-
Lica i Krzyżyk - muzycy i katolicy.
piątek,22 stycznia 2010,13:39
kategoria: Wiadomości
Dzisiaj ladna pogoda, -8, bez wiatru – pogoda sprzyjala więc bieganiu. Jak się biega to jest także czas na rozmyślanie i rozrachunek z życiem.
W sumie to jest jedyny sposób aby podziękować dwóm ważnym osobom w moim życiu. Na żywo bym się nie odważył ale blog jest moim podwórkiem i tutaj umieszczam to co czuję
Są to dwie osoby z kręgu tzw. muzyki metalowej ( mam nadzieję, że jeden z nich się nie obrazi).
Zacznę od starszego., który raczej tych słów nie przeczyta. To Robert Friedrich – jeden z niewielu muzyków których wypowiedzi mogę słuchać czy czytać. Jego świadectwo zawsze było dla mnie czymś ważnym i pomagało w życiu. Creation of Death, Tymoteusz czy Solid rock Acidów były zawsze czymś co dawało mi kopa i pomagało iść przez życie. Zresztą zawsze jestem pod wrażeniem jego rodziny – prawdziwie chrześcijańskiej. Teraz jest Arka Noego i moja córka jest wielką fanką twórczości „wujka” Roberta. Nie żadne teletubisie a teledyski Arki moja córka uwielbia słuchać, oglądać i przy nich tańczyć. Robert Friedrich łączy pokolenia i umacnia wiarę w rodzinach;) poprzez muzykę.
Druga osobą jest Krzyżyk. Człowiek, z którym przyjaźń zaczęła się dzięki Infernal Connection i trwa do dziś. Tomek teraz to mój ulubiony;) perkusista i zarazem wzór dobrego męża i katolika. Zawsze jestem zbudowany świadectwem jego życia w czym udział ma bez wątpienia jego żona Agnieszka( którą serdecznie pozdrawiam). Może nie zawsze na wszystkie sprawy patrzymy w identyczny sposób ale nie przeszkadza nam to przez tyle lat budować malego christianitas. Bez etapu Acidów, bez wątpienia nigdy bym nie poznał Tomka z którym na początku łączyła nas głownie muzyka teraz łączą nas wspólne problemy. Oboje mamy wspaniałe i wyrozumiałe żony i niesforne dzieci.I choć muzyka jest ważna to oboje wiemy, ze bez Boga nic byśmy nie osiągnęli.
Wiem, że muzyce metalowej, rozrywkowej można dużo zarzucić ale te dwa przykłady pokazują, że i tam trafiają się dobrzy ludzie żyjący wiarą.
Duch wieje kędy chce – nawet poprzez hejwi metal.
Dziękuję Wam Panowie i zawsze ze szczególną przyjemnością słucham Robotów Arki gdzie mogę posłuchać w akcji dwóch muzykow dzięki którym moja wiara była i jest umacniana. Poniżej male podziękowanie mojej córki – fotka z dedykacją dla WUJKÓW : ROBERTA I TOMKA

-
katolicyzm to nie religia dla betonów
czwartek,21 stycznia 2010,09:10
kategoria: Ogólne
Nowy rok nadszedł to i pora coś w przemyśleniach cyklistyczno – biegowych wpisać. Wszak niedźwiedziem nie jestem i zimy nie przesypiam. No na pewno nie będzie o tym jaka msza jest lepsza i czy trzeba mieć trójkę albo wiecej aby być koszernym. Takie tematy pozostawiam innym – wpiszę się raczej w nurt niedoścignionej Mimi piszącej w stylu pseudointelektualnego bełkotu. Mój niszowy blog pozostanie niszowym i będzie dalej utrzymany w konwencji bez nieuporządkowania stylistycznego.Najtrudniej sie rozkręcić i złapać rytm a życie jakoś nie ułatwia prowadzeniu uporządkowanego trybu. Dwójka małych szkrabów ( jedno 1,5 roku drugie 2 miechy) nie pozwala na jakiekolwiek planowanie rozwoju fizycznego. Wszystko raczej w pośpiechu i spontanicznie sie dzieje. Dlatego też wpisy blogowe są tak rzadkie i chyba tak pozostanie.Dzisiaj udało mi się w końcu zaliczyć 10 km ze zmierzeniem czasu. Nie podaję jaki był bo to nieistotne – ja jestem zadowolony. Pewnie przy niektórych biegaczach będzie to żenujący wynik ale jak wspomniałem wcześniej nie biegam według jakiegoś systemu. W sumie to chyba bym nie potrafił – jakoś nie jestem typem człowieka uporządkowanego. Dlatego też lubię katolicyzm bo mimo pewnej schematyczności i uporządkowania pozwala na dużo swobody. System tworzy ramy a człowiek wypełnia je swoim obrazem życia. Dlatego mimo, że niektórym betonom ciężko to zauważyć katolicyzm może mieć szereg form i wyrazów a jedynym ograniczeniem jest zmieszczenie się w ramach jakie wyznacza Rzym w o osobie papieża.Zauważam u siebie pewną przypadłość zarówno w życiu duchowym jak i fizycznym. Przełomowe jest dla mnie pierwsze 15 minut. W okolicach tej magicznej cyfry czuję niesamowity spadek energii. Jak biegnę lub jadę mam ochotę w okolicy tego czasu dać sobie spokój. Kolejne minuty przynoszą jednak właściwy stan ciala i umysłu. Podobnie mam na modlitwie i lekturze. Pierwsze minuty to totalne rozkojarzenie, uciekanie myślami w codzienne problemy. Jednak czas przynosi coraz większe skupienie i zaangażowanie. Ducha i ciało trzeba rozgrzać, aby wskoczyły na właściwy tor. Dlatego tez warto znaleźć gdzieś tam trochę dłuższą chwile na trening ciala i ducha aby zauważyć efekty naszych działań.Na koniec tych krótkich wypominek blogowych dwie rzeczy. Pragnę podziękować wszystkim, którzy od ponad roku śledzą moje umysłowe wykolejenie prezentowane na blogu a szczególnie pewnej milej osobie, która podarowała mi krokomierz. Obiecuję najbliższe zmęczenie biegowe ofiarować w jej intencji.Druga rzecz to zachęcanka muzyczna. Trochę stara według nowoczesnej mody -bo zeszłoroczna. Zespól Chickenfoot.. Jego skład tworzą: Sammy Hagar – wokalista VAN HALEN, Michael Anthony – basista VAN HALEN, Joe Satriani – jeden z i najlepszych gitarzystów na świecie oraz Chad Smith – perkusista Red Hot Chili Peppers. Muzycznej Ameryki nie odkrywają ale podają stary dobry rock w znakomitym stylu. Naprawdę warto posłuchać co razem wyrabiają. Mój dwumiesięczny Grześ jest już wielkim fanem;) a córka uskutecznia taniec przy ich kawalkach.

-
samotność krótkodystansowca
czwartek,10 grudnia 2009,13:50
kategoria: Wiadomości
Samotność krótkodystansowca. Chyba tak można nazwać codzienne zmaganie z własnym lenistwem, zmęczeniem, znużeniem obowiązkami dnia codziennego. No bo ciężko nazwać 40-50 minutowy bieg jakimś osiągnięciem. Jednak mnie on wystarcza. Ładuje akumulatory, pozwala usunąć negatywne myśli, włączyć się w boskie tryby czasu. Ta sesja z godzinkami pozwala balansować mi codziennie na niebezpiecznej lini wypalenia codziennością. Daje siłę do bycia w miarę przyzwoitym mężem i ojcem.
Przebiegam codziennie koło wypasionego klubu dla nowoczesnych ludzi- siłownia, fitness i inne ludzkie ulepszacze w jednym miejscu. Na widoku masa ludzi w wieku do 40 lat biegnących na bieżni lub pedałujących na stacjonarnym rowerku. I taka mnie refleksyja nachodzi. Jak bardzo jesteśmy spaczeni, że aby pobiegać czy pojeździć na rowerze musimy zapłacić za coś co możemy mieć za free. Ja wiem, że biegnąc po ciemku nie pokażę swoich wypasionych butów, ubioru. Nie spojrzę w lustro i nie stwierdzę, ze bosko wyglądam. Nie biegnę obok jakieś fajnej panienki. No bo po co.
Biegnę czy jadę dla siebie. Nie potrzebuję widowni czy możliwości opowiadania w towarzystwie co mi umożliwia mój klub narcyzów. Takie miejsca wpisują się wspaniale w nowoczesność gdzie ważne jest ciało a duch to temat dla dewotów i kretynów. Budujesz ciało ale nie hart ducha. Nie musisz zmagać się z wiatrem, deszczem, śniegiem. Jesteś wypakowany ale tak naprawdę miękki bo duch w Tobie jest skarłowaciały. Świat ofiarowuje Ci wszystko w gotowej formie – masz to łykać jak fast foody. Masz nie odbiegać od normy.
Nie neguję oczywiście chodzenia do takich przybytków bo jest tam masa rzeczy niedostępnych na co dzień ale niech one będą uzupełnieniem a nie podstawą.
Tak samo z wiarą. Kiedyś wydawało mi się, że aby być dobrym katolikiem to trzeba przeczytać masę książek, być we wspólnotach, być młotem na heretyków. Teraz doszedłem do wniosku – może mylnego- że najpierw trzeba być dobrym w powołaniu które się dostało a reszta ma być takim codziennym biegiem pozwalającym utrzymywać się na powierzchni łaski.
-
Nowa Armia,wysiłek i modlitwa
poniedziałek,30 listopada 2009,21:29
kategoria: Ogólne
Pora zanurzyć się w mało ortodoksyjne rozważania o wierze i rowerze w ten listopadowy wieczór. W sumie to będzie jeszcze o nowej Armii, bieganiu – wszak nie samą jazdą człowiek żyje. Po miesiącu rowerowego postu zasiadłem na siodle, zacząłem pedałować i stwierdziłem, że dostaję kolejną lekcję pokory. Byłem cienki jak dupa węża. Zero pary w nogach. Totalnie ociężałe nogi monotonnie i bez polotu ciągnęły pedały w górę. Masa potu i nic więcej. Zero lekkości, świeżości. Będzie potrzeba sporo sesji na trenażerze aby powrócić do rowerowej normalności. Zupełnie jak w życiu duchowym. Klękasz codziennie i odmawiasz różaniec. Na początku jedną dziesiątkę a z czasem jak się wciągniesz to cały nie sprawia problemu. Ale wystarczy sobie odpuścić parę wieczorów i powrót do tej modlitwy staje się naprawdę ciężki. Zaczynasz się niecierpliwić, kolana zaczynają boleć . Szukasz pretekstu aby skrócić rozważania. Potrzeba znowu czasu do zjednoczenia duszy i ciała. Dla mnie różaniec jest związany z rowerem. Te dwie rzeczywistości – cielesna ( rowerowa) i duchowa ( różaniec) wspaniale się przenikają. Jedna nie istnieje bez drugiej. Brak roweru oznaczał brak różańca- nie potrafię się modlić ta modlitwą bez kręcenia korbą. Teraz pracuję znowu nad duchem i ciałem. Ale nie myślcie, że post rowerowy oznaczał brak ruchu, żarcie i przybieranie na wadze. W ramach pracy duchowej zacząłem biegać. Tutaj nieodłącznym towarzyszem jest jakiś sprzęt z muzyką. Wspaniale sprawdzają się godzinki. Zawsze jak słyszę „ Zacznijcie wargi wasze chwalić Pannę Świętą..” przechodzą mnie ciary po plecach. Niestety poza pielgrzymkami i sporadycznymi okazjami nie było mi dane modlić się tą modlitwą. Dzięki bieganiu odkryłem ją na nowo. Nie chcę być kolejnym biegającym który biega tak naprawdę tylko w celu poprawy samopoczucia. Myślę, że zdrowo jest budować i ciało i ducha – wszak chrześcijaninem jesteś cały czas. Praca nad ciałem musi być przesiąknięta wiarą – inaczej staje się bożkiem. No ale muszę jeszcze wspomnieć o nowej płycie Armii. Muza zakręcona i totalnie nie armijna. Dla kogoś zakochanego w stylistyce dotychczasowej armii może się okazać lekko niestrawna i ciężkawa. Chylę czoło przed sekcją rytmiczną – Kmieta i Krzyżyk odwalili kawał dobrej roboty i są najciekawszym punktem tej płyty. Krzyżyk kolejny raz udowadnia, że po Stopie nie było lepszego od niego bębniarza w Armii. Muszę powiedzieć, że parę lat temu słuchając „Pumy i jego zony” nie spodziewałem się, że nagra takie rzeczy. Szacunek panie Tomku.
-
yerba mate i listopadowy rozruch
czwartek,19 listopada 2009,20:43
kategoria: Ogólne
Dzisiaj będzie jesiennie, yerbastycznie i ojcowsko. Zaczynam od yerby bo ona napędzila mój umysl do powrotu na blogową szosę. Nie napiszę, że yerba jest cacy albo be, bo nie oto w tym całym piciu mnie chodzi. Malo mnie obchodzą ulotki zachwalające cudowne działanie owego napoju. Dla mnie liczy się rytuał picia. Pijam tylko w palo santo – naczynie ze świętego drzewa, którego aromat ciekawie wpływa na smak yerby. Nie polecam tykw i innych naczyń. Palo santo jest naprawdę wyjątkowe. W naszych warunkach klimatycznych należy kupować tylko okute, bo drewno, z którego jest wykonane lubi pękać.

Kolejnym ważnym elementem jest bombilla, czyli tzw. rurka do picia- im mniej skomplikowana tym mniej się zapycha. I na koniec zioło.. Na rynku jest wiele marek – ja preferuję Cruz de Malta. Dlaczego? Bo mi najbardziej podeszła. Ma to coś, co moje kubki smakowe zaakceptowały od razu. Z yerbą jest jak z tytoniem fajkowym – smakujesz kilka, ale gdy wybierzesz jeden to zostajesz mu wierny. Yerby nie pijam w pracy. Najbardziej smakuje mi w domowym zaciszu, gdzie mogę przy niej spokojnie zasiąść do lektury czy filmu. Pije się ją powoli, bez pośpiechu -czemu sprzyja bombilla. Jedna sesja może trwać do godziny – z jednego zasypania mam około 0, 7 litra napoju. Doskonale nadaje się także do picia na wycieczkach pieszych jednak trzeba wtedy uważać, aby nie pochlapać się naparem – bardzo trudno schodzą plamy.

Fajnie tak siąść, gdy dzieci są wykąpane i śpią w łóżeczkach ,i delektować się yerbą i nowym Stingiem, którego polecam. Super komponują się jego wariacje na temat świąt z listopadową aurą. O ile Sting miał po Mercury falling parę muzycznych wpadek to ten album jest naprawdę wart uwagi.If On A Winter's Night- tak się to dzieło zowie .
Niedługo powrócą rasowe cyklistyczne wpisy, bo znalazła się ekipa, która podjęła się wyprostowania mojej ramy i wyszło im to imponująco dobrze. W ramach podziękowań polecam sklep w Bydgoszczy mieszczący się przy ulicy Fordońskiej 226. O rowerach wiedzą i potrafią zrobić wszystko. A na koniec przedstawiam przyszłego szosowego miszcza świata Grzesia. Urodził się 11 listopada i ma się po małych zawirowaniach dobrze.
To tyle tematem wprowadzenia siebie i tych kilku czytaczy mego bloga w listopadowy klimat. Witam ponownie- czas rozpocząć kręcenie korbą.
-
aby o czymś pisać trzeba tego doświadczać
poniedziałek,12 października 2009,21:09
kategoria: Ogólne
Aby w pełni doświadczyć Boga czasem potrzeba uciec od świata, ludzi, przyzwyczajeń. Kiedyś udawano się w miejsce odludne, na pustynię i tam poszcząc próbowano napełnić się łaską Ducha św. W ciszy, poście, umartwianiu ciala szukali Boga. Nie inaczej robił sam Jezus. Aby porozmawiać z Ojcem oddalał się w miejsca niezamieszkałe. Ja także w związku ze spodziewanymi wkrótce narodzinami syna postanowilem, że zakończę sezon i rozpocznę przygotowania do następnego. Miałem codziennie poświęcić godzinkę na trenażer i kilka razy w tygodniu odbywać krótkie biegi w celu poprawy kondycji, wzmocnienia płuc i ogólnego samopoczucia. Przygotowałem sobie małą pustelnię z dala od domowego zgiełku. Miejsce odludne do ćwiczenia ciala i ducha. Można oczywiście iść do klubu i ćwiczyć przy dźwiękach szybkiej muzyki, wszechobecnych narcyzów i sterylnych wnętrzach. Tylko, że wtedy poza ciałem nie ćwiczymy nic innego. Na Ducha nie ma tam miejsca. Niestety plany pokrzyżował mi pewien bałwan, który samochodem uszkodził ramę roweru, co zmusza mnie do zaprzestania jazdy moja maszyną. Brak wolnych środków nie pozwala na zakup nowej, a że nie jestem znanym kolarzem nie mam co liczyć, że zjawi się sponsor, który w zamian za jazdę z jego logo ofiaruje mi sprzęt. Nie można prawdziwie pisać o Bogu nie żyjąc w Nim i nie można pisać o szosie nie doświadczając jej. Nie pozostaje mi nic innego jak zawiesić bloga jednocześnie dziękując wszystkim tym, którzy czytali moje wypociny, życząc wielu kilometrów przejechanych na szosie.
-
symbol sprzeciwu
wtorek,6 października 2009,14:09
kategoria: Ogólne
Coś ostatnio ciężko idzie mi pedalowanie więc przepraszam czytających za formę wpisu. Spadek formy związany ze zmianą pogody utrudnia mi też pisanie o sztuce pedalowania. Nie sposób pisać lekko o czymś co ciężko przychodzi.
Chrześcijanin żyjąc w świecie tu i teraz jest zarazem poza nim. Idziesz przed siebie w tłumie ludzi a jednocześnie poruszasz się pod prąd. Łamiesz standardy oferowane przez świat bo są one po to tworzone, aby życie było łatwe i przyjemne, przeżywane bez większych wysiłków i wyrzeczeń. Przez to świat nie docenia życia bo to co dostajesz na tacy ,nie cieszy ,a tylko na chwilę zagłusza głód Boga. Dlatego kocham rower. Wymaga wysiłku i poświęcenia. Musisz przełamywać się patrząc za okno i widząc padający deszcz, silny wiatr oraz ludzi opatulonych w kurtki. Nie osłoni cię karoseria samochodu. Jesteś wystawiony na kaprysy pogody ale z czasem stają się one czymś obojętnym, twoje ciało uczy się je cierpliwie znosić. Poruszając się ulicami wśród samochodów jesteś kimś obcym. Niby poruszacie się w tym samym kierunku, ale nie do końca. Burzysz standard wygodnego i łatwego dotarcia do celu. Uderzasz w ego wielu kierowców udających się w tym samym kierunku. Jakże to ktoś nie mający silnika może poruszać się szybciej od ich samochodu. Czasem podnosisz ciśnienie kolesia, który musi zwolnić aby cię wyprzedzić. Przynajmniej jego serce raz w ciągu dnia przepompuje trochę więcej krwi i dotleni bardziej mózg. Logika cyklisty nie pokrywa się z logiką kierowcy. Jest znakiem sprzeciwu wobec bezmyślności wielu kierowców. Często kończy się zderzeniem tych dwóch światów, z gorszym skutkiem dla rowerzysty. Ale to ryzyko ponosi też chrześcijanin zderzający się z logiką świata. Dlatego nie przeraża mnie otaczający świat pogański jak i kraina szosy. Mknę do przodu walcząc z własnymi słabościami wbrew światowej logice.
-
dziecko - powiew Ducha i ducha cyklozy
środa,16 września 2009,19:38
kategoria: Wiadomości
Dla kilku czytaczy mego mego bloga przedstawiam osóbkę dla której warto wierzyć i podtrzymywać pasję rowerową. W weekend moja mala pociecha miala roczek i oczywiście co mogla otrzymać oprócz wózka, gadającego misia, ciuchów i wielu innych niespodzianek. Otrzymala swoją pierwszą przymiarkę do roweru. No bo rowerem w pelnym tego slowa znaczeniu ów wechikul ciężko nazwać. A jako, że jest ukochaną córka tatusia, w pogańskim obyczaju wybierania pomiędzy kieliszkiem, pieniędzmi, różańcem a książeczką- wybrala różaniec i książeczkę. Wywolala tym niezle komentarze, ale tata byl z niej dumny. Doskonaly wstęp do sztuki pedalowania ma wpojony. Nowa nadzieja polskiego kobiecego kolarstwa lączy w idealny sposób wiarę i krecenie korbą. Poniżej pierwsza fotka z jej startu w Wyścigu dookola bloku gdzie silą napędową byl tata.

Bjarne Riss szef kolarskiej ekipy przyslal jej w prezencie bidon a rowerek czeka na obklejenie w teamowe barwy Saxo Bank-u.

A poniżej takie male marzenie taty. Mam nadzieję, że takim czymś kiedyś pojeździmy razem po szosie z Kingą i Grzesiem – przyszlymi mistrzami szosy.

-
urzędniczy beton w Bydgoszczy
poniedziałek,7 września 2009,21:13
kategoria: Wiadomości
Nie udzielam się w żaden sposób spolecznie, politycznie czy religijnie. Moim życiem jest rodzina i wszystko co wokół niej się kręci. Jednak raz postanowilem zabrać glos w sprawie, która dotyka mnie jako praktykującego rowerzystę. Poniżej znajduje się text mojego listu, który opublikowała lokalna Gazeta Wyborcza.
Tytuł: Nie wystarczy mieć rower, żeby być miłośnikiem
Podtytuł: Skoro dyrektor Zarządu Dróg każe mi kupić „węższy rower", to ja poproszę go, aby wskazał mi wymiary idealne na bydgoskie drogi, abym przyjeżdżając do rodzinnego miasta, mógł cieszyć się bezpieczną jazdą – pisze Paweł Juszczak
Dojeżdżam do pracy rowerem bez względu na porę roku i pogodę. Nie oczekuję po Zarządzie Dróg Miejskich żadnych cudownych rozwiązań dotyczących infrastruktury. Chciałbym jedynie, aby inwestycje przeprowadzane przez nich były robione zgodnie z normami i nowoczesnymi rozwiązaniami stosowanymi w innych miastach.Niestety jest tak, że na nowych odcinkach dróg po roku tworzą się dziury, koleiny, krawężniki są zbyt wysokie. Zamiast nawierzchni bitumicznej na drogach rowerowych kładzie się przestarzałą kostkę brukową.Zastanawiałem się, jaka jest tego przyczyna. Ostatnie dni pokazały źródło problemu. Jest nim kadra zasiadająca i utrzymywana z naszych podatków w ZDMiKP w Bydgoszczy.Najpierw w „Gazecie" wypowiedział się pan „mądra głowa" Andrzej PiegJowski, który na zarzut przebudowania skrzyżowania niezgodnie z normami europejskimi odpowiedział „No dobrze, pojedziemy na ekspertyzę i zmierzymy dokładnie wysokość krawężników. Jeśli rzeczywiście okaże się, że przekraczają normy, zarząd zdecyduje na najbliższym posiedzeniu, co w tej sprawie uczynimy." Proszę Pana, jeżeli robota została spartaczona, należy to niezwłocznie poprawić, a nie zastanawiać się przy kawie, czy to poprawimy, czy nie.Drugim komediantem z powyższej instytucji jest sam jej dyrektor-Jan Siuda. 50-letni wielbiciel turystyki pieszej i rowerowej, co napisał w krótkiej notce 0 sobie. Pięknie przedstawił tę swojąpasję związaną z rowerami, odpowiadając dziennikarce skarżącej si ę na korki i brak infrastruktury rowerowej w Bydgoszczy następująco: „Jeśli narzekają (rowerzyści) na tłok, to niech sobie kupią węższe rowery", a następnie dodał „Po co w ogóle jeździć rowerem wśród spalin, po ulicach, zamiast po terenach zielonych?".Szanowny Panie Siuda Otóż turysta chcąc przejechać z punktu A do B, gdzie punkt A to Poznań, a B to Bydgoszcz, musi przejechać przez miasta na trasie. 1 niestety mnie takie coś spotyka, gdy pokonuję trasę Poznań-Bydgoszcz.Chciałbym, aby Pan wskazał mi wymiary roweru, który będzie idealny na bydgoskie drogi, abym przyjeżdżając do rodzinnego miasta, mógł cieszyć się bezpieczną jazdą.Proszę nie pisać kłamstw w notce internetowej o sobie, bo Panu nos urośnie. Posiadanie roweru nie oznacza, że ktoś jest miłośnikiem turystyki rowerowej. Określenie to odnosi się do osoby, która lubi i w miarę możliwości porusza się rowerem także wśród spalin i korków.Na koniec dodam, że za taką wypowiedź powinien Pan przeprosić wszystkich użytkowników dwóch kółek.Paweł JuszczakGazeta Wyborcza Bydgoszcz; Nr: 179.6092; str. 2; 2009-08-01;
więcej o całej sprawie na:
http://www.rower.byd.pl
-
wpis przyziemny - trenażer reaktywacja
piątek,4 września 2009,22:21
kategoria: Wiadomości
Nie będzie tu żadnej polemiki na temat liturgii, żadnej mini powieści, żadnej recenzji czy też opisu ważnej polityczno –obyczajowej sprawy. Jest to wpis o czymś co jest przyziemne do bólu więc nie trać czasu i nie czytaj dalej – po co się irytować.
W listopadzie popełniłem wpis o trenażerze, który miałem kontynuować, ale jakoś tak zawsze znalazło się coś innego do roboty i już do tego nie wróciłem. Ostatnio wytknął mi to pewien sympatyczny osobnik więc pora zaniedbanie naprawić.Życie jest bezwzględne. Jeżeli zaniedbasz życie duchowe, odpuścisz sobie codzienną pielęgnację duszy zaraz następuje atak złego ducha, którego nie jesteś w stanie pokonać. Upadasz bo nie masz wystarczającej siły płynącej z niewysychającego źródła Matki Kościoła. Bez łaski nie masz szans z rzeczywistością duchową chcącą zasłonić ci Stwórcę. Wiadomo masz spowiedź i powinno być ok. Jednak aby być rzeczywiście przygotowanym trzeba duszę umacniać i w domowym zaciszu. Post, modlitwa , małe wyrzeczenia prowadzą do umocnienia tego co daje spowiedź – czystego ducha. Spowiedź to początek – takie pierwsze ranne zakręcenie korbami. Jednak wjeżdżasz na asfalt i zaczyna się codzienna walka.
Właśnie trenażer jest dla cyklisty taką formą domowej walki duchowej służący do umocnienia siły- woli i mięśni. Nie jest to wcale takie przyjemne jak się wydaje i wymaga naprawdę sporo samozaparcia. Brakuje krajobrazów, szumu wiatru- trenażer jest nużący i wymaga sporo wysiłku fizycznego jak i psychicznego. Jednak potem gdy wyjeżdżasz na szosę widzisz rezultaty. Jazda sprawia większa frajdę gdyż jesteś w stanie z większą łatwością pokonywać kilometry, podjazdy i ścieżki rowerowe z kostki brukowej. Gdy brak czasu z powodu obowiązków domowych i zawodowych jest to dobry sposób na utrzymaniu formy i zachowania kontaktu z ukochanym rowerem. Po co wydawać pieniądze na siłownię jak można poćwiczyć w domowym zaciszu i gdy dziecko zapłacze znaleźć się po chwili przy nim.
