Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Świadectwo: Zło kryło się w aikido drukuj

Dodane przez: Redakcja Fronda.pl Kategoria: Religia

Dziś mam trzydzieści sześć lat. Dziewiętnaście lat temu, jako uczeń trzeciej klasy liceum rozpocząłem uprawianie sztuk walki. Zacząłem od karate, ale moją prawdziwą fascynacją już wcześniej było aikido. Wkrótce też zacząłem je uprawiać.


/

Aikido okazało się miłością mojego życia. Szybko robiłem postępy. Po dwóch latach zostałem instruktorem, co się rzadko zdarza, bo to bardzo trudna dyscyplina. Wkrótce zostałem zaliczony do tzw. uchi – deshi, czyli bezpośrednich uczniów mistrza. Trenowałem przez sześć dni w tygodniu, po trzy – cztery godziny dziennie. O 5:30 pierwszy trening z mistrzem, od 18 do 20 trening z moimi uczniami i późnym wieczorem ostatni trening dla grupy zaawansowanej w mojej sekcji. Kierunek studiów (archeologia) wybrałem taki a nie inny, bo w informatorze o studiach uniwersyteckich był to pierwszy alfabetycznie kierunek o tak małej ilości zajęć w tygodniu. Wówczas miałem opracowany cały scenariusz życia rozpisany na kolejne lata. Za dwa – trzy lata pierwszy dan, po trzech następnych drugi, a wtedy moja pierwsza, własna szkoła aikido, za kilka lat następna. I tak dalej. Brałem udział w sesjach treningowych z mistrzami japońskimi w kilku krajach europejskich, bo oni w końcu byli dla mnie największymi autorytetami.


Pewnego dnia do mojej sekcji przyszedł list od człowieka, który w Polsce dwadzieścia lat temu zainicjował tę dyscyplinę. Zrezygnował z aikido ze względu na silny kryzys związany z niemożnością pogodzenia wiary w Jezusa z ideologią wschodnich sztuk walki. Ten list był bardzo intymnym świadectwem i wywarł na mnie silne wrażenie. Pozostało także pytanie o podstawę jego decyzji. Wydawało mi się, że jedno z drugim nie ma związku.


Moim kolegą, także instruktorem z długim stażem, był chłopak, który uczestniczył w spotkaniach modlitewnych Odnowy Charyzmatycznej. Nagle przestał przychodzić na treningi. Po dłuższym czasie spotkałem go przypadkiem na ulicy i zapytałem o powód jego nieobecności. Odpowiedział mi, że na treningach przed i po medytacji kłania się wizerunkowi nieżyjącego już mistrza Ueshiby, założyciela aikido. W kościele robi to samo przed tabernakulum. Ten sam czyn, ale jego podmiot jest inny. W końcu musiał zdecydować, co wybrać i wybrał Jezusa. To również zlekceważyłem, widząc w tym zbyt głęboką interpretację. Wątpliwości wynikłe z tych zdarzeń narastały we mnie, zwłaszcza, że nagle zacząłem dostrzegać różnego rodzaju patologie wynikłe z uprawiania aikido u moich uczniów: nadpobudliwość, agresję, jakąś pogardę dla innych; to wszystko u ludzi zajmujących się sztuką walki tak finezyjną i, co najważniejsze, uważaną za najbardziej defensywną i łagodną wśród wschodnich sztuk walki. Kiedyś czytałem przypadkiem Pismo Święte i natrafiłem na fragment mówiący, że nie wolno kłaniać się obcym bogom. Ten jeden wers wrył mi się w umysł jak drzazga. Byłem jednak tak zaangażowany, że nie mogłem po prostu zrezygnować, zrezygnować z całego życia, które zbudowałem na aikido. Ale wątpliwości były i nie dawały mi spokoju, zwłaszcza cała „liturgia” związana z treningiem – ukłony, medytacja, adoracja mistrzów i białej broni (trenowałem także sztukę miecza – iaido). Pewnego dnia, zapewne nie do końca świadomie, powiedziałem Bogu, że jeżeli w tym, co robię jest coś złego, to niech się o tym przekonam. Ale niech się przekonam tak do końca, żeby nigdy w życiu później nie mieć wątpliwości, czy moja decyzja rezygnacji była słuszna w końcu miałbym zacząć życie od początku. Wkrótce miałem pożałować tej prośby.


Treningi zaczynały się i kończyły medytacją, w której chodzi o uzyskanie  kontroli nad ki. Ki to bezosobowa energia Uniwersum, dająca początek i koniec wszystkim zjawiskom i istotom żywym w kosmosie. W każdej sztuce walki ćwiczenia fizyczne to tylko środek do uchwycenia kontaktu z tą mocą na etapie początkowym i później manipulowania nią. W trakcie codziennych medytacji doświadczyłem po dwóch latach czegoś na kształt stanu niebytu. To, o czym piszę może brzmieć niewiarygodnie. Przypuszczam, że gdybym to ja słuchał takiej opowieści, sam jej nie przeżywszy, to bym prawdopodobnie w nią nie uwierzył.


W przestrzeni duchowej, którą osiągałem, spotkałem istoty duchowe pełne, a raczej coś, co określiłbym jako osobową obecność kogoś, nie doświadczalną inaczej niż przez duchowy kontakt transcendentalny. To zjawisko, fascynujące jak nic innego na świecie, powtarzało się za każdym razem w trakcie medytacji. Jednocześnie wraz z tą osobową obecnością we mnie, uruchomiły się jakby dary paranormalne. Doświadczyłem czegoś na kształt telepatii, tzn. obudziła się we mnie ogromna wrażliwość na ludzkie intencje i zamiary. Stając przed kimś na macie po prostu wiedziałem, co ten człowiek za chwilę zrobi. Ponadto zacząłem odczuwać kumulacje i przepływ tej energii, o której wcześniej pisałem. Jednocześnie objawiać się we mnie zaczęły różne choroby o nieznanym źródle. Upływ tej energii w trakcie ćwiczeń powodował moje całkowite wycieńczenie. W rezultacie, mając 2 m wzrostu, ważyłem po roku około 60 kilogramów. To niewiarygodne, ale w takim stanie dysponowałem ogromną siłą psychiczną. Ludzie bali się mnie i nikt nie mógł ze mną wytrzymać sam na sam w jednym pomieszczeniu. Czułem się bogiem, taka władza nad każdym człowiekiem! Wkrótce jednak okazało się, że to nie ja decyduję o sobie. Będąc kiedyś sam w domu, znalazłem stary różaniec i wziąłem go do ręki, bo leżał gdzieś w kącie. W tym momencie usłyszałem potok obscenicznych bluźnierstw. To, co przedtem było efektem medytacji, co uznawałem za stan przejścia w wyższy obszar duchowy, teraz uruchomiło się bez mojego wpływu. Doznałem potwornego uczucia paniki i wybiegłem z domu. Od tej pory stale towarzyszyła mi obecność kogoś złego. Zacząłem czuć potworny, irracjonalny strach. Bałem się cały czas, choć nie było wcale żadnego zdarzenia, które by mogło wywołać ten strach. Tak jakby lęk stał się częścią mojej natury czy cechą charakteru. Jednocześnie stale przeżywałem halucynacje słuchowe. Słyszałem ciągle wulgarne bluźnierstwa, jakby wielu głosów, zwłaszcza pod adresem Matki Bożej. Stale prześladowały mnie obsesyjne myśli samobójcze. W moim domu było duże lustro na środku mieszkania, zacząłem nagle bez przyczyny bać się go, mając pewność, że zobaczę w nim coś potwornego.


Te doświadczenia nie zmieniły mojego życia, nie zrezygnowałem z aikido. Dalej byłem instruktorem. Po roku takiego życia, jako człowiek praktycznie nie wierzący, zacząłem pomału domyślać się, że moje cierpienia wynikają z jakichś okultystycznych praktyk, zakamuflowanych w sztukach walki i działania demonów. Następnego roku stało się tak, że przyjechał z Anglii pewien mistrz. Postanowiłem, że będę przez te kilka dni uczestniczył w treningach z nim, po czym zrezygnuję. Moje zniewolenie osiągnęło bowiem etap, na którym zacząłem mieć koszmarne halucynacje wzrokowe. Dopiero to właśnie ostatecznie mnie złamało. Kiedy skończył się ostatni trening, w sobotę, wróciłem do domu i poszedłem spać ze świadomością, że to był mój ostatni trening w życiu. W nocy dostałem czegoś podobnego do ataku malarii. Poczułem tak silny ból w całym ciele, że zacząłem skamleć do Jezusa o ratunek. Ten stan wytonował się nad ranem.


Pamiętałem, że kiedy dwanaście lat wcześniej zmarł mój dziadek, poszedłem do spowiedzi i pamiętałem ogromne ukojenie, które wówczas przeżyłem. Pojawiła się we mnie desperacka myśl, że to mnie teraz uratuje. Wieczorem była Msza dla studentów i poszedłem wcześniej, wiedząc, że przed Mszą ktoś zawsze siedzi w konfesjonale. Wszedłszy do kościoła, zobaczyłem księdza, który uczył religii w moim liceum. Nienawidziłem tego człowieka. Od dawna mnie namawiał, żebym zrezygnował z aikido, co wzbudziło we mnie dużą niechęć do niego i agresję. Byłem jednak w takim stanie, że było mi już wszystko jedno. Wyspowiadałem się, ale efekt nie był taki, jakiego oczekiwałem. W trakcie wysłuchiwania pouczenia zacząłem odczuwać tak silne cierpienie jak poprzedniej nocy. W myślach wyłem, żeby to się wreszcie skończyło. Po spowiedzi ten stan sprawił, że uciekłem z kościoła i pobiegłem do mojego mistrza. Powiedziałem mu, że rezygnuję, bo nie mogę dać sobie rady ze sobą. Nie wyjaśniłem mu, z jakiego powodu. Ten człowiek był moim dobrym kolegą, nie miał świadomości, że z aikido wiąże się cokolwiek złego. Uszanował moją decyzję. Sam zresztą widział, że od dawna jest coś ze mną nie tak. Wracałem całkowicie zmiażdżony. Jakaś myśl kazała mi wrócić pod kościół. W nocy uklęknąłem i pomyślałem, a raczej samo mi się jakoś pomyślało: „Weź moje życie, sam nie dam rady. Rób ze mną, co chcesz”. Z tą myślą wróciłem do domu.


Od tej pory zaczął się prawdziwy czyściec. Ledwo zaliczyłem rok na uczelni. Straciłem wszystkich przyjaciół. Okazało się, że na moim roku znam tylko jedną osobę. Odeszła ode mnie dziewczyna. W sumie lepiej, bo tylko ją krzywdziłem. Niech mi Bóg wybaczy. Wkrótce przeżyłem jeszcze inne cierpienie ciągnące się za mną do dziś. Związałem się z inną kobietą, która mnie nie kochała i po dwóch miesiącach porzuciła.


Zacząłem chodzić na spotkania modlitewne Odnowy w Duchu Świętym, do czego namówiła mnie siostra i wspomniany wyżej ksiądz. Za radą księdza-egzorcysty odbyłem spowiedź generalną, co dało ten skutek, że wszystkie manifestacje zła, które przeżywałem, straciły na sile.


Wkrótce wziąłem udział w rekolekcjach, gdzie na końcu modlono się o to, by Duch Święty dotknął uczestników. W trakcie tej modlitwy czułem się źle. Chciało mi się wymiotować i najchętniej bym wyszedł. Wracałem do domu całkowicie rozczarowany. Miałem wielkie pretensje do Boga, że w niczym mi nie pomógł.


Na drugi dzień mieliśmy się spotkać raz jeszcze i pożegnać. Z mojego domu szło się około pół godziny do kościoła, w którym były rekolekcje, cały czas przez park. Postanowiłem zatem przejść się pieszo, bo była bardzo ładna pogoda. Szedłem bezmyślnie pogrążony w rozpatrywaniu własnego poczucia zawodu. W połowie drogi nagle zdałem sobie sprawę, że ja nic nie słyszę. Pierwszy raz od dwóch lat nie miałem żadnych halucynacji, tak słuchowych jak i wizualnych. Dotarło do mnie, że to była pierwsza noc od dwóch lat, którą normalnie przespałem. Czy ktoś może zrozumieć, co ja wtedy przeżyłem?


Ale, paradoksalnie, wcale nie było potem łatwiej. To był najtrudniejszy dla mnie czas, trudniejszy niż jakikolwiek inny. Nigdy nie było mi tak ciężko. Zapewne powodem była ruina emocjonalna czy też psychiczna po tych wydarzeniach. Pamiętam, że wszystko mnie wtedy raniło, nawet najmniejsze niepowodzenie czy też zachowania innych, które dziś po prostu ignoruję.


Miesiąc później pojechaliśmy całą wspólnotą na czuwanie Odnowy do Częstochowy. Prowadził je o. Verlinde. W pewnej chwili powiedział, że w drodze do domu anioł stróż każdemu powie, komu ma opowiedzieć o Jezusie. Po wszystkim wsiedliśmy do autokaru, a ja usłyszałem gdzieś w środku nazwisko mojego wykładowcy. To znaczy pojawiła się nagle jakaś ogromna pewność, że to ta właśnie osoba. Zdjął mnie lodowaty strach. Ten człowiek był dla mnie instytucją na uczelni, a nie osobą. Jak ja miałem w ogóle zacząć tę rozmowę? Zajęcia z nim miałem za dwa dni. Robiłem wszystko, żeby go tego dnia nie spotkać, ale obraz tego człowieka po prostu mnie wszędzie prześladował. W końcu poszedłem do jego gabinetu i poprosiłem o dziesięć minut rozmowy. Powiedziałem, że chciałbym mu o czymś opowiedzieć, ale na początek chciałbym, żeby miał świadomość, że czuję strach przed tą rozmową i najchętniej bym w ogóle jej nie zaczynał. Opowiedziałem mu wszystko to, co opisałem powyżej. On słuchał w milczeniu. Potem podszedł i uściskał mnie. Usłyszałem, że to było dla tego człowieka bardzo wzruszające, bo nikt z nim nie rozmawiał przez całe życie o wierze w tak intymny sposób. Okazało się więc, że to Bóg zadziałał.


Jestem pewien, że jest we mnie bardzo dużo okaleczeń wewnętrznych, stale tego doświadczam. Żyję wciąż ze świadomością ciężaru moich doznań. Czasem czuję się tak bardzo stary i zniszczony. Nigdy nie skorzystałem z pomocy psychologa, choć wiele osób, w tym spowiednicy, mi to radziło. Czasem rodzi się we mnie pokusa, aby te doświadczenia przekreślić, przekreślić wynikającą z nich pewność istnienia szatana i Boga, tak realną jak istnienie każdego z nas. Pewność każdej sekundy, że Bóg po prostu jest obecny w rzeczywistości. Pojawia się we mnie tęsknota, żeby żyć jak miliony innych, normalnych ludzi. Ale tak nie będzie, bo ta pewność jest we mnie jak rozogniona rana. Tak bolesna zwłaszcza w tym, co trudne, a zarazem tak słodka i kojąca. Ktoś, kto doświadczył miłości Boga po prostu nie może zignorować cierpienia drugiego człowieka. Wspomnienie ogromu miłości Jezusa sprawia, że cierpienie drugich staje się ciężarem nie do uniesienia. Jednocześnie człowiek dotyka tego, jak bezgranicznie kochać można, a jak kochać nigdy nie będzie w stanie.       

 

B. ?

 

Świadectwo ukazało się w magazynie "Miłucie Się" nr. 5/2003 r. Zapraszamy do księgarni Miłucie się.

Odsłon: 4360


Komentarze: 4

Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.

  1. Zobacz profil Ogorek Ogorek napisał/a:

    Wednesday, 21 December 2011, 12:19

    Czytalem juz wlasnie w "Milujcie Sie"... Mocne swiadectwo.

  2. Zobacz profil Czes1965 Czes1965 napisał/a:

    Tuesday, 20 March 2012, 08:59

    Hm cóż, tak naprawdę jest to to bardzo trudny temat ale akurat mogę coś nie coś powiedzieć ponieważ sam trenowałem 13 lat karate, będąc w owym czasie nie wierzącym,nie praktykującym. Jednak nie mogę powiedzieć iż zło które czyniłem wynikało z karate, uważam iż wynikało ono z braku wiary a tym samym nie mogło być jakichkolwiek uczynków dobrych. Natomiast samo karate (ćwiczyłem je również wyczynowo, 5-6 razy tygodniowo),nie uważam że mi jakoś szkodziło. Uważam wręcz iż przynosiło pozytywne skutki, posunę się dalej uważam iż Bóg na mej drodze przewidział ten etap i postawił go przedemną być mozę ratując przed wieloma błedami ale także by ubogacać, ofiarowywać, kształtować bym zbliżył się do momentu gotowości przyjęcia Jego.

    Co do samego karate nie mogę powiedzieć złego słowa nawet teraz, oprócz może choć uważam iż to jest bardzo osobiste tyczące każdego osobno człowieka , jego etapu drogi wiary czyli kłaniania się trenerowi, czy symbolom które naogół uczesticzą w formie obrazów,rysunków na sali treningowej (dojo). Kłanianie sie trenerowi w pewnym sensie jest podobne do codziennego naszego kłaniania się sobie nawzajem. Natomiast symbole też owszem ale hipokryzją jest piętnowanie tego i robienie z niego problemu o wielkim znaczeniu jednocześnie ignorując wiele innych przykazań i dziesiątki w nich każdym z osobna problemów. Sądzę iż tą sprawą każdy w odpowiednim momencie za sprawą Ducha, sumienia w własciwej kolejności wzrastaniu w wierze rozwiąże. Nie sądzę iż na rzeczową argumentację trenerowi nie można by było tej sprawy na swoją korzyść rozstrzygnąć.

    Chciałbym jeszcze dodać iż prawdziwe karate jak sądzę i inne style walk opierają sie na doskonaleniu owszem ciała ale najbardziej ducha. Dodam jeszcze iż np twórca Gichin Funakoshi poprzez swoje życie pokazał iż wierność tym wartosciom był blisko Ewangelii, dlaczego tak sądzę? Znany jest z jego życia epizod gdzie był już cenionym mistrzem napadli go zbóje niosąc bodajże żonie ciastka. I co się stało ?, oto mógł w kilku chwilach w obronie własnej pokanać ich ,po ludzku nie tylko nie było by nic złego w tym ,nawet został by pochwalony, natomiast co on czyni? oddaje ciasteczka i odchodzi(co czynił np św. Franciszek w podobnych chwilach?). Co to znaczy? znaczy to że zadał gwałt swojej ,naszej ludzkiej naturze,bez trudu pokonał by ich, trudniej pokonać siebie, on to uczynił. To samo ma czynić każdy wierzący Chrystusa, by pójść za nim musi zadać sobie gwałtu, gwałtu, lubie to określenie bo pokazuje skale trudności i co musimy robic by pójść za Nim. Mamy miłować nieprzyjaciół, czyli pragnąc ich zbawienia, dobra ,szczęscia, nie odwracać się od nich i nikogo mi krzywd, bólu nam zadanego czyli ciągle pokonywać ludzką naturę, co w myśl słów Pana Jezusa iż nic beze mnie uczynić nie możecie pokazuje iż sami od siebie, z swoich sił, mocy nie uczynimy.

    Nie wiem czy Funakoshi sie zbawił, czy poznał Chrystusa może przed śmiercią, chciałbym i mam taką nadzieję.

    Co do mnie gdy trenowałem juz 12 lat Bóg w swym nieskończonym Miłosierdziu dał mi łaskę nawrócenia. Jeszcze rok trenowałem stopniowo wracając do Kościoła i stopniowo próbując pójść za Chrystusem. W szczytowym momencie umiejętności, kondycji, zdrowia w ciągu jednego dnia zrezygnowałem z treningów ale nie dlatego iz odnalazłem tam zło lecz dlatego iż by pójść bardziej za Chrysusem, by bardziej walczyć z sobą, naturą ludzką więcej mogłem osiągnąć tylko całkowicie zdając się na Niego, by mój rozwój lub upadek kształtował On a nie ja kreując swoje zycie według własnego pomysłu, zdając się zdaje się na Nieskończoną Mądrość, Nieskończoną Miłość i Nieskończone Miłosierdzie ,czy jest ktoś większy :) gdyby był , wybrałbym :).

    Kończąc uważam że nadużyciem w jakiejś mierze jest twierdzenie że tam jest zło, w mysl nauki Koscioła zbawienie takzę można uzyskać poza nim oczywiscie pod pewnymi warunkami opisanymi przez Kościół, dlatego jeszcze raz mówię iż szczególnie twórcy, czy adepci ich lecz podążających właściwą drogą byli blisko Ewangelii, Boga i mam nadzieję iż w Nieskończonym Miłosierdziu Bozym ,może w chwili śmierci ale w ostateczności dostąpili,dostąpią zbawienia i życia wiecznego.

  3. Zobacz profil Czes1965 Czes1965 napisał/a:

    Monday, 26 March 2012, 11:09

    Cóż pozwolę sobie uzupełnić moje jakieś tam świadectwo, może nieco inne od niewątpliwie bardzo interesującego wyżej opisanego.

    Czym było dla mnie, dlaczego uważam iż nie czyniło mi krzywdy, nie było przyczyną czynienia np przeze mnie złych uczynków? Karate pozwalało mi się wyciszyć, opanować emocje, stawać się pokorniejszym, czynić nazwę to ,,ludzkim " dobrem względem każdego bliźniego,pozwalało mi walczyć z swoimi słabościami, grzechami może nie w pojęciu nauki Kościoła lecz w zauważeniu przez własne jakieś tam sumienie,pozwalało mi także na właściwy stosunek do dóbr doczesnych, mimo że jak przypomnę byłem człowiekiem całkowicie nie wierzącym lecz wychowany w jakiejś tam rodzinnie przeciętnie po polsku katolickiej. A co najważniejsze co dlatego też sądzę iż Bóg sam postawił na drodze mego życia karate ,pozwalało mi jeszcze pełniej we wszystkim szukać tylko prawdy. To znaczy zawsze byłem ostrożny do ferowania wyroków, trzymania czyjejkolwiek strony, przyjmowania jakiejkolwiek z stron w sposób emocjonalny jako pewnik,prawdę w całej rozciągłości życiowych problemów, osób itd.

    Podobnie rzecz się miała z moją wiedzą na temat wiary, jakiejkolwiek czyli po prostu jeśli nawet chciałbym czy może coś w owym czasie sprawiało że o jakiejkolwiek religii myślałem to co najmniej w naszej katolickiej, czy raczej wynikających z nich owoców dobrych, lepszych od innych religii nie znajdowałem. Ktoś spyta dlaczego? Otóż patrząc na katolików w rodzinie a jeszcze bardziej wokół, czy ulicy, czy miejscowości czy nawet w skali kraju, nie widziałem nic co by ich bardziej wyróżniało od innych ludzi czy to innej wiary czy nie wierzących. (To jest temat osobny i być może opiszę dokładnie jak to rozumiem, może czas coś napisać i zostawić :) w końcu )

    I tak będąc w pewnym momencie mego życia w owym czasie starałem się czynić jak mogłem, umiałem jakieś ludzkie jak już napisałem dobro ,na tyle byłem świadom nauczony doświadczeniem iż nie mogłem inaczej wtedy postąpić ,mimo oporu, bólu innych osób których np owe moje postępowanie dotyczyło. Ba teraz wiem bogatszy o przykazania, Ewangelię iż postąpiłem słusznie lecz w owym czasie mimo wiedzy iż dobrze czynię, serce jednak się męczyło i wtedy wiele razy w takich sytuacjach pytałem tego Boga który gdzieś tam w sercu z racji wychowania w rodzinie chrześcijańskiej był ,,Boże ,gdzie jest Prawda jeśli w ogóle jest..." bo ja jej powtórzę nie znajdowałem w otaczających podobnie jak zresztą teraz ,także tutaj na Frondzie w katolikach. Samo chodzenie do Kościoła czy nawet najpiękniejsze mówienie o Bogu nic nie znaczy jeśli nie widać tego w czynach...

    Także wielokrotnie idąc, czy rozmyślając (szczególnie po treningach potrafiłem po kilka godzin siedzieć, szczególnie jak sam trenowałem także w lasach) o wielu sprawach w tym także owej Prawdy, tzn czy istnieje taki sposób postępowania który może nawet komuś wydawać się niedobry to w rzeczywistości byłby dobrem, o to pytałem, nad tym myślałem ,tego szukałem, nie szukałem Boga, szukałem jeśli w ogóle by ono istniało tylko Prawdy.

    Wtedy nie wiedziałem , czy raczej nie spodziewałem się iż ów Bóg do którego w rozterkach serca się zwracałem może mi odpowiedzieć, co się stało :) i oto nie szukając Boga znalazłem Go, także dzięki karate.

    Chciałem to dodać w skrócie do wcześniejszego mego świadectwa, może jeszcze chciałbym się ustosunkować do części relacji autora świadectwa na temat technicznej strony dotyczącej przewidywania ruchu przeciwnika ale może innym razem.

  4. Zobacz profil Czes1965 Czes1965 napisał/a:

    Wednesday, 28 March 2012, 14:01

    Cóż , mógłbym wiele jeszcze powiedzieć, wymienić w zasadzie pozytywnych rzeczy w treningu Karate lecz jak wspomniałem odniosę się tylko do słów autora o jego posiadaniu umiejętności przewidywaniu ruchu przeciwnika. Dlaczego akurat do tych słów? Ponieważ wydały mi się trochę dziwne, nie nie możliwe lecz inne od kierunku w którym o ile mi wiadomo szli mistrzowie czy karate czy innych stylów. Nie wykluczam iż możliwe z racji działania Boga, czy innych sił w tym wypadku zła jest to możliwe , mówię oczywiście o możliwości  przewidywania ruchu przeciwnika. Natomiast kierunek o którym wspomniałem jest zupełnie inny, rzeczywiście w początkowym okresie człowiek tak próbuje odczytać, zgadnąć co może uczynić dany przeciwnik. Lecz kierunek prawidłowy o którym mówią wszystkie w zasadzie jak znam style jest zgoła inny, podstawowym błędem jest próba odgadnięcia zamiarów przeciwnika. Więc do czego zmierza ,do jego momentu wszelkie treningi, na ogól lata a o tym mówią już tylko mistrzowie, prekursorzy owych różnych styli. Więc celem jest by stawać do walki i doprowadzać umysł do stanu czystości, zero jakichkolwiek myśli, porównuje się to do wody,morza,oceanu bez jakiejkolwiek fali , czysta ,nieruchoma idealna cisza. Cóż ja trenowałem tylko 13 lat lecz ów stan osiągnąłem około 15-20 razy, nigdy w sposób zamierzony, zawsze po prostu go doświadczyłem, możliwe iż ćwicząc dalej posiadł bym umiejętność,wiedzę jak go osiągać za każdym razem. Jako ciekawostkę dodam iż jestem człowiekiem który nieustannie musi ciągle o czymś myśleć. Kiedyś myślałem iż wszyscy tak mają :) dopiero także kiedyś dowiedziałem się że nie, więc tym trudniejsze wydaje mi się było by pewnie osiągać taki stan, ciszy, zero myśli:). Co się dzieje w tym momencie? Otóż czy uzyskiwałem ten stan czy podczas walk. Ciekawe jest to iż zawsze po walce (która w tym stanie trwa 2-3 ,zawsze wygrana)musiałem sobie przypominać co robiłem ,jakiej techniki użyłem, było to bardzo interesujące doświadczenie , nad którym wiele po tym myślałem. Oczywiście techniki używałem tych które opanowałem przez te lata treningu.

    Opisuje to jako ciekawostkę oraz chciałem pokazać jaki jest cel w tej dziedzinie by osiągnąć mistrzostwo, doskonałość, odnosząc się do słów autora głównego świadectwa. Kończąc moich kilka słów na temat Karate chciałbym  powiedzieć (zważywszy iż widziałem temat gdzie tak licznie wielu się wypowiadało) że jest jednym z piękna tego świata , piękna ruchu ludzkiego ciała , piękna z racji kształtowania ducha w kierunku dobra, może ludzkiego ale dobra a Duch  Święty przenika wszystko i wszędzie i wszystko może wykorzystać. Natomiast człowiek nawet z dobrych dóbr może wykorzystać w złym celu,także zatem Karate i wszystkie jak sądzę style same w sobie nie są złe, wszystko według mnie zależy od danego człowieka, jego serca, rozumu ,rzeczywistości jego ja.

1

Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.