• fronda.pl
  • Modlitewnik
  • Fronda.tv
  • Ciekawe
  • Blogi
  • FForum
  • Klub Fronda.pl
  • Kanał informacyjny

W grząskim gruncie rzeczy

  • Chwilozofia popielcowa

    piątek,27 lutego 2009,23:33

    kategoria: Ogólne

    Tak zwana młoda polska demokracja, którą "bez swej wiedzy i zgody" wywalczył Lech Wałęsa "sam jeden z żoną i dziećmi" no i z kapitanem Graczykiem, ma się rozumieć, rządzi się swoimi prawami, z których najbardziej afiszowana jest wolność słowa.

       

    Wolność słowa to wolność mówienia wszystkiego, co nie narusza powszechnie obowiązujących przepisów. Można więc mówić rzeczy mądre i od tego jest salon wraz ze swą kieszonkową Geruzją, z której grona wyciąga raz po raz jakiegoś mędrca by uczył, w zależności od aktualnej potrzeby, jak z owej wolności korzystać. Można też mówić rzeczy głupie i szkodliwe, jak na przykład ks. Isakowicz - Zaleski czy doktorowie Cenckiewicz i Gontarczyk, którym ostatnio - w ramach tejże wolności, rzecz jasna - odmówiono prawa do zabierania głosu na polskich uczelniach, a nawet instytucjach prywatnych. Wreszcie można też mówić rzeczy użyteczne, które klasyfikacji z punktu widzenia dwóch wyżej wymienionych kategorii nie podlegają, bo bez względu na to, czy są mądre, czy też nie, są... użyteczne. Takie rzeczy z kolei mówi pan poseł Palikot.

             

    Ale nie o pożytecznym pośle Palikocie chciałem pisać, tylko o Geruzji, dzięki której dowiadujemy się wielu rzeczy, których, gdyby nie owa wolność słowa dla nas wywalczona i nam zadana, nigdy byśmy nie odkryli. Ot na przykład ostatnio okazało się, że wcale nie jest takie oczywiste, iż Popielec to dzień, w którym kapłan posypuje głowy wiernych popiołem i wypowiada "Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz" oraz "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię". To znaczy robi i to ale tylko przy okazji mówienia rzeczy mądrych i potrzebnych, jak to miało miejsce ostatnio w Lublinie kiedy abp Życiński, który także "bez swej wiedzy i zgody" walczył o wolność słowa "sam jeden z..." no mniejsza oto, na jaki haczyk go tam złapali, postanowił stanąć w szranki z Axlem Springerem.

             

    Popielec, nie Popielec - każda okazja jest dobra by umacniac wolność słowa, więc biskup Życiński zarzucił niemieckiej gazecie Dziennik, że na polskiej ziemii, posługuje się względem polskiej gazety Wyborczej antyżydowskim nacjonalizmem, zarzucając, że jej kierownictwo przejawia nacjonalizm prożydowski. Skomplikowane to, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo i dlatego mamy salon, autorytety i kieszonkową Geruzję. Niektórzy twierdzą, że taka - ekhem - filozofia, przystosowana do chwilowej potrzeby politycznej mocodawców, staje się - jak to określił kiedyś Tadeusz Kotarbiński - chwilozofią. Że zaciąganie Pana Boga, jego przedstawicieli ziemskich, demokracji i wolności słowa do bieżących potyczek biznesowo - medialnych to w najlepszym razie brukanie tych wszystkich pięknych wartości, a w najgorszym prostytucja ideowa. Ci niech jednak posypią głowy popiołem i przypomną sobie o demokratycznym podziale wolności słowa na rzeczy mądre, pożyteczne i szkodliwe.

    Komentarzy: 2

  • Mężowie do Unii!

    środa,25 lutego 2009,19:44

    kategoria: Polityka

    Na okoliczność pierwszych wyborów do Europarlamentu, które odbyły się w 2004 r. nastąpił wielki comeback partii bezpartyjnych fachowców czyli Unii Wolności, która wysłała do Europy swoje największe tuzy z Bronisławem Geremkiem i Januszem Onyszkiewiczem na czele. Niezależni komentatorzy z Gazety Wyborczej, Polityki i TVN-u zachwycali się wówczas, że oto wreszcie najwybitniejsi z wybitnych znajdą swoje właściwe miejsce do uprawiania polityki przez duże "P".

     

    Do tego czasu Parlament Europejski, z szacownym udziałem naszej najlepszej reprezentacji, najtęższych umysłów jakie nosiła polska ziemia, uchwalił pod wpływem przemożnego lobby portugalskich plantatorów marchwi, że marchewka to owoc, zaś bimber to wódka (tu zadziałały wpływy sadowników) oraz że ślimak jest rybą, czego domagały się Żabojady. Parlament Europejski deliberował jednak nie tylko nad kwestiami przemysłu spożywczego, ale zajął się też życiem erotycznym swoich podwładnych (i nie chodzi tu o słynne dysputy na temat krzywizny bananów) bo forsował definicję małżeństwa, jako związku osób tej samej płci.

     

    Po tych pięciu latach, że się tak wyrażę, owocnego działania, przyjdzie czas podsumowań i rozliczeń, albowiem już w czerwcu bieżącego roku nastąpią drugie w Polsce wybory do Europarlamentu. Oczywiście obecność w jego ławach polityków Unii Wolności, jako urodzonych Europejczyków nie budzi najmniejszej wątpliwości, jednakże chciałbym nieskromnie zaproponować im, by do tej przeszacownej inicjatywy zaprosili swoich byłych kolegów partyjnych aktualnie pod szyldem Platforma Obywatelska rządzących Rzeczpospolitą.

     

    Jakby naprzeciw moim oczekiwaniom wyszedł kilka dni temu pan premier Donald Tusk, który stwierdził, iż w ramach walki z kryzysem (którego, przypominam w Polsce "nie ma") należy wepchnąć Polskę w symbiozę z krajami, gdzie ów kryzys jest najsilniejszy, to jest z krajami strefy EURO. Czy Polsce jest na rękę wchodzenie do organizmu, w którym właśnie szaleje śmiertelny wirus? Zapewne tak, bo czy w innym wypadku pan premier coś takiego by proponował? Podobnie pani Julia Pitera, ta sama, która sporządziła supertajny raport - wycinankę z gazet o zbrodniach CBA, która na wieść o bankructwie pukającym do drzwi polskich komisariatów, a spowodowanym wesołymi założeniami budżetowymi sporządzanymi w czasach, gdy kryzysu miało "nie być", stwierdziła, że policjanci nie mający pieniędzy na benzynę do radiowozów powinni chodzić pieszo. Dla kurażu i lepszego kontaktu z obywatelem. Albo taki pan poseł - za przeproszeniem - Palikot, który w przerwach między wymachiwaniem wibratorami i wypluwaniem zawartości woreczka żółciowego w kierunku prezydenta, co prawda walczy dzielnie z absurdami legislacyjnymi, ale tworzy w ich miejsce kolejne absurdy wspomagając raz po raz jakieś wpływowe lobby. Albo pan wicepremier Pawlak, który wyciąga pomocną dłoń do tych przebiegłych kamikadze, którzy dali się wciągnąć w tzw. opcje walutowe, których rozkład ryzyka jest porównywalny od rosyjskiej ruletki, to jest 1:5 na korzyść banku.

     

    Albo wreszcie pan premier Kazimierz Marcinkiewicz, którego błyskotliwą karierą kierował najpierw pan Jarosław Kaczyński a teraz pan Donald Tusk. Pan Kazio, poza prezentowaniem gorącego uczucia do niejakiej "Isabel" - dobrze zapowiadającej się poetki postmodernistycznej, ma słabość do zachodnich instytucji finansowych okradających Polaków na miliardy złotych. Nie zapominajmy także o panu ministrze Rostowskim, albowiem gdy kryzys którego "nie ma" uderzy Polaków w tyłki, to przypomną sobie kto stał obok rozanielonego premiera Tuska w listopadzie 2008 r. zapewniając, że kryzys światowy Polskę rzecz jasna ominie, bo przecież odsunęliśmy już kaczystów od władzy. Czy wtedy pozostanie mu coś innego, jeśli nie doradzanie jakimś Goldmanom, albo właśnie wyjazd do Brukseli by ustalić raz na zawsze co jest wódką a co bimbrem i czy grzęda powinna mieć szerokość pozwalającą postawić kurze trzy czy może cztery palce u nogi oraz jaką gęstość winien mieć miąższ w wiśni by ta mogła być wiśnią?

     

    Wszyscy oni, mężowie i żony stanu powinni niezwłocznie pójść tropem swoich niedawnych kolegów partyjnych, którzy również kiedyś byli odtrutką na wszelkie zło a dziś, jak pokazuje ich doskonałe samopoczucie, znaleźli w Brukseli idealne miejsce do kontynuowania politycznej kariery z dala od polskich małych, prowincjonalnych problemów.

    Komentarzy: 3

  • Tak samo, tylko bardziej

    wtorek,24 lutego 2009,21:53

    kategoria: Polityka

    Zawsze twierdziłem, że pan prezydent Lech Wałęsa więcej wyraża niźli mówi. Dowód na to mieliśmy wczoraj, gdy pytany uprzejmie przez Monikę Olejnik o to, dlaczego odznaczał orderami i nagradzał byłych ubeków, odparł "gdybym nie nagradzał, to pani nie była by dziennikarką".


    Pani Monika Olejnik zaczęła swoją karierę dziennikarską w 1982 r., w okresie obowiązywania dekretu o stanie wojennym. Jako córka pułkownika w jednostce wojskowej MSW, związanego z samym generałem Jaruzelskim, pojawiła się w mediach reżimowych, jak twierdzili niektórzy "na polecenie komisarza wojskowego". Zresztą, mniejsza o to, na czyje polecenie ta absolwentka zootechniki po przyspieszonym kursie dziennikarstwa pojawiła się w Polskim Radiu, wszak prowieniencja osób zatrudnianych w stanie wojennym, a więc w okresie największej po 1956 r. dezinformacji w Polsce jest przecież oczywista, zaś cechy zawodowe takiego "dziennikarza" były z całą pewnością wnikliwie badane i to raczej nie pod kątem niezależności i uczciwości dziennikarskiej.

     

    No więc Pani - nomen omen - M.O. trafiła do mediów w czasie, gdy dziennikarze występowali w mundurach i - zdaje się - tak już jej chyba zostało, bo największe triumfy w powojennej Polsce święci w telewizji założonej przez współpracowników komunistycznego WSW - Mariusza Waltera i Jana Wejcherta, którzy swój koncern zakładali pod auspicjami peerelowskiego MSW. Nie wiem, czy to przypadek, czy nie, ale to właśnie w programach Moniki Olejnik można najczęściej spotkać już nie tyle agentów tych służb lub ich postkomunistycznych odnóg, ale tychże służb funkcjonariuszy, takich jak Gromosław Czempiński, Marian Zacharski, Zbigniew Siemiątkowski czy Andrzej Barcikowski.

     

    Warknięcie Lecha Wałęsy może być kolejnym jego nic nie znaczącym bełkotem, ale może też oznaczać, że pan prezytent, poza wypowiadaniem słowa "ja" ma do powiedzenia, a właściwie - świadomie, czy nieświadomie - do wyrażenia, coś jeszcze. Coś na temat postsowieckiej rzeczywistości, którą nam w Polsce urządzał honorując ubeków, dzięki którym pani Monika Olejnik, jak sam twierdzi, jest dziennikarką. Wtedy, w 1982 r. Monika Olejnik biegała po skupach butelek, ale - miedzy Bogiem a prawdą - czy w istocie dziś jest inaczej? Polskie dziennikarstwo, może już bez mundurów, posługujące się nowomową liberalno-lewicową w zastępstwie socjalistycznej, wyrasta z tego samego pnia, o czym przypomniał Lech Wałęsa. Jeno przedsiębrane środki są znacznie większe - mediów jest po prostu więcej. Jednym słowem, że zacytuję klasyka, jest tak samo, tylko bardziej.

    Komentarzy: 1

  • Bezczynność w czasach zarazy

    niedziela,22 lutego 2009,12:04

    kategoria: Polityka

    W zeszłym tygodniu niezawisły sąd administracyjny skazał znanego i lubianego premiera Tuska na karę grzywny w wysokości 10 tysięcy złotych za bezczynność w wykonywaniu swoich obowiązków. Wprawdzie chodziło o to, że premier Tusk bezprawnie odmawiał pewnemu obywatelowi wglądu do słynnego Pitu-raportu o  zbrodniach CBA i wbrew orzeczeniu innego sądu nie zajął się ponownie tą sprawą, ale ów wyrok można śmiało potraktować jako symboliczny.


    Nie wiem, czy ci lepiej wykształceni, zamożniejsi wyborcy z większych miast nadążają za zmianami wytycznych płynącymi do nich z TVN24, ale podczas gdy jeszcze trzy miesiące temu kryzysu "nie było", zaś każdy kto ośmielił się puścić parę z ust na ten temat zwany był "łajdakiem straszącym Polaków", który pragnie "zbić kapitał polityczny", dziś kryzys oczywiście jest, bo pan premier Donald Tusk o nim już mówi. Rzecz jasna nie oznacza to, że jest "łajdakiem", tylko że z poświęceniem walczy z dziurą budżetową o głębokości 28 miliardów, którą sam wraz ze swoją wesołą ferajną nierobów spowodował w czasach prac nad budżetem, czyli wtedy, gdy jeszcze kryzysu "nie było". No więc znany i lubiany premier Tusk, walczy z kryzysem niczym lew, szkoda tylko, że nie doceniają tego władze Unii Europejskiej, której komisarze, podobnie jak polskie sądy administracyjne,  krytykują go za bezczynność i oceniają, iż działania podjęte przez polski rząd były "zbyt późne", a wypowiedzi naszych urzędasów najwyższych szczebli - "nieodpowiedzialne". Tylko patrzeć, jak premier Donald stanie się eurosceptykiem, gdy tylko uzgodni to ze swoimi pijarowcami, TVN24, no i posłem Palikotem, rzecz jasna.

     

    Zatem nie tylko "łajdacy" z ław opozycyjnych mówią, że premier nic nie robi, nie tylko polskie sądy to zauważają, ale nawet Unia Europejska. Jak by tego było mało, afera sopocka zatacza coraz szersze kręgi, bo okazało się, że pewien poszukiwany listem gończym krakowski gangster, po tym jak kupił bardzo okazyjnie dużą nieruchomość od miasta Sopot, następnie - a to ci siurpryza! - zatrudnił na intratnej posadzie syna szefa pomorskiej Platformy, pana Woźniaka. Ten sam synalek to bliski znajomy także innego polityka salonowego Aleksandra Halla (dawniej UD, ostatnio na etacie propagandysty w Gazecie Wyborczej). I w tym względzie premieru Tusku, a właściwie jego zaplecze polityczne również nie mogą pochwalić się jakąś szczególną zaciekłością w wyjaśnianiu nieprawidłowości, zwłaszcza, że jego koledzy partyjni i nie tylko poręczyli całą swą  salonową reputacją za pana Jacka Karnowskiego, przyłapanego in flagranti na korupcji. Widzimy, że kryzys kryzysem, ale gdy trzeba działać w obronie rzeczywistych interesów, Platforma i jej zastępy stawiają się na ubitym polu bez ociągania. Kryzys poczeka, Karnowski nie.

     

    Komentarzy: 0

  • Czy to już czas na podstawienie?

    wtorek,17 lutego 2009,11:50

    kategoria: Polityka

    Kazus ministra Czumy, którego ni stąd ni zowąd zaatakowały postsowieckie media jeszcze do niedawna przymykające oko na znacznie większych rozmiarów  plamy na wizerunku rządu, pokazuje podstawową prawdę o tym gabinecie jak i partii, która go tworzy. Otóż zarówno Donald Tusk, jak i Platforma są dla salonu i mediów jedynie surogatem prawdziwej władzy, tymczasowym rusztowaniem, na którym chcą zeprzeć swoją, zachwianą po aferze Rywina i dwóch latach kaczyzmu, pozycję.

           

    Zaiste rozczulająca jest ta dezorientacja polskiego wykształciucha, który na widok ciosów miotanych w kierunku jego rządu, to jest rządu, którego się przecież nie krytykuje, po omacku próbuje, dzwoniąc do "Szkła kontaktowego" albo wygłaszając tyrady na forum Onetu, bronić niezłomnego pana ministra. Piszę "po omacku", bowiem sytuacja w której media mówiące przez kilkanaście lat ludowi co ma myśleć, dokonują spektakularnego wyłomu w swej dotychczasowej linii dydaktycznej, powoduje, że przyzwyczajona do takiego dictum obrazowanszczizna zwyczajnie głupieje. I to już drugi raz, po tym jak panowie Sekielski i Morozowski przeczołgali ministra Drzewieckiego, wykonującego zagadkowe ruchy ręką w kierunku twarzy swojej żony.

               

    We wczorajszym felietonie na czołówce portalu Wirtualna Polska, pani profesor Magdalena Środa, tytułująca siebie zagadkowym określeniem "etyk", podjęła się tej mozolnej próby tłumaczenia Polakom dlaczego po kilku latach kochania Unii Wolności, dziesięcioleciu gorących uczuć do Aleksandra i Jolanty Kwaśniewskich oraz trzech latach miłości do Platformy, powinni teraz przenieść swe uczucia gdzie indziej. Otóż pani Środa tłumaczy elektoratowi, że przeszłość opozycyjna pana Czumy nie ma żadnego znaczenia w obliczu faktu, że "nie płacił on podatków" i że jest "kłótliwy". Tak się przypadkowo składa, że pani Środa zaangażowała się w tworzenie kolejnego "porozumienia ponad politycznymi podziałami" złożonego z byłych komuchów, ubeków i ich agentury, które nazwane zostało - a jakże by inaczej! - Porozumieniem dla Przyszłości.

              

    Nie łudźmy się, Platforma, mimo że idzie w dobrym kierunku, przywracając do łask byłych funkcjonariuszy SB, WSW i WSI, wyświadczając różne przysługi odpowiednim środowiskom (exemplum pół miliarda bezzwrotnej pożyczki dla firmy ITI) nadal usiana jest różnymi Czumami i Gowinami jak świąteczne ciasto rodzynkami, więc siłą rzeczy może jedynie spełniać funkcje pomocnicze, na czas, gdy po właściwej stronie sceny politycznej dokona się długooczekiwane przegrupowanie szeregów. A to, zdaje się, właśnie dobiega końca, skoro w najbliższych eurowyborach wystartuje sojusz bratnich sił: Partii Demokratycznej, SDPL i uciekinierów z SLD. Ten trop potwierdza także dzisiejszy artykuł w Gazecie Wyborczej, która dorzuca przeciwko Czumie symboliczny już zarzut, że jak tak można, no jak tak można, by ministrem sprawiedliwości był zwolennik lustracji.

               

    Ów mechanizm podstawiania zrozumiał także znany i lubiany premier Tusk, który nawet postawił się, wzorem swojego poprzednika, mediom i zdecydował "nie ulegając nagonce" pozostawić ministra Czumę na stanowisku. To powinno dać do myślenia elektoratowi pana premiera, iż nawet on, który tzw. pijar oraz lizanie końcówki pleców dziennikarzom uczynił motywem przewodnim swojej polityki, widzi, że w każdej chwili może zostać zastąpiony kimś jeszcze bardziej niż on rozsądnym i przystojnym. Czyż nie byłby to widok rozkoszny, gdyby nagle na portalach internetowych Donald Tusk zaczął pojawiać się, zamiast na niebieskim tle i w idealnym profilu, z wytrzeszczonymi oczami i w zmierzwionej grzywce odsłaniającej zakola? Czy jego wyborcy by to wytrzymali, zwłaszcza gdy po drugiej stronie mieliby już podstawionego eleganckiego Rosatiego?

    Komentarzy: 2

  • O znaczeniu pojęć

    środa,11 lutego 2009,13:02

    kategoria: Polityka

    Jak tylko pan premier Tusk pozwolił mówić o kryzysie, to jest około trzech tygodni temu, media na czerwonych paskach i ze stanowczymi wykrzyknikami ogłosiły, że "premier znalazł miliardy", które nas od kryzysu uchronią. Gdzie te miliardy "znalazł" już się nie dowiedzieliśmy, co skłania do przypuszczeń, że wydobył je z naszych własnych kieszeni. Ale i to niekoniecznie, bo okazuje się, że w budżecie na ten rok, pisanym w czasie gdy funkcjonował oficjalny zakaz mówienia o kryzysie, dla wszystkich bodaj ministerstw przewidziano wirtualne, to jest pozbawione podstaw finansowych, wpływy. To jest postępowanie bardzo logiczne i konsekwentne, bo skoro w czasie pisania budżetu kryzysu "nie ma"  zaś mówią o nim wyłącznie"łajdacy" (copyright by "profesor" Władysław "bydło" Bartoszewski) oraz nieodpowiedzialne warhoły, które chcą na nim zbić kapitał polityczny, to w takim razie można pić i popuszczać pasa na sumę 28 miliardów złotych, która stanowi, jak twierdzi pisowskie "bydło" tak zwaną "dziurę budżetową".

            

    Tak samo więc jak owego kryzysu jeszcze trzy miesiące temu "nie było" tak i dziś ów kryzys został zażegnany przez premiera Tuska dzięki cudownemu "znalezieniu" miliardów, które to "znalezienie" jest niczym innym, jak rozpaczliwą i amatorską próbą weryfikacji wirtualnych założeń finansowych jego ministrów. Piszę "rozpaczliwą i amatorską" bo kazde dziecko wie, że realnych oszczędności można szukać tylko poprzez zmianę ustawy budżetowej a nie wzywanie na dywanik wesołej ferajny urzędasów, którzy chcieli sobie wypić i zakąsić na nasz koszt. Jak łatwo zauważyć, wszystko rozbija się o właściwe używanie pojęć, ale tym już zajmują się rzesze specjalistów od pijaru, których pan premier zatrudnia a także "niezależne media", z którymi pan premier pozostaje w komitywie.

                

    A skoro już mowa o dialektyce, to przypomniał mi się właśnie pan marszałek Borusewicz, który, jak tylko honorowo opuścił PiS i przeszedł na stronę Plarformy, przeistoczył się z zahukanego i cichego polityka trzeciego szeregu w prawdziwego wojownika, który dokazuje ile wlezie, nawet samemu papieżowi. Otóż pan marszałek stwierdził, że Benedykt XVI "popełnia błąd za błędem". Rozchodzi się rzecz jasna, o ponowne przyjęcie na łono kościoła lefebrystów, znanych z ortodoksyjnego przywiązania do swojej wiary katolickiej i braku akceptacji dla jej rozmydlania przez inne ideologie (po polsku to będą "warchoły", "bydło" i "oszołomy").  To oczywiście nie mogło nie zdenerwować polskiego salonu polityczno - medialnego, który oburzony jął krytykować Benedykta XVI za "unieważnienie decyzji Jana Pawła II". Jak powszechnie wiadomo, dla wspomnianego salonu kościół katolicki zasługuje na pochwałwały wyłącznie za tzw. ekumenizm, tj. dialog i porozumienie z innymi religiami. Czyżby więc porozumienie z lefebrystami nie było wspaniałym ekumenicznym osiągnięciem nowego papieża? Czy dialog można prowadzić wyłącznie z Żydami, zaś z lefebrystami już nie?

                

    I dlaczego nikt jeszcze nie zadekretował oficjalnego pojęcia ekumenizmu, tak jak to zrobiono z kryzysem finansowym? Należy niezwłocznie nadrobić to niedopatrzenie, byśmy wszyscy wiedzieli co mamy myśleć nie tylko o pieniądzach, które mamy w kieszeni ale i o sprawach wiecznych.

    Komentarzy: 2

O Autorze

menda

menda

Jak każdą mendę, charakteryzuje mnie wredność oraz całkowity brak wiedzy merytorycznej.

Kategorie

  • Polityka

  • Ogólne

  • Kultura

Archiwum

  • listopad 2009

  • październik 2009

  • wrzesień 2009

  • sierpień 2009

  • czerwiec 2009

  • maj 2009

  • kwiecień 2009

  • marzec 2009

  • luty 2009

  • styczeń 2009

  • grudzień 2008

  • listopad 2008

Popularne

  • Liberałowie z próbówki

    2 grudnia 2008

Copyright © 1994-2010 Fronda. Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone

Dołącz do Klubu Fronda.pl

Zamknij

Reklama w portalu Fronda.pl

Skontaktuj się z nami! Za pomocą poniższego formularza możesz wysłać do nas zapytanie odnośnie reklamy w portalu Fronda.pl. Zapoznaj się także z innymi formami wspierania portalu.

Zamknij

Skontaktuj się z redakcją portalu Fronda.pl

Zamknij