• fronda.pl
  • Modlitewnik
  • Fronda.tv
  • Ciekawe
  • Blogi
  • FForum
  • Klub Fronda.pl
  • Kanał informacyjny

W grząskim gruncie rzeczy

  • Kasa pana generała

    poniedziałek,17 sierpnia 2009,11:48

    kategoria: Polityka

    Jak donosi dzisiejsza Rzeczpospolita, ojciec założyciel Platformy Obywatelskiej, generał peerelowskiego wywiadu Gromosław Czempiński, utracił lub o mało co utracił 2 miliony dolarów zdeponowane na szwajcarskim koncie. Okoliczność ta, z pozoru bagatelna, potwierdza kilka obiegowych i oszołomskich opinii na temat rzeczywistości i kulisów III RP.

    Po pierwsze, że służby specjalne PRL, wbrew tworzonej im przez Salon legendzie fachowców i służbistów oddanych ojczyźnie "w jakiej przyszło nam wszystkim żyć" , przede wszystkim oddane były własnym interesom. Peerelowski bezpieczniak G. Czempński, zasiadał w zarządach lub radach nadzorczych banków (np. BRE Bank) i wielkich korporacji finansowych (np. Deloitte), dzięki czemu zgromadził majątek, o którym większości Polaków może tylko śnić. Część owego majątku z jakichś zagadkowych przyczyn zdeponował w Szwajcarii, znanej z wybitnej dbałości o nieujawnianie organom podatkowym i organom ścigania pochodzenia aktywów oraz nazwisk swoich klientów, a także oddał owe środki pod opiekę mordercy, "kasjerowi lewicy" Peterowi Voglowi.

    Po wtóre, że pieniądze zarabiane przez postkomunistyczne elity, wbrew powszechnie zadekretowanej teorii "polskiego raczkującego kapitalizmu", nie były zdobywane spontanicznie i krystalicznie czysto. Bo czyż prawowity właściciel, kiedy kradnie się jego własność, nie zawiadamia policji? Tymczasem pan generał Gromosław Czempiński – jeśli wierzyć relacji Rzeczpospolitej – miast podnieść raban, że ktoś jego krwawicę wykrada, biec z tym do prokuratury, dyskretnie powiadomił jedynie… Petera Vogla, który – jak to "kasjer lewicy" – podesłał już w odpowiednie miejsce ucięty koński łeb, albo owinięte w poranną prasę zdechłe ryby.

    Po trzecie, że świat elit finansowych, politycznych, przestępczych i bezpieczniackich w III RP tak bardzo się przenika, że staje się niemal jednorodną masą, w której niczym skwarki w smalcu mrugają do nas oczęta nie tylko twarzy "lewicy", ale i tzw. "prawicy", którą – jak się okazuje – gen. Czempiński osobiście zakładał "odbywając olbrzymią liczbę rozmów". Bliski znajomy Marka Dochnala, agent wywiadu PRL, szef UOP w III RP, znany finansista, ulubieniec Moniki Olejnik, wreszcie nieformalny  ojciec chrzestny znanego i lubianego premiera Donka.

    Po czwarte, że nad tą jednorodną masą polityczno-bezpieczniacko-przestępczą, troskliwą opiekę roztaczają media, bynajmniej nie z powodów ideowych, czego przykładem jest uprzejme przemilczenie i brak dociekliwych śledztw dziennikarskich, łączenia odległych wątków i drążenia tematu zakładania przez gen. Czempińskiego Platformy Obywatelskiej. Nagle wszystkie Kittle i Marszałki pochowały się pod szerokimi szpaltami, na których roiło się od bezkompromisowych dociekań z jakiego powodu posłanka Kruk mówiła "coś tam, coś tam", i dlaczego prezydent Kaczyński stawał na palcach by wręczyć nominację panu Stasiakowi. Natomiast informację o szwajcarskich aktywach generała, Gazeta Wyborcza umieściła dziś w… rubryce humorystycznej.

    Czyli wszyscy w dobrych humorach, bo przecież pieniądze się ponoć w końcu znalazły…

    Komentarzy: 6

  • Właściciele naszej wolności

    piątek,5 czerwca 2009,13:56

    kategoria: Polityka

    Milkną powoli "toasty za wolność" , ucichły wiecowe megafony w Gdańsku i Krakowie, opadło konfetti, więc można już chyba, gdy emocje wracają do normalnego poziomu, zapytać biesiadników poubieranych w papierowe czapeczki urodzinowe, co wczoraj świętowali.

    Chodzi mi przede wszystkim o tych biednych ludzi, którzy uwiedzeni wielotygodniową propagandą medialną "rocznicy obalenia komunizmu", po raz kolejny stali się niemym audytorium przedstawienia, do którego scenariuszem stała się polityka historyczna napisana dwadzieścia lat temu, tyle że nie przy urnach wyborczych, a przy okrągłym stole.

    Nie samym szampanem człowiek żyje, więc gdy zapytać przeciętnego biesiadnika, co świętuje, to z całą pewnością odpowie, że świętuje wolność gospodarczą, ekonomiczną, wolność do podejmowania obranej przez siebie pracy, wykonywania wymarzonego zawodu. To w teorii. Praktyka zaś jest taka, że po 1989 roku mamy w Polsce ponad 300 zawodów (od hodowcy chartów po adwokata), których wykonywanie wymaga szczególnych koncesji i zezwoleń urzędniczych. Nie wystarczy więc odpowiednie wykształcenie, zapał i pracowitość – trzeba dostać administracyjną zgodę. Liczba ta jest ponoć znacznie wyższa niż za PRL-u.

    Na straży tej wolności, na której cześć wznosiliśmy wczoraj toast stoją w III RP korporacje zawodowe albo zwykli urzędnicy lokalni lub rządowi. Gremia te zostały bądź to w całości odziedziczone po PRL, bądź to utworzone po 1989 roku z partyjno-rządowych kadr, celem zapewnienia im odpowiedniego startu w "polski raczkujący kapitalizm". Ot, przykład pierwszy z brzegu: szefem samorządu biegłych rewidentów księgowych jest były premier PRL Zbigniew Messner. Korporacja ta nie tylko orzeka kto może zostać księgowym w stopniu rewidenta, ale przede wszystkim ma ogromny wpływ na działalność całej polskiej gospodarki, gdyż kontroluje, co z kolei zapewnia jej szczególna ustawa, dziesiątki tysięcy polskich spółek.  Oczywiście nasza polityka historyczna, napisana przez Kiszczaka ręką Adama Michnika, przechodzi do porządku dziennego nad takimi paradoksami, jak fakt, że polski kapitalizm, polską wymarzoną wolność gospodarczą, za którą wznosimy toasty, kontroluje komunista.

    Jaką  wolność świętujesz, drogi "lepiej wyszktałcony, zamożniejszy obywatelu, z większego miasta"? Na tak zadane pytanie, może paść także odpowiedź: wolność słowa. O tak, pani Szczepkowska, która ogłosiła dwadzieścia lat temu, że "skończył się komunizm" i trwała chyba w tym przekonaniu pomimo tego, że po "końcu komunizmu" prezydentem Polski został gen. Jaruzelski a najważniejszą osobą w państwie - szef policji politycznej gen. Kiszczak, perorowała wczoraj w TVN24, że wolnością jest to, iż możemy tutaj siedzieć i mówić co nam ślina na język przyniesie. Ale wolność słowa, którą świętujemy też ma swoich władców. Już abstrahując od faktu, że prowadzenie działalności radiowo-telewizyjnej wymaga szczególnego trybu koncesji, o którym pewien magnat medialny z Włoch, stający bez powodzenia do konkursu powiedział w autoryzowanym wywiadzie "posmarowałem komu trzeba, ale nie wiedziałem, że w Polsce trzeba mieć poparcie w służbach specjalnych"; abstrahując od faktu owych koncesji na nadawanie wolnego słowa, przyjrzyjmy się, kto tym wolnym słowem w III RP dysponuje.

    Otóż dwa największe prywatne koncerny medialne zostały założone przez biznesmenów działających aktywnie w najcięższych czasach PRL-u i odnoszących spektakularne sukcesy na handlu z zagranicą (kontrolowanym w 100 % przez bezpiekę) w okresie… stanu wojennego. O jednym z nich już wiadomo, że był agentem tejże bezpieki, dwaj pozostali albo na szczególne polecenie SB dostawali paszport "ze względów operacyjnych" , albo też byli rekomendowani gen. Kiszczakowi przez J. Urbana do szczególnego pionu propagandowego w MSW, jako wybitni specjaliści od propagandy w łonie samej PZPR. Czy owe rekomendacje z dnia na dzień, po tym jak rozbrzmiały pełne patosu słowa pani Szczepkowskiej, straciły na aktualności?

    Jeśli nie wolność gospodarcza, jeśli nie wolność słowa, to może  - powiązana bezpośrednio z tą ostatnią – wolność badań naukowych jest wielkim osiągnięciem "młodej polskiej demokracji" ? I tu znów wolność  ma granice wyznaczane – a jakże by inaczej! – przez "obalonych" komunistów. Dwadzieścia lat po "upadku komunizmu" kadry naukowe niemal wszystkich uczelni wyższych w Polsce nadal przesiąknięte są funkcjonariuszami dawnych uniwersyteckich POP-ów oraz konfidentami bezpieki. Jeszcze gorzej, co paradoksalne, ale i symboliczne, jest w uczelniach prywatnych, które zalewają obecnie "rynek uczelniany" w wyniku wolnorynkowej likwidacji monopolu państwa na kształcenie. Ostanio jedna uczelnia z Poznania na obchody "odzyskania niepodległości" zaprosiła… gen. Wojciecha Jaruzelskiego, którego uznaje – jak widać – za szczególnie zasłużonego dla polskiej wolności i nauki.

    Uczelnie polskie swobodę badań naukowych traktują dosyć osobliwie. Kiedy bowiem pojawia się inicjatywa lustracji środowiska, która może tylko ową swobodę badań naukowych wzmocnić, to wówczas wzniecony zostaje przez dwóch agentów bezpieki bunty antypaństwowy, którego celem jest… ochrona wolności badań naukowych. W jej ramach te same uczelnie wyrzucają ze swoich katedr naukowców opowiadających się za lustracją, odwołują przedsięwzięcia naukowe, w których biorą udział niepoprawni politycznie historycy, uniemożliwiają osobom spoza układu awans zawodowy. Dowody tego typu postaw mieliśmy w ostatnich miesiącach na renomowanych polskich uniwersytetach: Jagiellońskim, Wrocławskim, Gdańskim i Śląskim, zaś ostracyzm środowiskowy spotkał dr Marka Migalskiego, Pawła Zyzaka, ks. Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego, dr Poula Camerona. Wszyscy oni, a także niemałe rzesze ich zwolenników, słuchaczy i studentów zostały przez właścicieli wolności na uczelniach wyrugowani poza nawias naukowej debaty.

    Tak więc, wolność – wolnością, ale – jak się okazuje – ktoś musi nad tym wszystkim panować, ktoś musi wyznaczać jej ramy w każdym wymiarze: gospodarczym, medialnym, naukowym. W takiej sytuacji, namolne nakłanianie wszystkich do "wzniesienia toastu za wolność" przez środowiska, które same decydują o jej granicach, powinno rodzić co najmniej czujność, wobec doświadczeń nie tak odległej historii , kiedy to towarzysz Józef Wissarionowicz Dżugaszwili przekonywał swoich poddanych, że "nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji" jak w kraju przez niego rządzonym. I wielu mu uwierzyło, czego wstydzą się do dziś.

    Komentarzy: 5

  • Pudło rezonansowe w Generalnej Guberni

    poniedziałek,1 czerwca 2009,12:20

    kategoria: Polityka

    Z polityką historyczną jest trochę tak jak z kryzysem: nie istnieje dopóki premier Donald Tusk jej nie zauważy. Ale wtedy jest już za późno na jakąkolwiek reakcję.

    Kiedy kilka dni temu rządzące Niemcami, a także frakcją premiera Tuska w Parlamencie Europejskim partie CDU-CSU oświadczyły, że "wypędzenia każdego rodzaju muszą zostać potępione na płaszczyźnie międzynarodowej, a naruszone prawa muszą zostać uznane", pan minister Radosław Sikorski uznał ową deklarację za nieistotną zaś premier Donald Tusk zbagatelizował ją tłumacząc swoich niemieckich przełożonych z Partii Ludowej, że ich słowa to tylko przedwyborczy chwyt na użytek kampanii w Niemczech. Postulatowi CDU-CSU towarzyszył artykuł na łamach wpływowego tygodnika Der Spiegel o współodpowiedzialności Polaków za holokaust narodu żydowskiego, który (artykuł, ma się rozumieć) ze sporą dozą wyrozumiałości przyjęła Gazeta Wyborcza oraz przedstawiciele środowisk żydowskich w Polsce. Co prawda, polski rząd odpowiedział, że nie za bardzo podoba mu się ubieranie Polaków w mundury SS, niemniej to samo polski rząd mówił o Centrum Przeciwko Wypędzeniom, wysyłając nawet w tajną misję "profesora" Władysława "Bydło" Bartoszewskiego, która skończyła się ostateczną decyzją, że Centrum powstanie i to według projektu pani Eriki Steinbach, zaś Niemcy postanowili "przeczekać", jak napisała jedna z tamtejszych gazet, Polskie niezadowolenie.

    Jak widać na polu polityki zagranicznej, w której to mieliśmy uzyskać po ostatnich wyborach nową jakość, idzie nam raczej średnio, a gdy już dochodzi do polityki historycznej, to nasi mężowie stanu gubią się jak dzieci we mgle. I już nawet nie chodzi o to, że premier Tusk niemiecką operację przerzucania na Polskę win za II Wojnę Światową nazywa zwykłą kampanią wyborczą. Bo co może powiedzieć facio, któremu wszystko się kojarzy z propagandą, na której zresztą legitymuje swoją własną władzę i popularność? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jak już wrzeszczące Kaczory zmuszą go do zajęcia jakiegoś stanowiska w sprawie, to aby odegrać rolę obrońcy interesu narodowego, bąknie cosik w odpowiedzi na niemieckie kalumnie, niczym pudło rezonansowe, na którym grają tamtejsze władze.

    Tymczasem polska polityka historyczna przybiera postać gombrowiczowskiej groteski, w ramach której coraz śmielsze postulaty polityczno-historyczne strony niemieckiej, kwitowane są co najwyżej bezradnymi grymasami wymuszonego oburzenia. A Niemcom w to graj, bo to oni, jak za dawnych dobrych lat, są w ofensywie, to oni dyktują kierunek i temperaturę tej dyskusji, Polsce pozostawiając rolę biernego świadka tej kampanii. W konsekwencji Donald Tusk wpisuje się jako nieszkodliwy element w niemiecką politykę historyczną, bądź to godząc sie na Centrum Przeciwko Wypędzeniom, jak podał ostatnio Frankfurter Sonntegszeitung, bądź bagatelizując nastroje rewizjonistyczne w tamtejszych elitach władzy.

    Komentarzy: 1

  • Co wolno Mędrcowi

    wtorek,19 maja 2009,14:28

    kategoria: Polityka

    Nie umilkły jeszcze pieśni pochwalne na cześć "diamentu" i "skarbu narodowego" Lecha Wałęsy, który jest polskim Mędrcem Europy, a już musimy chyba zmienić zdanie na temat pana prezydenta, bo salon III RP ogłosił, że powinien on "przebadać się u psychiatry", gdyż stręcząc swoją osobą partii Libertas "stanął po stronie Kremla".

    O tym, że Wałęsa stoi po stronie Kremla od wielu już lat mówią jego dawni koledzy z Solidarności, więc muszą czuć swego rodzaju gorzką satysfakcję, że po latach przegranych procesów, słono opłacanych przeprosin i sprostowań, rację przyznał im prominentny przedstawiciel establiszmentu pan Jacek Żakowski, który – jeśli już mówi o tym, że ktoś działa na rzecz Kremla – to musi mieć chyba informacje z pierwszej, lub co najmniej drugiej ręki. Ale o tym, czy filipika pana Żakowskiego, który jeszcze parę tygodni temu wychodził z siebie by wychwalać Mędrca Europy, miała jakiś głębszy sens, chyba nigdy się nie dowiemy, więc szkoda tracić czas na domysły.

    Zwłaszcza, że po stronie Kremla stanął nie byle kto, bo największy autorytet współczesnej Polski, mędrzec i symbol w jednym, więc – idąc w nieubłaganym kierunku posłuchu dla autorytetów – należałoby uznać, że zarówno partia Libertas, jak i Kreml, to odpowiedni kierunek polityczny dla Polski. Tymczasem – i tu pojawia się siurpryza – pan Jacek Żakowski, jako wyraziciel zaskakująco zgodnego trendu ostatnich dni reprezentowanego i przez premiera Tuska, i przez ministra Sikorskiego i przez samego guru Michnika, mówi "diamentowi"sakramentalne no pasaran.

    I co teraz mamy, biedni, począć: Czy słuchać największego żyjącego autorytetu, diamentu, mędrca i tak dalej, czy może zwrócić się z powrotem o wytyczne do Gazety Wyborczej, TVN24 i premiera Tuska? I czy w historii młodej polskiej demokracji nie dokonuje się właśnie kolejny zwrot w linii dydaktycznej? Czy aby na pewno nadążamy za zmianą wytycznych dotyczących tego, co mamy myśleć?

    Ci, którzy mają dobrą intuicję, już udzielają się na internetowych forach, rugając anonimowo naszego Mędrca, już wygrzebują schowane w końcówce ubiegłej dekady koszulki z napisem "Nie chcem ale muszem". Oni wiedzą, że Mędrcom co prawda wolno donosić do SB, kraść urzędowe dokumenty na swój temat, pleść androny i wyzywać od "debili" i "skurwysynów" urzędującego prezydenta, ale nie wolno im stanąć w poprzek obowiązującej strategii. Bo nawet Mędrców obowiązują jakieś zasady, o czym przypomniał ostatnio Lechowi Wałęsie pan redaktor Żakowski, grożąc że donosicielstwo, chamstwo i używanie służb specjalnych dla własnych celów jeszcze ujdzie, ale po czymś takim jak występ dla partii Libertas legenda Solidarności "już się nie podniesie".

    Komentarzy: 2

  • Ręczne sterowanie

    poniedziałek,18 maja 2009,19:17

    kategoria: Polityka

    Prezydent Sopotu Jacek Karnowski z Platformy Obywatelskiej, złapany in flagranti na korupcji, w demokratycznym referendum otrzymał od wyborców wotum zaufania i pozostanie na swym urzędzie do końca kadencji pomimo 8 zarzutów, jakie postawiła mu prokuratura. Referendum w Sopocie oznacza, że propaganda  medialna  osiągnęła takie efekty, iż można już zacząć mówić o ręcznym sterowaniu nastrojami ludu.

    "Lepiej wykształceni, zamożniejsi wyborcy z większych miast", głosujący na Platformę i zwani na wyrost wykształciuchami postanowili wziąć udział w plebiscycie, jaki w Trójmieście został wywołany przez polityków PiSu, którzy zwęszywszy aferę w szeregach Platformy, stanęli na nieubłaganym gruncie walki z korupcją w sopockim ratuszu. Plebiscyt ów w gruncie rzeczy wcale nie dotyczył tego, czy Karnowski ma wylecieć ze stanowiska. Otóż podstawowym pytaniem, przed jakim stawiany jest od 2005 roku polski wyborca jest: czy stoisz po stronie obciachu, wsteczności, zapyziałości, pucołowatości, nienawiści i kota Alika, czy jesteś po stronie światłości, postępu, miłości i piękna?

    Odwaga nie jest najmocniejszą stroną "lepiej wykształconych wyborców Platformy z większych miast", toteż postanowili oni karnie stanąć po właściwej stronie i merytoryczna treść zarzutów w stosunku do platformianego watażki nie miała większego znaczenia. Zresztą, czyż ów watażka nie uosabia tej podstawowej zasady "polskiego raczkującego kapitalizmu", u którego zarania pojawili się KLD-owcy, czyli protoplaści Platformy: zasady, że smithowska "niewidzialna ręka rynku"- owszem – jest Polsce niezbędnie potrzebna, ale głównie po to by sięgać po cudze pieniądze, ergo że "pierwszy milion trzeba ukraść"? Prezydent Karnowski także postanowił ukraść swój pierwszy milion, tylko że w odróżnieniu od kolegów, został na tym przyłapany.

    No więc wyborca, bombardowany przez media i Platformę wszechobecną miłością przechodzi nad tymi okolicznościami do porządku dziennego i niespecjalnie go one interesują, wszak liczy się tylko kierunek, który aktualnie wyznacza centrala postępu, fajności i tak dalej. Kolejnym dowodem na to jest osiemdziesięcioprocentowe poparcie dla "diamentu" i "skarbu narodowego" to jest Lecha Wałęsy, który jeszcze kilka lat temu był najbardziej obciachowym politykiem w Polsce, a jego wyniki wyborcze oscylowały wokół 1 procenta poparcia. Założę się, że ci sami, którzy jeszcze niedawno nosili koszulki z napisem "Nie chcem ale muszem"dziś dali by się pokroić za Wałęsę. Dziś bowiem obrona Wałęsy jest trendy, tak jak parę lat temu trendy były kpiny z byłego prezydenta. Zapewne i chwilowa konsternacja wywołana stręczeniem swoimi złotymi myślami przez Wałęsę dla partii Libertas także wkrótce minie i "lepiej wykształceni, zamożniejsi wyborcy z większych miast" na powrót zaczną wysyłać Wałęsę do psychiatryka, albo – podążając za wskazówką Żakowskiego – uznają go za agenta Kremla (nota bene, uznanie przez prominentnego przedstawiciela Salonu Lecha Wałęsy za agenta Kremla jest tak montypythonowskie, że dalszy komentarz jest zbędny, bo nic dowcipniejszego nie da się wymyślić).

    Gdyby Lech Wałęsa nie był użyteczny w walce z szeroko pojętym kaczyzmem, gdyby prezydent Karnowski nie należał do Platformy, albo gdyby brał w łapę zanim rozgorzał spór między Polską światłą a Polską ciemną, to z całą pewnością wyborcy zachowywaliby się tutaj znacznie bardziej racjonalnie i logicznie. Dowodem tego są chociażby przykłady niedawnych referendów lokalnych, o wyniku których miało decydować nie ego  głosujących, a interes samorządu. Zenon Rzeźniczak ze Zduńskiej Woli i Czesław Małkowski z Olsztyna nie mieli tyle szczęścia co Jacek Karnowski – po usłyszeniu zarzutów zostali przez wyborców strąceni ze stołka.

    Komentarzy: 4

  • Dwadzieścia lat po zwycięstwie

    czwartek,14 maja 2009,19:12

    kategoria: Polityka

    Co prawda polityka historyczna grozi niebezpieczną ksenofobią, bo – co tu dużo mówić - wszelka wiedza o przeszłości własnego narodu trąci ksenofobią, tym niemniej nasi liberałowie, co to polskość uznają za "brzemię, którego nie mają ochoty nieść" sposobią się do uprawiania polityki historycznej w sensie ścisłym. A, jak powszechnie wiadomo, nie ma lepszych okazji do nauczania historii, jak okrągłe rocznice.

    Tak się bowiem składa, że w najbliższych tygodniach obchodzić będziemy swoiste propagandowe triduum: najpierw obrady okrągłego stołu, potem wybory czerwcowe i na końcu powołanie pierwszego "niekomunistycznego" rządu. Powiada się, że te wydarzenia sprzed dwóch dekad są symbolem "zwycięstwa nad komunizmem", a zatem bezsprzecznie mamy tu do czynienia z historią heroiczną. Bo skoro zwycięstwo, to walka, a skoro zwycięstwo w walce, to oprócz zwycięzców, są także przegrani, to jest "obaleni komuniści".

    Tak więc "obalony komunista" Wojciech Jaruzelski, w wyniku przegranej walki o państwo polskie został… tegoż państwa prezydentem, zaś obalony zwierzchnik komunistycznej policji politycznej Czesław Kiszczak został szefem służb specjalnych, pod formalnym zwierzchnictwem "pierwszego niekomunistycznego premiera", to jest członka PZPR i posła na sejm PRL Tadeusza Mazowieckiego  Gdy dodać do tego równie heroicznie obaloną PZPR, której członkowie rządzili Polską pookrągłostołową przez większość czasu, aż do 2005 roku, to zaczynamy rozumieć, do czego potrzebna jest salonowi polityka historyczna.

    Co prawda historia nie zna przypadków, kiedy to obaleni władcy stawali na czele nowej władzy, ale kto powiedział, że Polska nie może być wyjątkiem? Zwłaszcza, że, jak słusznie zauważają przeciwnicy polityki historycznej, jest ona instrumentem do wykorzystywania przeszłości dla doraźnych celów politycznych, czego przykładem jest chociażby pani Erika Steinbach, z którą dzielnie walczy pan premier Tusk, zgadzając się na wszystkie jej pomysły.

    Pani Erika Steinbach uznaje Niemców za ofiary II Wojny Światowej, a walczący z nią zażarcie premier Donald Tusk, będący wszak tylko przedstawicielem szerszego środowiska, uznaje, że komuniści w Polsce zostali obaleni przy okrągłym stole. Ta zbieżność metod polityczno-historycznych Tuska i Steinbach dowodzi, że walka – walką, ale przeciwieństwa często się przyciągają, co czyni ich walkę relatywnie pozorną. To dokładnie tak, jak z tą walką polskich elit przeciwko komunizmowi.

    Polityka historyczna Salonu III RP, który uważa że "wygrał dla Polaków walkę z komuną" obnażona została w sposób tyleż niespodziewany, co symboliczny.  Owóż jeśli odejmiemy od historii politykę, to dojdziemy do wniosku, że jeżeli ktokolwiek w Polsce próbował rzeczywiście obalić komunistów, to byli to strajkujący robotnicy na Wybrzeżu, a nie wybierające Jaruzela na prezydenta elity.  Gniewu wspomnianych stoczniowców przestraszył się ostatnio premier Tusk uciekając z obchodami triduum do Krakowa. I tym właśnie sposobem – w ramach polskiej polityki historycznej – czcimy rocznicę obalenia komuny bez obaw o jej zakłócenie przez robotniczą tłuszczę. Bo to przecież nie jej święto, tylko nasze, czyli zwycięzców, którzy tę historię napisaliśmy…

     

    Komentarzy: 4

  • Kupa miłości od Donalda Tuska

    piątek,1 maja 2009,14:04

    kategoria: Polityka

    "Lepiej wykształcony, zamożniejszy elektorat z większych miast" po raz kolejny dał znać o sobie, albowiem, niesiony wszechobecną atmosferą świętego oburzenia na "karłów moralnych", "robaków pływających w szambie" i "pierwotniaków"jął wysyłać do prof. Nowaka, promotora pracy magisterskiej Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie, pocztówki z pozdrowieniami na literę "k…" lub "ch…" oraz przesyłki z kałem.

              

    Tak zwanego mainstreamu ten epizodzik w ogóle nie obszedł, zwłaszcza, że w tym samym czasie poseł Palikot pił żołądkową gorzką, a niezawisłe sądy zajmowały się energicznym zmuszaniem do dementowania przez PiS informacji, że senator Misiak, wyrzucony z PO za dorabianie się na likwidacji stoczni, … dorobił się na likwidacji stoczni. Jak wspomniałem, gówno wysłane do profesora Nowaka nikogo nie zainteresowało, zwłaszcza, że przecież jest robakiem i pierwotniakiem. Co innego, gdyby taką przesyłkę dostał prof. Geremek, na przykład po tym jak honorowo odmówił lustracji, albo "profesor" Bartoszewski, po tym jak stanął po właściwej stronie politycznej barykady – wtedy to byśmy dopiero mieli rejwach sakramencki. A tak, to po prostu "pierwotniak"dostał to, na co zasłużył.

             

    Rzeczone przesyłki z kulturalnymi pozdrowieniami od rządów miłości mogły być, jak przypuściłem na wstępie, spontanicznym odruchem elektoratu lepiej wykształconych, zamożniejszych wyborców Platformy z wiekszych miast, zachęcanych do takich zachowań przez swoich idoli w osobach Tuska, Niesiołowskiego, Palikota e tutti quanti. Zwłaszcza, że jak zauważył Victor Klemperer, niemiecki językoznawca, badający propagandę nazistowską: "To, co oddziaływało najskuteczniej, to nie były konkretne mowy, artykuły, ulotki, plakaty czy sztandary. Narodowy socjalizm wślizgiwał się w ciało i krew tłumu pojedynczymi słowami, zwrotami, formami zdań, które były przyjmowane mechanicznie i nieświadomie”.Te pojedyncze słowa i zwroty, to na przykład "pierwotniaki", "robaki", "karły moralne", których aktualnie partia miłości używa do rozprawy z historykami ośmielającymi się mieć wizję historii odmienną niz zadekretowana na politycznych nasiadówach. Zauważyli już to znacznie mądrzejsi od nas: propaganda wślizguje się w ciało i krew tłumu przy pomocy takich właśnie pojedynczych słów – wytrychów, zaś metodę tak zwanej insektyzaji wroga, celem podburzania tłumu przeciwko niemu, wynalazła właśnie propaganda III Rzeszy. A, jak powszechnie wiadomo, tłum bywa nieobliczalny, czego dowodem są zarówno wygrane przez NSDAP w pełni demokratyczne wybory w Niemczech, jak i aktualne pozdrowienia, jakie ta lepsza, lepiej wykształcona i tak dalej, część społeczeństwa przesyła "pierwotniakom".

         

    Z drugiej zaś strony, tego typu metody zastraszania i zaszczuwania nie koniecznie muszą wynikać ze spontanicznych odruchów społeczeństwa. Mogą być one staranną grą operacyjną bezpieki, która w takich akcjach się od lat specjalizuje, a która przecież nie zniknęła z powierzchni ziemi i nawet jeśli jej poszczególni członkowie na przykład nie żyją, to gdy przychodzi potrzeba operacyjna są wskrzeszani z martwych, czego przykładem był kpt. Graczyk, który powstał z grobu, by zaświadczyć, że dawał pieniądze Lechowi Wałęsie nie za donoszenie, tylko tytułem zapomogi, co było celem całej esbecji, powołanej, jak powszechnie wiadomo, do finansowego wspierania "legend Solidarności" i tym samym obalenia komunizmu. Podobne przesyłki, jak ostatnio prof. Nowak, dostawały od UB a potem SB "zaplute karły reakcji". Nie można wykluczyć, że i "karły moralne" są w ten sam sposób neutralizowane.

          

    Nie ma trzeciej alternatywy. Albo więc propaganda nienawiści osiągnęła rezultaty najlepszych wzorców z III Rzeszy, skłaniając ludzi do aktów przemocy i zastraszania wrogów ustroju, albo Polską miłości, Polską Donalda Tuska współrządzi bezpieka, która, jak to miała w zwyczaju w czasach PRL-u, robi w imieniu władz – nomen omen – brudną robotę.

    Komentarzy: 2

  • Egzaltowany kuglarz

    poniedziałek,27 kwietnia 2009,19:15

    kategoria: Polityka

    Małość stoi zawsze blisko patosu. Dowodem tego jest chociażby pan redaktor Tomasz Lis, który niedawno dziarsko niczym damski bokser przedrzeźniał jedną dziennikarkę w radiowym studio, a wczoraj po rycersku stanął w obronie innej dziennikarski, swej małżonki, kreśląc na koszulce wyznanie, że "jest dumny ze swojej Hani". "Hani" czyli prezenterki telewizyjnej o ambicjach sięgających dalej aniżeli czytanie tekstu z promptera, a których to ambicji nie rozumie kolejny już przełożony.

     

    Gdybyśmy mieli do czynienia z normalnym światem dziennikarskim w normalnym kraju, to gazety, miast zachwycać się nad tym, że jakiś dziennikarz jest dumny ze swojej żony, zajęłyby się czymś pożytecznym, ale ponieważ w naszych mediach rządzą Tomasze Lisy i inne Olejniki, to dziennikarze zajmują się głównie manifestacją swoich własnych ambicji miast przekazywaniem informacji o otaczającym nas świecie. To już zresztą nie pierwszy taki przypadek, kiedy cała Polska jest zmuszona do przeżywania perturbacji emocjonalno-zawodowych małżeństwa Lisów, albowiem już jakiś czas temu, kiedy "Hania" , zamiast czytać z promptera, zaczęła bawić się w publicystkę, za co została zawieszona, Tomasz Lis fukał naburmuszony do kamer telewizyjnych, zaś z Lisowej zrobiono kolejną ofiarę kaczyzmu. Podobnie zresztą było, gdy Solorz zwolnił naszego rycerza w rękawicach bokserskich z Polsatu. Wówczas mieliśmy do czynienia z manifestem politycznym, zgodnie z którym Lisa nie wyrzucił Solorz tylko Kaczyński, co jest  koronnym dowodem na upadek wolności mediów i demokracji w Rzeczpospolitej Polskiej.

     

    Słowem, koszulka Tomasza Lisa jest papierkiem lakmusowym stanu demokracji i standardów politycznych w Polsce. Polska stanie się więc krajem ogólnej szczęśliwości i urodzaju dopiero wtedy, gdy Tomasz Lis uzna za stosowne nie wypisywać na t-shirtach dramatycznych manifestów, a "Hania" będzie mogła opowiadać w Wiadomościach co jej ślina na język przyniesie. W ten właśnie sposób zdefiniowana zostanie na nowo rola "dziennikarza", od którego raz na zawsze przestaniemy wymagać by informował nas o otaczającej rzeczywistości, a jedynie, przy pomocy  grymasów wystawiał jej arbitralne oceny. A wszystko po to, byśmy wszyscy wiedzieli co myśleć na temat faktów ujawnianych przez moralne karły i inne Zygzaki za plecami "dziennikarzy".

    Komentarzy: 3

  • Nasz cel to "prawda" bez wypaczeń

    wtorek,14 kwietnia 2009,11:08

    kategoria: Polityka

    "Wolność - Pokój - Socjalizm" brzmiało jedno z bardziej nośnych haseł wypisywanych na komunistycznych sztandarach. A że od teorii do praktyki droga wiedzie daleka, to o "wolność" walczono w łagrach i podziemiach komend MO i siedzib SB (UB), zaś globalny pokój zaprowadzali"ludzie honoru" wysyłając polskie wojska do Czechosłowacji lub snując plany ataku na jak zwykle śmiertelnie niebezpieczne królestwo Danii.

         

    Ten uderzający rozdźwięk haseł i czynów, ta ich fundamentalna sprzeczność zachodzi także dziś, co świadczy po raz kolejny o tym, że żadnej wiedzy z lekcji komunizmu nie wyciągneliśmy. Oto bowiem dowiadujemy się od premiera Tuska, że bezprecedensowy atak na IPN, a także na archiwistę tej instytucji, który prywatnym sumptem wydał niepoprawną politycznie książkę, dokonywany jest w imię "prawdy". Prawda mianowicie wymaga tego, aby zakneblować wszystkich tych, którzy próbują jej dociekać i osiągają rezultaty sprzeczne z oczekiwaniami umiłowanej władzy oraz zastraszyć (kontrolami ministerialnymi i medialną nagonką) ewentualnych naśladowców ipeenowskich "karłów moralnych". Gdyby podobny zabieg propagandowy przeprowadzono w PRL-u, dziś na jego wspomnienie moglibyśmy się jeno roześmiać podając go jako groteskowy przykład obłudy tamtych czasów. Ale to dzieje się teraz, co więcej, wystarczy włączyć piewszą lepszą stację telewizyjną lub otworzyć gazetę adresowaną do "lepiej wykształconych, zamożniejszych wyborców z większych miast" by stwierdzić, że frazesy rodem z komunistycznych sztandarów przepisywane są tam nie w cudzysłowiu, ale całkiem dosłownie, ba, z propaństwowym zadęciem i śmiertelną powagą. No, z tą powagą to może trochę przesadziłem, bo gdy się słyszy takiego czupurnego posła Niesiołowskiego, u którego za "zaplutych karłów reakcji" robią ostatnio historycy z IPN-u ("etyczne i moralne pierwotniaki"), to nie sposób wyzbyć się wrażenia, że mamy do czynienia, jeśli nie z człowiekiem chorym, to na pewno będącym w potrzebie.

         

    Tak to jest z mentalnością totalniacką, że nie znosi wokół siebie żadnej odmienności i od razu próbuje ją delegalizować. Postawa rządu miłości wobec tych, którzy krzyczą o naszej "legendzie narodowej" - "król jest nagi" doskonale to obrazuje. Walka zaś o utrzymanie owej "legendy" czyli sprytnie podanych Polakom kłamstw, manipulacji i przemilczeń, celem ochrony już nie tylko samego Lecha Wałęsy, ale i całej mitologii okrągłostołowej, odbywa się - a jakże! - pod sztandarami "prawdy" i "pamięci" narodowej Polaków.

     

    Komentarzy: 3

  • Zaciśnięte pięści w odruchu miłości

    poniedziałek,6 kwietnia 2009,18:55

    kategoria: Polityka

    Pan premier Tusk oświadczył dziś, że "pięści się mu zaciskają" na widok profesora Kurtyki na stanowisku szefa IPN, ale na skutek fatalnej ustawy, która - a to ci niespodzianka! - ogranicza możliwość politycznych nacisków na tę instytucję, jego odwołanie będzie mocno utrudnione.


    Czujny i będący zawsze na posterunku redaktor Czuchnowski z Wyborczej słusznie zauważył, że z Kurtyką jest podobna sytuacja jak z szefem CBA, Mariuszem Kamińskim, którego odwołanie jest niemożliwe z uwagi na ustawę chroniącą ten urząd przed politycznymi ruchami i też zaciska swoje pięści prychając z oburzeniem, że jak tak można, no jak tak można, żeby tak po prostu jedna czy druga partia nie mogła sobie odwołać szefa CBA, czy prezesa IPN, którzy nie podobają się jego gazecie!

     

    Tymczasem w ramach rządów miłości oraz w wykonaniu zasady wolności słowa, o którą walczył  - wspomagany finansowo przez kpt. Graczyka - pan prezydent Lech Wałęsa, premier Tusk postanowił zakneblować nie tylko historyków IPNu, nie tylko magistrów historii piszących niepochlebnie o faktach z życia naszego "diamentu", ale nawet tak zwanego wroga wewnętrznego w postaci reakcyjnego posła Gowina. Oto bowiem , jak donosi serwis Rzeczpospolitej, na stronie internetowej Platformy z zapisu dyskusji na temat IPN zniknął głos posła Gowina, który jako jedyny bronił tej instytucji, pozostały zaś wypowiadane z zaciśniętymi piąstkami wypowiedzi czterech antylustracyjnych padalców, w tym Donalda Tuska i czupurnego posła Niesiołowskiego. Te cenzorskie nożyce partyjnych urzędników skłoniły posła Gowina nawet do porównań z Orwellem, choć mnie się to bardziej kojarzy z Monty Pythonem. A to dlatego, że pretekstem do całej tej draki, w której objawia się nam zaciśnięta pięść partii miłości była książka pana Pawła Zyzaka, zatrudnionego tymczasowo na etacie archiwisty w "pisowskim IPNie" przez radnego Platformy Obywatelskiej, pana Lasotę, który kieruje krakowskim oddziałem Instytutu.

     

    Wszystko więc wskazuje na to, że poseł Gowin nie jest jedynym członkiem Platformy Obywatelskiej, który nie podziela antylustracyjnego zapału jej władz, a sama partia miłości ma w swych szeregach kreta, który na terenie Krakowa ryje pod "pomnikami narodowymi".

    Komentarzy: 3

  • «‹ wcześniejsze
  • późniejsze ›»

O Autorze

menda

menda

Jak każdą mendę, charakteryzuje mnie wredność oraz całkowity brak wiedzy merytorycznej.

Kategorie

  • Polityka

  • Ogólne

  • Kultura

Archiwum

  • listopad 2009

  • październik 2009

  • wrzesień 2009

  • sierpień 2009

  • czerwiec 2009

  • maj 2009

  • kwiecień 2009

  • marzec 2009

  • luty 2009

  • styczeń 2009

  • grudzień 2008

  • listopad 2008

Popularne

  • Liberałowie z próbówki

    2 grudnia 2008

Copyright © 1994-2010 Fronda. Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone

Dołącz do Klubu Fronda.pl

Zamknij

Reklama w portalu Fronda.pl

Skontaktuj się z nami! Za pomocą poniższego formularza możesz wysłać do nas zapytanie odnośnie reklamy w portalu Fronda.pl. Zapoznaj się także z innymi formami wspierania portalu.

Zamknij

Skontaktuj się z redakcją portalu Fronda.pl

Zamknij