• fronda.pl
  • Modlitewnik
  • Fronda.tv
  • Ciekawe
  • Blogi
  • FForum
  • Klub Fronda.pl
  • Kanał informacyjny

W grząskim gruncie rzeczy

  • Kaczorgate

    środa,25 listopada 2009,15:15

    kategoria: Polityka

    Udało się! Afera "Zbycha", "Mira" i "Grzesia", afera Rządu, Premiera i Partii Miłości zniknęła. Teraz mamy już tylko aferę Kaczyńskich. I to obu. Jeden bowiem, jako pracownik kancelarii adwokackiej "obsługiwał"hazardowe firmy a nawet w ich imieniu "lobbował", drugi zaś, wraz ze swym współpracownikiem był "bardzo zaangażowany" w prace nad ustawą hazardową i – o zgrozo! – "uwikłany". Wszystkie te tajemnicze uwikłania, powiązania, niedomówienia i interesy trzeba jak najszybciej wyjaśnić przed komisją śledczą . W imię prawdy, rzecz jasna.

    Od kilku dni niezależne media nie żyją niczym innym, jak "uwikłaniem" (cytat za TVN24) rządu J. Kaczyńskiego, a w szczególności Przemysława Gosiewskiego, w prace nad ustawą hazardową. Dziś nastąpił kolejny etap tej operacji: prezes PiS zostanie wezwany przez komisję śledczą na przesłuchanie. Obwieścili to posłowie PO z taką samą pewnością i przekonaniem, jak kilka tygodni temu wykluczali jakąkolwiek konfrontację między D. Tuskiem a M. Kamińskim. Co prawda, nikt nie wyjaśnia nawet słowem na czym owo "uwikłanie"Kaczyńskiego w aferę hazardową polegało, ale kto by się tam przejmował takimi szczegółami skoro istnieje "tajemnicza notatka" Gosiewskiego, której dokładnej treści posłowie PO strzegą z desperacją równą tej, z jaką rząd ukrywał słynne raporty Julli Pitery na temat pisowskich szprotek, mimo że notatka jest jawna. Napięcie więc jest odpowiednio stymulowane, a ludowi postanowiono rzucić strzępy informacji, z których wynika, że Gosiewski sporządził ową notatkę w 2006 r. aby ostrzec J. Kaczyńskiego o potencjalnych nieprawidłowościach w Departamencie Gier Losowych i Zakładów Wzajemnych Ministerstwa Finansów.

    Jak więc Jarosław Kaczyński "uwikłał" się w aferę hazardową? Ano zrobił coś zupełnie przeciwnego do Donalda Tuska: zawiadomił CBA, zwolnił osoby odpowiedzialne (w szczególności Marka Oleszczuka) i zlikwidował ów Departament. Abstrahując od faktu, że mielone przez niezależne media strzępy poszlak, nie wskazują w żaden sposób, by ktokolwiek  w 2006 r. naciskał na urzędników państwowych, by ci ostatni kosztem dochodów Skarbu Państwa, wpływali na proces legislacyjny w sposób zgodny z interesem hazardników, należy wziąć pod uwagę, że omawiany projekt ustawy dotyczył wprowadzenia wideoloterii, a więc gałęzi, w której monopol ma państwo właśnie w osobie Totalizatora Sportowego. A więc jeśli rzeczywiście było tak, że "uwikłanie" PiSu miało polegać na wzmocnieniu Totalizatora Sportowego, to było to absolutnie wbrew interesom Sobiesiaków i innych "Zbychów".

    Przypomnijmy, jak w podobnej (choć nie identycznej) sytuacji zachował się D. Tusk. Po uzyskaniu informacji od CBA na temat lodów kręconych przez jego rząd… wyrzucił szefa CBA, okazał "pełne zaufanie" centralnej postaci tej afery (tj. "Grzesiowi") i przeprowadził "błyskawiczną" ustawę hazardową, która… wzmocniła monopol kasyn, poprzez likwidację ich konkurencji, w postaci pojedynczych punktów z automatami. Wreszcie, kilka dni po tym jak uzyskał poufną informację o aferze, "Miro", "Zbychu" i "Grzesiu" – ostrzeżeni zapewne przez krasnoludki mieszkające w kancelarii premiera – przerywają negocjacje, bo "KGB węszy".

    W konsekwencji przewodniczący komisji hazardowej, zanim jeszcze zostanie wybrany zdecydowanie wykluczy możliwość konfrontacji Tuska i Kamińskiego, uznając zapewne, że prawdę o przecieku i udziale Tuska w  aferze (na temat której obaj panowie mają sprzeczne relacje) ustali się przez głosowanie, albo i nawet drogą sondażu telefonicznego na reprezentatywnej grupie tysiąca ogłupionych widzów tego spektaklu (czyli "tak zwanej afery", jak orzekł ostatnio premier). Jednocześnie ten sam przewodniczący w tempie stachanowca, zabierze się od pierwszego posiedzenia do badania "uwikłań" rządu PiS w aferę hazardową.

    Komentarzy: 5

  • Wojna z hazardem pod flagą "Ryśka"

    środa,28 października 2009,12:09

    kategoria: Polityka

    "Delegalizacja hazardu", "Tusk wydaje wojnę hazardowi" i " wyciąga wnioski z afery hazardowej",to tylko niektóre entuzjastyczne nagłówki prasowe związane z zapowiedzią wprowadzenia nowej ustawy hazardowej. Aby jednak ocenić, czy Tusk rzeczywiście "wyciąga wnioski z afery hazardowej", jak to określił rządowy portal Onet.pl, i jakiego rodzaju są to wnioski, należy przypomnieć, o co w tej aferze chodziło. TVN ani portale internetowe, zajęte przekuwaniem afery w sukces Donalda Tuska i pognębianiem Kamińskiego, na ten temat się w ogóle nie zająknęły. Spróbujmy je zatem wyręczyć, oddając głos "Zbychowi" i "Rychowi".

    Istotą afery hazardowej był interes, który krył się za słowami Chlebowskiego: "Ja ci powiem szczerze Rysiu. (…) biegam z tym sam… blokuję tę sprawę dopłat od roku… to wyłącznie moja zasługa". Chodziło mianowicie o to, by Ryszard Sobiesiak, współwłaściciel sieci kasyn, przy pomocy swojego chłopca na posyłki, będącego przewodniczącym rządzącej partii, zablokował niekorzystną dla siebie ustawę. Następnie będący w powijakach projekt ustawy hazardowej (tej, którą tak usilnie "blokował" Chlebowski) zostaje wyrzucony na wyraźne polecenie Tuska do kosza, co jest zgodne w 101% z interesami "Rycha". Rodzi się więc pytanie: skoro Tusk "wypowiada wojnę hazardowi", to czemu – zamiast skorzystać z ustawy, która uderza w hazard – wyrząca ją do kosza i proponuje nową ustawę? 

    Odpowiedź na to pytanie zawierają główne założenia tej ustawy podane wczoraj przez pana premiera, a to: likwidacja wideoloterii, zakaz hazardu w internecie, delegalizacja automatów rozmieszczonych w punktach innych niż kasyna w ciagu 6 lat połączona z zablokowaniem możliwości powstawania nowych takich punktów  i podwyższenie podatków od automatów do gier hazardowych.

    Teraz zastanówmy się, jak w.w. postulaty wpływają na interesy "Rycha". Wideoloterie były pomysłem Totalizatora Sportowego, a więc państwowego podmiotu zajmującego się hazardem i miały one w sensie dosłownym zalać rynek hazardowy w Polsce: "Udało nam się dotrzeć do opracowanego w TS wideoloteryjnego biznes planu na lata 2008-2012. Przez pięć lat na sam sprzęt państwowy gigant chce wyłożyć aż 1,93 mld zł! Z tego 1,8 mld zł pójdzie na kupno automatów (…) Co roku Totalizator chce kupować po 10 tys. maszyn, by na koniec 2012 r. mieć ich aż 50 tys. Tymczasem kilkadziesiąt prywatnych operatorów automatów o niskich wygranych (AoNW), rozwijających się bardzo dynamicznie od kilku lat (wideoloterie będą dla nich bezpośrednią konkurencją), ma łącznie niewiele ponad 20 tys. maszyn. (…) Szykuje się więc prawdziwa hazardowa wojna. Dzięki wydaniu przez pięć lat 3,5 mld zł, w 2012 r. Totalizator z wideoloterii ma mieć 5,5 mld zł przychodów!" (cytat za biznes.interia.pl)

    A zatem delegalizacja wideoloterii, na których rynku państwowa spółka zaczęła tworzyć swój monopol, uderzy w państwo, a zlikwiduje piekielnie groźną konkurencję "Rychom" i ich branży. Podobnie rzecz się ma z hazardem w internecie, gdzie istnieją praktycznie wyłącznie podmioty zagraniczne, przy czym hazard w internecie istnieje w tak śladowych ilościach (w porównaniu z kasynami), że jego delegalizacja w żaden sposób nie zaważy na rynku hazardowym, za wyjątkiem – rzecz jasna – "przerzucenia" internetowych hazardzistów do kasyn "Rycha".

    Donald Tusk zapowiedział również zablokowanie  od 1 stycznia 2010 roku koncesji na automaty o niskich wygranych w lokalach nie będących kasynami oraz 6-letnią karencję dla obecnie istniejących lokali tego typu, co oznacza, że przez najbliższe sześć lat na ów rynek nie nastąpi dopływ konkurencji, zaś obłowią się wyłącznie Ci, którzy już na nim, w dniu 1 stycznia 2010 roku, będą się znajdować. Drugą konsekwencją śmiertelnej wojny wypowiedzianej przez premiera jednorękim bandytom, jest… kolejne wzmocnienie dużych sieci kasyn, poprzez likwidację – w ciągu wspomnianych 6 lat – ich detalicznej konkurencji. Czyl znów "Rycho" wychodzi na swoje.

    Ostatnim już "wnioskiem"  premiera Donka, jaki wyciągnął on z afery hazardowej jest podwyższenie od 1 stycznia 2010 podatków od hazardu. Abstrahując od faktu, że kierunek zapowiedzianych zmian uczyni z "Rychów" monopolistów, co oznacza, że podniesienie podatków mogą oni traktować jako niezbędny koszt osiągnięcia swojej pozycji, to wprowadzenie nowych podatków w przyszłym roku jest technicznie i prawnie niemożliwe. Budżet państwa (rozumiany jako ustawa) musi być bowiem przyjęty najpóźniej ostatniego dnia listopada, zaś walczący ze złowrogimi hazardnikami premier Tusk przyznał, że ustawa nie wyszła jeszcze nawet z Rady Ministrów, co oznacza, że przed nią cała droga legislacyjna (komisje sejmowe, obie izby parlamentu, prezydent). Reasumując, nawet w kwestii podatkowej, "Rychu" może uznać, że zapewnienia "Zbycha" o tym, iż "na 90 procent załatwią" są w pełni realizowane. I to w ramach "wojny z hazardem".

    Komentarzy: 2

  • Uwiedzione profesjonalistki

    wtorek,20 października 2009,15:28

    kategoria: Polityka

    Na temat uwodzicielskich zdolności "agenta Tomka" wypowiadały się już macherka Beata Sawicka, celebrytka drugiego szeregu Weronika Marczuk-Pazura, tancerz, zawodowy pederasta Michał Piróg, konferansjerka-chałturzystka Kinga Rusin, muzycy, aktorzy, kabareciarze i cała masa mniej lub bardziej eksponowanych trefnisiów polskiego showbiznesu i polskiej polityki, którym swoich łam skwapliwie udzielają media w ramach akcji niszczenia CBA m.in. przez dekonsporację funkcjonariusza tej służby.

    Kolejnym etapem tej akcji, w ramach krwawej dintojry za uderzenie w Rząd Miłości i jego plany budowy Drugiej Irlandii przy pomocy "Zbychów", "Rychów" oraz libijskich handlarzy bronią, był wczorajszy program "Teraz My", w którym pani Marczuk-Pazura ustaliła wspólnie z panami: Grubym i Chudszym, że agent Tomasz nie tylko robił jej "maślane oczy"ale prawie ją "uwiódł". Na szczęście pani Marczuk-Pazura  okazała się profesjonalistką i nie zapomniała się w ramionach lowelasa, gdyż – jak dumnie przyznała - "nie łączy biznesu z życiem prywatnym". Jest to dewiza nader słuszna i praktyczna, o czym przekonuje zachowanie owej białogłowy, która skasowała 100 tysięcy łapówki zamiast iść w amory. Dokładnie takim samym "profesjonalizmem"  wykazała się dwa lata temu pani posłanka Sawicka, która uznała, że romans romansem, ale kasa musi się zgadzać. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego media, zamiast zająć sie owym "profesjonalizmem",jaki cechuje "ofiary" agenta CBA, wysłuchują śmierdzących na kilometr fałszem, trywialnych i ckliwych opowieści, które nawet nie ocierają się o sedno problemu. Bo czy normalny dziennikarz w normalnym kraju, gdy osoba ze świecznika zostaje złapana na braniu łapówki, w ten sposób wyjaśnia aferę korupcyjną, jak to miało miejsce chociażby wczoraj w trakcie programu "Teraz My"?

    W opowieściach "ofiar" CBA pojawia się zarzut, iż zostały one "oszukane" i "wykorzystane",co ma oznaczać, że CBA – tak jak zastawiło śmiertelną pułapkę na premiera Tuska – osiąga swoje niecne cele nieprawymi środkami. Rodzi się tedy pytanie, na czym owo "oszustwo"miało polegać. Jeśli bowiem panie Sawicka i Marczuk-Pazura (oraz dziesiątki innych ofiar kaczystowskiego gestapo) przez oszustwo rozumieją okoliczność, iż transakcja korupcyjna była na niby, i że agent wcale przy ich pomocy nie chciał załatwić sobie przetargu, zaś łapówka będzie musiała być zwrócona, to – według tej optyki – z całą pewnością agenci CBA  "oszukują"  łapówkarzy. Jeśli natomiast oszustwem miały być legendarne "maślane oczy",komplementy i czułe słowa agenta Tomka, to w takim razie skąd to niesłychane wyrachowanie "uwiedzionych" niewiast, które nie tylko skrupulatnie przeliczyły swoją "wziatkę" , ale i obiecywały dalsze "kręcenie lodów" za odpowiednią gratyfikacją, ma się rozumieć.

    Jak widać, to wszystko nie trzyma się kupy. Ale przecież nie o to chodzi. Prawdopodobnie padł rozkaz by niezależni dziennikarze dobrali się do CBA po tym, jak Biuro zaatakowało Partię Miłości, więc Gruby i Chudszy oraz ich koledzy z Gazety Wyborczej i Dziennika uwijają się jak w ukropie, by rozwalić tę instytucję, ot choćby przy pomocy "uwiedzionych"profesjonalistek. A przecież agent Tomek nie może przyjść do studia TVN24 i, prezentując swoją wersję tej lovestory, opowiedzieć co nieco o "profesjonaliźmie" swoich "ofiar"…

    Komentarzy: 5

  • Geniusz i jego akolici

    wtorek,13 października 2009,21:19

    kategoria: Polityka

    W ramach stopniowego uspokajania nastrojów i przywracania dawnej równowagi po kilkudniowym szumie związanym z aferami hazardową i stoczniową, do dzisiejszego programu "Fakty po Faktach" w TVN24 zaproszony został pan Sławomir Nowak z Platformy, a do audycji "Kropka nad i" – celem zapewnienia politycznego pluralizmu – pan Grzegorz Schetyna z Platformy.

    Ponieważ oglądanie Grzegorza Schetyny dokazującego z Moniką Olejnik przypomina mi raczej Rodzinę Adamsów, aniżeli Ostatniego sprawiedliwego, to zrezygnowałem z tego seansu poprzestając na obejrzeniu pana Nowaka i pani Justyny Pochanke, która co prawda nie wsławiła się nigdy żadnym ważnym tekstem dziennikarskim, ale za to dzielnie ongiś kibicowała "Białemu miasteczku" pod kancelarią kaczystowskiego premiera, przez co umocniła swoją pozycję w najlepszym czasie antenowym TVN.

    Pan poseł Nowak, dopiero co zwolniony ze swej funkcji w związku z którąś z afer, zagadnięty na wstępie przez panią redaktor, czy uważa premiera Tuska za "geniusza" (ach, cóż za celne pytanie w środku afery rządowej, to się nazywa "patrzeć władzy na ręce"!) rozpoczął od płomiennego wyznania: "Pan premier Tusk to najwybitniejszy polityk w wolnej Polsce". Na to pani Justyna  z poważną miną odrzekła: "Jeszcze wybitniejszy niż Wałęsa, Balcerowicz, Mazowiecki" (bo, że wybitny, to przecież oczywiste)? Pan eksminister wprost nie potwierdził, niemniej twierdząc, że "każdy ma swój czas", uspokoił nieco serduszko pani redaktor (której hierarchia autorytetów omal nie została wywrócona do góry nogami), jednocześnie spełniając swój partyjny obowiązek odśpiewania odpowiedniej frazy do klubowego magnetofonu ukrytego w szafie prezesa, którego rolę odgrywało (nie bez powodu) studio TVN 24.

    Jednocześnie drugi młody wilk naszego Premierissimusa,  eurodeputowany Nitras, uderzył dziś w najcięższe dzwony ("Tusk – słowo jak dzwon", chciałoby się zawołać za W. Broniewskim w tej jakże podniosłej chwili), twierdząc całkiem poważnie, iż Skarb Państwa winien pozwać CBA o odszkodowanie za to, że… nie udało się Tuskowi sprzedać stoczni. Nie wiem, czemu jeszcze ktoś prominentowi Partii Miłości nie wyjaśnił, że CBA to też Skarb Państwa, co oznacza, że Skarb Państwa musiałby pozwać do sądu samego siebie, niemniej przecież nie o to chodzi by bawić się w jakieś szczegóły, tylko o to by wykonać swoją żmudną pracę na odcinku propagandy.

    Te wystąpienia polityków PO, wraz z końcowym odliczaniem do odwołania "szkodnika" (copyright by Stefan Niesiołowski) z funkcji szefa CBA zdominowały – poza nagłym atakiem zimna – dzisiejszy dzień w mediach. Nikt nie próbował nawet obnażyć idiotyzmów plecionych przez Nitrasa oraz obśmiać wiernopoddańczego patosu Nowaka (pani red. Pochanke uspokojona została, że jej autorytety moralne, także mają, obok Donalda Tuska, swoje miejsce w hierarchii) – wiemy tylko tyle, że Skarb Państwa powinien się pozwać sam do sądu bo CBA w jakiś tajemniczy sposób przeszkodziło genialnemu premierowi w sprzedaży stoczni libijskiemu nielegalnemu handlarzowi bronią. A przecież dzień się jeszcze nie skończył – za chwilę "Kropka nad i", a tuż po niej "Szkło kontaktowe".

    Komentarzy: 1

  • Zwieranie szeregów

    poniedziałek,12 października 2009,18:18

    kategoria: Polityka

    W tym całym zamieszaniu ze stoczniami musi być coś na rzeczy, zaś CBA musiało dokopać się do wyjątkowo interesującej prawdy, skoro Gazeta Wyborcza krzyczała dziś przez całe przedpołudnie na czołówce swego portalu że "Nie było żadnej afery stoczniowej – publicyści wyjątkowo zgodni".

    I na potwierdzenie owej "wyjątkowej zgodności publicystów" cytuje artykuły… Janiny Paradowskiej i Witolda Gadomskiego, którzy tłumaczą swoim wiernym (a słowo to w obecnych okolicznościach nabiera wyjątkowego waloru) czytelnikom, że oczywiście afery "nie ma", zaś informacje CBA to "żadne rewelacje" i służą jedynie temu by złowrogi Kamiński "jak najbardziej zaszkodził rządzącej partii".

    I można by znów zapytać (który to już raz!), gdzie się podziewają ci dzielni dziennikarze śledczy, którzy tak dziarsko tropili zbrodnie kaczystowskiego reżimu, a to podając sie za ojca Rydzyka w rozmowie z ministrem rolnictwa, a to nasyłając Renatę Beger na posłów PiS-u, celem namówienia ich do kumoterstwa? Gdzie ci bezkompromisowi szermierze słowa, którzy ostrzegali przed zagrożeniami dla demokracji, wolności słowa i wolnego rynku w Polsce?

    Dzień po wyjściu na jaw informacji, że rząd polski stawał na rzęsach, by przetarg na spory kawałek państwowego majątku wygrała firma, która nie dawała jakiejkolwiek rękojmi na wywiązanie się z zobowiazań, a za którą z dużym prawdopodobieństwem stał libijski handlarz bronią, ogłaszają że żadnej afery "nie ma". I to "wyjątkowo zgodnie"! Co prawda z tą "wyjątkową" zgodnością między publicystami Polityki i Gazety Wyborczej bym nie przesadzał, bo nie przypominam sobie, aby w historii tych dwóch gazet kiedykolwiek występowała różnica zdań, niemniej nie można im odmówić stanowczości i pewności wypowiadanych sądów. Zwłaszcza, że skoro mamy do czynienia z "wyjątkową" zgodnością, to nie ma mowy by "publicyści" się mylili.

    Wszystko wskazuje więc na to, że redaktorzy Gazety Wyborczej doszli do wniosku, iż ich czytelnikom myślenie sprawia ból. Dlatego też autorytety  biorą na siebie ten ciężar i dosłownie w kilka godzin po opublikowaniu stenogramów, orzekają że nic w nich nie ma. No, może poza perfidną grą CBA. Czy jest więc szansa, by czytelnik wyrobił sobie samodzielnie zdanie na temat afery stoczniowej, skoro wszyscy są zgodni, że żadnej afery nie ma, zanim jeszcze tak naprawdę mógł się zapoznać z informacjami na jej temat? Już nie chodzi więc o to, by informować, drążyć, śledzić, dociekać, zadawać władzy kłopotliwe pytania, prowokować ją do kompromitujących wynurzeń i na tej podstawie formułować kategoryczne wnioski publicystyczne, jak to miało miejsce za kaczyzmu. Chodzi o to, by, skoro już jakaś wredna "drukarka CBA" (copyright by red. Stasiński) opublikuje nieprzychylne władzy informacje, natychmiast im zaprzeczyć, dyktując nam wprost, co mamy na ten temat myśleć. Po co informacja? Wystarczy komentarz.

    Widać tutaj jak na dłoni, że Gazeta Wyborcza postawiła swoich czekistów w stan najwyższej gotowości, że zareagowała natychmiastowo nie pozostawiając swoim – nadal uznawanym za intelektualną elitę – czytelnikom nawet ułamka sekundy na refleksję nad ujawnionymi materiałami. Świadczy to niewątpliwie o tym, że CBA odkryło wyjątkowo drażliwą prawdę.

    Komentarzy: 0

  • W pułapce własnych słów i czynów

    sobota,10 października 2009,17:57

    kategoria: Polityka

    Nie minęło nawet kilka dni od informacji o aferze hazardowej, a już złowrogie CBA zastawiło na pana premiera kolejną "pułapkę", donosząc o następnej aferze w szeregach rządowych – aferze "stoczniowej".

    Tym razem w roli agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego, zadaniowanych na uderzenie w Donalda Tuska, występują ministrowie Grad i Szejnfeld, którzy – jeśli wierzyć medialnym spekulacjom – mieli wyprowadzać pieniądze ze stojących na progu upadłości stoczni. W tej sytuacji należy chyba zadać pytanie o postawę pana premiera, który jeszcze jesienią ubiegłego roku jechał do Brukseli "walczyć" niczym lew o polskie stocznie, by po krótkiej chwili dobrodusznie wzruszyć ramionami, oświadczając, że się jednak nie udało.

    Jeśli bowiem pan premier zdawał sobie sprawę z działalności swoich bliskich współpracowników na odcinku stoczniowym, to jego zapewnienia o "walce" o przemysł stoczniowy były standardową osłoną przestępczych działań. Jeśli jednak pan premier jechał do Brukseli z naiwną wiarą w ocalenie stoczni, to jego współtowarzysze wiary tej, jak widać, nie podzielali, bo za jego plecami rozkradali ze stoczniowego majątku, co się jeszcze da, zanim na teren zakładu wkroczy syndyk. To trochę tak jak z senatorem Misiakiem, który w trakcie zażartej "walki" pana premiera o utrzymanie bytu polskich stoczni, przepychał przez parlament ustawę, która miała mu zapewnić korzyści z powodu ich… upadku.

    Wprawdzie z punktu widzenia pana premiera, żadna z powyższych alternatyw nie jest korzystna, bo pierwsza stawia go na równi z gangsterami z jego partii, zaś druga robi z niego bezwolnego figuranta mafii (i dotyczy to także afery hazardowej), ale przecież nie sposób pominąć dzisiejszej wypowiedzi pana ministra Grasia, który oświadczył z marsową miną, że CBA – uderzając przy pomocy swoich głęboko zakonspirowanych agentów  w premiera Tuska – "wypowiedziało wojnę państwu polskiemu", co oznacza, iż primo kolejna "pułapka"zastawiona na pana premiera, okazała się skuteczna, tj. że ma on udział w aferze, secundo Donalda Tuska oraz sitwę za nim stojącą, dotyczy słynna maksyma Ludwika XIV "państwo to ja".

    Idąc tym interesującym tropem, można stwierdzić, że alarmowanie o aferach jest nie tylko "zastawianiem pułapek"na mężów stanu, ale i działaniem przeciwko państu, które owi mężowie uosabiają.

    Aby wytrzymać ten natłok nowej wiedzy z zakresu etyki oraz nie czynić wyłomu w tej żelaznej logice Partii (ściganie afer = wojna z państwem, aferałowie = państwo), winniśmy, jak gdyby nigdy nic uznać, że Platforma Obywatelska realizuje swój rzeczywisty program polityczny, który określiła ongiś posłanka Beata Sawicka (również agentka CBA), w rozmowie ze swoim kompanem Tomkiem, mianem "kręcenia lodów".

    Komentarzy: 1

  • Ku niezawisłości

    wtorek,6 października 2009,18:42

    kategoria: Polityka

    Czy można skazać łapówkarza za przestępstwo, którego się dopuścił w wyniku prowokacji służb specjalnych i jednocześnie uznać, że prowokacja w celu wykrycia tego przestępstwa także była… przestępstwem? Jasne, że tak. Wystarczy tylko, by było to zgodne z interesem aktualnie rządzącej partii.

    Postanowienie niezawisłej rzeszowskiej prokuratury o przedstawieniu zarzutów nadużycia uprawnień przez Mariusza Kamińskiego, opiera się – jak wynika z lakonicznego komunikatu prokuratury – na uznaniu, że prowokacja polegająca m.in. na preparowaniu dokumentów celem uwiarygodnienia agentów była bezprawna, albowiem CBA nie miała "wiarygodnej informacji" o zamiarze popełnienia przestępstwa przez panów Piotra Rybę i Andrzeja K. Co za tym idzie, prowokacja CBA nie zmierzała do wykrycia afery gruntowej, ale ją wywołała wciągając w korupcyjny proceder dwóch urzędników, przy pomocy  wyłudzenia poświadczenia nieprawdy w oparciu o owe podrobione dokumenty.

    Tymczasem Piotr Ryba i Andrzej K. zostali skazani przez  – jak się wydawało – równie niezawisły, co rzeszowska prokuratura sąd, na kary pozbawienia wolności i grzywny za płatną protekcję, to jest powoływanie się na wpływy w ministerstwie rolnictwa w celu odrolnienia działki. Powołując się na owe wpływy działali w zaufaniu do spreparowanych dokumentów oraz agentów CBA występujących jako biznesmeni – łapownicy. Jak stwierdził sąd w uzasadnieniu wyroku "w rozmowie na kortach z trzema biznesmenami (Ryba – przyp. menda) mówił, że szuka osób, które miały problemy z załatwianiem spraw w tym ministerstwie, a on się tego podejmie za pewną opłatą za pośrednictwo".

    "Mając właśnie takie wiadomości, CBA podjęło decyzję o rozpoczęciu akcji specjalnej: agent Biura, udając biznesmena, zgłosił się do Andrzeja K. jako zainteresowany załatwieniem odrolnienia ziemi na Mazurach. K. początkowo żądał łapówki 6 mln zł, a potem oświadczył, że może "zejść z ceny" do 2,7 mln zł. "W ocenie sądu oskarżeni Ryba i K. działali wspólnie i w porozumieniu, i dopuścili się płatnej protekcji" – stwierdził sąd." (cytat za gazetaprawna.pl)

    Jak można zauważyć, ustalenia niezawisłego sądu i jeszcze niezawiślejszej prokuratury co do legalności działania CBA są radykalnie odmienne (sąd w sprawie Ryby uznał, że CBA podjęło działania po tym jak uzyskało wiadomości o chęci nielegalnego odrolnienia gruntów, prokuratura zaś zarzuciła Kamińskiemu, że ten nie posiadając takiej wiadomości, podrabiał dokumenty by podżegać do korupcji pana Rybę). Skąd taka rozbieżnośc w ocenach tych samych czynności operacyjnych CBA?

    Odpowiedź daje sam prokurator Olewiński, który – w ramach realizacji zasady niezawisłości wymiaru sprawiedliwości – wydał oświadczenie, w którym stanowczo zaprzeczył, jakoby do zdumiewającej zmiany jego opinii co do zasadności oskarżania Kamińskiego doszło na skutek jakichś nacisków politycznych. Ot, po prostu, przez dwa lata chciał śledztwo umorzyć, po czym nagle go olśniło i uznał, że Kamiński to przestępca. Oświadczenie to wydał, jak sam napisał "na prośbę ministra sprawiedliwości" Andrzeja Czumy. Tego samego, który parę dni temu, zanim dowiedzieliśmy się o zarzutach, uznał Kamińskiego za przestępcę i w tym samym zdaniu uniewinnił Chlebowskiego i Drzewieckiego.

    Wszystko więc wskazuje na to, że rzeszowski wzór niezawisłości to nie jest jeszcze ostatnie słowo  Platformy Obywatelskiej i wkrótce minister Czuma przejdzie na ręczne sterowanie nie tylko prokuratorami ale i sądami, które zbadają, jak bardzo Zbychu Chlebowski  "walczył" za Rycha w sprawie jednorękich bandytów i dlaczego jest tak bardzo niewinny. W tym czasie na tacy premieru Tusku będzie już leżeć pierwsza głowa, która poleciała po aferze hazardowej. A będzie do głowa Mariusza Kamińskiego.

    Komentarzy: 0

  • Ofiary płacą rachunki za sprawców

    wtorek,29 września 2009,13:31

    kategoria: Polityka

    W medialnym tumulcie, jaki zapanował dwa dni temu w związku z aresztowaniem Romana Polańskiego, serwisy internetowe niepostrzeżenie obiegła lapidarna informacja, że Jan Maria Rokita, w ślad za innymi opozycjonistami, złożył pozew do sądu przeciwko Skarbowi Państwa o odszkodowanie za prześladowania, jakie spotkały go w PRL.

    Już od czasów rzymskich odpowiedzialność deliktowa rządzi się niezmiennymi prawami. Aby bowiem domagać się od kogoś odszkodowania, muszą być spełnione co najmniej dwa warunki: wina sprawcy oraz wiązek przyczynowy między jego czynem a szkodą. W przypadku odszkodowania za represje komunistyczne żaden z powyższych warunków nie został spełniony. A to dlatego, że zgodnie z polskim prawem represjonowani opozycjoniści mogą domagać się odszkodowania tylko od swoich współobywateli, którzy – jako zbiorowość – kryją się pod enigmatyczną nazwą Skarb Państwa. Tymczasem to nie społeczeństwo polskie internowało Rokitę, ba, obywatele Polscy byli – tak jak Rokita – w mniejszym lub większym stopniu ofiarami działań urzędników komunistycznych wielu szczebli, którzy wydawali decyzje o internowaniu, więzieniu, prześladowaniu, którzy rujnowali gospodarkę, tłumili wolność słowa, rozkradali majątek państwowy.

    Ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu, by zarówno Jan Rokita, jak i wszyscy inni, których boleśnie dotknął PRL otrzymali stosowne zadośćuczynienie. Ale dlaczego to mnie Rokita pozywa do sądu o odszkodowanie, a nie np. pana Kwaśniewskiego, tj. prominentnego przedstawiciela komunistycznej junty, którego małżonka ma na sobie równowartość kilkuletniej pensji przeciętnego Kowalskiego albo generała Czempińskiego, który zasiada w radach nadzorczych banków i instytucji finansowych, a nawet – jak się okazuje – zakłada partie polityczne?

    I tu dochodzimy do sedna problemu. Gdyby bowiem komunistyczna nomenklatura w jakikolwiek sposób odpokutowała szkody wyrządzone społeczeństwu, gdyby została pozbawiona przywilejów, majątku bezprawnie zagarniętego, pozycji w hierarchi politycznej i biznesowej, moglibyśmy uznać, że sprawcy ponieśli odpowiedzialność za szkody wyrządzone Rokicie i innym prześladowanym. Wówczas najzupełniej logicznym by było, że poszkodowani zwracają się do Skarbu Państwa, zasilonego kontrybucją komunistów, o partycypację w tej kontrybucji w związku ze szkodami przez siebie poniesionymi.

    Wydaje się, że ten paradoks odpowiedzialności odszkodowawczej w III RP za szkody poniesione w wyniku działalności antykomunistycznej rozumie doskonale Andrzej Gwiazda, który oświadczył kiedyś, że rezygnuje z zadośćuczynienia za prześladowania, gdyż uznaje za głęboko niesprawiedliwe domaganie się odszkodowania od innych ofiar systemu, jakimi byli Polacy jako całość. W przypadku Andrzeja Gwiazdy funkcjonuje jednak jeszcze jeden element, być może najdoskonalej puentujący ten smutny tekst. Otóż Andrzej Gwiazda był nieskalanym bohaterem walki z komunizmem, walki w której poniósł rany, ale z której wyszedł zwycięsko. Bohaterowie świętych wojen wyzwoleńczych winni otrzymać od wyzwolonego narodu wieniec zwycięstwa, chwałę i miejsce w historii, a nie odszkodowanie. To myślenie rycerza, a nie ofiary.

    Komentarzy: 0

  • Czy pan premier wykastruje Polańskiego?

    niedziela,27 września 2009,22:32

    kategoria: Polityka

    Kilka miesięcy temu, na fali ogólnego oburzenia dotyczącego nagłaśnianych przez rządowe media przypadków molestowania seksualnego nieletnich,  premier Donald Tusk wyskoczył z pomysłem kastracji pedofilów.

    Pomyślałem sobie wówczas, że pomimo całej tej maskarady, jaka odbywała się wokół cierpienia gwałconych dzieci, pomimo całej tej hipokryzji, która lała się ze szpalt i ekranów, z których jeszcze kilka miesięcy wcześniej leciały gromy na podobne pomysły PiSu, dobrze się stanie, jeśli ten rząd podejmie jakieś próby rozwiązania problemu. Jednakże po wystąpieniu premiera Donka, media nagle zamilkły w opisywaniu kolejnych bezeceństw seksualnych, sprawiając wrażenie, że po tak groźnej ripoście Tuska, wszyscy pedofile w Polsce pochowali się do swoich ciemnych i wilgotnych piwnic, nie widząc, że słupki poparcia dla pana premiera poszły w górę. Zamierzony efekt propagandowy został osiągnięty, tedy media w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku porzuciły temat cierpnienia gwałconych dzieci.

    I kiedy już zacząłem godzić się z faktem, że nawet przy okazji owej zakrojonej na szeroką skalę akcji propagandowej, nie zostanie przeprowadzona żadna inicjatywa rzeczywiście uderzająca w zjawisko pedofilii, 25 września sejm przyjął nowelizację kodeksu karnego, która przewidywała tzw. chemiczną kastrację pedofilów. I w zasadzie premier Donek mógłby odtrąbić kolejne zwycięstwo na polu walki o lepsze jutro dla polskich dzieci, gdyby nie fakt, że okazja do zweryfikowania jego intencji przyszła już po dwóch dniach i to z najmniej spodziewanego kierunku. Oto bowiem polski reżyser światowej sławy, uznawany przez wielu za wybitnego, został aresztowany z powodu oskarżenia o akt pedofilski sprzed 30 lat popełniony w Stanach Zjednoczonych na 13 – letnim dziecku.

    W polskich mediach podniósł się rejwach sakramencki, autorytety moralne i intelektualne jęły wysyłać listy błagalne do polskich władz. Zaś w mediach, które jeszcze niedawno, w ramach propagandowej strategii prześcigały się w opisywaniu makabry powodowanej przez zboczeńców, zaroiło się od relacji dziewczynki (dziś 40-letniej kobiety), która "godziła się" na spółkowanie z Polańskim i "nie ma żalu" do niego oraz wypowiedzi polskich autorytetów, że tak w ogóle to było dawno i nieprawda. Nikogo nie interesuje fakt, że okoliczność czy ofiara "godzi się", czy też "nie ma żalu" do pedofila, dla oceny prawnokarnej czynu jest w zasadzie bez znaczenia (nie musi nawet wpływać na złagodzenie kary, nie mówiąc nawet o odstąpieniu od niej) – liczy się tylko to by chronić naszego przed mackami sprawiedliwości.

    A co na to polskie władze? Premier Donek, co w obliczu powyższych rozważań zupełnie zrozumiałe, schował głowę w piasek. W jego imieniu dziś wystąpił minister Sikorski, który oświadczył, że wystąpi do władz amerykańskich o… ułaskawienie Polańskiego. Co ciekawe, powiedział to, nie znając nawet okoliczności sprawy. Okazuje się więc, że gdy idzie o marketing polityczny to jesteśmy  restrykcyjni pełną gębą: na cierpieniu wykorzystywanych dzieci robimy wielką akcję medialno-polityczną, przekonując słusznie podburzonych przez media rodaków, że z pedofilami trza jak najostrzej. Ale gdy tylko media oraz autorytety zarządają ochrony prominentnego pedofila, to polski rząd w podskokach zapewnia, że zrobi wszystko, by go ułaskawić.

     

    Komentarzy: 5

  • Głupota czy sabotaż?

    piątek,25 września 2009,15:25

    kategoria: Polityka

    W czasach Stanisława Poniatowskiego, naszego władcę określano mianem "król Staś". Wiązało się to oczywiście z tym, że przez większość jego poddanych był on uznawany za całkowicie nieudolnego i biernego. Tymczasem sam"Staś" doszedł w swej pysze do takiego zapamiętania, że w 1767 r. przyznał się angielskiemu dyplomacie Jamesowi Harrisowi, iż założył Szkołę Oficerską, opiewaną jako ogromne osiągnięcie (a nie było wtedy ani TVN24 ani Gazety Wyborczej) tylko po to, by dostarczać kadry wojskowe Katarzynie Wilekiej, która – jak doskonale wiemy – kilka lat później dokonała rozbioru Polski.

    Co prawda dziś nie ma już "króla Stasia", ale jest za to "premier Donek"("mów mi Donek"). Premier Donek ma panią minister Kopacz, która właśnie zakupiła za kilkadziesiąt milionów złotych cztery miliony szczepionek przeciwko świńskiej grypie, oświadczając z rozbrajającą szczerością, że nie wie, czy szczepionki kupione za nasze pieniądze są skuteczne oraz czy mają jakieś skutki uboczne. Głupota, bezczelność? Może tak. A może ktoś musiał na tych szczepionkach zarobić, po tym jak ktoś inny zarobił na szczepionkach na ptasią, krowią i Bóg wie jaką jeszcze grypę, których śmiertelne żniwo do dziś, po szczęśliwym odegnaniu zarazy, ma charakter "faktu medialnego".

    Premier Donek ma ministra Sikorskiego, który wraz ze swoim pryncypałem robił wszystko by obrzydzić Amerykanom instalowanie swoich baz w Polsce oraz przyznać prawo veta Rosji w sprawach dotyczących naszego bezpieczeństwa. Kiedy wreszcie udało się wyzwolić Amerykę ze wszelkich skrupułów, jakie mogłaby mieć podjąwszy decyzję o zerwaniu zobowiązania z Polską, minister Sikorski uradował się, że wreszcie Obama "pozbawił złudzeń" polskiego prezydenta. Widząc to, jak uradowane są polskie władze z wystrychnięcia ich na dudka, Ameryka nie tylko nie czuje się względem nas zobowiązana, ale nie wyraziła cienia zażenowania z powodu złamania podstawowej zasady pacta sunt servanta. Głupota, czy sabotaż? A może to i to?

    Mamy także marszałka Niesiołowskiego, który nagle zmienił zdanie na temat zbrodni katyńskiej. Jeszcze dwa lata temu uważał ją za ludobójstwo – dziś już nie, pomimo że Polska od kilkunastu lat zabiega na arenie międzynarodowej o potwierdzenie znamion zbrodni katyńskiej jako ludobójstwa. Do tego dochodzi premier Donek, który ostentacyjnie ukrywa twarz w dłoniach na oficjalnych uroczystościach na Westerplatte podczas przemówienia polskiego prezydenta. Głupota? Może tak, może nie. Może chodzi o to, by słowa prezydenta Polski  o ludobójstwie stały się niepoważne, skoro żadnego ludobójstwa nie było, o czym zaświadczał całym swym majestatem rząd polski i marszałek wyższej izby parlamentu?

    Premier Donek sprzedaje także nasze stocznie. Gdy jechał "walczyć" o nie do Brukseli jesienią ubiegłego roku, jego kolega partyjny, senator Misiak, obstawił jednak że mu się nie uda, bo przepychał przez wszelkie komisje i izby ustawę dzięki której jego firma miała się obłowić na upadku wspomnianych zakładów, o które premier Donek tak zażarcie "walczył", że Unia kazała mu je zlikwidować w podskokach i zakazała dotowania, ze względu na "nierentowność". A wszystko to w sytuacji, gdy np. stocznia w Szczecinie miała koszyk zamówień na kilka lat, zaś oddalone o kilkaset kiolometrów od niej stocznie niemieckie, faktycznie nierentowne, ze względu na znacznie wyższe koszty pracy, futrowane były, są i będą pieniędzmi przez tą samą Unię Europejską, która odprawiła Donka. Donka, z którym, jak przekonuje nas propaganda, liczą się w Europie.

    Stoczniowa opowieść toczyła się dalej, bo ratunek miał przyjść z… no właśnie nie wiadomo skąd: Kataru, Antyli Holenderskich, Izraela? W każdym bądź razie premier Donek już, już "uratował" stocznie poprzez ich sprzedaż. I nawet przykmnęlibyśmy oko na kuriozalny fakt, że ani on ani jego minister nie wiedzieli komu stocznie owe "sprzedali", gdyby się nie okazało, że nikt nam za nie nie zapłacił ani grosza. Tej zabawie towarzyszyła cała seria pozorowanych działań, czego przykładem jest kolejna próba przedłużenia terminu do załatwienia sprawy stoczni w UE, podjęta w chwili, gdy nie było nawet teoretyczniej szansy by mógł on zostać przywrócony. Głupota, nieudolność, ściema?

    Im większe zadowolenie, bezczelność i pycha towarzyszą medialnym zaklęciom "premiera Donka"i jego ekipy, im więcej tuszu trza zużyć na tę maskaradę dla półinteligentów na antenie TVN24, tym bardziej zbliżamy się do granicy, na której nieudolność łączy się z dywersją.

    Komentarzy: 0

  • «‹ wcześniejsze

O Autorze

menda

menda

Jak każdą mendę, charakteryzuje mnie wredność oraz całkowity brak wiedzy merytorycznej.

Kategorie

  • Polityka

  • Ogólne

  • Kultura

Archiwum

  • listopad 2009

  • październik 2009

  • wrzesień 2009

  • sierpień 2009

  • czerwiec 2009

  • maj 2009

  • kwiecień 2009

  • marzec 2009

  • luty 2009

  • styczeń 2009

  • grudzień 2008

  • listopad 2008

Popularne

  • Liberałowie z próbówki

    2 grudnia 2008

Copyright © 1994-2010 Fronda. Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone

Dołącz do Klubu Fronda.pl

Zamknij

Reklama w portalu Fronda.pl

Skontaktuj się z nami! Za pomocą poniższego formularza możesz wysłać do nas zapytanie odnośnie reklamy w portalu Fronda.pl. Zapoznaj się także z innymi formami wspierania portalu.

Zamknij

Skontaktuj się z redakcją portalu Fronda.pl

Zamknij