-
Lekcja
czwartek,15 kwietnia 2010,12:38
kategoria: Ogólne
Nie wyobrażam sobie, by po tym, co się stało w sobotę ktokolwiek posiadający minimum wrażliwości etycznej patrzył na polską wspólnotę, na politykę w sposób, jaki próbowano nam dotychczas narzucić: wizerunkowy, technokratyczny, partyjny, minimalistyczny, antyideowy. Opatrzność dała nam niepowtarzalną szansę na całkowitą przemianę naszego myślenia o Polsce. Dziś wiemy, że Bóg nakazuje nam patrzenie na wspólnotę w kategoriach wiecznych, że powinniśmy wymagać od polityków by robili wszystko aby przejść do najjaśniejszej historii swojego narodu. Myśmy przestali od nich tego wymagać, co oni doskonale zrozumieli. Przekonują o tym aktualne rządy "bezpartyjnych fachowców", technokratów, postaci złożonych nie z krwi i kości, tylko z pikseli. Nie wyciągnięcie nauki z tej boskiej lekcji, zadanej Polakom w Smoleńsku będzie ciężkim grzechem przeciwko ojczyźnie.
Gdzieś w Polsce żona wyprowadza się od męża. Nie może wytrzymać tego, że on nadal jest tym człowiekiem sprzed soboty, że nie potrafi wydostać się z kokonu, w którym pozostawał przez ostatnie lata, że nie chce czytać Znaków. Ona od soboty pozostaje w rozpaczy, on tę rozpacz pogłębiał nie chcąc włączyć się w jej żal, okopując się w obozie "antykaczystów", "pragmatyków", "rozumnych Polaków", "młodych, lepiej wykształconych, z większych miast". Zbyt mocno ranił ją brak zrozumienia u człowieka, któremu ślubowała miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Mówił, że czuje się z "tego wszystkiego wyłączony", dlatego pozostał sobą: cynicznym, ironicznym, zjadliwym, pozbawionym świadomości wydarzeń, których był świadkiem. Nie będzie żadnego "pojednania", nie będziemy żadną "jednością". Bruzda, która dzieli nasz kraj pogłębiła się jeszcze bardziej.
Dziś już wiem, że nie będę w stanie zabić w sobie pogardy, którą czuję do ludzi małych, którzy uczynili z mojego Prezydenta obiekt kpin, całkowicie zakłamując jego wizerunek i usilnie blokując mu dostęp do mnie, a którzy teraz nad jego ciałem kontynuują swoją wojnę, wzbraniając Mu wstępu na Wawel. Przemawia przez nich strach o to, że pochowanie naszego Prezydenta obok królów i marszałka Piłsudskiego stanowi dla niego formalną przepustkę do nieśmiertelności. Oni są po prostu konsekwentni, bo czyż nie jest w swej skrajnej obłudzie, logicznym wniosek, iż bohaterem narodowym nie może zostać mały "dureń" z "małpką" "co go mieśliśmy na prezydenta"? Złożenie Jego ciała na Wawelu, wywoła w ludzkich sumieniach kolejny szereg pytań, które podważą monopol trwający w Polsce od 20 lat. Tych samych pytań boją się sobie zadać pełni pychy głupcy, ofiary tego monopolu, którzy nie rozumieją, że od soboty stworzone i narzucone im kategorie myślenia zostały całkowicie obnażone. Obrona monopolu nie zna żadnych granic i żadnych tabu, włącznie z deptaniem człowieka, któremu dziesiątego kwietnia – wraz ze śmiercią brata-bliźniaka i najbliższych współpracowników – zawalił się cały świat i którego twarz, zastygła w farmakologicznej malignie, mówi: To koniec.
Czeka nas najgorszy okres historii politycznej po 1989 roku. Rządzi nami Monopartia, która ma otwarte gabinety ostatnich przyczółków "kaczyzmu". Część z nich już obsadziła swoimi, zanim jeszcze ostygły ciała ofiar. Pisząc "Monopartia" mam jednak na myśli kategorię znacznie szerszą niźli tylko partyjną. Rozszerzy się także monopol języka (o czym można się było przekonać w listach autorytetów, dosłownie w kilkadziesiąt godzin od tragedii), rozszerzy się monopol wizji państwa technokratycznego, aideowego. Nikt przez długie lata już nie wezwie na dywanik przedstawicieli Monoparii, którzy grają w golfa z mafią i załatwiają jej odpowiednie ustawy, nikt nie przypomni o niewygodnych fragmentach życiorysów osób uznawanych za autorytety i nie postawi pytania o sens zgody tak wewnątrznarodowej, jak i międzynarodowej, bez wyjaśnienia prawdy. Czy nasze umysły i sumienia to wytrzymają? Chciałbym wierzyć, że tak.
Nie wiem, czy będę w stanie uszanować nowego prezydenta, który jeszcze niedawno mówił, iż tylko dlatego "nie strzela do kaczek", że jest na nie "okres ochronny", który stoi teraz w pierwszym rzędzie żałobników i któremu – jestem pewien – brzęczą w głowie słowa "jaki prezydent, taki zamach". Nie wiem, czy będę w stanie uszanować polityków, którzy chełpili się odebraniem prezydentowi samolotu i grozili "wyginięciem jak dinozaury" tym, którzy mają inną wizję Polski, niż narzucona przez monopol. Nie wiem, czy będę w stanie patrzeć na ludzi małych bez obrzydzenia. Ale może inaczej się nie da, skoro mamy wojnę, w której brat stanie przeciwko bratu a żona przeciwko mężowi.
Zawsze tutaj starałem się unikać tzw. prywaty, niemniej jestem winien Czytelnikom kilka słów wyjaśnień i pewną deklarację. Przede wszystkim powyższy wpis jest ostatnim wpisem mendy w tej formule bloga. Menda była pseudonimem prowokacyjnym, który miał wywoływać szok. W kraju, w którym zbrodniarz jest człowiekiem honoru, gdzie odwrócono pojęcia, wśród mend można znaleźć ludzi poszukujących prawdy. To dotychczas starałem się – w miarę swoich skromnych możliwości – czynić na tym blogu. Sztucznie kreowana atmosfera zjadliwości, złośliwości, uszczypliwości miała czynić go bardziej interesującym i uwypuklać problemy, które uważałem za istotne.
Bloga prowadziłem "od niechcenia", notki czasem bywały niechlujne i nieprecyzyjne, niemniej – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – osiągnął on relatywnie duże powodznie: zanotował kilkaset tysięcy odwiedzin, często gościł na czele portalu, był cytowany w internecie, a nawet prasie papierowej. Popularność na Frondzie i salonie24 niedzielnego wpisu uczynionego po wielu miesiącach milczenia, którego administracja salon24 nie wyeksponowała na stronie głównej, przekonuje mnie, że są ludzie, którzy chcą mnie czytać. Dlatego blog kiedyś będzie kontynuowany, choć z pewnością zniknie menda, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Muszę sobie to wszystko przemyśleć, ułożyć na nowo, tak jak każdy z nas. Ale nie przestanę pisać. W końcu mamy wojnę.
Wszystkim Czytelnikom dziękuję za dotychczasową obecność. Do zobaczenia za jakiś czas.
-
Kondukt żałobny
niedziela,11 kwietnia 2010,18:41
kategoria: Ogólne
"niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys"
(Zbigniew Herbert, Przesłanie Pana Cogito, fr.)
Był taki moment kilkanaście miesięcy temu, kiedy wydawało się, że nagonka na prezydenta Polski przejawiająca się w inwektywach, manipulacjach, kłamstwach, wymownych przemilczeniach i małostkowych uszczypliwościach autorstwa promomowanych w mediach polityków, a często i samych dziennikarzy – że ta nagonka osiągnęła poziom, za którym jest już wyłącznie medialny lub polityczny impeachment. Pomyślałem sobie, że chyba tylko jakaś tragedia, zwłaszcza przedwczesna śmierć prezydenta jest w stanie postawić temu tamę. I zastanawiałem się wtedy – horrible dictu! – jak by to było gdyby umarł prezydent. I – muszę przyznać – nie byłem sobie w stanie tego wyobrazić.
Od wczorajszego ranka miota się we mnie cała masa uczuć, jest wśród nich żal, obawa o stan państwa, przerażenie i niezrozumienie sensu. Ale pośród tych uczuć, które mi towarzyszą najsilniejszym jest nieustające, przytłaczające, obezwładniające poczucie niesprawiedliwości. Niesprawiedliwości na wielu poziomach. Na tym najniższym, wydawałoby się – trywialnym – poziomie odczułem ją otwierając internet. Okazało się, że nagle, w godzinie śmierci Lecha Kaczyńskiego wiodące portale internetowe jednak posiadają fotografie głowy państwa bez rozbieganego spojrzenia, wyłupiastych oczu, rozchylonych nienaturalnie ust, ułożonych nieforemnie dłoni. Czy wcześniej serwery tych portali, a także wiodącej telewizji informacyjnej w Polsce nie zawierały tych zdjęć? Panie dziennikarzu, panie redaktorze, czy wcześniej nie mogłeś pokazywać milionom Polaków ich prezydenta w pozie godnej? Włączyłem wiodącą telewizję informacyjną, która nadaje kompilację doskonałych autoironicznych, bystrych bon-motów prezydenta nagranych "off the record". Okazuje się, że myśmy z tej strony Lecha Kaczyńskiego nie znali, a przecież te nagrania tam cały czas były! Dlaczego więc wiodąca telewizja prywatna położyła główną zasługę w wykreowaniu prezydenta na gbura?
Najpopularniejsza dziennikarka polityczna w Polsce, na antenie czołowej stacji prywatnej, pogrążona w nieutulonym żalu opisuje swój wczorajszy poranek, pełen łez i smutku. Jednocześnie konstatuje, że chciałaby aby ta tragedia "zmieniła coś w Polakach", ale sugeruje, że będzie to trudne, gdyż kiedy przyszła pod Pałac Prezydencki zapalić znicz, to podszedł ktoś do niej z motłochu, nazwał "ścierką" i kazał się "wynosić". Ta sama dziennikarka w ostatnich kilku miesiącach dała co najmniej kilkanaście razy w swych programach telewizyjnych i radiowych najlepszy czas antenowy człowiekowi o charakterystyce kanalii. Człowiekowi, który między innymi nazywał Lecha Kaczyńskiego "trupem na wrotkach", "półmartwym", insynuował mu różnorakie choroby, w tym psychiczne i alkoholizm, o drobniejszych kwestiach nie wspominając. Człowiek ten wprost swoją aktualną misję w polityce określał jako "pozbycie się Kaczyńskiego" – wiodąca dziennikarka polityczna w Polsce, którą motłoch nie zaakceptował pod Pałacem, ma swój największy wkład w promowanie tej kanalii. Nie odmawiam jej prawa do żałoby po zmarłym prezydencie. Ale jej tout court nie wierzę. Nawet jeśli w tej niewierze błądzę, to jest to błądzenie usprawiedliwione jej dotychczasową metodyczną pracą nad deprecjonowaniem głowy państwa polskiego. I jest jej kolega redakcyjny, który z poważną miną mówi o stracie jaką odczuwa, a który w pierwszym wydaniu serwisu informacyjnego pod swoim kierownictwem kazał wycofać z pierwszej na ostatnią pozycję informację o tym, że prezydent odznaczył orderem Annę Walentynowicz. Jaka to dla niego strata? Przecież to był prezydent, którego miejsce w twoim programie było tuż przed prognozą pogody! A jak się czuje ich kolega ze stacji państwowej, dziennikarz roku, którzy czytając nagłówki opiniotwórczej prasy turlał się ze śmiechu powtarzając "borubara", "irasiada" wypowiadanych przez "niskopiennego"prezydenta? A największa gazeta, która te nagłówki drukowała i była w stanie posunąć się nawet do kłamstw i przestępczych – nieprawdziwych, jak się oczywiście okazało – zarzutów, ma dziś najpiękniejszą szatę graficzną ze wszystkich żałobnych wydań. Jak dziś oni wszyscy się czują, lub jak powinni się czuć gdyby posiadali sumienie, widząc od kilkudziesięciu godzin to, co jest ważne, widząc tchnienie Absolutu w niesłychanym żywiole symboliki (wieloznacznej) tej tragedii – w obliczu tych wszystkich litrów atramentu wylanego, ton papieru zadrukowanego i terabajtów informacji o przejęzyczeniach, gafach, wyglądzie głowy państwa i Bóg wie czym jeszcze? Jak powinni się czuć?
Kandydat na prezydenta, wykonujący właśnie funkcje głowy państwa, eksponowany w mediach od wczoraj z racji swych konstytucyjnych kompetencji, zwraca się z "orędziem do narodu" , apelując o jedność ponad podziałami. I – proszę mi wybaczyć, jestem zwykłą mendą – za każdym razem gdy widzę jego doskonale upudrowaną twarz na tle biblioteczki i białoczerwonej flagi, wraca mi obraz sprzed roku, kiedy to prezydent RP, jako jedyny, jak się wydaje, rozumiejąc sytuację geopolityczną przebywał na terenie Gruzji zaatakowanej przez Rosję. Kolumna prezydencka została ostrzelana przez patrol rosyjski, a obecny kandydat-marszałek-prezydent wielce rozbawiony opowiadał o "zabawie w żołnierza", "dzikiej eskapadzie" prezydenta, kwitując: "jaki prezydent, taki zamach". Dziś maszeruje na czele konduktu żałobnego i ogłasza żałobę narodową "z powodu katastrofy rządowego samolotu". A nie dlatego, że zginął Lech Kaczyński, głowa państwa, wybitny człowiek?
I jest jego kolega klubowy, wybitny specjalista od much i muszek, którego nienawiść do "kaczyzmu" pochłonęła bez reszty, który ilością inwektyw i chamstwa przebił bodaj wszystkich. W kondukcie, zalani łzami kroczą przedstawiciele Partii Władzy, którzy okazywali dumę z wykradzenia samolotu prezydenckiego i uziemienia głowy swojego państwa w domu, którzy skandowali tłumnie "były prezydent Lech Kaczyński", ludzie, którzy nawet kosztem wizerunku Polski za granicą opluwali polskiego prezydenta. W żałobnym pochodzie nie mogło zabraknąć także "legendy Solidarności", który – ze znaną już skromnością – oświadczył, że "wybacza" Lechowi Kaczyńskiemu. Co takiego wybacza prezydentowi, który pod każdym względem bił go na głowę, a którego prostacko wyzywał, naśmiewając się także z jego małżonki? Jakie ma prawo do "wybaczania" czegokolwiek temu człowiekowi?
Jeszcze nie ostygło ciało prezydenta, a kandydat-marszałek-prezydent dosłownie w kilka godzin wprowadził do pałacu swojego – nomen omen – namiestnika. Nikt nie zauważa dwuznaczności w tym, że gestorem dokumentacji dotyczącej aneksu do likwidacji WSI jest jeden z prawdopodobnych bohaterów tego dokumentu. Jeszcze nie dotarło do nas ciało szefa IPN, a – jak mówił dziś któryś z "pisowskich"dziennikarzy – jego zastępczyni podejmuje już jakieś decyzje. Do czego się tak spieszą? Czy to nie nasuwa skojarzeń z mało lubianymi zwierzętami na sawannie? Co będzie potem? Teraz już nietrudno to sobie wyobrazić.
Nie odmawiam nikomu prawa do żałoby, ale pozwólcie zachować mi prawo do niewiary w Waszą szczerość. Solidnie żeście na to zapracowali.
-
Kaczorgate
środa,25 listopada 2009,15:15
kategoria: Polityka
Udało się! Afera "Zbycha", "Mira" i "Grzesia", afera Rządu, Premiera i Partii Miłości zniknęła. Teraz mamy już tylko aferę Kaczyńskich. I to obu. Jeden bowiem, jako pracownik kancelarii adwokackiej "obsługiwał"hazardowe firmy a nawet w ich imieniu "lobbował", drugi zaś, wraz ze swym współpracownikiem był "bardzo zaangażowany" w prace nad ustawą hazardową i – o zgrozo! – "uwikłany". Wszystkie te tajemnicze uwikłania, powiązania, niedomówienia i interesy trzeba jak najszybciej wyjaśnić przed komisją śledczą . W imię prawdy, rzecz jasna.
Od kilku dni niezależne media nie żyją niczym innym, jak "uwikłaniem" (cytat za TVN24) rządu J. Kaczyńskiego, a w szczególności Przemysława Gosiewskiego, w prace nad ustawą hazardową. Dziś nastąpił kolejny etap tej operacji: prezes PiS zostanie wezwany przez komisję śledczą na przesłuchanie. Obwieścili to posłowie PO z taką samą pewnością i przekonaniem, jak kilka tygodni temu wykluczali jakąkolwiek konfrontację między D. Tuskiem a M. Kamińskim. Co prawda, nikt nie wyjaśnia nawet słowem na czym owo "uwikłanie"Kaczyńskiego w aferę hazardową polegało, ale kto by się tam przejmował takimi szczegółami skoro istnieje "tajemnicza notatka" Gosiewskiego, której dokładnej treści posłowie PO strzegą z desperacją równą tej, z jaką rząd ukrywał słynne raporty Julli Pitery na temat pisowskich szprotek, mimo że notatka jest jawna. Napięcie więc jest odpowiednio stymulowane, a ludowi postanowiono rzucić strzępy informacji, z których wynika, że Gosiewski sporządził ową notatkę w 2006 r. aby ostrzec J. Kaczyńskiego o potencjalnych nieprawidłowościach w Departamencie Gier Losowych i Zakładów Wzajemnych Ministerstwa Finansów.
Jak więc Jarosław Kaczyński "uwikłał" się w aferę hazardową? Ano zrobił coś zupełnie przeciwnego do Donalda Tuska: zawiadomił CBA, zwolnił osoby odpowiedzialne (w szczególności Marka Oleszczuka) i zlikwidował ów Departament. Abstrahując od faktu, że mielone przez niezależne media strzępy poszlak, nie wskazują w żaden sposób, by ktokolwiek w 2006 r. naciskał na urzędników państwowych, by ci ostatni kosztem dochodów Skarbu Państwa, wpływali na proces legislacyjny w sposób zgodny z interesem hazardników, należy wziąć pod uwagę, że omawiany projekt ustawy dotyczył wprowadzenia wideoloterii, a więc gałęzi, w której monopol ma państwo właśnie w osobie Totalizatora Sportowego. A więc jeśli rzeczywiście było tak, że "uwikłanie" PiSu miało polegać na wzmocnieniu Totalizatora Sportowego, to było to absolutnie wbrew interesom Sobiesiaków i innych "Zbychów".
Przypomnijmy, jak w podobnej (choć nie identycznej) sytuacji zachował się D. Tusk. Po uzyskaniu informacji od CBA na temat lodów kręconych przez jego rząd… wyrzucił szefa CBA, okazał "pełne zaufanie" centralnej postaci tej afery (tj. "Grzesiowi") i przeprowadził "błyskawiczną" ustawę hazardową, która… wzmocniła monopol kasyn, poprzez likwidację ich konkurencji, w postaci pojedynczych punktów z automatami. Wreszcie, kilka dni po tym jak uzyskał poufną informację o aferze, "Miro", "Zbychu" i "Grzesiu" – ostrzeżeni zapewne przez krasnoludki mieszkające w kancelarii premiera – przerywają negocjacje, bo "KGB węszy".
W konsekwencji przewodniczący komisji hazardowej, zanim jeszcze zostanie wybrany zdecydowanie wykluczy możliwość konfrontacji Tuska i Kamińskiego, uznając zapewne, że prawdę o przecieku i udziale Tuska w aferze (na temat której obaj panowie mają sprzeczne relacje) ustali się przez głosowanie, albo i nawet drogą sondażu telefonicznego na reprezentatywnej grupie tysiąca ogłupionych widzów tego spektaklu (czyli "tak zwanej afery", jak orzekł ostatnio premier). Jednocześnie ten sam przewodniczący w tempie stachanowca, zabierze się od pierwszego posiedzenia do badania "uwikłań" rządu PiS w aferę hazardową.
-
Wojna z hazardem pod flagą "Ryśka"
środa,28 października 2009,12:09
kategoria: Polityka
"Delegalizacja hazardu", "Tusk wydaje wojnę hazardowi" i " wyciąga wnioski z afery hazardowej",to tylko niektóre entuzjastyczne nagłówki prasowe związane z zapowiedzią wprowadzenia nowej ustawy hazardowej. Aby jednak ocenić, czy Tusk rzeczywiście "wyciąga wnioski z afery hazardowej", jak to określił rządowy portal Onet.pl, i jakiego rodzaju są to wnioski, należy przypomnieć, o co w tej aferze chodziło. TVN ani portale internetowe, zajęte przekuwaniem afery w sukces Donalda Tuska i pognębianiem Kamińskiego, na ten temat się w ogóle nie zająknęły. Spróbujmy je zatem wyręczyć, oddając głos "Zbychowi" i "Rychowi".
Istotą afery hazardowej był interes, który krył się za słowami Chlebowskiego: "Ja ci powiem szczerze Rysiu. (…) biegam z tym sam… blokuję tę sprawę dopłat od roku… to wyłącznie moja zasługa". Chodziło mianowicie o to, by Ryszard Sobiesiak, współwłaściciel sieci kasyn, przy pomocy swojego chłopca na posyłki, będącego przewodniczącym rządzącej partii, zablokował niekorzystną dla siebie ustawę. Następnie będący w powijakach projekt ustawy hazardowej (tej, którą tak usilnie "blokował" Chlebowski) zostaje wyrzucony na wyraźne polecenie Tuska do kosza, co jest zgodne w 101% z interesami "Rycha". Rodzi się więc pytanie: skoro Tusk "wypowiada wojnę hazardowi", to czemu – zamiast skorzystać z ustawy, która uderza w hazard – wyrząca ją do kosza i proponuje nową ustawę?
Odpowiedź na to pytanie zawierają główne założenia tej ustawy podane wczoraj przez pana premiera, a to: likwidacja wideoloterii, zakaz hazardu w internecie, delegalizacja automatów rozmieszczonych w punktach innych niż kasyna w ciagu 6 lat połączona z zablokowaniem możliwości powstawania nowych takich punktów i podwyższenie podatków od automatów do gier hazardowych.
Teraz zastanówmy się, jak w.w. postulaty wpływają na interesy "Rycha". Wideoloterie były pomysłem Totalizatora Sportowego, a więc państwowego podmiotu zajmującego się hazardem i miały one w sensie dosłownym zalać rynek hazardowy w Polsce: "Udało nam się dotrzeć do opracowanego w TS wideoloteryjnego biznes planu na lata 2008-2012. Przez pięć lat na sam sprzęt państwowy gigant chce wyłożyć aż 1,93 mld zł! Z tego 1,8 mld zł pójdzie na kupno automatów (…) Co roku Totalizator chce kupować po 10 tys. maszyn, by na koniec 2012 r. mieć ich aż 50 tys. Tymczasem kilkadziesiąt prywatnych operatorów automatów o niskich wygranych (AoNW), rozwijających się bardzo dynamicznie od kilku lat (wideoloterie będą dla nich bezpośrednią konkurencją), ma łącznie niewiele ponad 20 tys. maszyn. (…) Szykuje się więc prawdziwa hazardowa wojna. Dzięki wydaniu przez pięć lat 3,5 mld zł, w 2012 r. Totalizator z wideoloterii ma mieć 5,5 mld zł przychodów!" (cytat za biznes.interia.pl)
A zatem delegalizacja wideoloterii, na których rynku państwowa spółka zaczęła tworzyć swój monopol, uderzy w państwo, a zlikwiduje piekielnie groźną konkurencję "Rychom" i ich branży. Podobnie rzecz się ma z hazardem w internecie, gdzie istnieją praktycznie wyłącznie podmioty zagraniczne, przy czym hazard w internecie istnieje w tak śladowych ilościach (w porównaniu z kasynami), że jego delegalizacja w żaden sposób nie zaważy na rynku hazardowym, za wyjątkiem – rzecz jasna – "przerzucenia" internetowych hazardzistów do kasyn "Rycha".
Donald Tusk zapowiedział również zablokowanie od 1 stycznia 2010 roku koncesji na automaty o niskich wygranych w lokalach nie będących kasynami oraz 6-letnią karencję dla obecnie istniejących lokali tego typu, co oznacza, że przez najbliższe sześć lat na ów rynek nie nastąpi dopływ konkurencji, zaś obłowią się wyłącznie Ci, którzy już na nim, w dniu 1 stycznia 2010 roku, będą się znajdować. Drugą konsekwencją śmiertelnej wojny wypowiedzianej przez premiera jednorękim bandytom, jest… kolejne wzmocnienie dużych sieci kasyn, poprzez likwidację – w ciągu wspomnianych 6 lat – ich detalicznej konkurencji. Czyl znów "Rycho" wychodzi na swoje.
Ostatnim już "wnioskiem" premiera Donka, jaki wyciągnął on z afery hazardowej jest podwyższenie od 1 stycznia 2010 podatków od hazardu. Abstrahując od faktu, że kierunek zapowiedzianych zmian uczyni z "Rychów" monopolistów, co oznacza, że podniesienie podatków mogą oni traktować jako niezbędny koszt osiągnięcia swojej pozycji, to wprowadzenie nowych podatków w przyszłym roku jest technicznie i prawnie niemożliwe. Budżet państwa (rozumiany jako ustawa) musi być bowiem przyjęty najpóźniej ostatniego dnia listopada, zaś walczący ze złowrogimi hazardnikami premier Tusk przyznał, że ustawa nie wyszła jeszcze nawet z Rady Ministrów, co oznacza, że przed nią cała droga legislacyjna (komisje sejmowe, obie izby parlamentu, prezydent). Reasumując, nawet w kwestii podatkowej, "Rychu" może uznać, że zapewnienia "Zbycha" o tym, iż "na 90 procent załatwią" są w pełni realizowane. I to w ramach "wojny z hazardem".
-
Uwiedzione profesjonalistki
wtorek,20 października 2009,15:28
kategoria: Polityka
Na temat uwodzicielskich zdolności "agenta Tomka" wypowiadały się już macherka Beata Sawicka, celebrytka drugiego szeregu Weronika Marczuk-Pazura, tancerz, zawodowy pederasta Michał Piróg, konferansjerka-chałturzystka Kinga Rusin, muzycy, aktorzy, kabareciarze i cała masa mniej lub bardziej eksponowanych trefnisiów polskiego showbiznesu i polskiej polityki, którym swoich łam skwapliwie udzielają media w ramach akcji niszczenia CBA m.in. przez dekonsporację funkcjonariusza tej służby.
Kolejnym etapem tej akcji, w ramach krwawej dintojry za uderzenie w Rząd Miłości i jego plany budowy Drugiej Irlandii przy pomocy "Zbychów", "Rychów" oraz libijskich handlarzy bronią, był wczorajszy program "Teraz My", w którym pani Marczuk-Pazura ustaliła wspólnie z panami: Grubym i Chudszym, że agent Tomasz nie tylko robił jej "maślane oczy"ale prawie ją "uwiódł". Na szczęście pani Marczuk-Pazura okazała się profesjonalistką i nie zapomniała się w ramionach lowelasa, gdyż – jak dumnie przyznała - "nie łączy biznesu z życiem prywatnym". Jest to dewiza nader słuszna i praktyczna, o czym przekonuje zachowanie owej białogłowy, która skasowała 100 tysięcy łapówki zamiast iść w amory. Dokładnie takim samym "profesjonalizmem" wykazała się dwa lata temu pani posłanka Sawicka, która uznała, że romans romansem, ale kasa musi się zgadzać. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego media, zamiast zająć sie owym "profesjonalizmem",jaki cechuje "ofiary" agenta CBA, wysłuchują śmierdzących na kilometr fałszem, trywialnych i ckliwych opowieści, które nawet nie ocierają się o sedno problemu. Bo czy normalny dziennikarz w normalnym kraju, gdy osoba ze świecznika zostaje złapana na braniu łapówki, w ten sposób wyjaśnia aferę korupcyjną, jak to miało miejsce chociażby wczoraj w trakcie programu "Teraz My"?
W opowieściach "ofiar" CBA pojawia się zarzut, iż zostały one "oszukane" i "wykorzystane",co ma oznaczać, że CBA – tak jak zastawiło śmiertelną pułapkę na premiera Tuska – osiąga swoje niecne cele nieprawymi środkami. Rodzi się tedy pytanie, na czym owo "oszustwo"miało polegać. Jeśli bowiem panie Sawicka i Marczuk-Pazura (oraz dziesiątki innych ofiar kaczystowskiego gestapo) przez oszustwo rozumieją okoliczność, iż transakcja korupcyjna była na niby, i że agent wcale przy ich pomocy nie chciał załatwić sobie przetargu, zaś łapówka będzie musiała być zwrócona, to – według tej optyki – z całą pewnością agenci CBA "oszukują" łapówkarzy. Jeśli natomiast oszustwem miały być legendarne "maślane oczy",komplementy i czułe słowa agenta Tomka, to w takim razie skąd to niesłychane wyrachowanie "uwiedzionych" niewiast, które nie tylko skrupulatnie przeliczyły swoją "wziatkę" , ale i obiecywały dalsze "kręcenie lodów" za odpowiednią gratyfikacją, ma się rozumieć.
Jak widać, to wszystko nie trzyma się kupy. Ale przecież nie o to chodzi. Prawdopodobnie padł rozkaz by niezależni dziennikarze dobrali się do CBA po tym, jak Biuro zaatakowało Partię Miłości, więc Gruby i Chudszy oraz ich koledzy z Gazety Wyborczej i Dziennika uwijają się jak w ukropie, by rozwalić tę instytucję, ot choćby przy pomocy "uwiedzionych"profesjonalistek. A przecież agent Tomek nie może przyjść do studia TVN24 i, prezentując swoją wersję tej lovestory, opowiedzieć co nieco o "profesjonaliźmie" swoich "ofiar"…
-
Geniusz i jego akolici
wtorek,13 października 2009,21:19
kategoria: Polityka
W ramach stopniowego uspokajania nastrojów i przywracania dawnej równowagi po kilkudniowym szumie związanym z aferami hazardową i stoczniową, do dzisiejszego programu "Fakty po Faktach" w TVN24 zaproszony został pan Sławomir Nowak z Platformy, a do audycji "Kropka nad i" – celem zapewnienia politycznego pluralizmu – pan Grzegorz Schetyna z Platformy.
Ponieważ oglądanie Grzegorza Schetyny dokazującego z Moniką Olejnik przypomina mi raczej Rodzinę Adamsów, aniżeli Ostatniego sprawiedliwego, to zrezygnowałem z tego seansu poprzestając na obejrzeniu pana Nowaka i pani Justyny Pochanke, która co prawda nie wsławiła się nigdy żadnym ważnym tekstem dziennikarskim, ale za to dzielnie ongiś kibicowała "Białemu miasteczku" pod kancelarią kaczystowskiego premiera, przez co umocniła swoją pozycję w najlepszym czasie antenowym TVN.
Pan poseł Nowak, dopiero co zwolniony ze swej funkcji w związku z którąś z afer, zagadnięty na wstępie przez panią redaktor, czy uważa premiera Tuska za "geniusza" (ach, cóż za celne pytanie w środku afery rządowej, to się nazywa "patrzeć władzy na ręce"!) rozpoczął od płomiennego wyznania: "Pan premier Tusk to najwybitniejszy polityk w wolnej Polsce". Na to pani Justyna z poważną miną odrzekła: "Jeszcze wybitniejszy niż Wałęsa, Balcerowicz, Mazowiecki" (bo, że wybitny, to przecież oczywiste)? Pan eksminister wprost nie potwierdził, niemniej twierdząc, że "każdy ma swój czas", uspokoił nieco serduszko pani redaktor (której hierarchia autorytetów omal nie została wywrócona do góry nogami), jednocześnie spełniając swój partyjny obowiązek odśpiewania odpowiedniej frazy do klubowego magnetofonu ukrytego w szafie prezesa, którego rolę odgrywało (nie bez powodu) studio TVN 24.
Jednocześnie drugi młody wilk naszego Premierissimusa, eurodeputowany Nitras, uderzył dziś w najcięższe dzwony ("Tusk – słowo jak dzwon", chciałoby się zawołać za W. Broniewskim w tej jakże podniosłej chwili), twierdząc całkiem poważnie, iż Skarb Państwa winien pozwać CBA o odszkodowanie za to, że… nie udało się Tuskowi sprzedać stoczni. Nie wiem, czemu jeszcze ktoś prominentowi Partii Miłości nie wyjaśnił, że CBA to też Skarb Państwa, co oznacza, że Skarb Państwa musiałby pozwać do sądu samego siebie, niemniej przecież nie o to chodzi by bawić się w jakieś szczegóły, tylko o to by wykonać swoją żmudną pracę na odcinku propagandy.
Te wystąpienia polityków PO, wraz z końcowym odliczaniem do odwołania "szkodnika" (copyright by Stefan Niesiołowski) z funkcji szefa CBA zdominowały – poza nagłym atakiem zimna – dzisiejszy dzień w mediach. Nikt nie próbował nawet obnażyć idiotyzmów plecionych przez Nitrasa oraz obśmiać wiernopoddańczego patosu Nowaka (pani red. Pochanke uspokojona została, że jej autorytety moralne, także mają, obok Donalda Tuska, swoje miejsce w hierarchii) – wiemy tylko tyle, że Skarb Państwa powinien się pozwać sam do sądu bo CBA w jakiś tajemniczy sposób przeszkodziło genialnemu premierowi w sprzedaży stoczni libijskiemu nielegalnemu handlarzowi bronią. A przecież dzień się jeszcze nie skończył – za chwilę "Kropka nad i", a tuż po niej "Szkło kontaktowe".
-
Zwieranie szeregów
poniedziałek,12 października 2009,18:18
kategoria: Polityka
W tym całym zamieszaniu ze stoczniami musi być coś na rzeczy, zaś CBA musiało dokopać się do wyjątkowo interesującej prawdy, skoro Gazeta Wyborcza krzyczała dziś przez całe przedpołudnie na czołówce swego portalu że "Nie było żadnej afery stoczniowej – publicyści wyjątkowo zgodni".
I na potwierdzenie owej "wyjątkowej zgodności publicystów" cytuje artykuły… Janiny Paradowskiej i Witolda Gadomskiego, którzy tłumaczą swoim wiernym (a słowo to w obecnych okolicznościach nabiera wyjątkowego waloru) czytelnikom, że oczywiście afery "nie ma", zaś informacje CBA to "żadne rewelacje" i służą jedynie temu by złowrogi Kamiński "jak najbardziej zaszkodził rządzącej partii".
I można by znów zapytać (który to już raz!), gdzie się podziewają ci dzielni dziennikarze śledczy, którzy tak dziarsko tropili zbrodnie kaczystowskiego reżimu, a to podając sie za ojca Rydzyka w rozmowie z ministrem rolnictwa, a to nasyłając Renatę Beger na posłów PiS-u, celem namówienia ich do kumoterstwa? Gdzie ci bezkompromisowi szermierze słowa, którzy ostrzegali przed zagrożeniami dla demokracji, wolności słowa i wolnego rynku w Polsce?
Dzień po wyjściu na jaw informacji, że rząd polski stawał na rzęsach, by przetarg na spory kawałek państwowego majątku wygrała firma, która nie dawała jakiejkolwiek rękojmi na wywiązanie się z zobowiazań, a za którą z dużym prawdopodobieństwem stał libijski handlarz bronią, ogłaszają że żadnej afery "nie ma". I to "wyjątkowo zgodnie"! Co prawda z tą "wyjątkową" zgodnością między publicystami Polityki i Gazety Wyborczej bym nie przesadzał, bo nie przypominam sobie, aby w historii tych dwóch gazet kiedykolwiek występowała różnica zdań, niemniej nie można im odmówić stanowczości i pewności wypowiadanych sądów. Zwłaszcza, że skoro mamy do czynienia z "wyjątkową" zgodnością, to nie ma mowy by "publicyści" się mylili.
Wszystko wskazuje więc na to, że redaktorzy Gazety Wyborczej doszli do wniosku, iż ich czytelnikom myślenie sprawia ból. Dlatego też autorytety biorą na siebie ten ciężar i dosłownie w kilka godzin po opublikowaniu stenogramów, orzekają że nic w nich nie ma. No, może poza perfidną grą CBA. Czy jest więc szansa, by czytelnik wyrobił sobie samodzielnie zdanie na temat afery stoczniowej, skoro wszyscy są zgodni, że żadnej afery nie ma, zanim jeszcze tak naprawdę mógł się zapoznać z informacjami na jej temat? Już nie chodzi więc o to, by informować, drążyć, śledzić, dociekać, zadawać władzy kłopotliwe pytania, prowokować ją do kompromitujących wynurzeń i na tej podstawie formułować kategoryczne wnioski publicystyczne, jak to miało miejsce za kaczyzmu. Chodzi o to, by, skoro już jakaś wredna "drukarka CBA" (copyright by red. Stasiński) opublikuje nieprzychylne władzy informacje, natychmiast im zaprzeczyć, dyktując nam wprost, co mamy na ten temat myśleć. Po co informacja? Wystarczy komentarz.
Widać tutaj jak na dłoni, że Gazeta Wyborcza postawiła swoich czekistów w stan najwyższej gotowości, że zareagowała natychmiastowo nie pozostawiając swoim – nadal uznawanym za intelektualną elitę – czytelnikom nawet ułamka sekundy na refleksję nad ujawnionymi materiałami. Świadczy to niewątpliwie o tym, że CBA odkryło wyjątkowo drażliwą prawdę.
-
W pułapce własnych słów i czynów
sobota,10 października 2009,17:57
kategoria: Polityka
Nie minęło nawet kilka dni od informacji o aferze hazardowej, a już złowrogie CBA zastawiło na pana premiera kolejną "pułapkę", donosząc o następnej aferze w szeregach rządowych – aferze "stoczniowej".
Tym razem w roli agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego, zadaniowanych na uderzenie w Donalda Tuska, występują ministrowie Grad i Szejnfeld, którzy – jeśli wierzyć medialnym spekulacjom – mieli wyprowadzać pieniądze ze stojących na progu upadłości stoczni. W tej sytuacji należy chyba zadać pytanie o postawę pana premiera, który jeszcze jesienią ubiegłego roku jechał do Brukseli "walczyć" niczym lew o polskie stocznie, by po krótkiej chwili dobrodusznie wzruszyć ramionami, oświadczając, że się jednak nie udało.
Jeśli bowiem pan premier zdawał sobie sprawę z działalności swoich bliskich współpracowników na odcinku stoczniowym, to jego zapewnienia o "walce" o przemysł stoczniowy były standardową osłoną przestępczych działań. Jeśli jednak pan premier jechał do Brukseli z naiwną wiarą w ocalenie stoczni, to jego współtowarzysze wiary tej, jak widać, nie podzielali, bo za jego plecami rozkradali ze stoczniowego majątku, co się jeszcze da, zanim na teren zakładu wkroczy syndyk. To trochę tak jak z senatorem Misiakiem, który w trakcie zażartej "walki" pana premiera o utrzymanie bytu polskich stoczni, przepychał przez parlament ustawę, która miała mu zapewnić korzyści z powodu ich… upadku.
Wprawdzie z punktu widzenia pana premiera, żadna z powyższych alternatyw nie jest korzystna, bo pierwsza stawia go na równi z gangsterami z jego partii, zaś druga robi z niego bezwolnego figuranta mafii (i dotyczy to także afery hazardowej), ale przecież nie sposób pominąć dzisiejszej wypowiedzi pana ministra Grasia, który oświadczył z marsową miną, że CBA – uderzając przy pomocy swoich głęboko zakonspirowanych agentów w premiera Tuska – "wypowiedziało wojnę państwu polskiemu", co oznacza, iż primo kolejna "pułapka"zastawiona na pana premiera, okazała się skuteczna, tj. że ma on udział w aferze, secundo Donalda Tuska oraz sitwę za nim stojącą, dotyczy słynna maksyma Ludwika XIV "państwo to ja".
Idąc tym interesującym tropem, można stwierdzić, że alarmowanie o aferach jest nie tylko "zastawianiem pułapek"na mężów stanu, ale i działaniem przeciwko państu, które owi mężowie uosabiają.
Aby wytrzymać ten natłok nowej wiedzy z zakresu etyki oraz nie czynić wyłomu w tej żelaznej logice Partii (ściganie afer = wojna z państwem, aferałowie = państwo), winniśmy, jak gdyby nigdy nic uznać, że Platforma Obywatelska realizuje swój rzeczywisty program polityczny, który określiła ongiś posłanka Beata Sawicka (również agentka CBA), w rozmowie ze swoim kompanem Tomkiem, mianem "kręcenia lodów".
-
Ku niezawisłości
wtorek,6 października 2009,18:42
kategoria: Polityka
Czy można skazać łapówkarza za przestępstwo, którego się dopuścił w wyniku prowokacji służb specjalnych i jednocześnie uznać, że prowokacja w celu wykrycia tego przestępstwa także była… przestępstwem? Jasne, że tak. Wystarczy tylko, by było to zgodne z interesem aktualnie rządzącej partii.
Postanowienie niezawisłej rzeszowskiej prokuratury o przedstawieniu zarzutów nadużycia uprawnień przez Mariusza Kamińskiego, opiera się – jak wynika z lakonicznego komunikatu prokuratury – na uznaniu, że prowokacja polegająca m.in. na preparowaniu dokumentów celem uwiarygodnienia agentów była bezprawna, albowiem CBA nie miała "wiarygodnej informacji" o zamiarze popełnienia przestępstwa przez panów Piotra Rybę i Andrzeja K. Co za tym idzie, prowokacja CBA nie zmierzała do wykrycia afery gruntowej, ale ją wywołała wciągając w korupcyjny proceder dwóch urzędników, przy pomocy wyłudzenia poświadczenia nieprawdy w oparciu o owe podrobione dokumenty.
Tymczasem Piotr Ryba i Andrzej K. zostali skazani przez – jak się wydawało – równie niezawisły, co rzeszowska prokuratura sąd, na kary pozbawienia wolności i grzywny za płatną protekcję, to jest powoływanie się na wpływy w ministerstwie rolnictwa w celu odrolnienia działki. Powołując się na owe wpływy działali w zaufaniu do spreparowanych dokumentów oraz agentów CBA występujących jako biznesmeni – łapownicy. Jak stwierdził sąd w uzasadnieniu wyroku "w rozmowie na kortach z trzema biznesmenami (Ryba – przyp. menda) mówił, że szuka osób, które miały problemy z załatwianiem spraw w tym ministerstwie, a on się tego podejmie za pewną opłatą za pośrednictwo".
"Mając właśnie takie wiadomości, CBA podjęło decyzję o rozpoczęciu akcji specjalnej: agent Biura, udając biznesmena, zgłosił się do Andrzeja K. jako zainteresowany załatwieniem odrolnienia ziemi na Mazurach. K. początkowo żądał łapówki 6 mln zł, a potem oświadczył, że może "zejść z ceny" do 2,7 mln zł. "W ocenie sądu oskarżeni Ryba i K. działali wspólnie i w porozumieniu, i dopuścili się płatnej protekcji" – stwierdził sąd." (cytat za gazetaprawna.pl)
Jak można zauważyć, ustalenia niezawisłego sądu i jeszcze niezawiślejszej prokuratury co do legalności działania CBA są radykalnie odmienne (sąd w sprawie Ryby uznał, że CBA podjęło działania po tym jak uzyskało wiadomości o chęci nielegalnego odrolnienia gruntów, prokuratura zaś zarzuciła Kamińskiemu, że ten nie posiadając takiej wiadomości, podrabiał dokumenty by podżegać do korupcji pana Rybę). Skąd taka rozbieżnośc w ocenach tych samych czynności operacyjnych CBA?
Odpowiedź daje sam prokurator Olewiński, który – w ramach realizacji zasady niezawisłości wymiaru sprawiedliwości – wydał oświadczenie, w którym stanowczo zaprzeczył, jakoby do zdumiewającej zmiany jego opinii co do zasadności oskarżania Kamińskiego doszło na skutek jakichś nacisków politycznych. Ot, po prostu, przez dwa lata chciał śledztwo umorzyć, po czym nagle go olśniło i uznał, że Kamiński to przestępca. Oświadczenie to wydał, jak sam napisał "na prośbę ministra sprawiedliwości" Andrzeja Czumy. Tego samego, który parę dni temu, zanim dowiedzieliśmy się o zarzutach, uznał Kamińskiego za przestępcę i w tym samym zdaniu uniewinnił Chlebowskiego i Drzewieckiego.
Wszystko więc wskazuje na to, że rzeszowski wzór niezawisłości to nie jest jeszcze ostatnie słowo Platformy Obywatelskiej i wkrótce minister Czuma przejdzie na ręczne sterowanie nie tylko prokuratorami ale i sądami, które zbadają, jak bardzo Zbychu Chlebowski "walczył" za Rycha w sprawie jednorękich bandytów i dlaczego jest tak bardzo niewinny. W tym czasie na tacy premieru Tusku będzie już leżeć pierwsza głowa, która poleciała po aferze hazardowej. A będzie do głowa Mariusza Kamińskiego.
-
Ofiary płacą rachunki za sprawców
wtorek,29 września 2009,13:31
kategoria: Polityka
W medialnym tumulcie, jaki zapanował dwa dni temu w związku z aresztowaniem Romana Polańskiego, serwisy internetowe niepostrzeżenie obiegła lapidarna informacja, że Jan Maria Rokita, w ślad za innymi opozycjonistami, złożył pozew do sądu przeciwko Skarbowi Państwa o odszkodowanie za prześladowania, jakie spotkały go w PRL.
Już od czasów rzymskich odpowiedzialność deliktowa rządzi się niezmiennymi prawami. Aby bowiem domagać się od kogoś odszkodowania, muszą być spełnione co najmniej dwa warunki: wina sprawcy oraz wiązek przyczynowy między jego czynem a szkodą. W przypadku odszkodowania za represje komunistyczne żaden z powyższych warunków nie został spełniony. A to dlatego, że zgodnie z polskim prawem represjonowani opozycjoniści mogą domagać się odszkodowania tylko od swoich współobywateli, którzy – jako zbiorowość – kryją się pod enigmatyczną nazwą Skarb Państwa. Tymczasem to nie społeczeństwo polskie internowało Rokitę, ba, obywatele Polscy byli – tak jak Rokita – w mniejszym lub większym stopniu ofiarami działań urzędników komunistycznych wielu szczebli, którzy wydawali decyzje o internowaniu, więzieniu, prześladowaniu, którzy rujnowali gospodarkę, tłumili wolność słowa, rozkradali majątek państwowy.
Ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu, by zarówno Jan Rokita, jak i wszyscy inni, których boleśnie dotknął PRL otrzymali stosowne zadośćuczynienie. Ale dlaczego to mnie Rokita pozywa do sądu o odszkodowanie, a nie np. pana Kwaśniewskiego, tj. prominentnego przedstawiciela komunistycznej junty, którego małżonka ma na sobie równowartość kilkuletniej pensji przeciętnego Kowalskiego albo generała Czempińskiego, który zasiada w radach nadzorczych banków i instytucji finansowych, a nawet – jak się okazuje – zakłada partie polityczne?
I tu dochodzimy do sedna problemu. Gdyby bowiem komunistyczna nomenklatura w jakikolwiek sposób odpokutowała szkody wyrządzone społeczeństwu, gdyby została pozbawiona przywilejów, majątku bezprawnie zagarniętego, pozycji w hierarchi politycznej i biznesowej, moglibyśmy uznać, że sprawcy ponieśli odpowiedzialność za szkody wyrządzone Rokicie i innym prześladowanym. Wówczas najzupełniej logicznym by było, że poszkodowani zwracają się do Skarbu Państwa, zasilonego kontrybucją komunistów, o partycypację w tej kontrybucji w związku ze szkodami przez siebie poniesionymi.
Wydaje się, że ten paradoks odpowiedzialności odszkodowawczej w III RP za szkody poniesione w wyniku działalności antykomunistycznej rozumie doskonale Andrzej Gwiazda, który oświadczył kiedyś, że rezygnuje z zadośćuczynienia za prześladowania, gdyż uznaje za głęboko niesprawiedliwe domaganie się odszkodowania od innych ofiar systemu, jakimi byli Polacy jako całość. W przypadku Andrzeja Gwiazdy funkcjonuje jednak jeszcze jeden element, być może najdoskonalej puentujący ten smutny tekst. Otóż Andrzej Gwiazda był nieskalanym bohaterem walki z komunizmem, walki w której poniósł rany, ale z której wyszedł zwycięsko. Bohaterowie świętych wojen wyzwoleńczych winni otrzymać od wyzwolonego narodu wieniec zwycięstwa, chwałę i miejsce w historii, a nie odszkodowanie. To myślenie rycerza, a nie ofiary.
