-
piątek,5 marca 2010,14:34
kategoria: Pro life
Ideologiczna paranoja, która oznacza koniec wolności słowa dla katolików – tak najkrócej można podsumować wyrok sądu apelacyjnego w sprawie Alicja Tysiąc kontra "Gość Niedzielny".Absurd w tej sprawie goni absurd. W pierwszej instancji sąd w Katowicach wykazał się brakiem umiejętności czytania tekstów ze zrozumieniem, w drugiej – do sędziowie wykazali się po raz kolejny nie tylko takim brakiem, ale też bezczelnością. Zabrali się bowiem za ustalanie jaką religią jest chrześcijaństwo, i w związku z tym, jakim językiem powinni sie posługiwać dziennikarze mediów związanych z Kościołem.
- Chrześcijaństwo jest religią miłości i taki też powinien być język, jakim powinni posługiwać się autorzy katolickiego tygodnika – mówiła sędzia Ewa Tkocz, która uznała, że tygodnik posługiwał sie "językiem nienawiści". Idąc dalej tym tropem pani sędzia powinna zabrać się za ocenzurowanie Pisma Świętego, czy dzieł Ojców Kościoła. Tam również znajdują się terminy, które polskie sądy mogłyby uznac za obraźliwe. Ot choćby "plemię żmijowe", czy jasne określenie czynów homoseksualnych. Nie brak tam też określeń "obraźliwych" (będących dla sędziów przykładem niezgodnej z duchem chrześcijaństwa "mowy nienawiści") dla sadyceuszy, faryzeuszy, sodomitów, cudzołożników, złodziei czy morderców. Teraz pani sędzia Tkocz powinna zabrać się za nie, i w krótkich orzeczeniach stwierdzać, które fragmenty Biblii i nauczania Kościoła można przedstawiać publicznie, a za które trzeba już zapłacić.
I to by nawet było śmieszne, gdyby nie fakt, że w ten sposób próbuje się zakneblować usta katolikom i ludziom, dla których życie ludzkie cokolwiek znaczy. Prawnicy Alicji Tysiąc i ona sama, przy pomocy sądów, próbują bowiem doprowadzić do sytuacji, w której nie będzie możliwa jakakolwiek negatywna ocena moralna czy publicystyczna zachowań i słów osoby, która zdecydowała sie być publiczną twarzą walki o prawo do zabijania nienarodzonych. Teraz będzie można pisać o pani Tysiąc wyłącznie pozytywnie, nawet gdy uważa sie, że to, co chciała ona zrobić (a co jej uniemożliwiono) było zabójstwem. Ten wyrok jest najlepszym dowodem na to, że wolność słowa już sie w Polsce – przynajmniej dla katolików – skończyła. A o Alicji Tysiąc będzie już można pisać wyłącznie w samych superlatywach.
Zabawnie brzmi także oskarżenie o "mowie nienawiści", gdy uświadomimy sobie, że oceny ks. Gancarczyka (ale także moje czy tysięcy innych osób) skierowane są przeciwko działaniom, które są "czynami nienawiści".Trudno inaczej określić zgodę na mordowanie w majestacie prawa milionów nienarodzonych. W 2008 roku w Europie zamordowano 3 miliony osób, a na świecie rocznie ginie średnio 40 milionów osób. I właśnie to, co się dzieje, powszechna akceptacja dla tego procederu, pseudnonaukowe usprawiedliwienia, odbieranie człowieczeństwa przedstawicielom naszego gatunku – jest prawdziwą nienawiścią.
To za nią, a nie za mówienie prawdy, powinno się skazywać. I wierzę głęboko, że nadejdzie kiedyś czas, kiedy ludzie odpowiedzialni za największy masowy mord w dziejach ludzkości, ci którzy go usprawiedliwiali, promowali, którzy w uczestniczyli w gigantycznym biznesie odpowiedzą za to. Tak jak za swoje zbrodnie odpowiedzieli w czasie procesu norymberskiego zbrodniarze, którzy – także powołując się na naukę – dowodzili, że Żydzi czy Cyganie nie są ludźmi.
I jeszcze oświadczenie "Gościa Niedzielnego"
Sąd Apelacyjny w Katowicach 5 marca br. utrzymał w mocy wyrok Sądu Okręgowego z 23 września 2009 r. Uznajemy to rozstrzygnięcie za niesprawiedliwe i ograniczające wolność słowa. Po raz kolejny uznano, że redakcja „Gościa Niedzielnego” ma przeprosić za słowa, których nigdy nie napisaliśmy. W tym kontekście pragniemy podkreślić:
1. Fakty w tej sprawie są oczywiste i wyroki sądowe nie mogą ich zmienić. Pani Alicja Tysiąc w żadnej publikacji „Gościa Niedzielnego” nie została porównana do „hitlerowskich zbrodniarzy”. Nie ulega także wątpliwości, że domagała się odszkodowania w związku z odmową przerwania ciąży i w tym upatrywała istotę swego sporu z państwem polskim. Głoszone przez nas konsekwentnie poglądy, nazywające aborcję zabijaniem poczętego życia, zostały w wyroku Sądu napiętnowane jako „mowa nienawiści”.
2. Swoim rozstrzygnięciem Sąd Apelacyjny w Katowicach zaakceptował niedopuszczalną metodę, zastosowaną przez Sąd Okręgowy, arbitralnego i wybiórczego zestawienia wyrwanych z kontekstu fragmentów artykułów, dla skonstruowania nie istniejącego bytu medialnego, nazwanego „mową nienawiści”, za który mamy przeprosić. Rozstrzygnięcie Sądu Apelacyjnego potwierdza niebezpieczny precedens, że to sądy, w dowolny sposób interpretując „kontekst” oraz „ogólną wymowę” artykułów, w istocie decydują o kształcie publicystyki na wrażliwym obszarze rozstrzygnięć etycznych i moralnych. Oznacza to poważne ograniczenie nie tylko wolności słowa, ale także prawa katolików do udziału w debacie publicznej.
3. Pragniemy przypomnieć, że w trakcie procesu redakcja złożyła oświadczenie wyrażające ubolewanie z powodu subiektywnie negatywnego odbioru przez panią Alicję Tysiąc naszych publikacji. Chcemy podkreślić, że nasza krytyka nigdy nie dotyczyła osoby, ale zasad. Nie zostało to przyjęte, gdyż – jak nam się wydaje – pani Tysiąc dąży nie tyle do ochrony swoich dóbr osobistych, co do ideologicznej konfrontacji. Sąd Apelacyjny swym rozstrzygnięciem stanął po stronie środowisk proaborcyjnych. Nie zgadzamy się z tym wyrokiem, dlatego rozważamy możliwość złożenia skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego.
4. Przy tej okazji, po raz kolejny dziękujemy wszystkim osobom i instytucjom, które wspierały redakcję „Gościa Niedzielnego” w czasie procesu.
Komentarzy: 69
-
czwartek,4 marca 2010,11:26
kategoria: Pro life
Wielki skandal wybuchł właśnie w Polsce. Otóż Fundacja Pro postanowiła pokazać na czym polega aborcja i przypomnieć kilka faktów z historii. I oczywiście rozszalały się komentarze. Na autorów wystawy posypały się gromy, skrytykował ich nawet (niezawodny w sytuacjach, gdy trzeba dokopać braciom w wierze) ks. Adam Boniecki, który uznał, że "przekroczono pewną granicę" Dlaczego? Bo, jak wskazuje duchowny "takie postawienie problemu raczej wywołuje sprzeciw i agresję. Zwolennicy aborcji są tu bowiem przedstawieni jako kontynuatorzy dzieła Hitlera".
I w jednej kwestii trudno się z księdzem nie zgodzić. Rzeczywiście takie postawienie sprawy budzi agresję i wściekłość aborcjonistów (czego znakomitym dowodem są słowa Magdaleny Środy). Budzi, bo pokazuje im prawdę o ich zaangażowaniu. A ta jest bolesna i trudna do przyjęcia. Z faktu jednak, że aborcjonistom trudno ją przyjąć, nie wynika, że nie trzeba o niej mówić. Fakty są zaś bezlitosne i pokazują, że analogia między zwolennikami zabijania nienarodzonych, a zwolennikami mordowania Żydów i Cyganów jest, jak najbardziej uprawniona.
1.Jedni i drudzy bowiem kwestionują człowieczeństwo swoich ofiar. Hitler, żeby usprawiedliwić mordowanie Żydów odbierał im najpierw człowieczeństwo, i podobnie jest ze zwolennikami aborcji. Oni równiez kwestionują człowieczeństwo zabijanych przez siebie ludzi. A w propagowaniu użytecznej dla zabójców fikcji braku człowieczeństwa ofiar, tam wtedy jak i teraz, pomagają "naukowcy", którzy z podziwu godną konsekwencją dowodzą, że z faktu przynależności kogoś do gatunku ludzkiego wcale nie wynika, że jest on człowiekiem (bo przecież może być podczłowiekiem lub płodem).
2.Drugie podobieństwo wypada zaś nawet na korzyść Hitlera. On bowiem przyczynił się do śmierci mniejszej liczby ludzi (nawet gdyby dorzucić do spółki Stalina, to i tak byłoby mniej) niż zwolennicy aborcji. Tylko w Stanach Zjednoczonych od momentu zalegalizowania tam zabijania zginęło 53 miliony osób. Na całym świecie zaś rocznie ginie około 40 milionów osób (według Guttmacher Institute liczba ofiar aborcji w 1995 roku wyniosła 45 mln, a w 2003 roku liczba ta spadła do 41 mln. Nietrudno policzyć, że wynika z tego, że w ciągu niespełna dziesięciolecia zamordowano przynajmniej 360 mln osób. Hitler to przy tym pikuś… I do tego inaczej niż za jego czasów trudno wskazać jednego winnego. Proaborcyjny smok ma bowiem wiele twarzy.
Jest też faktem, że prawo do zabijania dzieci w Polsce wprowadził najpierw Hitler, a potem komuniści. I opowieści Magdaleny Środy, że stalinizm zakazywał mordowania dzieci, nic tu nie zmienią. A nie zmienią, bo – choć rzeczywiście Stalin aborcji zakazał (każdy ma jakieś dobre uczynki na sumieniu) to w Polsce to hitlerowcy i komuniści umożliwiali zabijanie nienarodzonych. Oburzanie się pani profesor zmienić tego nie może (chociaż może etyczka z UW ma taką nadzieję, biorąc pod uwagę, że jej zdaniem, "fakty są nietrwałe"…)
Tyle analogii. Mam wrażenie, że wystarczy. A teraz jeszcze o szoku. Ta wystawa jest szokująca, ale nie wynika to z intencji twórców, a z faktografii. Dziecko zabite w czasie "zabiegu" wygląda tak, a nie inaczej. Czasem trzeba to pokazać, by ludzie przestali opowiadać o "prawie kobiety" do własnego ciała, i zmierzyli się z prawdą o rozrywaniu człowieka na strzępy. Podobnie, jak warto co jakiś czas przypominać o "trwałym fakcie", że w Polsce zabijanie dzieci wprowadził na masową skalę Adolf Hitler.
Komentarzy: 25
-
wtorek,2 marca 2010,21:28
kategoria: Rodzina
Ten wyrok można było przewidzieć z góry. Wiadomo było, że jeśli tylko do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wpłynie sprawa "prześladowanego" w Polsce homoseksualisty – to sędziowie na pewno dostanął małpiego rozumu i zdecydują się na obronę "praw gejów". Zagadką w tej sprawie mogło być zatem tylko uzasadnienie, bo posługując się zdrowym rozsądkiem, klasyczną tradycją prawną czy nawet zapisami Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, trudno uzasadnić dlaczego homoseksualny kochanek ma "dziedziczyć" prawo do najmu.
Trudność polega tu na tym, że już samo słowo dziedziczenie zakłada… powiązanie rodzinne lub małżeńskie. Dziedziczyć oznacza przejmować pewne cechy, lub dobra po swoich rodzicach lub przodkach, wiązać się z pewnym dziedzictwem. Dziedziczenie jest zatem możliwe w przypadku małżeństwa (które oznacza powiązanie dwóch rodów, dla ich rozwoju) lub rodziny, ale nie jest możliwe w przypadku par, które rodziną i małżeństwem stać się zwyczajnie nie mogą, bowiem nie są zdolne (z natury, a nie z powodu jakiejś dysfunkcji) do płodności, czyli przekazywania dalej swoich cech i dóbr. Homoseksualiści takich możliwości nie mają, nie ma więc powodów, by przyznawać im prawa rodziny i obejmować prawem do dziedziczenia po sobie (jeśli chcą sobie coś przekazać istnieje możliwość spisania testamentu). To prawo ma bowiem umacniać rodzinę, skłaniać ojców i matki do pracy, która ma sprawić, że dziedzictwo ich rodziców i ich własne, zostanie przekazane dalej ich dzieciom i wnukom.
Ale cała ta sprawa ma jeszcze kilka innych aspektów. Otóż po pierwsze sędziowie ETPC uznali, że homoseksualne pary mają mieć w Polsce dokładnie takie same prawa, jak konkubinaty heteroseksulne, a po drugie przypomnieli, że – ich zdaniem – obywatel może korzystać z praw, ale ignorować związane z tymi prawami obowiązki. Ob te założenia są zaś nie tylko absurdalne, ale i społecznie szkodliwe.
Ten drugi element odnoszę zresztą nie tylko do ETPC, ale i do polskich prawodawców, którzy – z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn – zdecydowali się przyznać konkubinatom (czyli tłumacząc na zwyczajny język: ludziom żyjącym na kocią łapę, bez zobowiązań, które biorą na siebie małżonkowie) przyznać prawa małżeńskie (choćby prawo do dziedziczenia po zmarłym partnerze). To zaś oznacza, że państwo godzi się na to, że człowiek, który otwarcie odrzuca obowiązki płynące z małżeństwa, otrzymuje prawa z tymi obowiązkami związane. Trudno nie dostrzec w tym zwyczajnego zagrania na nosie małżeństwom i powiedzenia im, że z punktu widzenia państwa są zwyczajnymi frajerami, którzy zobowiązują się do czegoś, co można dostać za friko, żyjąc na kocią łapę.
ETPC w tym graniu na nosie poszedł jednak jeszcze dalej, bowiem uznał, że zrodzenie i wychowanie dzieci nie jest zadaniem, jakie społeczeństwo i państwo stawia przed małżeństwem (albo związkiem nieformalnym), przyznając takim parom pewne uprawnienia. Od teraz uprawnienia mają być związane z samym faktem życia w parach. A uznanie (wyrażone w konkretnych decyzjach), że dla państwa (albo dla gminy, która ma ograniczoną liczbę lokali) małżeństwo czy para hetereseksualna jest bardziej wartościowa (choćb dlatego, że daje nadzieję na nowych podatników) jest już niedopuszczalną dyskryminacją i łamaniem praw ludzkich.
Sędziów jednak nie interesuje sensowność ich decyzji, czy obrona małżeństwa. Oni zajęci są bowiem rewolucją, budowaniem nowego człowieka i nowej tęczowej cywilizacji. Cywilizacji, która ma zostać zbudowana na trupie rodziny i małżeństwa. Problem polega tylko na tym, że – o czym "obrońcy praw gejów" może nie wiedzą – że cywilizacja homoseksualna zwyczajnie nie ma przyszłości. A wynika z samej natury homoseksualizmu. I nawet najbardziej subtelne wyroki ETPC tego nie zmienią.
Komentarzy: 25
-
niedziela,28 lutego 2010,11:17
kategoria: Kościół
Jeśli ktoś szuka dowód na to, że chrześcijaństwo jest o wiele głębsze i bardziej racjonalne, niż postmodernistyczna, utylitarna nowoczesność – to może być zadowolony. Spór o książkę o Ryszardzie Kapuścińskim, w którym autorytety (także wierzące, ale mocno zakorzenione w nowożytnym dyskursie) dostarczają mu bowiem do rąk niezwykłego potwierdzenia takiej tezy.
Debata ta bowiem pokazuje, że w każdym z nas (także w niewierzących) zakorzenione jest pragnienie świętości. Każdy z nas potrzebuje wzorców, idealnych osób, na których można się wzorować, które można podziwiać, które stają się wzorami decyzji w sytuacjach trudnych czy wymagających heroizmu. I jeśli odrzucamy religię (z jej cadykami, guru, świętymi) to zaczynamy szukać „laickich świętych”, którzy mogliby stać się dla nich wzorami. Ryszard Kapuściński jest tylko jedną z wielu takich postaci, którą laickie media wyniosły na ołtarze.
Inaczej jednak, niż w przypadku katolików, laiccy kanonizatorzy nie próbują nawet sprawdzać życiorysu „kandydata na laickie ołtarze”. Ich nie zajmuje jego życie, nie badają jego tekstów czy życiorysu. Zamiast tego przedstawiają (nie tylko w Polsce) jego hagiografię i domagają się wiary w nią. A jeśli ktoś próbuje dotrzeć do faktów, które są sprzeczne z przestawieniem to uznawany jest za „hienę” czy oszołoma. Już tylko to pokazuje wyższość katolicyzmu nad laickością. Katolicyzm bowiem nie obawia się prawdy o swoich świętych. Augustyn, Ignacy Loyola, apostoł Piotr czy Karol de Foucauld mogą być pokazani w całej prawdzie o sobie. Nikogo nie gorszy fakt, że św. Hieronim był trudnym w życiu codziennym cholerykiem, a „równa apostołom” Maria Magdalena prostytutką.
Powód tej różnicy jest oczywisty. Katolicy mają świadomość, że świętość wymienionych osób nie opiera się na ich ludzkich siłach, nie wynika z tego, że są oni sami w sobie doskonali, a pochodzi od Boga, który ma moc przemienić życie każdego, nawet największego grzesznika. Poszukiwacze laickiej świętości muszą świętość opierać na samej osobie „kanonizowanego” i nie mogą się pogodzić z jeo wadami.
Ta różnica w podejściu do „świętych” wynika także z antropologii. Katolicy wiedzą, że po grzechu pierworodnym nikt nie może o sobie powiedzieć, że jest wolny od pokus czy grzechów. „… nie ma na ziemi człowieka sprawiedliwego, który by zawsze postępował dobrze, a nigdy nie zgrzeszył” (Koh 7, 20) – przypomina Księga Koheleta. Każdy z nas jest grzesznikiem, i każdy potrzebuje Zbawiciela, jakim jest Jezus Chrystus. Tym, co różni świętych i grzeszników jest tylko stopień otwarcia na łaskę Bożą. Antropologia „poszukiwaczy laickiej świętości” jest radykalnie odmienna. Oni wierzą w postęp, wierzą w człowieka, i w to, że jest on zdolny do samodzielnego osiągania wysokiego poziomu świętości. Wszystko zatem, co może wiarą tą zachwiać jest przez nich odrzucane.
Biografia Kapuścińkiego doskonale pokazuje, że nie ma nic takiego jak „laiccy święci”. A jeśli chcemy szukać rzeczywiście świętych, to najlepiej udać się do Kościoła. I za przypomnienie, zapewne wbrew woli, tej prostej prawdy trzeba podziękować zarówno Domosławskiemu, jak i jego krytykom.
Komentarzy: 13
-
wtorek,23 lutego 2010,12:12
kategoria: Pro life
Gdyby polscy politycy mieli jaja i rzeczywiście poważnie traktowali, tak często deklarowany, katolicyzm, to sędziowie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, Alicja Tysiąc, jej prawnicy i cała reszta proaborcyjnych lobbystów miałaby się z pyszna. Dlaczego? Bo wtedy tuż po ogłoszeniu wyroku, który nakazał Polsce zmianę prawa, tak by kobieta chcąca zabić swoje dziecko mogła się odwołać od decyzji lekarzy, którzy jej dziecka bronili, polscy politycy wypłaciliby odszkodowanie, a potem zajęli się taką zmianą prawa, by ETPC nie mogło się już więcej do nas przyczepić.
I wcale nie chodzi mi o powołanie jakiejś komisji lekarskiej (
co, o czym przypomina list rzecznika praw obywatelskich, już się w ministerstwie zdrowia dzieje), ale o działania bardziej zdecydowanie poprawiające polskie prawo. Krokiem, który by to umożliwił byłoby przeprowadzenie w polskim parlamencie całkowitego zakazu aborcji. W takiej sytuacji procedury odwoławcze od decyzji lekarzy nie byłoby potrzebne, bo i decyzji o zabijanie nikt nie mógłby podejmować. Dzięki temu wyrok ETPC zostałby wykonany (a przynajmniej uniemożliwionoby kolejne pozwy), a Polska dołączyłaby do nielicznych krajów, które całkowicie i jednoznacznie bronią życia.
Niestety zamiast twardych polityków mamy mięczaków (i to niestety we wszystkich partiach), którzy trzęsą portkami (ale niestety nie przed Sądem Ostatecznym) przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, Unią Europejską i nielicznymi polskimi feministkami (a także
"autorytetami", które tak się boją prawdy o aborcji, że chcą zakazać jej pokazywania). I to jest (powiedzmy sobie szczerze) przypuszczenie optymistyczne dla polityków PO, PiS czy PSL. Jeśli bowiem ich postawa nie wynika z tchórzostwa, to oznacza ona – ni mniej ni więcej – tylko tyle, że mają oni w głębokim poważaniu własny katolicyzm, który jest dla nich tylko wygodną etykietą, a nie zadaniem, z którego wykonania będą rozliczani.
Komentarzy: 58
-
czwartek,18 lutego 2010,10:27
kategoria: Kultura
Zbliża się, o czym "spieszę donieść" z dużą przyjemnością, moment ukazania się Operacji "Chusta". Okładka już jest gotowa, a skład do końca tego tygodnia trafia do drukarni. Co oznacza, że za kilkanaście dni książka będzie w księgarniach.
A na razie recenzja Dariusza Karłowicza.
Gatunek? Przez analogię do science fiction trzeba by pewnie powiedzieć o theological fiction – bo właśnie posępna przyszłość religii w liberalno-lewicowej Europie to zasadniczy temat napisanej z wielkim rozmachem debiutanckiej powieści Tomasza P. Terlikowskiego. Konwencja futurystycznej antyutopii – wyraźnie odwołująca się do 1984 George’a Orwella czy Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya – zostaje spolszczona i schrystianizowana. Stąd znajome rysy osób i wydarzeń, stąd obecność współczesnych sporów ideowych, których możliwy ciąg dalszy nieoczekiwanie wplata się w losy bohaterów. Ta sensacyjna opowieść o ucieczce przed wszechwładną policją do walki z fundamentalistami jest jednak przede wszystkim powieścią o wierze, nawróceniu i świadectwie, jest – mówiąc wprost – wyznaniem wiary, żarliwą polemiką i wreszcie przestrogą. Terlikowski – nigdy przecież letni – i tym razem wywoła ogromne emocje. Często podziwiam trafność diagnoz Terlikowskiego. Tym razem chciałbym, żeby się mylił.
Dariusz Karłowicz
I okładka

Komentarzy: 27
-
środa,17 lutego 2010,09:12
kategoria: Kościół
Jasne i mocne papieskie potępienie tego, co przez lata działo się w Irlandii nie wystarczy.Tak jak nie wystarczy zbudowanie lepszych reguł pozwalających na unikanie takich wydarzeń w przyszłości. Obie te rzeczy są ważnymi krokami na drodze pojednania, odbudowywania zaufania, ale nie ma się, co oszukiwać, że naprawią one ogrom zła, jaki wydarzył się w irlandzkim Kościele nie tylko na skutek "ohydnych przestępstw" księży pedofilii, ale także zaniedbań, albo wręcz współudziału części (i to niestety niemałej) biskupów. Teraz bowiem potrzeba już nie tylko czynów, nie tylko słów, ale głębokiej pokuty Całego Kościoła, bowiem grzech jednych rani i dotyka nas wszystkich. I my wszyscy musimy próbować go naprawić.
Jak to zrobić? Odpowiedzi dostarcza dzisiejsza Liturgia Słowa. "Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, lament. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego! On bowiem jest łaskawy, miłosierny, nieskory do gniewu i wielki w łaskawości, a lituje się na widok niedoli. Kto wie? Może znów pożałuje i pozostawi po sobie błogosławieństwo [plonów] na ofiarę z pokarmów i ofiarę płynną dla Pana Boga waszego. Na Syjonie dmijcie w róg, zarządźcie święty post, ogłoście uroczyste zgromadzenie. Zbierzcie lud, zwołajcie świętą społeczność, zgromadźcie starców, zbierzcie dzieci, i ssących piersi! Niech wyjdzie oblubieniec ze swojej komnaty a oblubienica ze swego pokoju! Między przedsionkiem a ołtarzem niechaj płaczą kapłani, słudzy Pańscy! Niech mówią: Przepuść, Panie, ludowi Twojemu i nie daj dziedzictwa swego na pohańbienie, aby poganie nie zapanowali nad nami. Czemuż mówić mają między narodami: Gdzież jest ich Bóg? I Pan zapalił się zazdrosną miłością ku swojej ziemi, i zmiłował się nad swoim ludem" (Jl 2,12-18) – czytamy w Księdze Joela.
/
I to jest właśnie droga dla nas w tej chwili. Nawrócenie całym sercem do Pana, post, jałmużna, płacz i lament w intencji wszystkich poszkodowanych, ale i sprawców. Błaganie do Boga o to, by zmiłował się nad nimi, by przepuścił biskupom, kapłanom, świeckim ten wielki grzech, a przede wszystkim, by uleczył, bo jedynie On może to zrobić wszystkich skrzywdzonych. Tylko Boskie Miłosierdzie, tylko wielka Boża łaska może sprawić, że skutki tej zbrodnia, satanicznej zbrodnia – zostaną, choć w minimalnym stopniu naprawione. A naszym zadaniem, zadaniem wszystkich wierzących katolików, jest błagać Boga o zmiłowanie, o przebaczenie, o uleczenie. Tylko w Nim jest nadzieja. Wielki Post jest zaś znakomitą okazją, by to zrobić. By modlić się, by pościć, by umartwiać się za ofiary, za biskupów, kapłanów, zakonników. Za tych, którzy dopuścili się strasznych zbrodni, ale także za tych, którzy zmagają się z własną grzesznością (nie taką, ale przecież realną) teraz. Tylko w ten sposób możemy naprawić ogrom zła, jaki się wydarzył. I nie dopuścić, by tego typu zbrodnie powtarzały się w przyszłości.
Te czterdzieści nadchodzących dni, to przecież nie tylko wezwanie do nawrócenia dla nas (choć to fundament dobrego przeżycia tego okresu), ale także wezwanie do modlitwy za cały Kościół, za to, by Bóg przebaczył wszystkie odejścia od Niego, których dopuścili się hierarchowie Kościoła. Od naszej modlitwy, od naszych umartwień także zależy los Irlandii, irlandzkiego Kościoła, a także tysięcy kapłanów, którzy trwają w wierzę i wierności, mimo zagrożeń. Jeśli ich porzucimy, jeśli zabraknie naszych ofiar (duchowych) – oni także mogą upaść.
Komentarzy: 9
-
poniedziałek,15 lutego 2010,14:20
kategoria: Pro life
Ten rosyjski tekst wpadł mi w ręce z pewnym opóźnieniem (bagatela dwa miesiące). Ale nie mam wątpliwości, że muszę go przytoczyć, by pokazać dokąd prowadzi nas przyjęcie, że aborcja eugeniczna (ze względu na stan zdrowia dziecka) jest czymś dopuszczalnym moralnie. Aleksander Nikonow (ukarany już przez rozmaite związki dziennikarskie) wyciągnął bowiem tylko (tak, tak) wszystkie możliwe wnioski z argumentacji zwolenników zabijania nienarodzonych ze wzgledu na stan zdrowia. A także przytoczył (fakt językiem brukowym) opinie wielu zwolenników (także polskich) tej formy aborcji.
«Рождение в семье дебила – трагедия. А граждане рожают себе детей для удовольствия, и не для мучений.
ПОЭТОМУ АБСОЛЮТНОЕ БОЛЬШИНСТВО НОРМАЛЬНЫХ ЛЮДЕЙ СДАЕТ БРАКОВАННЫХ ДЕТЕЙ ГОСУДАРСТВУ.Оно у нас доброе, возится с ними подальше от глаз людских, потому что зрелище это не слабонервных. Наши приюты и так-то не сахар, а уж богадельни для слабонервных вообще туши свет… Может показаться, что дебилу лучше расти в семье, но это обманчивое впечатление.
Потому что семьи, забравшие из роддома слабоумного ребенка, обычно распадаются. Как правило, мужчина не выдерживает этого ада и уходит. Соответственно, ад для женщины удваивается. И усиливается с годами, потому что женщина понимает: опорой в старости слабоумный ребенок ей не станет, напротив, до смерти будет обузой. А самое страшное – что с ним случится потом? Если в приютах дебилы растут в обществе себе подобных и хоть как-то социализируются, там за ними смотрят, то куда пойдет 40-летний слабоумный, внезапно лишившийся материнской опеки? Кому он нужен?
Не гуманнее ли было таких детей усыплять при рождении? Ведь ликвидация новорожденного по сути ничем не отличается от аборта или так называемых искусственных родов (сверхпоздний аборт) – в обоих случаях прерывается жизнедеятельность не самоосознающей человеческой личности, но лишь болванки для будущей личности. И если болванка бракованная… Сейчас в мире много говорят об эвтаназии, когда неизлечимо больной человек, испытывающий адские боли, просит врачей его умертвить, чтобы избавить от невыносимых мучений, и врачи его просьбу выполняют. Но иногда больной не может сам попросить об этом последнем акте милосердия, например, когда он лежит в коме, и врачи говорят, что никогда из нее не выйдет – по сути, человек превратился в «овощ». Тогда в дело вступают ближайшие родственники и просят отключить «овощу» поддерживающую жизнь аппаратуру. Убежден: такое же право должны иметь и родители новорожденного дебила. Потому что эта болезнь неизлечима. А жизнь неполноценного – сплошное мучение. И сам он попросить об этом не может. Надо ему помочь.
Это и есть гуманизм.»
Prawda, że mocne… Nikonow nie ma najmniejszych wątpliwości, upośledzone dziecko to dla niego debil, a większośc normalnych ludzi się go pozbędzie, by zachować święty spokój. Ale żeby było jeszcze lepiej (bardziej humanitarnie) możnaby takie dziecko usypiać po urodzeniu, bo przecież "likwidacja noworodka niczym w istocie niczym nie różni się od aborcji czy późnych aborcji – w obu przypadkach przerywamy proces życiowy nie samoświadomej ludzkiej jednostki, ale tylko zalążek dla przyszłej jednostki. A jeśli zalążek jest wybrakowany" to trzeba go zabić samemu, tak by się nie męczył i nie przeszkadzał rodzicom w wygodnym życiu, nie naruszał ich dobrego samopoczucia. I to jest własnie humanizm – według Nowikowa.
I nie ma co ukrywać, że taki humanizm proponują w istocie także wszyscy polscy i inni także zwolennicy zabijania ze względu na stan zdrowia (na co pozwala także nasze prawo). Oni chcą zabijać tylko nienarodzonych, a Nowikow podejmując ich (czasem nieuświadamianą) argumentację idzie o krok dalej (w sposób jednak przy takich założeniach uzasadniony), chcąc zabijać także narodzonych. I jakoś nie mam większych wątpliwości, że to się – jeśli nie odważymy się na radykalne zerwanie z równią pochyłą cywilizacji śmierci – w końcu stanie. A rozmaici zwolennicy kompromisu będą zachwalać wspaniałe polskie prawo, które pozwala na zabijanie niemowląt tylko wówczas, gdy są one chore, a nie jak w innych – pewnie bardziej postępowych krajach – zawsze kiedy nowonarodzony nie odpowiada rodzicom.
Komentarzy: 14
-
poniedziałek,15 lutego 2010,10:24
kategoria: Polityka
Nie zamierzam się pastwić nad prezesem Prawa i Sprawiedliwości, ani tym bardziej ubolewać nad faktem, że powraca pon do starych metod. Nie zamierzam drzeć szat nad upadkiem moralnym i duchowym polskiej demokracji, w której sięga się do haków. A nie zamierzam, bo wiem, że hak to naturalna broń polityków na całym świecie, a do tego metoda walki, która przynosi wyborcom i państwu więcej pożytków niż szkody.
Powód jest zaś bardzo prosty. Dzięki ujawnianiu niewygodnych faktów z życia i działalności polityków kandydujących na najwyższe urzędy, nie tylko pokazujemy pewien wycinek wiedzy o nich wyborcom, którzy mogą sobie na jego podstawie wyrobić zdanie, ale również wytrącamy broń z rąk rozmaitym szantażystom (choćby obcym wywiadom), którzy mogliby chcieć wykorzystać ją do własnych celów. Hak ujawniony przestaje działać, a zatem nie stanowi elementu szantażu.
Tyle o hakach. A teraz słów kilka o prezesie Jarosławie Kaczyńskim i jego wypowiedzi. Jej ocena jest dość prosta: była to wypowiedź bezsensowna z każdego punktu widzenia. Haki, jeśli się je ma, wykorzystuje się przekazując je neutralnym mediom, a nie grozi się nimi publicznie (a już szczegolnie nie w stylu: "wiem, ale nie mogę powiedzieć"). Szkodliwość takich wypowiedzi dla PiS doskonale podsumował Marek Magierowski, więc nie będę po nim powtarzał argumentacji.
Ale o wiele istotniejszy jest kontekst państwowy. Jeśli wiedza, jaką posiadają trzy czy cztery osoby w państwie, jest tak mocna, jak sugeruje to Kaczyński, to niewątpliwie będą ją próbować zdobyć rozmaite służby zagraniczne. Tak, by móc osiągnąć jakieś swoje cele. I będą działać, tak długo, jak długo tego haka nie znajdą.
Wyjściem z tej sytuacji jest albo ujawnienie owego słynnego haka (co może oznaczać kompromitację PiS – jeśli "hak" okaże się "haczykiem", albo Sikorskiego czy nawet w jakimś stopniu państwa polskiego, jeśli będzie on poważny), albo milczenie na jego temat. Jeśli bowiem nie możemy ujawnić jakiegoś haka, bo poinformowanie o nim jest niebezpieczne dla państwa polskiego, to… trzeba o nim milczeć, a nie ględzić o nim na prawo i lewo (wywiad do "Newsweeka" nie jest przecież pierwszym na ten temat).
Komentarzy: 19
-
poniedziałek,8 lutego 2010,21:42
kategoria: Pro life
Skandal z arcybiskupem Rino Fisichellą, przewodniczącym Papieskiej Akademii Życia, który w "L'Osservatore Romano" nie tylko zaatakował brazylijskiego biskupa przekazującego nauczanie Kościoła, ale także zakwestionował katolickie nauczanie w sprawie ochrony życia – wcale nie dobiegł końca. Część członów Papieskiej Akademii Życia wprost stwierdza – o czym informuje LifeSiteNews – że ta papieska organizacja może nie mieć przyszłości pod kierownictwem abp Fisichelli.
Początek tej gorszącej sprawy opisywałem już na swoim
blogu. Znalazł się na nim także raport z tego, co działo się w tej sprawie
później, ze szczególnym uwzględnieniem oświadczenia Kongregacji Nauki Wiary, która jasno przypomniała, jakie jest stanowisko Kościoła w sprawie aborcji i jednoznacznie wskazała w ten sposób, że abp Fisichella nie miał w sporze z brazylijskimi hierarchami racji. Faktów tych nie będę już więc przypominał. Nie mogę się jednak zignorować kolejnych informacji nadchodzących z Watykanu. A te nie są dobre dla przyszłości Akademii.
Część członków Akademii otwarcie kwestionuje bowiem kompetencje abp Fisichelli do sprawowania jego funkcji. Znany wykładowca filozofii i członek Akademii otwarcie przyznaje, że artykuł arcybiskupa wywołał poważne problemy moralne, kanoniczne i doktrynalne w łonie akademii. Większość jej członków nie zabiera w tej sprawie głosu, część (także z Kurii Rzymskiej) wspiera arcybiskupa, ale jest także grupa, która ostro krytykuje Fisichellę za wsparcie jakiego udzielił on brazylijskim aborcjonistom, a także za nieuzasadniony atak na biskupów broniących nauczania Kościoła. I dlatego zdaniem – pragnącego zachować anonimowość członka Papieskiej Akademii Życia – jej przyszłość może być zagrożona.
Artykuł Fisichelli bardzo mocno skrytykował belgijski filozof ks. Michel Schooyans, członek Papieskiej Akademii Życia, który uznał, że sprawa tego tekstu ma "ogromne znaczenie" dla Kościoła. Jego zdaniem dostarczył on bowiem broni wrogom Kościoła i ruchów pro life. – Ten artykuł wspiera tych wszystkich, którzy w Ameryce Łacińskiej i wszędzie indziej prowadzą kampanię na rzecz legalizacji aborcji, z poparciem prezydenta Obamy, Unii Europejskiej, IPPF i innych organizacji pozarządowych – podkreślał Schooyans.
I komuś, kto zapoznał się z całą tą sprawą, i kto rozumie katolickie stanowisko w tej sprawie trudno się z taką opinią nie zgodzić. A w związku z tym trzeba jasno postawić pytanie, czy ktoś kwestionujący – "na zamówienie" (a tak powstanie tego tekstu tłumaczył sam abp Fisichella, gdy członkowie Papieskiej Akademii Życia prosili go o wyjaśnienia) – katolickie nauczania w sprawie obrony życia powinien zajmować stanowisko w grupie odpowiedzialnej za pilnowanie ortodoksji w tej kwestii?
Komentarzy: 11