-
Wesela nie będzie czyli Perseusz bez Andromedy
czwartek,29 kwietnia 2010,12:45
kategoria: Film
Dla osób nie znających greckiej mitologii film jest nieczytelny, dla wychowanych na Parandowskim jest za głupi, a dla dzieci zbyt straszliwy. Dla kogo więc jest? Najnowsza holiłódzka wersja mitu o Perseuszu jest najwyraźniej skierowana do anglosaskich imbecyli. Nie rozumiem dlaczego producenci zrezygnowali z edukacyjnych możliwości i wymieszali postacie, ich role, a nawet dodali obce cywilizacyjnie elementy (dżiny, krakena, skorpiony giganty), przecież można było imbecylom pokazać kawałek kultury, która przepełniała od stuleci naszą literaturę i sztukę. Starsza wersja "Clash of the Titans" z 1981 roku (tytuł przełożono wtedy na "Zmierzch Tytanów") mimo prymitywnych efektów specjalnych (poklatkowe animacje) trzymała się mitu przynajmniej w głównych wątkach i nie raziła brakiem spójności.
Filmowy Perseusz wychowuje się w domu rybaka, Danae nie żyje, nie ma Polidektesa, a Grecy są skończonymi ateistami, którzy nie myślą o niczym tylko o zrzuceniu jarzma religii. "Non serviam" jako cnota. Choć ganiają się z diabłopodobnymi harpiami, oglądają latające konie, objawiają im się bogowie, to jednak żdecydowali – nadeszła era ludzi. Oświecony humanizm. Perseusz, syn Zeusa chce walczyć z Meduzą jako człowiek bo jak inni neguje Olimp i odrzuca możliwość zasiadania wśród bogów. Bogów zbyt wielu nie oglądamy, właściwie nie wiadomo gdzie podział się wspomniany w prologu Posejdon. Cała rozgrywka odbywa się między Zeusem i Hadesem, którzy na manichejską modłę dzielą między sobą światłość i ciemność, takie greckie Jin i Jang nie mające z mitologią zbyt wiele wspólnego. Podziemny świat zmarłych nie był piekłem w chrześcijańskim czy postchrześcijańskim sensie, a Charon nie był upiorem rodem z amerykańskich horrorów.
Mimo dobrych kostiumów, scenografii i pięknie animowanych bestii ziewamy poraz kolejny oglądając dalekowschodni fechtunek. Czy tak bili się Grecy? Czy prócz Ridleya Scott'a ktoś zwrócił po wojnie uwagę, że europejskie sztuki walki nie były gorsze od chińskich?
Aktorom brakuje wiary w odgrywane postacie, Liam Neeson i znany z "Awataru" Sam Worthington są płytcy. Jedynym prawdziwym Grekiem jest Mads Mikkelsen grający starego żołnierza imieniem Drakon. Pod płaszczykiem cynizmu wyczuwamy u niego gorącą krew i gorycz. Druga i ostatnia rola zasługująca na podziw to Hades w wykonaniu Ralpha Fiennes'a. Mistrz ról psychopatycznych, odrażająca powierzchowność w połączeniu z piekielnymi efektami specjalnymi robi ogromne wrażenie choć – o czym wyżej – to nie mitologiczny Hades.
Nie chcę zdradzać szczegółów odjechanej fabuły, osoby znające wersję sprzed trzydziestu lat ucieszy widok mechanicznej sówki Bubo, która pojawia się na momencik, takie mrugnięcie sowim oczkiem do starszych wiekiem widzów. Wielbicielom kina trójwymiarowego życzę powodzenia.
-
Ale ze mnie Bergman, ale ze mnie Kurosawa!
poniedziałek,29 marca 2010,18:44
kategoria: Film
Tak właśnie musiał wzdychać kipiący dumą z siebie reżyser filmu «Valhalla Rising». Film jest ekranizacją powieści pod tym samym tytułem. Opowiada o grupie wikingów, którzy chcą udać się na krucjatę do Ziemi Świętej, ale za sprawą mgły i braku wiatru, popychani dziwnym prądem docierają do Ameryki Północnej. Trudno oceniać mi pomysł bo nie znam książki i nie wiem na ile odbiega od treści filmu. Pomysł wydaje się bardzo ciekawy i to on kusi do wizyty w kinie. Film niestety nie spełnia najmniejszych oczekiwań.
Akcja toczy się wokół niewolnego, który z obrożą na szyi musi po gladiatorsku zmagać się z innymi niewolnymi. W roli głównej pięknie zbudowany Mads Mikkelsen. Widzimy brutalne walki, mordy, ucieczkę, a wszystko to w surowych plenerach Islandii. Mikkelsen będący świetnym aktorem nie ma jak w tej roli rozwinąć skrzydeł. Jego kamienna twarz w gigantycznych zbliżeniach (chętnie mistycznie przekrwionych) rozgląda się to w lewo, to w prawo… i nic. «Jednooki» – bo tak na niego wołają – jest na dodatek małomówny. Biedny Mikkelsen nie mogąc nic zrobić nadrabia bicepsem, ścięgnami i szczękościskiem.
Wikingowie zwiedzający północnoamerykańską puszczę kojarzą się z pętającą się po dżungli resztką drużyny Lopego de Aguirre z pamiętnego «Aguirre, Gniew Boży». Ciężkości obrazom nie dodają jednak opary dzikiego lasu czy przewidywalny dramat wikingów, tylko psychodeliczna muzyka nie współgrająca ze średniowiecznym sztafażem. Makijażystom pracującym na planie gratuluję ton błota i zakrzepłej krwi na licach bohaterów, a zwłaszcza blizn, które odtwórcy mają nalepione taśmowo w tych samych miejscach. Brudne wikińskie mordy i szczęście reżysera, który przed lustrem nie mógł nie szepnąć «ale ze mnie prze-Herzog».
-
Alicja w XXI wieku
piątek,5 marca 2010,21:11
kategoria: Film
Film mimo wspaniałej kreacji Johna Depp'a (wyglądającego w kreacji Kapelusznika jak szansonistka Madonna) jest na wskroś amerykański i to niestety największa wada dzieła. Efekty trójwymiarowe są fantastyczne, ale brakuje wielu wątków książki, nie ma m.in. Humpty Dumpty'ego. Synteza "Alicji w Krainie Czarów" i "Alicji Po Drugiej Stronie Lustra" spłyca treść książki i dodaje wiele nowych, niepotrzebnych elementów. Filmowa Alicja jest niedoszłą dwudziestoletnią narzeczoną, a jako dziewczynkę widzimy ją zaledwie trzy razy w dziwacznych retrospekcjach.
Amerykańskie dialogi zatracają piękno angielskiego pure nonsense Carroll'a, a scena pojedynku Alicji z Dżabersmokiem odbiega tak wielce od sceny książkowej, że właściwie żal, że ją do filmu włączono. Współczesne zachowanie Alicji może przysporzyć młodocianych widzów, ale napewno nie osób znających książki.
-
Budują wielki drakkar
wtorek,19 stycznia 2010,15:44
kategoria: Wiadomości
Z końcem miesiąca Norwegowie przystąpią do budowy największego okrętu wikingów. Niewielka stocznia na wyspie Vibrandsøy w Haugesundzie już przygotowuje miejsce. Udało się zaangażować ekspertów od historii żeglugi i wykopalisk, do projektu przymierzono się starannie wzorując się na znaleziskach i szczegółowych opisach. "Draken Harald Hårfagre" (DHH) będzie największą jak dotąd rekonstrukcją, której kadłub liczyć ma 35m a najszersze miejsce 8m (wyporność 70t). Dla porównania sławny Okręt z Oseberg (Osebergskipet, jeden z nielicznych zachowanych w komplecie drakkarów) liczy 21,5m przy szerokości 4,7m. Największym opisanym w sagach okrętem tego typu był "Kristsuden" zbudowany w Bergen koło roku 1260 dla króla Håkona Håkonssona mierzący ok. 46-49m. Jednostka zbudowana będzie z drewna dębowego i otrzyma imponujący jedwabny żagiel o powierzchni 300m2. Dostarczy go Seglloftet Jøa, firma z Fosnes, która od 25 lat produkuje żagle specjalnie do rekonstruowanych łodzi wikingów. Wzorem rekonstrukcji jest "Ormen Lange" Olafa Tryggvasona z roku 999 i wszyscy oczekują podobnych osiągów na morzu.
Naukowcy z Uniwesytetu w Tromsø, profesjonaliści i amatorzy historii wikingów z Trøndelag i Møre pracują nad każdym detalem pod bacznym okiem Sigurda Aase, przedsiębiorcy z Haugesundu, który nie ujawnia kosztów ale przyznaje się do sponsorów a nawet trzech międzynarodowych firm, które finansują projekt. Popularne towarzystwa miłośników wikingów z Bygdøy (Oslo), z Vestfold i Østfold gdzie dokonano największych odkryć w tej dziedzinie nie zaangażowano. DHH wyruszy w dziewiczy rejs wiosną roku 2013.
- To fantastyczny eksperyment, bo znaleziono zaledwie kilka okrętów i wcale nie jest powiedziane, że marynistyczne kunszta wikingów ograniczały się jedynie do takich rozwiązań jak w znaleziskach. Studia przed budową trwały rok i używano przy nich komputerowych symulatorów. Nikt z żyjących nie ma przecież doświadczenia w prowadzeniu tak wielkiego drakkara, trzeba będzie eksperymentować nad żeglugą, ożaglowaniem i wiosłowaniem. Rekonstrukcja przybliży nam dzieje przodków i odkryje niejedną konstrukcyjną tajemnicę – przyznaje Sigurd Aase w wywiadzie dla norweskiej agencji NTB – Zapraszamy na pokład wilki morskie z całego świata, chcemy odbyć podróż do każdego miejsca do jakiego takie okręty zawijały. Udamy się z wyprawą na Morze Śródziemne, Morze Czarne, nie wykluczamy też wyprawy do Ameryki zwanej przez wikingów Vinlandią.
Michał Korbiniak / Båtavisa / Dagbladet
-
Trzy-i-półmetrowa choinka!
czwartek,24 grudnia 2009,01:17
kategoria: Rodzina
Tuż przed zamknięciem choinkowego targu kupiliśmy jodłę. Ucieka na jedną stronę a piętra gałęzi są bardzo nierówne. Ale zapach… Zapach ma wprost z mojego dzieciństwa! Otwarcie kartonów z ozdobami z piwnicy jest jak spotkanie ze starymi przyjaciółmi, własnoręcznie robione anioły ze słomki, orły, bańki i pryzmy z żyrandola babci, tym razem upiększą to właśnie drzewko.
Sam wycinałem napis "Solidarność", pamiętam gdy jedną z baniek upiększyłem orderem "Virtuti Militari", trzydzieści lat temu. Dziś moje maleństwa wieszają te ozdoby i swoje własne… z orłami i zbrojnymi lwami.
Potem wszystko znów trafi do piwnicy, wypełni kartony i półki i tak dalej, tak dalej…
Niech zapach jodły i jej żywica przywiedzie na myśl Tatry w te Święta. Tatry, które dla naszych dzieci są narazie tylko bajką…
-
AVATAR trójwymiarowe szambo new-age
piątek,18 grudnia 2009,23:07
kategoria: Film
Jestem zdumiony, że film niczym nie zaskoczył. Nie chodzi mi o trailer, który zdradza fabułę, ale o niuejdżowską układankę w którą zatapia się główny bohater. Wszystko już widzieliśmy. Kotoludy z francuskich komiksów, latających wojowników z "Eragona", latające klify z japońskich baśni i teledysków Gorillaz. Kotoludy mają błękitną skórę jak osoby duchowe z hinduistycznych malowideł, wierzą w pramatkę (Gaję?), ich śpiew przypomina glosolalia i chrześcijańskie pieśni, a obrzędy są rodem z sekciarskich jazd amerykańskich śrich z lat 1960-tych. Mieszkańcy drzew, jak Elfowie, jak Ewoki. Indianie przepraszający zabite stworzenia i modlący się nad nimi. Galopują na swych kosmicznych mustangach (mustangom nie oszczędzono nawet końskiego rżenia) i strzelają z łuków. Główną szamankę ludu Na'vi też już widzieliśmy w jakimś filmie o voodoo czy piratach.
Technologia ludzi jest wtórna: z gier komputerowych, z "Obcych" (ile razy można oglądać Sigurney Weather kładącą się do kapsuły?), "Gwiezdnych Wojen" (hologramy robiły wrażenie w 1977 roku), z filmów o Wietnamie, te same gesty, te same rozkazy, te same żołnierskie żarciki i kpiny mimo roku 2154.
Intensywna muzyka wypalonego Jamesa Horner'a sygnalizuje, że jesteśmy w lesie i, że zaraz przyjdą Dzicy (peruwiańska fletnia pana), odgłosy parowych maszyn "Titanic'a" przenoszą nas na pokłady latających okrętów. To też już znamy na wylot. Nawet synchronizacja okrzyków i ryków z patosem Horner'a jest boleśnie przewidywalna. Ile razy można oglądać angielską szarżę pod Stirling? Choć może to bardziej leśna szarża Maksymusa w Germanii?
W całej tej niuejdżowskiej papce ukryta jest historia zdrajcy, który za możliwość chodzenia porzuca swoje człowieczeństwo, wybiera "Matrix", a my mamy mu przytaknąć (Yes! Yes! Yes!) i pokibicować. Z radością mamy napawać się scenami gdy niebieskie czterometrowe kotoludy przeszywają ludzi strzałami albo ciskają nimi w czeluście. Tym razem to jednak nie Lakotowie pod dowódctwem Johna Dunbar'a biją niedobrą kawalerię Stanów Zjednoczonych, to nie "Tańczący z Wilkami" czy "Człowiek Zwany Koniem" (ach to wejście w plemię, asymilacja, bohaterstwo i córka wodza!), teraz kosmici bronią się przed niszczącą cywilizacją człowieka. Znamienne, że wśród żołnierzy w akcji przeważają biali jasnoocy, trzeba się napracować, żeby dojrzeć Murzyna. Azjatów jak na lekarstwo, został tylko chiński Smok namalowany na latającej fortecy. Ludzie jako zło i pokojowe kotoludy, które wierzą w równowagę w przyrodzie i w energię zaciąganą na kredyt od zespojonego mocą (elektryczną?) świata.
Religia. Świat "Awataru" wypełniony jest religią. W ciągu trzech godzin mamy dobre dwadzieścia minut obrzędów, modlitw, westchnień do bogini Ejły (Eywa'y) i mamy to podziwiać… mamy to pokochać! Mamy wzruszyć się gdy dwa kotoludy się całują. Niepokojące zabiegi tym bardziej, że wojownicy ludu Na'vi kojarzą się z orkami z "Władcy Pierścieni". W scenie gdy główny bohater próbuje nowych stóp i biegnie, prawie zostaje staranowany przez pojazd, odruchowo wyrywa mu się wtedy amerykańskie "Dżizys!", a na końcu spaja się z Ejłą i przechodzi przez nią do nowego ciała na stałe. Tak, przecież nawet słowo awatar to nic innego jak WCIELENIE, inkarnacja. Zjazd od tego "Dżizys" do krainy ukwiałopodobnych nasionek i świecących piegów jest dla widza z mojego kręgu kulturowego obrzydliwy.
Trzeci wymiar. Też już widzieliśmy, np. w "Skrzydłach Odwagi" JJ Annaud'a trójwymiarowi lotnicy wozili tam pocztę nad Andami, niestety byli fatalnie zdubingowani przez polskich lektorów. W "Awatarze" możemy posłuchać cwaniackiej angielszczyzny i języka Na'vi, który jest nudnym, indoeuropejskim językiem o nieskomplikowanej budowie i brzmieniu. To już na naszej planecie Ziemi są ciekawsze języki z kląskaniami i sykami, albo mlaskowe.
Mimo dość brutalnych scen z dzikimi bestiami i krwawą jatką na pełnej sali widziałem sporo dzieci. Jeśli takie filmy będą kształtować ich dusze i gusta to współczuję ich pokoleniu.
-
Admirał
sobota,21 listopada 2009,00:59
kategoria: Film
"Admirał" zaskoczył mnie gładkim pomieszaniem prawosławnej pobożności i niewierności głównego bohatera. Z jednej strony obrona Omska i odbijanie Irkucka z drugiej zaś pocałunki składane na rękach cudzej żony, aż do rozstrzelania. Tak czy siak, pierwszy w świecie film ukazujący racje kontrrewolcjonistów.
-
"Zdrada" (Svik), o Norwegach winnych Zyklonu B
piątek,9 października 2009,23:04
kategoria: Film
Dziś miała miejsce premiera nowego norweskiego filmu wojennego "Zdrada" ("SVIK" właściwie trudno przetłumaczyć, dosłownie "zawód" ale o dość sporym ciężarze). Haakon Gundersen sam go finansował, pisał scenariusz i reżyserował. Film ważny, bo dotychczas nie kręciło się w Norwegii niczego co tyczyło by Zgromadzenia Narodowego (Nasjonal Samling) i kolaboracji z Niemcami. "Zdrada" weszła do kin w atmosferze skandalu i z mety dostała złą krytykę. Musiałem przekonać się sam i wyszedłem z kina dość zadowolony.
Akcja toczy się w 1943 roku w Oslo, a kanwą jest współpraca kompanii Norsk Hydro (mają dziś w Polsce stacje benzynowe) z umoczoną w zbrodnie Auschwitz spółką IG Farben, a także używanie jeńców wojennych jako niewolników przy produkcji aluminium dla Luftwaffe w norweskiej hucie na półwyspie Herøya.
Filmowi brakuje rozmachu dzisiejszego kina, ale jest bardzo udanym teatrem telewizji, albo ciekawym fabularyzowanym dokumentem pełnym napięcia i dobrze zagranym. W roli agentki Evy Karlsen występuje Lene Nystrøm, którą wszyscy kojarzą z głupkowatą Aqua-Leną z popowego zespołu, święcącego triumfy w każdej tancbudzie jakieś dziesięć lat temu. Okazuje się, że Nystrøm jest bardzo sprawną i przekonującą aktorką, a stylizacja na lata 1940-te uwydatnia jej nordycką urodę. Gundersenowi udało się pozyskać kilku niemieckich aktorów, którzy poprostu przerażają swoją niemieckością i bez ogródek odnoszą się do historii własnego narodu.
Poraz pierwszy po wojnie zobaczyliśmy na dużym ekranie Quislinga, kolaborantów i to jak sobie Niemcy poczynali w Oslo. Dla widzów na 59°N mocną musi być scena, w której po królewskiej sypialni w Pałacu mjr Krüger (Götz Otto) paraduje sobie w szlafroku z monogramem "H7" (Haakon VII) i rozdaje znajomym królewskie bibeloty. W jednej ze scen widzimy też, że jest miłośnikiem sztuki – w mieszkaniu trzyma "Madonnę" Muncha.
Złożona historia dwóch braci – jeden jest przedsiębiorcą odpowiedzialnym za fortunę ojca, który układa się z Niemcami, drugi (o którym sądzono, że zginął) wraca na spadochronie z Brytanii by wykonać wyrok… na własnym bracie. Już to wystarczy by uznać film za ciekawy.
Ciekawostką jest też fakt, że całość nakręcono na Węgrzech! Buda zdaje egzamin jako Oslo, a komputerowy Pałac Królewski umajony swastykami i pochodniami wymiata.
-
Miss Potter zamiast Harry'ego
niedziela,27 września 2009,01:23
kategoria: Film
"Miss Potter" (2006) Chris'a Noonan'a to idealny film dla miłośników bajek dla dzieci autorstwa Beatrix Potter. Dla widzów, którym obcy jest Piotruś Królik czy Kaczka Tekla Kałużyńska film może wiać nudą, współczuję jednak widzom którzy książeczek panny Potter nie znają. Renée Zellweger wcieliła się w postać autorki, która każdemu stworzonku była w stanie przypisać fantastyczną historię godną książkowego wydania. Ewan McGregor pojawił się jako mentor i współwydawca Norman Warne, wielka miłość panny Potter. Obraz przepełniony niewinnością, pejzażami północnej Anglii i edwardiańskim klimacikiem la belle epoque. Miłość, bajka, surowe ramy, którym trzeba się oprzeć i najwspanialsza przyzwoitka w historii kina!
-
Młoda Wiktoria, rozważna i romantyczna
wtorek,15 września 2009,00:16
kategoria: Film
Wiedziałem, że "Młoda Wiktoria" (The Young Victoria) Kanadyjczyka Jean-Marc'a Vallée spodoba mi się bo prasa filmowa albo ją ignoruje, albo wystawia najniższe oceny. Kolejne dzieło, którego zakończenie zna się z góry, a które trzeba i tak zobaczyć. Podróż w czasie konieczna by przekonać się, że biedermeier nie był taki brzydki jak się powszechnie uważa i by poduczyć się ogłady (choć nie odrazu).
Poznajemy kostyczne i przekontrolowane wychowanie pięknej księżniczki, bezradnie oglądamy działania partii i koterii, które chcą nią dla swych celów sterować, ale możemy też delektować się odtworzonymi manierami i obyczajem drugiej ćwierci XIX wieku w takt Schuberta, Liszta, Belliniego.
Sceny są żywym odzwierciedleniem obrazów malarskich z epoki: hołd lorda Conyngham'a przynoszącego wieści o śmierci Wilhelma IV znamy z książek historycznych, z tym że we filmie ten i inne obrazy się poruszają. Koronacja oddaje potęgę Brytanii, nad którą pod berłem Wiktorii słońce nie zachodziło dosłownie (!!!) nigdy.
W roli stryja i poprzednika, Wilhelma IV wystąpił Jim Broadbent, prawdziwy Hanower o komiczno-pruskim temperamenice. A może temperament to jakieś resztki włoskiej krwi założycieli dynastii d'Este?
Wątek odwzajemnionej miłości do księcia Alberta jest wyważony i delikatny jak poezja romantyczna. Prawdziwy film dla wrażliwych niewiast, ale bez przesłodzenia: Albert stoi twardo na nogach i jest prawdziwym mężem, tylko o takim marzyć.
Małżeństwo Wiktorii i Alberta jest legendarne. Mimo jego dość krótkiego życia zdążyli spłodzić dziewięcioro dzieci, a Wiktoria do swej śmierci zachowała żałobę, pamiątki i raz po raz nazywała nowe wynalazki imieniem ukochanego nieboszczyka-męża, chociażby sławną Royal Albert Hall.
Przesłaniem filmu jest jak wiele Brytania zawdzięcza Wiktorii i Albertowi, dowiadujemy się o błogosławionych reformach, rewolucji technologicznej, szkolnictwie, a fanfary grają mimo naszych łez wzruszenia… I nikt nie zająknie się o tym, że boom wiktoriańskiej Anglii to przede wszystkim grabierz zamorskich terytoriów, twardy kolonializm, o którym nie można już mówić, że "cywilizował" bo Afryka nadal jest dzika, a może nawet dziksza, a Brytania staje się coraz czarniejsza i nie jest już krajem godnym fanfar i fajerwerków.
A teraz czekam na romantyczno-historyczny film o bł. Karolu i cesarzowej Zycie. ;-)
http://www.theyoungvictoria.co.uk/
