Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Katolicy, czyli...? drukuj

Dodane przez: Redakcja Fronda.pl Kategoria: Kościół

Rozmowa z o. Fabianem Błaszkiewiczem o tym dlaczego Polacy odeszli od Kościoła, o książce "Radykalni", o Witkacym, o młodych kontestujących Kościół, jak spotkać się z żywym Bogiem w Kościele, o tym dlaczego Kościoł szybko traci w Polsce zaufanie społeczne i jak je odbudowywać.


/

Czy Polacy odeszli od Boga?


O nie. Co nie znaczy że nie odeszli od Kościoła Katolickiego, ale od Boga na pewno nie. Często szukam informacji na różnych forach internetowych, często obcojęzycznych i nigdzie nie widzę tylu debat etycznych, religijnych co na polskich. Nawet gdy dotyczy to atakowania wiary, czy pytań o istnienie Boga. U nas nawet ateistów bardzo interesuje religia.


Jesteśmy blisko Boga, ale nie tego co Kościół naucza?


Mamy poważny kryzys tożsamości katolickiej w naszym kraju. Katolicy zwalczają się, są podzieleni na Kościół łagiewnicki, toruński czy ostatnio nawet słyszałem o smoleńskim. To ma niewiele wspólnego z nauczaniem, bardziej z personaliami czy faktografią polityczną. Katolicy nie wpływają na to, co się dzieje wokół, jakby nie byli dumni i przekonani w to co wierzą, nie chcieli się tym dzielić z innymi, głosić. Nie rozprzestrzenia się nasza wiara, nie ma silnej kultury katolickiej. Nie wpływamy na rzeczywistość.


Przypomina mi się połowa lat 90. z dynamicznym rozwojem muzyki chrześcijańskiej, świadectwem 2 Tm 2,3, książką „Radykalni”, to przyciągało do Boga i wielu młodych znalazło wtedy swoje miejsce w Kościele. Jaka jest dzisiejsza młodzież? Ksiądz się z nią często spotyka.


Świetna, bezczelna... czyli taka jak zawsze. Dzisiejsze pokolenie młodych chce być prawdziwe, ale się boi. To, co było w latach 90., to było chrześcijaństwo jako rodzaj buntu i młodzi chcieli się buntować. Dzisiaj już nie. Młodzi chcą dziś mieć zabezpieczenie w życiu. O to walczą „oburzeni” Walczą o zabezpieczenia, wymachują laptopami, ale nie o swoją wolność. Młodzi mówią mi, że choć zgadzają się z Kaczyńskim to głosują na Tuska, bo z nim jest bezpieczniej. Bo to Tusk się dogada z Ruskimi czy Niemcami i zapewni bezpieczeństwo. To jest mylne, ale oni się tym kierują. Nie buntują się też za bardzo przeciw rodzicom bo stracą zabezpieczenia. Młodzi chcą żyć wygodnie. Co to za bunt żądać legalizacji marihuany? Co to ma wspólnego z fundamentalnymi wartościami.


Młode pokolenie kontestujące Kościół, zalęknione, seksualnie doświadczone, zepsute narkotykami. Chore?


Mi to przypomina powieść „Nienasycenie” Witkacego, gdzie główny bohater im bardziej myślał, że będzie wolny, im bardziej poddawał się kolejnej zachciance, tym bardziej był nimi zniewolony. One domagały się więcej i więcej, więcej seksu, więcej narkotyków, ale po tym pojawia się się nie spełnienie, ale jeszcze większy głód. Uzależnienie. Im więcej się wolności spodziewał tym mniej jej dostał. To nie był problem dzisiejszego pokolenia, ale ono też tak ma. Dzisiaj mamy wielu cichych nałogowców np. gier on line. Jest życie w wirtualnej subkulturze, zdobywania kolejnych leveli. Znam wielu młodych obiecujących ludzi, którzy nie mogą z tego wyjść. Nie ćpają, nie piją, a są uzależnieni. Oni tylko nie chcieli czuć się samotni.

 

Dlaczego młodzi katolicy kontestują Kościół?

 

- W wielu przypadkach mają rację. Jeśli nie zaczniemy w nim debaty na temat nawrócenia duchowieństwa to stracimy młodzież, która i tak już odchodzi. Jest jeszcze inny problem. Osobiście uważam, że wprowadzenie religii do szkół zaszkodziło nam bardziej niż pomogło.

 

Dlaczego? Przecież miała być jako przedmiot, dopełnieniem całościowego szkolnego wychowania i edukacji.

 

- Jednak jestem jej przeciwny w takiej formie w jakiej jest obecnie w szkole. Dlatego, że religia zabiła katechezę. Wielu uważa, że już nie należy katechizować. A przecież katecheza jest kolejnym etapem po ewangelizacji. Jak możesz zmuszać kogoś aby rozważał prawdy wiary jeśli on nie spotkał Jezusa w swoim życiu. Jeśli on Go nie zna to i nie będzie go interesować szczegółowa wiedza na ten temat.

 

Katecheza nie służy spotkaniu Boga?

 

- Nie. Ona służy nauczaniu intelektualnemu, a nie spotkaniu emocjonalnemu, duchowemu. Fakt naszej obecności w szkole powoduje, że my zrównujemy nauczanie mistyczne z nauczaniem wielu pierdół. Uczeń ma tak jak na innych przedmiotach: nauczyć się, wykuć i wypluć. Wie, że do tej wiedzy później nie wróci. „Sprzedając” na takim poziomie naszą religię deprecjonujemy chrześcijaństwo z jego tajemnicy, a robimy przedmiot.

 

Jednak dobry nauczyciel z pasją potrafił zachwycić, zafascynować przedmiotem...

 

- Zgoda. Ale tu nie chodzi o genialnego katechetę z super pomysłami. Jednym z kryteriów oceny z religii jest to, że nie można oceniać zaangażowania religijnego ucznia. To o czym my mówimy? Jeśli jest zaangażowany w kościele ministrant, a wali byki ortograficzne i nie wszystkiego się nauczył to, co? Czy ja nie mogę go za zaangażowanie docenić lepszą oceną? Nie. A w salce katechetycznej można było się modlić. Zrobić z niej kaplicę. Rozmawiać o tych sprawach inaczej. Zamiast zajęć można było się umówić na wieczorne nabożeństwo. A teraz? Mogę zapalić świeczkę w klasie, próbować się modlić, ale zadzwoni dzwonek i to zniszczy. To będzie odbierane tak, jak eksperyment na chemii.

 

A jak księża podchodzą do katechezy?

 

- Różnie, ale niestety bardzo często uważają się za usprawiedliwionych, że skoro ma tyle godzin katechezy w szkole, to po co ma ekstra katechizować. Jest już nią zmęczony. Nie dziwi mnie to. Spotykam młodych zewangelizowanych wcześniej w domach, w rodzinach czy wspólnotach. Widzę że na nich najskuteczniej działa katecheza ich rodziców, dziadków, starszych. Dziś aby katechizować młodych trzeba zająć się ich rodzicami. Pan Jezus bawił się z dziećmi, a katechizował dorosłych, a my co? Katechizujemy dzieci, a z dorosłymi się bawimy.  

 

Jak odnaleźć dziś Boga żywego w Kościele?

 

- Przez świadków. Jeśli ich nie mamy, to jest to bardzo trudne. Jest, oczywiście, modlitwa, ale to są cudowne przypadki, że Duch św. kogoś porwał. Pracuję z młodymi od zawsze. Widzę, jak my potrzebujemy pracy i formacji. Nie tylko akcji, choć ja lubię akcję. To jednak nie może być wychowanie religijne od akcji do akcji. Nie można z młodych chrześcijan robić kibiców Jezusa. Oni mają być Jego wyznawcami. Jest power, ale to nie znaczy, że się nawracam.

 

Jeżeli kogoś dotknie Bóg, doświadczenie to zmieni go na całe życie?

 

- Nie. Dlatego też mówię o formacji. Mocne doświadczenie spotkania z Jezusem bez formacji nie przynosi efektów. To tak jak z ziarnami. Ptaki czekają, aby je wydziobać. Dlatego potrzebna jest formacja, życie w świetle łaski. Daniel Ange, gdy był zapraszany ze swoją wspólnotą na rekolekcje ewangelizacyjne, miał jasno określone reguły, co dalej w parafii. Jak nie było warunków i zaangażowania, aby prowadzić świeżo nawrócone osoby, mieć dla nich czas, to oni odmawiali przyjazdu. Woleli mieć pewność, że ktoś będzie żył dalej sakramentami niż robić tzw. protestanckie przebudzenie, że Jezus jest Panem, a później wszystko siada, bo życie jest życiem.

 

Ale jednak Bóg działa...

 

...i troszczy się o osoby, które go spotkały. Ale żebyśmy nie stracili wiary w Boga w ramach szukania Boga. Pierwszą osobą zainteresowaną, zewangelizowaną jest sam Bóg. Jeśli uzna, to pośle osoby do opieki nad nią. Wierzę w Boga. Choć czasem jest to wszystko ostro po bandzie, na granicy ryzyka. Ale Bóg lubi ryzyko.

 

Jakiś przykład?

 

- Wyprowadzenie Izraela z Egiptu. Trzymał to do końca „o włos”. A przejście przez Morze Czerwone? Jedni od drugich byli już tylko na odległość strzału. Jeden z naszych biblijnych egzegetów mówił, że uciekających od goniących dzieliło 80-100 m. Taka mała różnica od całkowitego uratowania albo masakry. Morze się jednak nagle rozstąpiło i przeszli.

 

Przez ostatnie 5 lat, Kościół stracił 14 proc. zaufania wiernych. To dużo. Czy w Kościele, hierarchii jest jakaś refleksja odnowy, zmiany tej sytuacji?

 

- Chciałbym mieć nadzieję, że tak, że biskupi to rozważają, rozeznają i modlą się w tej kwestii. Ale w ciągu całego mojego życia jako kapłana rozmawiałem z biskupem raz przez pół godziny, przy śniadaniu na Forum Charyzmatycznym. To jest cały mój kontakt z biskupami. Nie mówię o wizytacjach w parafii, ale nawet wtedy nie rozmawiałem osobiście. Jeśli ja mam taki kontakt, to jaki ma inny wierny? Nam potrzeba wyjścia hierarchii i duchownych do ludzi. Pasterz ma być pasterzem, znać swoje owce, a my się nie znamy. Może dlatego biskupi traktowani są bardziej jak politycy, a nie jak pasterze? Może dlatego to zaufanie do Kościoła spada, bo do polityków też spada. Może dlatego, że w trudnym czasie nie czujemy tej troski. To jest też pytanie do księży, czy oni są dla wiernych, jak był Jan Paweł II dla całego świata? On był wzorem kapłana. Powinniśmy trochę bić się w piersi. Jak zaczniemy się zmieniać, bardziej otwierać, to zostanie to dostrzeżone.

 

Polityka podzieliła polski Kościół, że ten biskup jest za PO, a ten za PiS i tylko ten mi jest wygodny? Tamtego platformersa nie będę słuchał. Jest mi obcy?

 

- My mamy niedaleko swojego kościoła sklep, w którym sprzedają świadkowie Jehowy. Tam, jak w żadnym innym sklepie mówią mi „Szczęść Boże”. Ktoś z zakonników kiedyś im pomógł i oni mają za to do duchownych szacunek. Nie ważne są poglądy polityczne biskupa, ale to jaki jest dla ludzi. Jeśli głosi Jezusa Chrystusa, zna ludzi, to będzie miał ich szacunek. To jest też moje zadanie i innych duchownych. Jak będziemy tworzyli wspólnotę w parafii, wspólnotę w diecezji, to będzie szło to w dobrą stronę. Czy dziś św. Paweł napisałby list do Kościoła w Gliwicach, albo Kościoła w Warszawie? Kto czułby się jego adresatem? Pisany do Tesaloniczan był dla mieszkańców Tesalonik. Tam była jedna wspólnota.

 

Patrzy ojciec z optymizmem w przyszłość?

 

- Tak, bo znam apokalipsę i wiem, że się to skończy happy endem, ale z drugiej strony to, po czym on nastąpi, powoduje u mnie umiarkowany optymizm. Chciałbym wytrwać przy Bogu, być jednym z tych, o których Jezus mówi, że kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony. Najciemniej jest przed świtem i może teraz jest ten okres.

 

Koniec.

 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski

Odsłon: 4202


Komentarze: 3

Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.

  1. Zobacz profil Almi1 Almi1 napisał/a:

    Friday, 25 November 2011, 21:31

    Bardzo ciekawy wywiad. Spostrzeżenia ojca jak zwykle wymowne i powiedziałabym "Swieże", prosto z życia.

  2. Zobacz profil Hetmankozacki Hetmankozacki napisał/a:

    Tuesday, 29 November 2011, 00:05

    Hej, mam 23 lata jestem młodym studentem i wiecie co Wam powiem? Jestem za przywróceniem porządku przedsoborowego! Pół życia stałem na Mszy pod filarem, odpływając gdzieś myślami, bo mimo setek kazań, wielu lat szkolnych katechez, nikt nam, młodym nie wytłumaczył postawowych prawd wiary jak: ofiara Ciała i Krwi pańskiej, czy co to jest grzech śmiertelny. Przez całe moje życie takiego stania pod filarem i rozmyślania o głupotach (w co będę grał jak wrócę do domu) NIGDY nie usłyszałem na kazaniu, czy na religii "Drodzy Bracia i Siostry - UŚWIĘCAJCIE SIĘ! Dawniej Kościół był bardziej radykalny. I właśnie o to chodzi - o RADYKALIZM WIARY!

    Dziś, jak ktoś pofatyguje się na Mszę w niedzielę to jest aż za dobrze. A jeśli ktoś chodzi codziennie, to jest jakimś poj**** dewotem. Dawniej, jak człowiek przystępował do Komunii, to klękał przy balaskach i wówczas pobożnie ją przyjmował. A dzisiaj jak człowiek uklęknie, to nawet sam ksiądz dziwnie patrzy. Nie mówię już nawet o bezczeszczeniu Ciała Pańskiego na Zachodzie, gdzie się Komunii udziela na rękę. Okruchy niemal zawsze pozostają na łapskach takiego delikwenta, spadają na ziemię i są deptane. Ale nikt nie zdaje sobie sprawy, że samego Chrystusa deptają.

    Ja uczęszczam na Msze sprawowane w dawnym rycie. Dawniej, kiedy kapłan stał przodem do Ołtarza, kiedy czynił tyle gestów czci do Najświętszego Sakramentu, ludzie lepiej wiedzieli w czym uczestniczą. Z tego emanowała świętość i niepojęta tajemnica. Stąd, jak słyszę, że Msza jest nudna i najlepiej ją zamienić w koncert albo potańcówkę, to chciałbym takiego delikwenta trzepnąć -.-

    Ostatnio trafiłem na Mszę dla dzieci sprawowaną w mojej parafii. W porównaniu z Mszą trydencką, to była jakaś profanacja. Te dzieci się tak wychowuje bez czci i wiary, toteż nic dziwnego że potem przechodzą na opcję "wierzący-niepraktykujący", albo "praktykujący stacz".

    Ja jestem młody i powiadam, że Kościół nie może się dostosowywać do trendów smarkatej młodzieży gimnazjalnej, która sama nie wie czego chce. Nie można pozwolić na żaden luz! Niech no ksiądz, albo katechetka zamiast gadać na religii o głupotach, powie o zadaniu człowieka, jakim jest dążenie do świętości. Niech przeczytają tym młodziakom co pisał św. Jan Maria Vianney (św. proboszcz z Ars), niech powiedzą, że zło osobowe istnieje, że istnieje WIECZNOŚĆ !!! I że mają do wyboru: niebo, piekło i czyściec. Niech się wszystko dzieje w starym stylu!

  3. Zobacz profil Lluukkaasszz Lluukkaasszz napisał/a:

    Wednesday, 30 November 2011, 22:51

    @ Hetmankozacki Również jestem studentem, jeszcze młodszym (o 3 lata) niż Ty. "nikt nam, młodym nie wytłumaczył postawowych prawd wiary jak: ofiara Ciała i Krwi pańskiej, czy co to jest grzech śmiertelny" Może zwyczajnie nie słuchałeś? Młodzi mają to do siebie. Ja o tym usłyszałem i o wielu innych ciekawych sprawach, a uczyli mnie katecheci-entuzjaści SWII. "Dziś, jak ktoś pofatyguje się na Mszę w niedzielę to jest aż za dobrze. A jeśli ktoś chodzi codziennie, to jest jakimś poj**** dewotem." To ciekawe, bo jestem w duszpasterstwie akademickim w wielkim mieście i mamy codziennie Msze święte. Zresztą lepiej, żeby nazwali dewotem, niż mieli podziwiać, jak to za dawnych czasów było chodzenie do kościoła na pokaz, żeby inni widzieli jakiego to mają pobożnego sąsiada. "ludzie lepiej wiedzieli w czym uczestniczą" Osobiście nie byłbym tego taki pewien. Moim zdaniem poziom wiedzy religijnej naszych dziadków w większości jest naprawdę niewielki. Wiedzieli jedynie, że dzieje się coś wielkiego (i słusznie) i co mają odpowiadać (chociaż i tak nic nie rozumieli, bo kto znał łacinę). Uważam, że właśnie dzięki językom narodowym ludzie są bardziej świadomi, wystarczy otworzyć uszy i z samych tekstów Mszy świętej można się wiele dowiedzieć, dodatkowo po Soborze Watykańskim II są różne wspólnoty w których m.in. można się dowiadywać więcej o wierze, różne spotkania z ciekawymi konferencjami, więcej książek i prasy w przystępny sposób mówiących o Bogu, więcej świeckich teologów, więcej ludzi czytających Pismo Święte (już nie wspominając, że to po SWII wróciła chociażby piękna tradycja Lectio Divina). "toteż nic dziwnego że potem przechodzą na opcję "wierzący-niepraktykujący"" Sądzę, że pierwsi, którzy masowo wybierali tę opcję są zbyt starzy by mogli uczestniczyć we Mszach dla dzieci. "Ja jestem młody i powiadam, że Kościół nie może się dostosowywać do trendów smarkatej młodzieży gimnazjalnej, która sama nie wie czego chce." Nauczanie się nie dostosowuje do żadnych trendów. Natomiast sposoby duszpasterskie... moim zdaniem to nic złego, ja jestem młody i powiadam, że dzieki "dostosowywaniu się do trendów" sam wróciłem do Kościoła. Kościół musi mówić do młodzieży w ich języku, inaczej w ogóle się nie dogadają, bo młodzież sama z siebie nie zacznie mówić "w starym stylu", po co mieliby to robić? Naprawdę wierzysz, że gdyby Kościół zmienił się na taki, jakim był przed Soborem to cała młodzież by garnęła do Kościoła? Ja nie sądzę, właśnie dzięki różnym wspólnotom powstałym na fali SWII, jak Ruch Światło-Życie młodzież widzi swoje miejsce w Kościele i może w sposób świadomy i dojrzały kształtować swoją wiarę. "Nie można pozwolić na żaden luz!" Jak nie można? W jakim znaczeniu? Dekalog się nie zmienił. Ale wybór wiary musi się dokonywać w wolności! Nie można pod przymusem (tak rozumiem bez luzu) wybierać Boga jako Pana swojego życia. "powie o zadaniu człowieka, jakim jest dążenie do świętości" Ja się bardzo dużo nasłuchałem na ten temat, na katechezie też (podstawowe powołanie człowieka) i nie tylko. Nie wiem skąd Twój zarzut. Ale to chyba nie jest jedyny temat na katechezę. "że zło osobowe istnieje, że istnieje WIECZNOŚĆ" Z tym rzecz ma się podobnie. Kościół o tym nie zapomniał. A młodzież aż nadto o opętaniach chce słuchać. A na katechezie (i nie tylko) sporo się również mówi o wieczności. "Niech przeczytają tym młodziakom co pisał św. Jan Maria Vianney (św. proboszcz z Ars)" Czy naprawdę sądzisz, że jeżeli katecheta przeczyta coś św. Jana M. Vianneya to się młodzież nawróci? On pisał trochę w innych czasach, innej mentalności, dzisiaj młodzież niewierząca go nie posłucha, najpierw trzeba inaczej zainteresować wiarą młodego człowieka, potem sobie może czytać dzieła świętych sprzed lat, jak już wierzy. "I że mają do wyboru: niebo, piekło i czyściec." Co z tego, że będzie się do młodych mówiło, że pójdą do piekła, skoro oni w piekło nie wierzą? Ja osobiście również o wyborze niebo-piekło dowiedziałem się najpierw na katechezie, ale katecheza nie może polegać na krzyczeniu "pójdziecie do piekła" do człowieka, który w piekło nie wierzy (jak już wierzy to co innego, ale i tak trzeba dbać o to by wiedział, że istnieje piekło, ale przy tym nie powstawał w głowie wierzącego fałszywy, nieewangeliczny obraz Boga). Mylę się czy czasem do "porządku przedsoborowego" nie należy również posłuszeństwo Kościołowi (a więc i jego soborom, wraz z postanowieniami), chyba, że jako owy porządek traktujemy wszelkie schizmy i podziały jakie były w historii, ale o to Cię nie posądzam, tym bardziej, że te grzechy ciężko nazwać porządkiem. Pozdrawiam.

1

Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.