-
Ekonomia zobowiązań
poniedziałek,28 września 2009,11:43
kategoria: Ekonomia
Ja nie piszę o nauce ekonomii, w której już dawno ideologiczne założenia straciły jednoznaczność ale o popularnym podejściu do ekonomii – wśród ludu a przede wszystkiem wśród polityków. Keynesizm (zwulgaryzowany) polega na dostrzeżeniu zalety zaciągnięcia długu i wcześniejszego sfinansowania inwestycji. To wielki wkład Keynesa we współczeny ład gospodarczy – pozytywny a także negatywny. Odnośnie nieprzyjemnej strony tego długo (że go spłacić trzeba) Keynes wykazywał się pewną dezynwolturą, która przekroczyła granice poczytalności u jego następców. Znane jest powiedzenie Keynesa o długoterminowych skutkach zadłużania państwa – w dalszym terminie jesteśmy wszyscy martwi. Ekonomia neoklasyczna z kolei akcentuje wolność jednostek, więc dług będący zobowiązaniem budzi u wyznawców Misesa i Hayeka przerażenie. W sytuacji idealnej nie należy mieć żadnych zobowiązań. Obie strony się mylą. Myli się Mises od zobowiązań uciekając w kierunku mitycznej "wolności", bo życie jest jednym wielkim pasmem zobowiązań – już przychodząc na świat bierzemy na siebie zobowiązanie niemal nie do uźwignięcia. I myli się Keynes do zobowiązań podchodząc letko, bo zarówno życie gospodarcze jak indywidualne sprowadza się do zarządzania zobowiązaniami. Wolność – to prawo do przyjmowania zobowiązań. Jeśli o nauce ekonomii mówimy, zarówno keynesizm jak neoklasycyzm tracą na znaczeniu – ostatnio ponad połowa nagród Nobla przyznana została z ekonomii finansowej. Żyjemy w epoce financjalizacji (słowo brzydkie ale używane). Wiecie jakie produkty są na rynkach finansowych najpopularniejsze? Akcje? Nie. Jakieś 90% obrotów na rynkach finansowych to obligacje i ich pochodne. A teraz sprawdźcie dawne znaczenie słowa "obligacja."
-
Syndrom postkolonialny
piątek,21 sierpnia 2009,11:01
kategoria: Polityka
W czasach nie tak dawnych państwa kolonialne podbijały bardziej lub mniej odległe kraje. Aby nimi zarządzać wysyłali urzędników, którzy lądowali w otoczeniu obcym i wrogim, nic więc dziwnego, że byli z tego niezadowoleni. Ich niezadowolenie potęgowało to, że kolonie z definicji były peryferiami, a im urzędnik dalej od centrum, tym jest status niższy a perspektywy kariery gorsze. Kolonizatorzy musieli sobie dobierać pomocników wśród lokalnej ludności, a pomocnik kolonizatora miał się tym lepiej, im bardziej upodobnił się do swego pana – zwłaszcza w szczerym lub udanym obrzydzeniu do własnego kraju. Pomocnicy kolonizatorów stanowili sui generis elitę swego kraju – ich panowie dbali, by byli najlepiej wykształceni, w miarę zorganizowani i sprawni w sprawowaniu władzy. Kiedy kolonie się uniezależniły, siłą rzeczy dawna kolonialna elita zachowała znaczenie, bo innej nie było. Nieszczęściem kraju pokolonialnego jest to, że uprzywilejowani pogardzają Ojczyzną.
-
Teologia nikczemności
środa,27 maja 2009,10:23
kategoria: Religia
Kilka spektakularnych rzeczy się ostatnio zdarzyło – wygrana Karnowskiego w Sopocie i akcja der Dziennika przeciw katarynie. Co je łączy? Nikczemność. Mieszkańcy Sopotu wyrazili w referendum poparcie dla niegodziwości, sama akcja der Dziennika była niegodziwa a w dodatku jeszcze później do tej niegodziwości przyłączył się tłum ałtorytetów z Edytą Herbuś i Pawłem Kukizem na czele.
Od dawna mnie nurtuje – co każe ludziom wcześniej zasłużonym czy choćby zwyczajnym, czynić rzeczy parszywe na skalę hurtową. Odpowiedź "hipoteka" mnie nie zadowoli – pieniądze w Polsce czy poza nią da się zarobić uczciwie czy tylko odrobinkę nieuczciwie. Nie trzeba od razu nurkować na dno szamba. A przecież to główne zajęcie polskiej elity intelektualnej od dłuższego czasu i powód zachwytu polskiego ludu. Cezary Michalski nie jest pospolitym głupkiem, Marcin Król też nie.
I taką odpowiedź zaproponuję: Człowieka materia tak naprawdę nie interesuje, człowieka interesuje Bóg. Nikczemność praktycznie wszystkich Polaków na świeczniku i znacznej części tzw. zwykłych ludzi ma przyczyny religijne. Dla kalwińskich Amerykanów powodzenie jest oznaką łaski Boga. Ale Polacy są katolikami i to doświadczonymi przez los. Dla nas łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne… Za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze lud się podli. Powodzenie w Polsce jest moralnie podejrzane.
A co się stało w ciągu ostatnich czterech lat? Był to okres niesłychanej koniunktury – dwa miliony ludzi zyskało pracę, konsumpcja wzrosła o 50% (tak!), złotówka była mocna jak nigdy. Wielu ludzi po raz pierwszy kupiło nowy samochód czy pojechało za granicę, wielu młodych ludziom praca w Anglii (a choćby i na zmywaku) otworzyła świat. Cezary Michalski przestał sprzedawać filtry i został dobrze opłacanym wicerednaczem. I nie on jeden. My wiemy (choć niechętnie to przyznamy), że nasze powodzenie nie jest naszą zasługą. Amerykanin podziękuje Bogu a Polak Szatanowi (bo wiemy, że pieniądze to jego wynalazek). A aby Szatan chciał nas słuchać, trzeba się do niego choć troszkę upodobnić. Kartagińczycy to znakomicie wiedzieli i wiedzieli też jak dziękować za powodzenie misji handlowych statków o purpurowych żaglach.
Zwłaszcza w determinacji Gazety Aborczej aby zamordować dziecko "Agaty" pobrzmiewa dalekie echo kultu Molocha.
-
Rafał Ziemkiewicz chrześcijańskim randystą
piątek,12 grudnia 2008,15:16
kategoria: Ogólne
"Co to znaczy, że jest Pan chrześcijańskim randystą? Czy to nie jest herezja? - Pewnie jest to herezja, ale mam nadzieję, że nie jest to nonsens."
Taki dialog wyczytałem w wywiadzie Rafała Ziemkiewicza dla portalu Frondy i zadumałem się nad potęgą słów. Możemy zbudować zadziwiające budowle ze stali nierdzewnej, fiberglasu i zbrojonego betonu ale będą podlegać one prawom fizyki. Biorąc jako materiał ludzi, musimy się jeszcze bardziej liczyć z naturalnymi ograniczeniami. Ale słowa im nie podlegają – możemy mówić o wódce bezalkoholowej i chrześcijańskich randystach i Wszechświat nie zawyje, gwiazdy nie pogasną a góry nie zwiną się w naleśniki na te monstrualne w swej niestosowności zestawienia.
Alicja Rosenbaum znana jako Ayn Rand należała do najbardziej zdecydowanych wrogów chrześcijaństwa w XX wieku. Widok Biblii wywoływał w niej furię, Murrayowi Rothbardowi nakazała rozwód z żoną, dlatego, że ta była katoliczką. Nie posłuchał. To nie była jednorazowa odbitka – Ayn Rand stworzyła ideologią konsekwentną, odrażającą i wspaniałą. Zdaniem Rand siłą napędową świata jest egoizm, który jest u niej najwyższą cnotą. Celem jednostki jest „zaistnieć” czyli zrealizować swe pragnienia. Uczciwie trzeba jej przyznać, że nie zawsze są to pragnienia ekonomiczne. Oczywiście miała tyle rozumu, by wiedzieć, że świat jest za ciasny, by każdego stać było na folgowanie swym zachciankom. Dlatego dzieliła ludzi a klasę wyższą, zwaną przez nią atlasami, których stać na pragnienia niepospolite, i niewarte uwagi pospólstwo zadowalające się zwykłym życiem. Jest to filozofia markiza de Sade, która podczas transportu przez Wielką Wodę trochę jej nabrała. Markiz był od Rand konsekwentniejszy i uczciwszy – wiedział, że największy nawet świr nie pożąda stalowni, natomiast i owszem, pragnienie rozprucia brzucha bliźniemu jest całkiem powszechne.
A chrześcijaństwo jest egalitarne. Bo na Ziemi możemy się różnić ale naprawdę jesteśmy równi – w obliczu Sądu. Tak egalitarne, że jest w stanie znieść i nawet pochwalić purpurowe płaszcze i królewskie trony – nie jako podpory tronu Chrystusa tylko dziecięce zabawki, które trzeba w końcu zostawić. Mistrzowie Sądu Ostatecznego lubili przyozdabiać głowy nagich potępieńców królewskimi koronami lub biskupimi tiarami – by nam to przypomnieć.
-
Jak dzielą się ludzie?
sobota,6 grudnia 2008,14:43
kategoria: Ogólne
Ludzie dzielą się na tych, którzy widząc jak pięciu drabów bije leżącego na ziemi człowieka, przyłaczą sie do nich (albo przejdą obojętnie, na jedno idzie) i na tych, co spróbują mu pomóc. Wszystkie inne podziały według kryteriów religijnych, etnicznych, narodowych, wieku, wykształcenia etc. są bez znaczenia.
-
Dzisiejsi książęta
piątek,5 grudnia 2008,09:57
kategoria: Ogólne
Kiedy książę Karol Stanisław Radziwiłł "Panie Kochanku chciał pojeździć na saniach, wysypał dziedziniec nieświeskiego zamku cukrem i urządził kulig. Jego przyjęcia unieśmiertelnił Henryk Rzewuski w „Pamiątkach Soplicy” – dziś ciężko sobie wyobrazić taki festiwal opojstwa a także poczucia humoru. Urządzona przez Kosmę Medyceusza Florencja do dziś jest uznawana za jedno z piękniejszych miast świata. Wilhelm Bękart potrafił zebrać drużynę zabijaków i podbić państwo.
A dziś? Przesłuchiwany przez komisję amerykańskiego Kongresu były szef byłego banku Lehman Brothers potrafił tylko wystękać „I feel horrible about what happened.” Jego bonusy przez kilka wcześniejszych lat sięgnęły kwoty pół miliarda dolarów…. Nie przyszło mu do głowy by je zwrócić o samurajskim zachowaniu w ogóle nie myśląc. A obecni polscy oligarchowie... Czy którykolwiek z nich wykazał się poczuciem humoru, fantazją, wspaniałomyślnością, szczodrością, jakąkolwiek cnotą uprzywilejowanego człowieka?
Zastanawiam się – jaki jest sens nierówności, jeśli bogaci od biednych różnią się tylko tym, że mają więcej pieniędzy? Jeśli z dwu braci bliźniaków jeden będzie miliarderem a drugi nędzarzem, cóż to przyniesie poza zawiścią u biedaka i pychą u bogacza? Jeśli mamy być mentalnie równi – najlepszym ustrojem jest socjalizm.
-
Handel jako wojna prowadzona innymi środkami
poniedziałek,1 grudnia 2008,14:58
kategoria: Ogólne
Kiedy autobus podjechał pod świątynię Hatszepsut, handlarze byli już przygotowani. Na wysiadających ludzi ruszyła fala Arabów w czarnych dżalabach i zawojach a ja mimowolnie zacząłem się rozglądać za karabelą. Nie miałem jej i nie była w sumie mi potrzebna, bo szable Arabów były na sprzedaż a nie do walki. Czyli były zwykłą tandetą i nikomu krzywdy by nie zrobiły.
Każdy kto odwiedził Bliski Wschód wie, że nie ma nic przyjacielskiego w wymianie towarów – nasz kontrahent jest wrogiem, którego należy pokonać. Jeśli sprzedamy kota za dwa psy, zwyciężyliśmy. Jeśli dostaniemy psa za dwa koty, opłakujemy porażkę jak Rzymianie bitwę pod Kannami. Jak wymienimy kota na psa, bitwę uznajemy za nierozstrzygniętą i szykujemy się do następnej, w której zadamy wrogowi ostateczny cios – sprzedamy mu Kolumnę Zygmunta.
Wojna składa się z trzech faz: negocjacji przed bitwą, bitwy właściwej i negocjacji po bitwie. Handel to wojna, z której usunięto męczącą, kosztowną i w sumie niepotrzebną fazę środkową. Wielki Sun Tzu by pochwalił - dla niego najlepsze zwycięstwo to zwycięstwo bez walki. Krew się nie leje ale nie wierzmy złudzeniom – wojna jest w sercach. Sławni zdobywcy historii: Arabowie, Anglicy, Hiszpanie byli jednocześnie sławnymi handlarzami. Podbój to nic innego niż transakcja handlowa i to bardzo korzystna – za szmat ziemi z miastami i niewolnikami płacimy grosze: kilka wystrzelonych kul i wyszczerbionych mieczy. Jeśli podbić ich nie jesteśmy w stanie, wtedy trudno – trzeba zapłacić więcej. Ale takie są zasady handlowe.
Kiedy liberałowie piszą o zasadach, jakimi powinien kierować się wolny rynek, biorą udział w dyskusji, która ma sens. Ale kiedy chcą całe życie społeczne podporządkować zasadom wolnego rynku, chcą wojny tam, gdzie dotąd był pokój.
Matka nie kieruje się zasadami rynkowymi czuwając nocą przy umierającym dziecku, chrześcijańscy męczennicy nie byli wynajmowani za dwa denary za ukrzyżowanie i trzy za rzucenie na pożarcie zwierzętom.
Liberał w swym przedstawieniu świata odrzuca to co najwartościowsze i jego obraz jest nie tylko fałszywy ale i nieciekawy.
-
Jeszcze o upadku
poniedziałek,1 grudnia 2008,13:57
kategoria: Polityka
Wasz niestrudzony kronikarz ludzkiego osuwania się musi przyznać się z przykrością, że został zaskoczony. W poprzednim wpisie opisał upadek pewnego arystokraty na dno Piekieł – do ostatniego lodowego kręgu między zdrajców. I pewnieście pomyśleli, że skoro na dno, to niżej nie można. Okazało się, że można. A było to tak (cytata za der Dziennikiem):
Kruk: Nie mogę jednak nie dostrzec, że niektórym dziennikarzom w ogóle nie chodziło o to, w jakim stanie jestem, ale o to, żeby mnie skompromitować. Wie pan, czego się najbardziej bałam?
Mazurek: Czego?
Kruk: Że po wyjściu z restauracji napierający na mnie dziennikarze zrzucą mnie ze schodów i się najnormalniej w świecie wywalę. To byłby dopiero piękny obrazek, prawda? A popychało mnie, bez przesady, kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym kilku naprawdę nieźle zbudowanych kamerzystów. Cudem się nie przewróciłam. (…) To była absurdalna sytuacja. Siedziałam tam na kawie i co chwila przybiegali jacyś posłowie i mówili, że Sejm jest już całkowicie oblężony przez dziennikarzy, że są wszędzie, że nie można się ruszyć.
Wasz nieskory do strachu blogger autentycznie się przeraził, kiedy wyobraził sobie watahy pismaków bez żadnej żenady polujących na panią poseł w nadziei, że się przewróci czy zrobi coś równie zabawnego. I aktywnie działających, aby tak się stało. Jak hieny, jak piranie. Zgorszyło to nawet osobę tak mało PiSowi życzliwą jak Ryszard Kalisz.
I pomyślałem sobie, że póki człowiek zachowuje integralność, może wygrzebać się nawet z lodowego dna. Bo każdy grzech można wyznać i odpokutować, za każdy grzech można żałować. Póki jest się człowiekiem. Ale kiedy jest się tylko hieną w stadzie hien, jak żałować, kiedy nie wiemy nawet, co takiego zrobiliśmy?
I jakby w odpowiedzi na moje myśli Mój Ulubiony Dziennikarz użalił się, ze medialni baronowie traktują dziennikarzy bez szacunku http://krzysztofleski.salon24.pl/104518,index.html
Cóż można odpowiedzieć Panu Redaktorowi… Jeśli dziennikarze są zawsze gotowi obszczekać lub pokąsać na rozkaz, jeśli przed smakowitym tematem (takim jak afera Rywina) warują a rzucają się dopiero na komendę „Bierz!”, jeśli przed swymi panami merdają ogonem, to ci traktują ich bardzo adekwatnie. Chcecie panowie dziennikarze być traktowani jak ludzie? To spróbujcie się jak ludzie zachowywać.
-
...wski albo o banalności zła
czwartek,27 listopada 2008,12:48
kategoria: Polityka
Chcecie bajki? Oto bajka. Była sobie… Był i nadal jest sobie potomek zasłużonej rodziny o pięknym antykomunistycznym życiorysie, pełnym świadectw odwagi i patriotyzmu. Owemu arystokracie pewnego dnia zamarzyło się zostanie politykiem a rzemiosłem polityka jest walka. I ów polityk zgodnie z obyczajem panującym w jego otoczeniu uznał, że ułatwi sobie walkę jeśli powstrzyma się od przestrzegania jakichkolwiek reguł z wyjątkiem jednej – zwalczamy partię konkurencyjną wszelkim środkami. Wyślizgnęła mu się wtedy z ręki przyzwoitość i zaczął spadać. A nad upadkiem nie ma kontroli – lecimy tam, gdzie siła grawitacji nas zaniesie. Spadał coraz niżej i niżej, spotykał się z coraz plugawszymi osobami aż trafił do ostatniego lodowego kręgu Piekieł: tam, gdzie Dante umieścił zdrajców – w dniu kiedy stanął po stronie wrogów Ojczyzny tylko dlatego, że jego oponenci okazali się patriotami. A razem z nim miliony jego stronników w tym inni posłowie, dziennikarze, artyści, profesorowie, osoby zasłużone i kulturalne.
Ale nie to jest najbardziej przerażające. Najbardziej przeraża fakt, że wszyscy oni jakby tego nie dostrzegają.
Wrota Piekieł nie są pyszną iluminowaną bramą z neonem "Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate" tylko nędzną i ledwie dostrzegalną ogrodową furtką, którą przekracza się od niechcenia. I nikomu nie przeszkadza, że wrócić jest bardzo bardzo trudno.
-
Marzenia
środa,26 listopada 2008,15:03
kategoria: Kultura
Lucjan Chardon w cyklu Balzaka „Stracone złudzenia” przybywa do Paryża, by go podbić jako pisarz i dziennikarz. Wspina się na szczyt a potem malowniczo z niego spada. Bo Paryż proszę państwa do tego służy – by go podbić. Tak samo do Hollywood jedzie się aby zostać gwiazdą filmową. Do Londynu i Nowego Jorku zaś jedziemy by zarobić miliony na rynkach finansowych albo by zostać gwiazdą musicalu. I wcale nie jest ważne, czy nam się to uda. Możemy w rzeczywistości podawać hamburgery ale to nie jest ważne. Ważne, by marzeniach być gwiazdą lub milionerem.
Bohaterowie serialu „Londyńczycy” nie wykorzystują Londynu zgodnie z przeznaczeniem. Bo cegły na budowie można nosić w każdym mieście. Tylko jeden marginalny bohater ma coś wspólnego z City. A ponieważ całkiem wielu Polaków naprawdę porobiło kariery w City, mamy ciekawy obrazek – fikcja jest bardziej szara i banalna niż rzeczywistość.
Czy marzeniem Polacy nie sięgają powyżej sprzedawcy w sklepie za granicą? Jeśli serial mówi prawdę, jest bardzo źle z polską duszą. Nieważne, że świat jest szary, jeśli marzenia są kolorowe. Problem jest, jeśli marzenia są szare.
Dlatego dedykuję wam piosenkę Grechuty
Na szarość naszych nocy
na naszą bezimienność
na szarość i nijakość
jutrzejszych naszych marzeń
na twarzy przezroczystość
na twarze bez wyrazu
na nasze oddalenie
na naszą nieobecnośc
i losów obojętność
listek iskierkę cieni
jak kotwicę
wbij w nasze serce
