyższe. Problem polega tylko na tym, że tak nie jest. Polska ustawa przyznaje bowiem "licencje na zabijanie" i sprawia, że całkowicie legalnie morduje się w naszym kraju niemal 500 osób rocznie (dane z roku 2008). Trudno nie zadać pytania, czy prezydent i jego doradcy godzą się na taką skalę zabijania? Czy ich zdaniem prawo pozwalające na zabijanie nienarodzonych (nawet jeśli mniej często niż w krajach zachodnich) jest dopuszczalne moralnie? A jeśli nie jest, to w imię czego go bronią?Te pytania mają całkiem konkretny wymiar polityczny. Kwestia obrony życia jest dla katolika (konsekwetnie myślącego) o wiele istotniejsza niż (skądinąnd także bardzo ważne) "walka z układem", polityka historyczna, umacnianie suwerenności. Jeśli zatem polityk otwarcie opowiada się przeciwko takiej obronie (a za takim otwartym sprzeciwem jest wypowiedzenie się przeciwko wprowadzeniu do konstytucji zasady obrony życia), to stawia – niezwykle mocno – pytanie o możliwość głosowania na niego tych z wyborców, którzy realnie, a nie tylko werbalnie, są za życiem. Dla mnie jest rzeczą jasną, że nie należy głosować na ludzi, którzy opowiadają się za zabijaniem! Nawet jeśli jest to "zaledwie" 500 dzieci rocznie.
