Otwarte forum dyskusyjne Frondy

Tak Żydzi mordowali Polaków na Kresach. W rocznice zbrodni w Koniuchach telewizja załozona przez agentów WSI zydowskiego pochodzenia emituje film ukazujący sprawców jako "bohaterów". Kiedy świat ocenia Żydów za zbrodnie w okupowanej Palestynie należało by nagłośnić jak nam odwdzięczali się za nieco przydługie goszczenie :

dodano: 2.08.2014, 12:43
akcje wątku: drzewko


Przemilczane zbrodnie na Polakach (1,2)
prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 04/18.11.2002

Według "Rzeczpospolitej" z 2-3 listopada 2002 r. wreszcie z ogromnym opóźnieniem, po kilkakrotnych przesuwaniach terminów, ukazał się dwutomowy zbiór IPN "Wokół Jedwabnego", zawierający studia i dokumenty. Już w tej chwili widać z relacji "Rzeczpospolitej", że będzie to publikacja skrajnie tendencyjna i jednostronna, w kieresowym duchu.
Leon Kieres, prezes IPN, od początku pracował z tezą, by za wszelką cenę dowieść winy Polaków, i to możliwie w jak najszerszym stopniu, bez akcentowania podstawowego faktu, że za wszystko, co się działo wówczas na terenach podbitej Polski, odpowiadali niemieccy okupanci. I to ich prezydent, a nie prezydent RP, powinien dziś przepraszać ofiary z Jedwabnego. Potężne lobby żydowskie w USA potrzebuje jednak jak najsilniejszego upokorzenia Polski i Polaków, przedstawiania nas jako rzekomego "narodu katów", aby tym łacniej wydusić na Polsce 65 miliardów dolarów roszczeń za żydowskie mienie (tak szacuje słynny krytyk tych żydowskich szantażystów prof. Norman Finkelsztajn z USA). Dziwnym trafem kieresowski IPN na czele ze swym szefem od dawna stosował taki sposób badania zbrodni wojennych, jaki najlepiej odpowiadał żydowskiemu lobby. Skupiono się więc przede wszystkim na badaniu wszelkich niegodnych czynów obywateli polskiej narodowości, skrzętnie pomijając niegodne czyny obywateli innych narodowości wobec Polaków czy wobec swoich współrodaków (np. zbrodniczych działań Judenratów czy policji żydowskiej, tak służalczych wobec Niemców, eksterminujących Żydów). Chciałbym tu na przykładzie najnowszej publikacji "Rzeczpospolitej" o materiałach IPN na temat Jedwabnego pokazać, jaki typ manipulacji i przemilczeń jest wciąż tak nachalnie stosowany.

Manipulacje w "Rzeczpospolitej"

Publicysta "Rzeczpospolitej" Andrzej Kaczyński, który parę lat temu jako pierwszy wystąpił z oskarżeniami pod adresem Polaków w sprawie Jedwabnego, także i teraz występuje z gromkimi oskarżeniami, powołując się na materiały zebrane przez ludzi Kieresa. Na czołowym miejscu w "Rzeczpospolitej" z 2-3 listopada 2002 pod tytułem "Nie tylko Jedwabne" Kaczyński powołuje się na zgromadzone przez IPN dowody popełnionych rzekomo przez Polaków zbrodni na Żydach. Stwierdza: "Oprócz procesów za zbiorowe ekscesy odbyło się na Podlasiu kilkaset procesów przeciw Polakom za indywidualne czyny przestępcze na szkodę Żydów. Czekają one na zbadanie.
Czyny, o których mówią źródła, były różnej miary i skali. Donosy, rabunki, niszczenie mienia, terror psychiczny, wymuszanie okupu, znieważanie uczuć religijnych, miejsc i przedmiotów kultu, bicie, gwałty, pojedyncze zabójstwa, w końcu masowe mordy" [podkr. - J.R.N.].
Kaczyński oskarżycielsko przywołuje, w oparciu o materiały IPN, przeciwko Polakom zarzuty popełnienia wspomnianych zbrodniczych czynów wobec Żydów na Podlasiu w ciągu pierwszych tygodni okupacji niemieckiej w 1941 roku. Czynów, za które sądzono już po wojnie winnych Polaków. Z triumfem ogłasza te ustalenia. Tylko że nasuwa się pytanie, co dotąd zrobił IPN dla zbadania takich samych jak wymienione zbrodniczych czynów, tyle że popełnionych przeciwko Polakom przez zbolszewizowanych Żydów. I to popełnianych nie w ciągu kilku tygodni, a w ciągu ponad półtora roku sowieckiej okupacji byłych Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej. I późniejszych zbrodni zbolszewizowanych Żydów (wymordowania całej polskiej ludności wsi Naliboki - w 1943 roku, wsi Koniuchy - 1944 r. i jeszcze późniejszych zbrodni Bermana, Fejgina, Różańskiego, Światły, Brystygierowej, Romkowskiego, Wolińskiej, Morela, Stefana Michnika etc.). Przypomnijmy tu, że słynny katolicki intelektualista na emigracji ojciec Józef M. Bocheński akcentował na łamach paryskiej "Kultury" (nr 7-8 z 1986 r.): "Jak wiadomo - władza leżała w dużej mierze w ich [Żydów - J.R.N.] rękach po zajęciu Polski przez wojska sowieckie - w szczególności pewni Żydzi kierowali policją bezpieczeństwa. Otóż ta władza i ta policja jest odpowiedzialna za mord bardzo wielu spośród najlepszych Polaków. Polacy mają, moim zdaniem, znacznie większe prawo mówić o pogromie Polaków przez Żydów niż Żydzi o pogromach polskich" [podkr. - J.R.N.].

Zapytajmy, dlaczego IPN ciągle jakoś nie ogłasza triumfalnie wyników swych badań nad zbrodniami popełnionymi przez zbolszewizowanych Żydów, choć przebieg wielu z nich jest dużo łatwiejszy do zrekonstruowania niż zbrodnia w Jedwabnem i jest bardzo dobrze udokumentowany. Przecież na przykład opisy wymordowania mieszkańców polskiej wioski Koniuchy są przedstawione w wydanych w Stanach Zjednoczonych książkach żydowskich autorów i nie trzeba nawet przeprowadzać żadnej ekshumacji dla potwierdzenia faktu tej potwornej zbrodni. W książce "Przemilczane zbrodnie. Żydzi i Polacy na kresach w latach 1939-1941", wydanej już w 1999 roku, podałem szeroko udokumentowane, także w oparciu o liczne materiały żydowskie (relacje i opracowania historyków) opisy zbrodni popełnionych na Polakach przez zbolszewizowanych Żydów. Dlaczego kieresowski IPN nie zbadał tych zbrodni i jakoś nie przygotował na ich temat żadnej "Białej Księgi". A przecież przeciwko sprawcom tych zbrodni na Polakach nigdy nie odbyły się żadne procesy w odróżnieniu od procesów przeciwko Polakom na Podlasiu. Czasy PRL-u nie sprzyjały wszak ściganiu zbrodni popełnionych przez żydowskich komunistów. A IPN - polski Instytut Pamięci Narodowej, jakoś nie spieszy się z wytropieniem żydowskich sprawców zbrodni na Polakach. Czy dlatego że to byłoby uznane za "niepoprawne politycznie" przez różne dominujące osoby z "elit" politycznych, czy tak wpływowe przekaziory jak TVP, TVN, "Gazeta Wyborcza" czy "Rzeczpospolita"?!
A przecież jakże łatwo byłoby znaleźć rozliczne udokumentowane przykłady zbrodniczych czynów popełnionych przeciwko Polakom w latach 1939-1941 przez zbolszewizowanych Żydów: "donosów, rabunków, niszczenia mienia, terroru psychicznego, znieważania uczuć religijnych, miejsc przedmiotów kultu, bicia, gwałtów, pojedynczych zabójstw, w końcu masowych mordów". Przytoczę tu pokrótce choć po kilka przykładów z każdej kategorii tych zbrodniczych czynów popełnionych na Polakach przez zbolszewizowanych Żydów.

Donosy

"Zabójczym" donosom zbolszewizowanych Żydów przeciw Polakom poświęciłem cały osobny rozdział wspomnianej już wyżej mojej książki "Przemilczane zbrodnie" (op. cit., s. 69-84). Przypomnę tu najpierw raport kuriera Jana Karskiego z lutego 1940 roku, stwierdzający m.in.: "Proletariat żydowski, drobne kupiectwo, rzemiosło (...) ci wszyscy również pozytywnie, jeśli nie entuzjastycznie, odnieśli się do nowego régime'u. Trudno im zresztą dziwić się. Gorzej jest np., gdy denuncjują oni [Żydzi - J.R.N.] Polaków, polskich narodowych studentów, polskich działaczy politycznych, gdy kierują pracą milicji bolszewickich zza biurek, lub są członkami tych milicji, gdy niezgodnie z prawdą szkalują stosunki w dawnej Polsce. Niestety trzeba stwierdzić, że wypadki te są bardzo częste (...)" (por. A. Eisenbach: Raport Jana Karskiego o sytuacji Żydów na okupowanych ziemiach polskich na początku 1940 r., "Dzieje najnowsze" 1989, nr 2, s. 193-195.).
Najsłynniejszy zagraniczny badacz historii Polski - prof. Norman Davies, pisał już 9 kwietnia 1987 roku na łamach "The New York Review of Books": "Wśród kolaborantów, którzy przybyli, aby pomagać sowieckim siłom bezpieczeństwa w wywózce wielkiej liczby niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci na odległe zesłanie i przypuszczalnie śmierć, była nieproporcjonalnie wielka liczba Żydów". Żydowski autor ze Stanów Zjednoczonych Harvey Sarner pisał w książce "General Anders and the Soldiers of the Second Polish Corps", Brunswick Press 1997, s. 4: "(...) nie pomogło stosunkom między Polakami a Żydami to, że niektórzy Żydzi witali najeźdźczą Armię Czerwoną. (...) Część Żydów współdziałała z Rosjanami przez rozpoznawanie polskich oficerów, których potem aresztowano. Aby zrozumieć jak poważnie takie akcje wpływały na stosunki polsko-żydowskie, musi się zdawać sprawę, że większość schwytanych polskich oficerów była później stracona przez Sowietów w Katyniu i innych miejscowościach". Znany intelektualista pochodzenia żydowskiego Aleksander Wat stwierdzał w słynnym "Moim wieku" (wyd. podziemne "Krąg", Warszawa 1983, cz. 2, s. 298), iż we Lwowie "sporo było donosicieli Żydów, niesłychanie dużo". Komendant Związku Walki Zbrojnej - gen. Stefan Rowecki-Grot, uskarżał się w meldunku z 21 listopada 1940 roku, że to "przede wszystkim Żydzi" dominują w donosach dla bolszewików przeciwko Polakom (cyt. za J. Węgierski: "Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941", Warszawa 1991, s. 218). Jeszcze ostrzejsze były słowa gen. Roweckiego-Grota w notatce wysłanej do Londynu 25 września 1941 roku: "Ujawniło się, że ogół żydowski we wszystkich miejscowościach, a już szczególnie na Wołyniu, Polesiu i Podlasiu (...) po wkroczeniu bolszewików rzucił się z całą furią na urzędy polskie, urządzał masowe samosądy nad funkcjonariuszami Państwa Polskiego, działaczami polskimi, masowo wyłapując ich jako antysemitów i oddając na łup przybranych w czerwone kokardy mętów społecznych" (por. J.R. Nowak, Przemilczane..., s. 238). Współpracownik IPN dr Marek Wierzbicki pisał w książce "Polacy i Żydzi w zaborze sowieckim" (Warszawa 2001, s. 152): "Donosili miejscowi sympatycy nowej władzy rekrutujący się z ludności żydowskiej. Na pewno nie tylko oni, ale w gronie donosicieli stanowili grupę zdecydowanie największą". W swej książce "Przemilczane zbrodnie" piszę o licznych śmiertelnych ofiarach tych żydowskich donosów (por. J.R. Nowak, Przemilczane..., s. 73, 74, 76, 77 i in.). Wystarczy? Dlaczego kieresowski IPN nie ujawnia nazwisk autorów tych zbrodniczych czynów na Polakach?

Rabunek i niszczenie mienia

W różnych relacjach polskich powtarzają się dramatyczne opowieści o niezwykle sadystycznym zachowaniu młodych milicjantów żydowskich podczas wywózki rodzin polskich, ich udziale w rozgrabianiu polskiego mienia. Bardzo często żydowscy komuniści ze szczególną skwapliwością przywłaszczali sobie mienie należące do Kościoła katolickiego. Amerykański historyk Richard C. Lucas pisał w świetnej, a przemilczanej u nas książce "Zapomniany holocaust" (Kielce 1995, s. 164), że: "Niektóre klasztory zamieniono na synagogi". Już 14 listopada 1939 roku biskup przemyski Franciszek Barda poinformował Papieża Piusa XII, że gmach kurii biskupiej w Przemyślu zagarnięto na mieszkanie dla Żydów. Inny polski biskup Wincenty Urban (wg. J.F. Morley: "Vatican Diplomacy and the Jews during the Holocaust 1939-1943", New York 1980, s. 133), pisząc o roli Żydów jako fanatycznych antyreligijnych agitatorach na terenie diecezji lwowskiej, przypomniał, iż: "Żydzi przejęli jako wychowawcy Zakład Sierot (...) w Bilce Szlacheckiej pod Lwowem. Żydzi weszli też do szkoły jako wychowawcy i nauczyciele polskiej młodzieży i wpajali jej, że nie ma Boga i nie potrzeba Go" (por. ks. bp W. Urban: "Droga krzyżowa diecezji lwowskiej w latach drugiej wojny światowej 1939-1945", Wrocław 1983, s. 87). Były kierownik archiwum miejskiego w Przemyślu Jan Smolka z oburzeniem wspominał barbarzyńskie działania nasłanej do archiwum żydowskiej bolszewiczki Heleny Szwarcowej. Świadomie i celowo niszczyła ona obrazy z działu sztuki kościelnej, m.in. przedziurawiła aż 7 obrazów pochodzących z XVII wieku (por. J. Smolka: "Przemyśl pod sowiecką okupacją. Wspomnienia z lat 1939-1941", Przemyśl 1999, s. 94). Kiedy IPN ujawni różne fakty na temat działania tych antyreligijnych wandali?

Terror psychiczny

Są dosłownie tysiące przykładów stosowania terroru psychicznego wobec Polaków traktowanych jako przedstawiciele narodu podbitego przez zbolszewizowanych Żydów. Na porządku dziennym były wciąż przejawy publicznego manifestowania przez zbolszewizowaną część Żydów radości z powodu upadku Polski (np. triumfalne obnoszenie trumny z napisem "Polska" po ulicach Lwowa, szydzenie z Polaków jako narodu rzekomo już całkowicie przegranego i pozbawionego jakichkolwiek szans na przyszłość). Profesor Norman Davies określił rozliczne przykłady tego typu żydowskiej Schadenfreude jako "tańczenie na polskim grobie". Szczególnie częstym przykładem triumfalizmu zbolszewizowanych Żydów było publiczne upokarzanie prowadzonych przez Sowietów polskich jeńców. Generał brygady Jan Lachowicz odnotował w swych wspomnieniach, jak po obu stronach eskortowanej przez żołnierzy sowieckich polskiej kolumny jeńców "zebrał się motłoch młodych Żydów (...). Wkrótce zaczęli na nas pluć, a nawet gdzieniegdzie obrzucali kolumnę kamieniami" (cyt. za K. Liszewski (R. Szawłowski): "Wojna polsko-sowiecka 1939 r., Londyn 1988, s. 265-266). Podobne wspomnienia znajdujemy w relacji Edmunda Zaremby. Opisywał on przemarsz polskich jeńców przez miasteczko Kostopol 21 lub 22 września 1939 roku: "Gdy kolumna szła przez miasteczko miejscowi Żydzi pluli na żołnierzy polskich, wyzywali ich najbardziej plugawymi słowami, rzucali na nich kamieniami" (cyt. za relacją E. Zaremby, spisaną przez J. Pelca Piastowskiego pt.: "Gdzie są ci jeńcy?, "Niepodległość i Pamięć" 1995, nr 3-4, s. 104).
Ranny polski jeniec - żołnierz z Zaleszczyk, tak wspominał brutalność pilnujących ich Żydów: "(...) leżałem w szpitalu w Zaleszczykach. Los nasz był straszny. NKWD oddało nas w ręce Żydów uzbrojonych w karabiny ręczne i broń krótką. (...) Obchodzili się z nami, rannymi żołnierzami, niezwykle brutalnie. Bito nas i kopano, wyszukiwano oficerów, a znalezionych oddawano w ręce NKWD. Do nas krzyczeli, że jesteśmy pachołkami burżuazji i że my do tej pory piliśmy ich krew, a oni teraz będą pić naszą. Rzucano wobec nas wiele obelg, których powtórzyć nie mogę, bo są ordynarne. Zasypywali nas bluźnierstwami" (cyt. za P. Żaroń: "Agresja Związku Radzieckiego na Polskę 17 września 1939 r. Los jeńców polskich", Toruń 1998, s. 126). Marek Wierzbicki pisał, iż: "22-letni Żyd z Wilna wspomina, że Żydzi rozbrajali Polaków 'w brzydki sposób z wielką satysfakcją'. Na przykład zdarzały się przypadki plucia w twarz żołnierzom, którym odbierano karabiny" (M. Wierzbicki: "Polacy i Żydzi...", s. 148). W anonimowej relacji 20-letniej żydowskiej uciekinierki z Warszawy, złożonej przed przedstawicielem "Oneg Szabat" na temat położenia ludności żydowskiej w Grodnie pod okupacją sowiecką, można było przeczytać m.in.: "Przybycie bolszewików przyjęli Żydzi z wielką radością (...) uważali się niemal za panów sytuacji, zaś Polaków traktowali z góry i arogancko, dawali im często odczuć ich niemoc i naigrywali się z niej. W Grodnie miały miejsce liczne takie wypadki, że gdy Polka dochodziła do żydowskiej przekupki, by kupić warzywa, ta jej odpowiadała: 'Ty Polaczka, idź won, znać cię nie chcę'. Było wielu takich Żydów, którzy przy każdej sposobności wspominali Polakom z zadowoleniem, że ich czasy się skończyły, że obecnie nie mają oni nic do powiedzenia i muszą być posłuszni władzy sowieckiej" (cyt. za M. Wierzbicki: op. cit., s. 269).

Znieważanie uczuć religijnych, miejsc i przedmiotów kultu

Zbolszewizowani Żydzi znajdowali się przez dziesięciolecia w Związku Sowieckim w "awangardzie" walki z religią i Kościołami. Nieprzypadkowo na czele głównej organizacji walczącej z religią w ZSRS - osławionego Związku Bezbożników, stał komunista żydowskiego pochodzenia Jemelian Jarosławski (właściwie Miniej Izrailewicz Gubelman). Autor książki "Rosja i krzyż" Andrzej Grajewski pisał o Gubelmanie: "Ten morderca zza biurka był odpowiedzialny za katorgę tysięcy ludzi duchownych i ludzi świeckich, zniszczenie bezcennych zabytków starej kultury rosyjskiej, ruinę tysięcy cerkwi" (A. Grajewski: "Rosja i krzyż", Wrocław 1989, s. 14). Po sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 roku żydowscy bolszewicy odegrali decydującą rolę w prześladowaniu religii i walce z Kościołem. Na każdym kroku starali się znieważać uczucia religijne Polaków, poniewierając najświętsze dla nich rzeczy. "Pomysłowość" żydowskich ateizatorów nie miała pod tym względem granic. Edward Flis, w momencie najazdu wojsk sowieckich młody chłopak, chodzący do szkoły, pisał we wspomnieniach z tamtych lat, iż "w Uściługu [Uściług nad Bugiem koło Włodzimierza - J.R.N.] Żydzi urządzili ateistyczny pokaz. Ubrali konia w kościelne szaty i prowadzili po mieście" (E. Flis: "Naród niewybrany", Warszawa 1994, s. 11). Włodzimierz Drohomirecki tak wspominał po latach drastyczne przejawy wojny z religią, toczonej w jego szkole przez żydowską nauczycielkę (działo się to w miejscowości Dereźne, powiat Kostopol na Wołyniu): "Przed Bożym Narodzeniem 1939 r. nauczycielka, Żydówka Berta Aros, dokonała w klasach przeglądu noszonych przez dzieci medalików. Co wartościowsze, w tym mój złoty krzyżyk z łańcuszkiem, prezent chrztu świętego od mego ojca chrzestnego, zostają zerwane i zabrane" (por. "Świadkowie mówią", wyd. Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, Okręg Wołyń, Warszawa 1996, s. 97). Nawet Jan Tomasz Gross przed laty, kiedy zdobywał się na rzetelniejsze relacje, przytoczył we wstępie uwagę o Żydzie z miasteczka Wielkie Oczy wspominającym młodzież żydowską, która założywszy, jak powiada, "komsomoł", objeżdżała później cały powiat, "strącając kapliczki przydrożne i rozbijając je" (cyt. za: "W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali. Polska a Rosja 1939-42", wybór i oprac. J.T. Gross i I. Grudzińska-Gross, Warszawa 1989, s. 29). Profesor Ryszard Szawłowski pisał, że ukraińsko-żydowska milicja w Łucku "popisała się" szczególnie barbarzyńskim czynem, wykłuwając bagnetami oczy na portretach biskupów umieszczonych w pałacu biskupim w Łucku (wg R. Szawłowski: "Wojna polsko-sowiecka 1939", Warszawa 1997, t. I, s. 399, t. II, s. 383). Przykłady tego typu można by długo mnożyć. Na przykład w Wiśniowcu młodzi Żydzi obrzucili kamieniami kościół, niszcząc cenne historyczne witraże, w Zambrowie koło Łomży Żydzi podczas uroczystości pierwszomajowych obrzucili kamieniami figurę św. Jana, w Worochcie w lutym 1940 roku miejscowi Żydzi-komuniści wtargnęli do kościoła, niszcząc i zabierając obrazy i urządzenia kościelne.

Pojedyncze zabójstwa i masowe mordy

W książce "Przemilczane zbrodnie" przytoczyłem liczne przykłady mordowania Polaków w latach 1939-41 przez zbolszewizowanych Żydów (m.in. zamordowania lwowskich działaczy studenckich, wymordowania dominikanów z klasztoru w Czortkowie przez żydowskich enkawudzistów, wymordowaniu policjantów w Kołkach i Sarnach, masakry polskich więźniów w więzieniu w Tarnopolu, dokonanej przez Żydów w Trembowli: Kramera, Kummela i Dawida Rosenberga). W ciągu kilku lat, jakie upłynęły od wydania moich "Przemilczanych zbrodni", znalazłem dużo więcej informacji na temat podobnych zbrodni dokonanych przez zbolszewizowanych Żydów na Polakach w latach 1939-41. O niektórych z nich pisałem w książce "100 kłamstw J.T. Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem" (Warszawa 2001, s. 100-114). Dziwne, że kieresowski IPN nie chce jakoś szerzej ujawnić i napiętnować tych zbrodni. A przecież wśród współpracowników tegoż IPN jest m.in. Marek Wierzbicki, który pisał m.in., iż: "Wspomniane wcześniej denuncjacje dokonywane przez miejscowych Żydów w Grodnie bezpośrednio po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną spowodowały aresztowanie kilkuset i rozstrzelanie prawdopodobnie ponad 100 osób, głównie Polaków" (M. Wierzbicki: "Polacy i Żydzi...", s. 116-117). W innym miejscu swej książki (op. cit., s. 76) Wierzbicki pisze o terrorze panującym w Pińsku i kierowanym przez Gwardię Robotniczą, dowodzoną głównie przez członków Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi narodowości żydowskiej (m.in. M.Sz. Żukowskiego-Zilbera, Abrama Gorbata i Judel Kot). Zajmowali się oni chwytaniem i rozstrzeliwaniem polskich oficerów i policjantów. Władze sowieckie nie ścigały tych zabójstw.
W innej, wcześniejszej książce M. Wierzbicki wspominał o szeregu innych zbrodni dokonanych przez zbolszewizowanych Żydów. Pisał np., iż "w Sokółce szewc Gołdacki zastrzelił trzech policjantów. Tego samego dokonał kowal Abel Łabędych we wsi Bogusze 24 września" (M. Wierzbicki: "Polacy i Białorusini w zaborze sowieckim", Warszawa 2000, s. 116). W innym miejscu (s. 71-72) Wierzbicki pisze o okrutnym mordzie dokonanym na hrabiostwie Wołkowickich przez komunistyczną bandę, której przewodził Żyd Ajzik.
Brak miejsca nie pozwala na szczegółowe relacjonowanie rozlicznych mordów tego typu. Przygotowuję na temat zbrodniczych czynów zbolszewizowanych Żydów na Kresach dwutomową, ponad 1000-stronicową monografię. Zastanawia tylko fakt, jak to się stało, że władze kieresowskiego IPN-u nie mogły się zdobyć na publiczne ujawnienie i napiętnowanie rozlicznych zbrodni tego typu popełnionych na Polakach, choć z ogromną żarliwością tropią każdy szczegół w sprawach przestępstw Polaków już dawno sądzonych i karanych przez PRL-owskie sądy. Pan Leon Kieres powiedział kiedyś w wywiadzie, że 95 proc. pracy jego IPN to sprawy zbrodni popełnionych na Polakach, a tylko 5 proc. to sprawy zbrodni popełnionych przez Polaków na innych. Gdzież są więc wyniki ścigania śladów tych 95 proc. zbrodni? Kiedy p. Kieres powiedział o nich szerzej publicznie? Czy kierowany przez niego instytut jest polskim IPN czy raczej Żydowskim Instytutem Pamięci Narodowej albo Centrum Wiesenthala-bis? Pytam o to, bo nie widzę dotąd na przykład żadnych postępów w ujawnieniu przez IPN prawdy o innych okrutnych zbrodniach, popełnionych na Polakach, choćby sprawy wymordowania polskich mieszkańców wsi Koniuchy. Kieresowski IPN nie zdobył się nawet na ogłoszenie najmniejszej informacji o postępach śledztwa w tej sprawie, pomimo licznych ponagleń ze strony Kongresu Polonii Kanadyjskiej, który przysyłał do IPN w tej sprawie udokumentowane informacje faktograficzne.

Przemilczane zbrodnie na Polakach (2)

W poprzednim odcinku ("Nasz Dziennik", 4.11) pisałem o wyjątkowo silnej sprzeczności między deklarowanymi zasadami Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) a jego faktyczną praktyką działania. Między stwierdzeniami prezesa IPN Leona Kieresa, że jego Instytut skupia się w 95 proc. na zbrodniach popełnionych na Polakach a równoczesnym skoncentrowaniu się IPN na badaniach dotyczących domniemanych "polskich zbrodni" i niemal wyłącznym publicznym nagłaśnianiu informacji na ich temat. Dzieje się to przy jakże wymownym milczeniu o okrucieństwach, które wyrządzili nam inni, zwłaszcza zbolszewizowani Żydzi. Tym zadziwiającym dysproporcjom w pracy IPN towarzyszą maksymalnie nagłaśniane wypowiedzi skrajnie filosemickich autorów, którzy za wszystko złe w stosunkach polsko-żydowskich konsekwentnie starają się obciążyć tylko i wyłącznie Polaków. Nader typowe pod tym względem były rozliczne wystąpienia księdza Michała Czajkowskiego, o którym powiedział sam Prymas Polski ks. kardynał Józef Glemp, że "robi bardzo złą robotę". (Bardzo to wzburzyło współpracowników ks. M. Czajkowskiego z katolewicowej "Więzi".) Chodzi tu przede wszystkim o ciągłe, niczym nieuzasadnione dywagacje ks. Czajkowskiego o rzekomym "polskim antysemityzmie" i "chrześcijańskim antysemityzmie". Nieprawdę wytknął mu przed laty jakże celnie w polemice na łamach "Więzi" słynny historyk papiestwa ks. profesor Zygmunt Zieliński z KUL-u. Ja sam już 30 czerwca 1995 roku obnażyłem na łamach "Słowa-Dziennika Katolickiego" niedopuszczalne kłamstwa, jakich dopuścił się ks. Michał Czajkowski, pisząc nawet wbrew świadectwom żydowskich historyków o rzekomych pogromach na Żydach, dokonanych przez Polaków w 1905 roku. Na próżno jednak kilkakrotnie wzywałem ks. Czajkowskiego, by w imię uczciwości intelektualnej zdobył się na przeproszenie czytelników "Więzi" za swe oparte na nieprawdziwych informacjach pomówienia pod adresem Polaków. Jesienią zeszłego roku doszło do dość znamiennego wydarzenia. Ksiądz Czajkowski zrejterował z prowadzonego na ratuszu we Wrocławiu polsko-żydowskiego panelu w sytuacji, gdy przy aprobacie ogromnej części zebranych wykazałem rażącą nieprawdę jego twierdzeń. Chodziło o wypowiedziane przez ks. Czajkowskiego w dyskusji redakcyjnej "Gazety Wyborczej" z 16-17 września 2000 roku słowa, że żaden Polak nie zginął od żydowskiego antypolonizmu, podczas gdy miliony Żydów zginęły od antysemityzmu. Poleciłem mu, ku jego krańcowej konsternacji, by na przyszłość lepiej przemyślał swoje osądy. I by przeczytał dużo więcej na tematy, o których nie ma pojęcia. A wtedy dowie się chociażby o rozlicznych zbrodniach popełnionych na Polakach na Kresach w latach 1939-41 przez zbolszewizowanych Żydów, w tym choćby o opisanym przez ks. Zygmunta Mazura wymordowaniu przez żydowskich NKWD-zistów ojców dominikanów z klasztoru w Czortkowie w nocy z 1 na 2 lipca 1941 roku (por. szerzej J.R. Nowak "Przemilczane zbrodnie", Warszawa 1999, s. 51-52). Radziłem ks. Czajkowskiemu również, by raczył wreszcie zapoznać się z dostępnymi materiałami na temat wymordowania całych polskich wsi Naliboki i Koniuchy przez żydowskich partyzantów sowieckich i późniejszych zbrodni Bermana, Fejgina, Różańskiego, Morela, etc.

Rzeź w Nalibokach

Dwulicowość i hipokryzję IPN najlepiej ilustruje następująca sprawa. Z jednej strony mieliśmy ogromną ilość, dosłownie setki wystąpień członków kierownictwa IPN na czele z samym L. Kieresem, "demaskujących" rozmiary "polskiej zbrodni" w Jedwabnem. Z drugiej strony ci sami ludzie nabrali wody w usta w odniesieniu do rozlicznych zbrodni popełnionych na Polakach przez zbolszewizowanych Żydów, milczą jak grób na ten temat w swych publicznych wystąpieniach. A przecież powinni publicznie zabrać głos chociażby na temat postępów śledztwa w sprawach wymordowania przez sowieckich partyzantów żydowskich mieszkańców polskiego miasteczka Naliboki (w 1943 roku) i wsi Koniuchy (w 1944 roku). Czy polskie tragedie, czy polska krew się dla nich nie liczą? Na próżno Kongres Polonii Kanadyjskiej wielokrotnie słał do IPN ponaglenia w tej sprawie. Kierownictwo IPN unikało nagłośnienia zbrodni popełnionych na Polakach i ograniczało się jak dotąd do trafiających do o wiele mniejszego kręgu komunikatów jednego z oddziałów IPN (por. internetowy komunikat oddziałowej Komisji IPN w Łodzi z 5 września 2002 roku). Dlaczego o sprawach tych zbrodni nie wypowiadał się publicznie sam prezes IPN Leon Kieres, dlaczego w czasie swych uniżonych przeproszeń wobec Żydów w USA nie zdobył się np. na polecenie im zapoznania się z wydanymi w USA książkami żydowskich autorów, dokumentujących zbrodnie zbolszewizowanych Żydów w Koniuchach na Polakach? Dlaczego? Odpowiedź na to jest aż nadto prosta - p. Kieres wyraźnie nie przejmuje się takimi "drobiazgami" jak zbrodnie na Polakach, on - z jakichś tylko jemu wiadomych względów - nabiera niezwykłej energii i pasji potępieńczej, gdy ma publicznie osądzać różne domniemane "polskie zbrodnie".

A oto, jak wyglądała pierwsza z tych przemilczanych przez L. Kieresa zbrodni - rzeź na Polakach w miasteczku Naliboki w powiecie Stołpce, województwo nowogrodzkie. Dnia 8 maja 1943 roku o świcie 128 polskich mieszkańców tego miasteczka zostało wymordowanych przez partyzantów dowodzonych przez dwóch żydowskich dowódców: Tuwię Bielskiego i Szolema Zorina. Wacław Nowicki, uratowany świadek tych wydarzeń, tak opisywał w książce "Żywe echa" (Warszawa, 1993) rzeź na Polakach, gdy o świcie przybyli partyzanci-mordercy: "Godzina 5 rano, 8 maja 1943 roku. Długa seria z kaemu rozpruła poniżej okien frontową ścianę naszego domu, stojącą pod nią kanapę - przeleciała przez pokój i ugrzęzła w przeciwległej ścianie zaledwie kilka centymetrów nad naszymi głowami (...). Mama dopadła okna. - 'Wieś płonie!' - krzyczy (...) o godzinie 7.00 (...) jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci i zniszczenia. Ocaleni z pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię swego miasteczka i dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna 2 godziny zginęło 128 niewinnych ludzi. Większość z nich, jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk siepaczy Bielskiego i 'Pobiedy'.

Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i seriami z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane w pośpiechu (nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi z okrzykiem 'hura' szli dalej mordować. Wielu zbudzonych nagłą strzelaniną i jękiem sąsiadów wylatywało na podwórko. Tych rozstrzeliwano z dziećmi pod ścianami chat. Jedni i drudzy wraz z domostwem obracali się w popiół. Daleko słychać było ryk bydła i rżenie zagrabionych koni. Podczas dantejskiego pogrzebu trudno było zidentyfikować pozostałe czasem tylko kończyny dzieci, rodziców, dziadków z rodów Karniewiczów, Łojków, Chmarów i wielu innych".

Dodajmy, że wśród ludzi tak okrutnie mordujących polskich mieszkańców miasteczka Naliboki znaleźli się również ich żydowscy "sąsiedzi" (by użyć ulubionego określenia J.T. Grossa). Jednoznacznie stwierdza się to w internetowym komunikacie łódzkiej komisji IPN-u: "Część świadków wskazuje na nazwiska atakujących, zeznając, że wśród nich znajdowali się również byli mieszkańcy narodowości żydowskiej".

Warto tu dodać, że żydowski dowódca partyzancki Tuwia Bielski był wymieniany jednocześnie jako sprawca okrutnej rzezi w Nalibokach między innymi w publikowanym w "Magazynie Gazety Wyborczej" z 15 listopada 1996 r. tekście Jacka Hugona Badera "A rewolucja to miała być przyjemność". Bader pisał m.in. cytując relacje partyzanckie z tamtych lat: "Zaczęły się masowe rabunki wsi. I to nie było raz czy dwa, ale jedni wychodzili, drudzy wchodzili. Miejscowi zaczęli więc walczyć o chleb, organizowali polsko-białoruską samoobronę. My ją wspieraliśmy. Sowieci likwidowali. Wykańczali wioski. Derewno, Rubieszewice, Starynki, Michałowo. W Nalibokach wyrżnęli 127 ludzi z samoobrony. Wszyscy mówili, że Naliboki zrobił Bielski". Wcześniej J. Hugo Bader pisał, że Tuwia Bielski był partyzantem żydowskim. Inny rozmówca Badera - Boradyn tak mówił o żydowskich partyzantach z oddziałów Tuwii Bielskiego i Szolema Zorina: "Grupy rabusiów i tyle, którzy brali od kogo popadnie. Jedzenie, dziecięce ubranie, pościel, łyżki, widelce, kosztowności...". Obraz uzupełnia w tekście Badera relacja byłego żydowskiego partyzanta, dziś emeryta - Jakowa Rumowicza. Wspominał on: "U nas prawie połowa to Żydzi byli, ale co to za partyzanci? Grabili tylko i gwałcili".

W internetowym komunikacie IPN z 5 września 2002 roku m.in. czytamy na temat rzezi w Nalibokach: "Miasteczko Naliboki, powiat Stołpce, woj. nowogródzkie do września 1939 r. zamieszkane było głównie przez ludność polską i żydowską. Począwszy od 1942 r. na Naliboki zaczęły napadać bandy rabunkowe, rekrutujące się z rozbitych przez Niemców zdemoralizowanych oddziałów sowieckich, ukrywających się w okolicznych lasach. Działalność tych band miała charakter wyłącznie rabunkowy. W celu ochrony ludności polskiej w Nalibokach powstał składający się z Polaków oddział 'samoobrony', którego dowódcą został Eugeniusz Klimowicz. Początkowo Polacy współpracowali ze stacjonującymi w bazach położonych w Puszczy Nalibockiej partyzantami sowieckimi, dowodzonymi przez mjr Rafała Wasilewicza. Wspólnie zwalczali oni grasujące na tych terenach bandy rabunkowe, jak i Niemców. Wiosną 1943 r. doszło do dwóch spotkań Eugeniusza Klimowicza i Rafała Wasilewicza. Dowódcy sowieccy pragnęli podporządkować sobie 'samoobronę' z Nalibok. Polacy nie wyrazili na to zgody. Zawarto jednak porozumienie, na mocy którego partyzanci sowieccy i członkowie polskiej 'samoobrony' mieli zaniechać wzajemnych napadów. Miasteczko Naliboki i pobliskie osady miały stanowić domenę Polaków z 'samoobrony'. Pomimo tego w nocy z 8 na 9 maja 1943 r. partyzanci sowieccy zaatakowali Naliboki. Zatrzymywali oni głównie mężczyzn i po wyprowadzeniu ich z domów rozstrzeliwali. Spalili również szereg zabudowań oraz miejscowy kościół. Łącznie zginęło ok. 120-128 mężczyzn oraz 3 kobiety" [podkr. J.R.N.]. Zdumiewa fakt, że zarówno w cytowanym przeze mnie fragmencie komunikatu łódzkiej komisji IPN, jak i w pozostałej części nie zdobyto się na wymienienie 2 nazwisk żydowskich dowódców band rabunkowych, które dokonały rzezi Polaków: Tuwii Bielskiego i Szolema Zorina. Zapomniano również zaznaczyć, że w wielkiej części wspomniane mordercze bandy składały się z Żydów. Czyżby autorzy komunikatu łódzkiej komisji IPN-u obawiali się, że gdyby podali tak ważne i niezbędne informacje o roli zbrodniczych żydowskich partyzantów sowieckich, to srodze pogniewa się na nich sam prezes L. Kieres. Jak ocenić jednak tego typu zatajenia?

Masakra Polaków we wsi Koniuchy

Kolejną wciąż dziwnie przemilczaną w publicznych wystąpieniach Kieresa i innych IPN-owskich prominentów sprawą jest historia okrutnej rzezi popełnionej na mieszkańcach we wsi Koniuchy 29 stycznia 1944 r. Publiczne milczenie w tej sprawie, poza skierowanym do dużo węższych kręgów internetowym komunikatem łódzkiej Komisji IPN z 5 września, prawdziwie szokuje. Przecież w sprawie masakry w Koniuchach, o której jak najszybsze zbadanie po tylekroć upominał się Kongres Polonii Kanadyjskiej, nie trzeba przeprowadzać nawet żadnej ekshumacji jak w przypadku Jedwabnego, ze względu na fakt, że paru zbrodniczych żydowskich partyzantów otwarcie chlubiło się swymi "wyczynami" w książkach opublikowanych w Stanach Zjednoczonych. Na przykład Chaim Lazar opisywał w książce "Destruction and Resistance" (New York, Schengold Publisher, 1985, s. 174-175): "Pewnego wieczoru stu dwudziestu partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w kierunku wsi. Było wśród nich około 50 Żydów, przewodzonych przez Jacoba Prennera. O północy przybyli oni na koniec wsi i zajęli odpowiednie pozycje. Rozkaz nakazywał, aby nie darować nikomu życia. Nawet zwierzęta domowe miały być wybite, a cała własność zniszczona... Sygnał dano tuż przed świtem. W ciągu niewielu minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej była rzeka i jedyny most, który znajdował się w rękach partyzantów. Partyzanci, z zawczasu przygotowanymi pochodniami palili domy, stajnie i spichlerze, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie... Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali szukać drogi ratunku. Ale zewsząd czekały na nich śmiertelne pociski. Wielu wskakiwało do rzeki i płynęło nią ku drugiemu brzegowi, ale i ich również spotkał taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt".

Potwierdzenie opisów okrutnej rzezi dokonanej na Polakach znajdujemy również w paru innych książkach autorów żydowskich, wydanych w USA. Między innymi Isaac Kowalski pisał: "Nasz oddział otrzymał rozkaz, aby zniszczyć wszystko, co się rusza i zamienić wieś w popioły. Dokładnie o ustalonej godzinie i minucie wszyscy partyzanci z czterech stron wsi otworzyli ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, strzelając kulami zapalającymi w zabudowania wioski. Tym sposobem dachy gospodarstw zaczęły się palić (...) Gdy później przemaszerowaliśmy przez Koniuchy (...) był to jak gdyby przemarsz przez cmentarz" (por. I. Kowalski "A Secret Press in Nazi Europe. The Story of a Jewish United Partisan Organization", New York, Central Guide Publication, 1969, s. 333-334. Zob. także I. Kowalski, wybór i redakcja "Anthology on Armed Jewish Resistance, 1939-1945" t. IV, New York 1991, Jewish Combatants Publishers House, s. 390-391). O rzezi polskich mieszkańców w Koniuchach pisze z dumą również inny autor żydowski Rich Cohen w książce pod wymownym tytułem "Mściciele" ("The Avengers"): "Koniuchy były wioską o zakurzonych drogach i osiadłych w ziemi, nie pomalowanych domach. (...) Partyzanci (...) zaatakowali Koniuchy od strony pól, a słońce świeciło im w plecy. (...) Partyzanci wrzucili granaty na dachy, a w domach wystrzeliły płomienie. Chłopi wybiegali drzwiami i biegli drogą. Partyzanci ich gonili strzelając do mężczyzn, kobiet i dzieci. (...) Setki chłopów zginęły w ogniu krzyżowym" (R. Cohen "The Avengers", New York, Alfred A. Knopf, 2000, s. 145). Ogromnie zasłużona w działaniach na rzecz obrony dobrego imienia Polaków Hanna Sokolska z Komisji Informacyjnej przy Zarządzie Głównym Kongresu Polonii Kanadyjskiej w liście do szefów IPN-u 17 lutego 2001 r., podając bogato udokumentowane dowody zbrodni żydowskich partyzantów sowieckich w Koniuchach, powołała się również na potwierdzenie rzezi w Koniuchach, zawarte w dzienniku partyzantów żydowskich pt. "Operations Diary of a Jewish Partisan Unit in Rudniki Forest". Według Sokolskiej, dziennik ten jest dostępny w internecie:
www.yadvashem.org/about_holocaust/documents/part3/doc211.html. W dzienniku tym podano, że w napadzie na wieś uczestniczyli partyzanci z oddziałów J. Prennera ("Śmierć faszystom") i Shmuela Kaplinskiego ("Ku zwycięstwu"). Ponadto swój udział w akcesji likwidacji wsi Koniuchy potwierdził - wg Sokolskiej - Zalman Wyłożny, który służył w oddziale "Śmierć faszystom". Stwierdził on, że "cała wieś została puszczona z dymem, a mieszkańcy wymordowani" (zob. J. Gołota "Losy Żydów ostrołęckich w czasie II wojny światowej"; "Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego", nr 187 /1998/, s. 32). Autor powoływał się na zeznania Z. Wyłożnego (Yad Vashem 1503-80-1). Sokolska pisała w liście do szefów IPN-u z 17 lutego 2001 r. również o tym, że obecnie znane są już nazwiska niektórych żydowskich sprawców rzezi: Jacoba Prennera, Shmuela Kaplinskiego, Shlomo Branda, Isaaca Kowalskiego, Chaima Lazara, Israela Weissa i Zalmana Wyłożnego. Byli oni - wg Sokolskiej - "przeważnie obywatelami RP".
Znamienne, że sprawcy rzezi Polaków we wsi Koniuchy uzasadniali tę masakrę całej wioski tym, że była to wieś "reakcyjna". Przypomnijmy więc, że wśród wymordowanych "reakcjonistów" była m.in. 1,5-roczna N. Molisówna. Można domniemywać, że swą "reakcyjność" wyssała z mlekiem matki, podobnie jak inna zamordowana - 4-letnia Marysia Tubisówna. W wydawanej w Wilnie "Naszej Gazecie" z 29 marca 2001 r. czytamy wyliczenie niektórych nazwisk polskich ofiar zamordowanych przez żydowskich partyzantów sowieckich w Koniuchach. Były wśród nich m.in. obok wspomnianych już 1,5-rocznej Molisówny i 4-letniej Tubisówny całe rodziny, np. Zygmunt Bandalewicz (8 lat), Mieczysław Bandalewicz (9 lat), Stanisław Bandalewicz (45 lat), Józef Bandalewicz (54 lata), Stefania Bandalewiczowa (48 lat). Jak pisano w "Naszej Gazecie": "Półtoraroczna córeczka Molisowej zginęła wraz matką, gdy ta uciekała pośród kul, trzymając ją na ręku". Andrzej Kumor cytował w artykule publikowanym na łamach polonijnej "Gazety" w Toronto z 4-6 maja 2001 r. rozmowę z naocznym świadkiem tamtych okrutnych wydarzeń Edwardem Tubinem (miał wówczas 13 lat). Tubin opisywał: "Nie było różnicy, kogo złapali, to wszystkich bili. Nawet kobietę jedną, uciekała tam w las ku cmentarzu, to nie strzelali, ale kamieniem zabili, kamieniem w głowę. Jak mamę zabili, to może z 8 kul po piersiach puścili (...). Wojtkiewicza żona była w ciąży i chłopak był, nie miał nawet 2 latka. Zabili ją, a chłopak został żywy. Przynieśli słomę, na nią rzucili, zapalili. Temu chłopaczkowi nogi poopalało - paluszki jemu odpadły. Przeżył pod tą matką. Jak zapalili, to tylko nogi mu się spaliły. Było strasznie, było strasznie, nie przepuścili nikomu".

W internetowym komunikacie Oddziałowej Komisji IPN w Łodzi z 5 września 2002 r. m.in. czytamy na temat rzezi w Koniuchach: "Jeden ze świadków był w Koniuchach w dniu 2 lutego 1944 r., a więc w kilka dni po napadzie. Zeznał, iż widział popalone domy, rozpaczających, ludzi, pozostawione dzieci. Z relacji osoby, która zdołała się ukryć w czasie napadu, słyszał, iż wieś podpalono z obu stron, a potem strzelano do uciekających ludzi. (...) Z zeznań wynika, iż część ofiar, zwłaszcza osoby stare i schorowane, zginęła, spalona we własnych domach. Natomiast do części mieszkańców, którzy starali się uciekać, strzelano. W taki sposób zginęły osoby z rodziny P. Zwłoki małżonków Stanisława i Katarzyny P. odnaleziono zwęglone w domu. Ciało ich córki Genowefy P. ze śladami kul i przypalonymi stopami leżało na podwórku".

Dlaczego dokonano tego mordu na Polakach w Koniuchach? Bo chciano "odpowiednio" odstraszająco ukarać mieszkańców wsi, która chciała się bronić przed ciągłymi niszczącymi ją do cna rabunkami. Polscy chłopi zorganizowali jednostkę "samoobrony", aby ochronić wieś przed ciągłym rekwirowaniem żywności. Wieś w tym czasie nie miała już dosłownie środków do życia. Wileńska "Nasza Gazeta" z 29 marca 2001 r. przytoczyła relację naocznego świadka Liliany Narkowicz opisującą, że partyzanci "dokonywali wciąż grabieżczych napadów, niczym bandyci. Nasi mężczyźni zbuntowali się. Nie mieliśmy czym karmić własnych dzieci. U niektórych bieda aż piszczała".

Dlaczego L. Kieres i inni szefowie IPN-u nie nagłaśniają publicznie przebiegu zbrodniczej rzezi na Polakach w Koniuchach? Czy dlatego, że w Koniuchach zginęli "tylko" Polacy, a w zbrodni aktywnie uczestniczyło 50 żydowskich partyzantów sowieckich, poza Rosjanami i Litwinami?

prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 2002-11-04

  • Re: Tak Żydzi mordowali Polaków na Kresach. W rocznice zbrodni w Koniuchach telewizja załozona przez agentów WSI zydowskiego pochodzenia emituje film ukazujący sprawców jako "bohaterów". Kiedy świat ocenia Żydów za zbrodnie w okupowanej Palestynie należało by nagłośnić jak nam odwdzięczali się za nieco przydługie goszczenie :|observer1920 2.08.2014, 12:45
    UB :
    prof. Jerzy Robert Nowak

    Przy okazji uogólnień Grossa na temat polityki sowieckiego tyrana wobec Żydów dodajmy jeden bardzo istotny fakt. Otóż tak eksponowany przez Grossa "antysemityzm" Stalina wcale nie przeszkadzał mu w konsekwentnym popieraniu działań Żydów palestyńskich. Stalin wyraźnie stawiał na zwycięstwo Żydów palestyńskich, zmierzających do stworzenia własnego państwa wbrew Wielkiej Brytanii. Mocno liczył na to, i się przeliczył, że Żydzi palestyńscy stworzą państwo zdominowane przez lewicę i będą faktyczną forpocztą polityki sowieckiej na Bliskim Wschodzie. Warto przypomnieć, co stwierdzał na ten temat autor żydowski o wiele lepiej jak dotąd znany i ceniony od Grossa, a mianowicie cytowany już wcześniej Isaak Deutscher. W przywoływanym już wcześniej wykładzie w Londynie, wygłoszonym w 1964 roku, Deutscher powiedział: "Jakie by nie były zamiary Stalina, jest paradoksem, że właśnie jemu Izrael zawdzięcza swe niezależne istnienie. To właśnie ze stalinowskiej Czechosłowacji, od czeskiej zbrojeniówki pochodził główny arsenał Hagany. Tą 'splamioną' bronią Żydzi w Palestynie zadali ostateczny cios Brytyjczykom i Arabom. Poparcie Stalina i skuteczna pomoc materialna, których Stalin udzielał Żydom, wydawała się zachodnim mężom stanu nie na miejscu, wywoływała irytację i powodowała całkiem zauważalne wrogie uczucia wobec Żydów" (por. I. Deutscher, op. cit., s. 100).

    Kłamstwa Grossa a opinie innych Żydów
    Doprawdy pusty śmiech niejednokrotnie ogarnia czytelnika, gdy czyta przeróżne tyrady Grossa wybielające rolę Żydów w Polsce, a w szczególności absolutnie pomniejszające ich rolę w UB, względnie przedstawiające Żydów jako biedne ofiary oddane na żer dzikich antysemickich prześladowców na skutek szokującej bierności partii komunistycznej. Pozwolę sobie poza cytowanym już Leopoldem Tyrmandem przytoczyć niektóre tylko z jakże licznych żydowskich świadectw, całkowicie sprzecznych z obrazem Grossa. Zacznijmy od oceny jednego z czołowych intelektualistów żydowskiego pochodzenia na emigracji, Zygmunta Hertza, współzałożyciela Instytutu Literackiego w Paryżu. Znany skądinąd ze skłonności do idealizowania Żydów i ostrego dokładania przy różnych okazjach "Polaczyskom" Hertz zdobył się jednak na bardziej obiektywną refleksję na tle wydarzeń marcowych z 1968 roku. Pisał wówczas 26 marca w liście do Czesława Miłosza: "Antysemityzm wypuścił nie tylko nowe liście, ale zakwitł różą. I też ja się nie dziwię. Żydzi grali od początku głupio - po cóż był ten run na ube i posady. Jakaś niegodność w tym narodzie. Przykro mi to stwierdzić, ale dali antysemitom znakomitą broń do ręki" (cyt. za Z. Hertz, Listy do Czesława Miłosza 1952-1979, s. 268). Przytoczmy inne wymowne świadectwo - opinię zapisaną w dzienniku wybitnego twórcy pochodzenia żydowskiego Mariana Brandysa: "Żydzi, którzy pozostali, weszli niemal w całości do klasy rządzącej (...) Żydzi garnęli się do władzy jak ćmy do ognia" (M. Brandys, Dziennik 1976-1977, Warszawa 1996, s. 235, 244).
    Porównajmy tę ocenę M. Brandysa z powtarzanymi przez Grossa pojękiwaniami o tym, że "żydowska ludność żyła w ubóstwie, była wychudzona, chora i pełna urazu" (s. 125). Wszystko to ma wzbudzić u amerykańskich czytelników jak największe współczucie dla "biednych, przygnębionych, przybitych Żydów, żyjących w nędzy" (s. 126), a na dodatek jeszcze wciąż okrutnie prześladowanych przez nigdy nienasyconych w swym sadyzmie Polaków.
    Przypomnijmy kolejne świadectwo o "biednych" Żydach - notatkę w dzienniku słynnego matematyka Hugona Steinhausa pod datą 18 marca 1945 roku: "(...) w prezydium Rady Ministrów Żydzi mają 80 proc. posad. To samo na innych wyższych stanowiskach" (H. Steinhaus, Wspomnienia i zapiski, Londyn 1992, s. 298). Inne nader ciekawe świadectwo - zwierzenia żydowskiej lekarki Adiny Blady Szwajgier w rozmowie z Anką Grupińską: "Proszę nie zapominać, jaka była rola Żydów w okresie powojennym. Kiedy dziś rozlicza się zbrodnie stalinizmu. A nie mogę powiedzieć, żeby tam Żydów nie było (...) Niech pani pamięta, że większość tych Żydów, którzy wrócili po wojnie z Rosji, zajęła natychmiast najlepsze stanowiska, których nie mogliby zająć przed wojną. Łatwiej było Żydowi o to stanowisko niż Polakowi. Bardzo mądra polityka Stalina (...) Żydom bardziej wierzono niż Polakom (...) Ja myślę, że Polacy po wojnie, wielu z nich przeżyło potworny koszmar, i niestety utożsamiane jest to z Żydami" (por. A. Grupińska, Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego, Warszawa 2000, s. 184). Porównajmy te uwagi żydowskiej lekarki - świadka wydarzeń - z uogólnieniami Grossa na temat tego, jak to "antysemita" Stalin nie miał żadnego zamiaru preferowania Żydów. W tej samej relacji Adina Blady Szwajgier dodała: "Ta ojczyzna była niedobra nie tylko dla Żydów, prawda? Zresztą po wojnie była najmniej niedobra dla Żydów" (tamże, s. 186). Porównajmy te uwagi z roztaczanym przez Grossa obrazem nieszczęsnych Żydów prześladowanych przez krwiożerczych Polaków. Uczciwy naukowiec, mający inne zdanie od powyższych świadectw, ustosunkowałby się do nich, przedstawiłby powody, dla których uważa, że ich autorzy się mylili. Gross wybiera inną drogę - totalnego przemilczenia wszystkich świadectw, które nie pasują do jego arcytendencyjnej składanki świadectw nienawiści. A może wreszcie polscy luminarze z IPN czy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, względnie z MSZ, zdobędą się na jak najszerszy możliwie wybór odmiennych od Grossa świadectw żydowskich i wydadzą je po angielsku, by skorygować kłamstwa Grossa. Tylko że jak dotąd nic a nic nie słyszymy o takiej inicjatywie, mimo ponawianych przeze mnie apelów w Radiu Maryja. A zdawałoby się, że jest to sprawa aż nadto prosta i ewidentna, zwłaszcza w sytuacji, gdy mamy premiera, który tak mocno zaakcentował potrzebę troski o wizerunek Polaków.
    Postaram się przytoczyć jeszcze kilka świadectw żydowskich całkowicie sprzecznych z bredniami Grossa (dużo szerszy wybór zaprezentuję w formie książkowej). Oto jak pisał na ten temat wybitny żydowski historyk i publicysta Feliks Mantel, który przez pewien czas po 1944 roku uczestniczył w życiu publicznym Polski zwanej ludową. Po latach bardzo ostro wspominał obserwowany w Polsce po 1944 roku run na posady ze strony różnych osób żydowskiego pochodzenia, pisząc: "Faktycznie Żydzi byli tylko instrumentem w rękach polityków sowieckich (...) Winą niezaprzeczoną tych Żydów, polskich komunistów, jest to, że dali się użyć jako instrument polityki sowieckiej, drogi dążącej do ujarzmienia narodu polskiego" (F. Mantel, Stosunki polsko-żydowskie. Próba analizy, Paryż 1986, s. 11). Gross oczywiście przemilczał i to stanowisko wybitnego żydowskiego historyka i świadka wydarzeń od wewnątrz (jako wiceminister). Podobnie ocenia rolę jakże wielu Żydów komunistów znany naukowiec żydowskiego pochodzenia, były dziekan Wydziału Filozoficznego UW, odsunięty po marcu 1968 r. profesor Stefan Morawski. W tekście publikowanym w książce "Krajobraz po szoku" (Warszawa 1989, s. 20) Morawski wyznawał: "(...) popełniono mnóstwo błędów, wysuwając tuż po wojnie ludzi pochodzenia żydowskiego na wysokie stanowiska w Służbie Bezpieczeństwa i wojsku.
    A większość z nich na nie chyba nie zasługiwała (...) Jestem przekonany, że ta społeczność dała się w niecny sposób wykorzystać jako instrument w długoletniej krucjacie ujarzmiania Polski przez Stalina [podkr. - J.R.N.]. W świetle tego: nie to zaważyło, że w polskiej partii komunistycznej - tak jak w ogóle w historii ruchu komunistycznego - był ogromny procent ludzi pochodzenia żydowskiego. Zaważyło to, że tymi właśnie ludźmi, ponieważ innych nie było, obsadzano najwyższe i najlepsze stanowiska. A ludzie ci częstokroć nie mieli odpowiednich kwalifikacji, to był za duży kapelusz na owe głowy". Dodajmy do tych uwag prof. S. Morawskiego ocenę żydowskiego publicysty z USA Jonathana Kaufmana z 1997 roku. Pisał on: "(...) gdy komuniści wzięli władzę po II wojnie światowej, potrzebowali lojalnych członków partii, aby zapewnić czołowe stanowiska w rządzie. Polityczne posłuszeństwo liczyło się bardziej niż wiek czy doświadczenie. Lata zaraz po wojnie były wspaniałym okresem dla żydowskich komunistów [podkr. - J.R.N.]. Żydzi i inni lojalni komuniści zostali umieszczeni na czołowych stanowiskach w całym kraju, mimo że niektórzy z nich mieli tylko niewiele ponad dwadzieścia lat (...) (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 401).
    Ciekawe, że cytowany z namaszczeniem przez Grossa jako autor wyśmienitego studium żydowski naukowiec Jaff Schatz ma bardzo odmienną od autora "Strachu" ocenę szans kariery Żydów w Polsce pierwszych lat powojennych. Według Schatza: "Z punktu widzenia nowego reżimu ci Żydzi byli zapleczem, na którym można było polegać i zmobilizować do odbudowy kraju (...) Nie byli oni związani ze środowiskami [polskiego] społeczeństwa antykomunistycznego, byli outsiderami w stosunku do ukształtowanych przez Historię tradycji [polskich], bez związków z Kościołem katolickim i znienawidzeni przez tych, którzy nienawidzili reżimu [komunistycznego]" (por. tamże, s. 402).
    Porównajmy te uwagi prof. S. Morawskiego, J. Kaufmana czy J. Schatza z kłamliwymi utyskiwaniami Grossa (s. 222), jakoby żydowskie korzenie etniczne były kolosalnym obciążeniem i przeszkodą w karierach Żydów w powojennej Polsce! Zresztą Gross w ogóle o niezdolnych Żydach nie pisze. On wciąż zauważa tylko tych "bardzo utalentowanych" i "przenikliwych", którym "źli Polacy", zarówno przyjaciele, jak i wrogowie, "nie chcieli za nic zapomnieć ich żydowskości" (por. s. 222). Jeszcze dwa świadectwa na koniec tego miniwyboru. Pierwsze to opinia słynnego żydowskiego partyzanta doby wojny, później zakonnika Daniela Ruffeisena: "(...) i jeszcze do tego po wojnie Żydzi źle przysłużyli się sprawom Polski" (cyt. za A. Tuszyńską, Kilka portretów z Polską w tle, Gdańsk 1993, s. 138). Drugie to opinia profesor żydowskiej literatury Ruth R. Weintraub, która przypomniała na łamach elitarnego żydowskiego czasopisma "Commentary" w styczniu 1987 roku, że: "Sowieci mają długie doświadczenie w wykorzystywaniu Żydów na swoją korzyść. Bardzo zręcznie pomogli oni w zatruciu stosunków polsko-żydowskich po wojnie przez wyznaczenie wielu Żydów na widoczne pozycje władzy w niepopularnym rządzie komunistycznym".

    Wybielanie Żydów w UB
    Przejdźmy teraz do roli Żydów w bezpiece, skrajnie pomniejszanej przez Grossa. Oto, co pisze on na stronie 227: "Byle entuzjasta historii w Polsce może wymienić z pół tuzina wysokich żydowskich funkcjonariuszy w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego z tego okresu: Józef Różański i jego zastępca Adam Humer z departamentu śledczego, dwóch wiceministrów - Roman Romkowski i Mieczysław Mietkowski, Julia Brystygierowa, która kierowała departamentem nadzorującym Kościół katolicki i miała na oku intelektualistów, Anatol Fejgin i jego zastępca Józef Światło z arcysekretnego departamentu, który nadzorował polityczną ortodoksję czołowych kadr komunistycznych. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego miało o wiele więcej żydowskich pracowników, w szczególności w kontrwywiadzie (Marcel Reich-Ranicki, którego cytuję we wstępie, był tam zatrudniony krótko jako młody człowiek) i w Urzędzie Cenzury, i w różnych 'technicznych' departamentach (...)".
    Czytając to zestawienie, od razu trudno nie zdumieć się z powodu pominięcia w nim człowieka z samego szczytu - tj. Jakuba Bermana, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo... i kulturę w Biurze Politycznym KC PPR, a później w BP KC PZPR. Uzupełnijmy też podane przez Grossa "pół tuzina wysokich funkcjonariuszy" dużo pełniejszą galerią wysokich stopniem żydowskich "speców" od bezpieczeństwa. Znaleźć się w niej powinny choćby takie osoby, jak dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Juliusz Hibner, dyrektor Gabinetu Ministra BP, później m.in. p.o. dyrektor Departamentu III MBP Leon Ajzen-Andrzejewski, p.o. dyrektor Gabinetu Ministra BP Zygmunt Braude, dyrektor Centralnej Szkoły MBP w Łodzi, później dyrektor Departamentu Społeczno-Administracyjnego MSW Mieczysław Broniatowski, dyrektor Gabinetu Ministra BP Juliusz Burgin, dyrektor Departamentu VII, a później dyrektor Departamentu III MBP Józef Czaplicki, potocznie nazywany "Akowerem", bo wyspecjalizował się w prześladowaniu akowców, dyrektor Gabinetu Ministra BP Michał Drzewiecki, dyrektor Departamentu Organizacji i Planowania MBP Michał Hakman, dyrektor Departamentu Szkolenia MBP Maria Kamińska, dyrektor Departamentu IV MBP Józef Kratko, dyrektor Departamentu Więziennictwa MBP Dagobert Jerzy Łańcut, dyrektor Departamentu Centralnego Archiwum MBP Zygmunt Okręt, dyrektor Departamentu II Leon Rubinsztejn (później równocześnie dyrektor Departamentu Ochrony Rządu), dyrektor Departamentu IV MBP Aleksander Wolski-Dyszko, p.o. dyrektor Departamentu II MBP Michał Taboryski, dyrektor Departamentu Służby Zdrowia MBP Leon Gangel, dyrektor Centralnych Konsumów MBP Feliks Goldsztajn, wicedyrektor Departamentu Finansowego MBP Edward Kałecki, dyrektor Departamentu Służby Zdrowia MBP Ludwik Przysuski, wicedyrektor Departamentu Służby Zdrowia MBP Leon Stach, wicedyrektor Departamentu VII MBP Marek Fink, wicedyrektor Departamentu Szkolenia MBP Helena Gruda, wicedyrektor Departamentu IV MBP Bernard Konieczny, wicedyrektor Departamentu III Czesław Runger, dyrektor Departamentu VII MBP Wacław Komar, dyrektor Biura Wojskowego MBP Roman Garbowski, wicedyrektor Departamentu I MBP Julian Konar, szef Służby Zdrowia MBP Kamil Warman (por. kolejne "Listy bezpieczników", "Gazeta Polska" 6.06.1996, 13.06.1996, 20.06.1996, 27.06.1996, 18.07.1996, 1.08.1996, 26.09.1996; L. Żebrowski, Żydzi w UB, "Gazeta Polska" z 22.06.1995).
    Prawdziwa Liga Dyrektorów. Przykłady tego typu osób narodowości żydowskiej na kluczowych stanowiskach w bezpiece można by jeszcze bardzo długo mnożyć (por. szerzej źródłowe opracowanie M. Piotrowskiego, Ludzie bezpieki w walce z Narodem i Kościołem. Służba Bezpieczeństwa w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w latach 1944-1978 - Centrala, Lublin 2000, s. 313-345). Przypomnijmy tu, że ambasador sowiecki w Warszawie Wiktor Lebiediew, który "nieźle znał Polskę" (w ocenie historyka prof. A. Paczkowskiego), w raporcie wysłanym do Moskwy 10 lipca 1949 r. zwrócił uwagę, że w MBP, poczynając od wiceministrów poprzez dyrektorów departamentów, nie ma ani jednego Polaka. Wszyscy są Żydami" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: A. Paczkowski, Żydzi w UB: próba weryfikacji stereotypu, [w:] Komunizm. Ideologia, system, ludzie, red. T. Szarota, Warszawa 2001, s. 202). Warto tu dodać, że sam prof. A. Paczkowski stwierdził w cytowanym wyżej opracowaniu (op. cit., s. 198), że: "Zachowując niezbędną ostrożność wolno chyba stwierdzić, iż w istocie, czemu nikt zresztą nie zaprzecza, w aparacie bezpieczeństwa istniała populacyjna nadreprezentacja Żydów, że zajmowali raczej wyższe niż niskie stanowiska oraz że im wyżej w hierarchii, tym odsetek ich był większy". Profesor A. Paczkowski wyraźnie nie docenił Grossa, który już w kilka lat po jego opracowaniu z werwą próbuje w "Strachu" zaprzeczać tezom o "nadreprezentacji Żydów".
    Ostatnim rozpaczliwym argumentem niektórych osób próbujących przeciwstawić się twierdzeniom o przemożnej roli Żydów w UB jest powoływanie się na fakt, że jednak na czele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego stał Polak - minister Stanisław Radkiewicz. Tylko że osoby powołujące się na to jakoś dziwnie nie dodają podstawowej informacji, niegdyś powszechnie znanej - o tym, że ten jedyny Polak na wysokim stanowisku w MBP był w swym ministerstwie żałosnym figurantem wobec swoich żydowskich podwładnych. Grał dokładnie tę samą podrzędną marginesową rolę co inny Polak figurant - minister sprawiedliwości Świątkowski - wobec swego wszechmocnego zastępcy Leona Chajna, faktycznie kierującego resortem sprawiedliwości. Radkiewicz był ożeniony z Żydówką Rutą Teitsch (por. głośną książkę żydowskiego autora Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995, s. 299). Według samokrytyki zastępcy Radkiewicza, wiceministra R. Romkowskiego (Natana Grünspan-Kikiela): "Kierownictwo partyjne dobrze wiedziało, co sobą przedstawia Radkiewicz - człowiek, z którym najlepiej można było rozmawiać na tematy jeleni, saren, dzików, polowania, człowiek, który nazajutrz najczęściej zapominał referowaną mu sprawę operacyjną, który nigdy nie przeczytał ani jednej sprawy operacyjnej czy śledczej" (cyt. za: S. Marat, J. Snopkiewicz, Ludzie bezpieki, Warszawa 1990, s. 140). Nici wszystkich spraw w bezpiece znajdowały się w rękach żydowskich podwładnych Radkiewicza. Wiedzieli oni, podobnie jak na górze J. Berman, o bardzo kompromitującej tajemnicy Radkiewicza, która ułatwiała całkowite trzymanie go w ręku. Chodziło o to, że Radkiewicz po aresztowaniu przed wojną jako sekretarz KZMP podpisał na policji tzw. lojalkę (por. tamże, s. 141 - z notatek Romkowskiego).
    Do typowych manipulacji Grossa należy próba maksymalnego zaniżenia roli Żydów w UB przez wyeksponowanie danych z dwóch województw, gdzie było najmniej Żydów w UB: lubelskiego i rzeszowskiego (s. 229), idąca w parze z równoczesną próbą podważenia wiarygodności informacji na temat danych z paru województw o wielkim procencie Żydów w UB. Chodziło m.in. o raport głównego doradcy sowieckiego przy MBP Nikołaja Seliwanowskiego, wysłany do Berii 20 października 1945 r., według którego Żydzi stanowili 82,3 proc. pracowników UB w Radomiu (por. s. 228-229). Gross podważa również dane raportu inspektora KC PZPR z sierpnia 1945 r., stwierdzającego, że Żydzi stanowili połowę łódzkiego UB. Jedynym argumentem dla podważenia tych informacji - bez dowodu - jest przejęta od A. Paczkowskiego ocena, że dane o tak wysokiej nadreprezentacji Żydów w UB w Radomiu wydają się "mniej prawdopodobne". Za pewnik oczywiście przyjmuje dane z dwóch okręgów, gdzie podano niewielką liczbę Żydów.
    Gross całkowicie przemilcza bardzo niewygodne dla niego dane zebrane przez amerykańskiego korespondenta wojennego i reportera pochodzenia żydowskiego Johna Sacka w czasie siedmiu lat pracy nad książką "Oko za oko". W książce tej, poświęconej sprawie ludobójczych zbrodni Żyda Salomona Morela i jego podwładnych w UB w obozie w Świętochłowicach w 1945 r., Sack powoływał się m.in. na informacje Pinka Mąki, byłego sekretarza urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na terenie Śląska, że w podległym mu regionie liczba żydowskich oficerów bezpieczeństwa wynosiła od 150 do 225. Według Sacka, od 70 do 75 procent oficerów bezpieczeństwa na tym terenie było Żydami (por. J. Sack, Oko za oko, Gliwice 1995, s. 292).
    Gross świadomie pomija szczególnie istotny dla oceny znaczenia Żydów w terenowych organizacjach UB stopień zajmowania przez nich głównych funkcji kierowniczych. Tym cenniejsze na tym tle są informacje Sacka, który podaje na stronie 95, że Żyd z pochodzenia major Josef Jurkowski był szefem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Z kolei na stronach 227 i 344 Sack informuje, że we Wrocławiu Żydami byli dowódca policji, szef zajmującej się Niemcami sekcji UB, szef korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego pułkownik Rubinsztejn z Łodzi i burmistrz miasta Bolesław Drobner. Wcześniej pisałem już w "Naszym Dzienniku" o ogromnej nadreprezentacji Żydów w Kielcach, począwszy od postaci szefa tamtejszego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Andrzeja Korneckiego (Dawida Kornhendlera) i zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Alberta Grünbauma. Warto zaznaczyć, że Henryk Pająk i Stanisław Żochowski w książce "Rządy zbirów 1940-1990" (Lublin 1996, s. 141), wymieniając najbardziej eksponowanych zbirów UB, wyliczyli między innymi następujących wojewódzkich szefów UB żydowskiego pochodzenia: Jana Tataja, szefa WUBP w Kielcach, Tadeusza Pasztę, szefa WUBP w Warszawie, Józefa Mrożka, szefa WUBP w Gdańsku, Józefa Plutę, zastępcę szefa UB w Białymstoku, Jana Olkowskiego, szefa WUBP w Krakowie, Zbigniewa Paszkowskiego, szefa UBP na miasto Warszawę, płk. Korneckiego, szefa WUBP w Poznaniu.
    Kolejna część cyklu w piątek, 18 sierpnia.

    PS Warto równiez pamiętać o tym iż to tylko fragment większej całości :

    Kolaboracja z niemal wszystkimi wrogami Polski

    litwactwo,

    koncepcja judeopolonii,

    lichwa,

    oszustwa,

    przejmowanie majatków po powstańcach styczniowych,

    mordowanie Polaków na Kresach i w ramach UB ,

    donoszenie,

    dorżnięcie polskich elit oraz co gorsza - podmiana tychże,

    przenikanie - wciskanie się gdzie tylko da tylko po to aby tym skuteczniej realizowac swa politykę i sączyć jad rozkładu

    i wreszcie - swoiste "ukoronowanie" - plugawa antypolska akcja jako fragment hieniego geszeftu
    Odpowiedz
  • Re: Tak Żydzi mordowali Polaków na Kresach. W rocznice zbrodni w Koniuchach telewizja załozona przez agentów WSI zydowskiego pochodzenia emituje film ukazujący sprawców jako "bohaterów". Kiedy świat ocenia Żydów za zbrodnie w okupowanej Palestynie należało by nagłośnić jak nam odwdzięczali się za nieco przydługie goszczenie :|observer1920 2.08.2014, 12:46

    I. Szefowie syndykatu zbrodni

    Domorosły historyk Jacek Kuroń stwierdził na sesji "Marzec 1968", zorganizowanej w 1981 r. na Uniwersytecie Warszawskim, że nie wydaje mu się ważne ilu było Żydów w UB. To, co nie jest ważne dla Kuronia, powinno być jednak bardzo ważne dla ogółu Polaków, dla naszej wiedzy o najnowszej historii Polski. Nie byłoby tak ważne, gdyby Żydzi stanowili 20 czy 25 procent kadr dominujących w bezpiece, co i tak byłoby nieproporcjonalnie dużo w porównaniu ze stosunkiem procentowym Żydów do całej ludności Polski w tym czasie.

    Było jednak bardzo ważne w sytuacji, gdy Żydzi stanowili co najmniej 90 procent kadr kierowniczych w stalinowskiej bezpiece, tych, którzy faktycznie nią rządzili: od Bermana i Romkowskiego do Brystygierowej i Fejgina. Najsprytniejszy nawet "Europejczyk" - manipulator z "Gazety Wyborczej" czy "Polityki" nie może zaprzeczyć temu podstawowemu faktowi, że niemal wszyscy faktyczni dyrygenci terroru ubeckiego w Polsce byli Żydami z pochodzenia. Zaprzeczanie temu byłoby czymś groteskowym.

    Aby zrozumieć, jak absurdalne i nie mające niczego wspólnego z obiektywną prawdą historyczną są wszelkie próby wybielania roli Żydów w UB, wystarczy po prostu przyjrzeć się dokładnie czołowym postaciom dominującym w stalinowskim Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, czyli faktycznym syndykatem zbrodni w ówczesnej Polsce. Okaże się wówczas, że wszyscy czołowi prominenci MBP (poza jednym ministrem-figurantem Stanisławem Radkiewiczem) byli komunistami pochodzenia żydowskiego. A działo się tak nieprzypadkowo, lecz zgodnie ze stałą zasadą Stalina: dziel i rządź, wykorzystującą ludzi z mniejszości narodowych z Rosji i różnych krajów ujarzmionych przez ZSRR do tym lepszego podporządkowywania narodów w nich zamieszkujących, niszczenia ich uczuć narodowych i religii, które wyznawali. Do tego zaś najlepiej nadawali się ludzie jak najdalsi od patriotyzmu polskiego, węgierskiego, rumuńskiego, czeskiego czy litewskiego, a także od religii chrześcijańskiej, a więc komuniści żydowscy. Fakty są uparte. Nikt w oparciu o nie nie może podważyć stwierdzeń, że właśnie opisana przeze mnie niżej grupa ludzi była najbardziej odpowiedzialna za konsekwentne terroryzowanie Narodu najkrwawszymi sowieckimi metodami. A byli to (poza jednym Radkiewiczem) wyłącznie ludzie narodowości żydowskiej.

    Warto przypomnieć tu dość znamienną opinię prof. Andrzeja Paczkowskiego na temat hierarchii ważności dyrektorów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w dobie stalinizmu. Prof. Paczkowski stwierdził na łamach "Gazety Wyborczej" z l lutego 1996 r., iż poza ścisłym kierownictwem MBP, czyli wiceministrami i ministrami najbardziej aktywni byli: Luna Brystygierowa, dyrektor Departamentu V, Józef Czaplicki, dyrektor Departamentu III i oczywiście Anatol Fejgin, dyrektor Departamentu X. W ten sposób szczególną rolę dyrektorów-Żydów w bezpiece potwierdził, choć nie mówiąc o ich pochodzeniu także prof. Paczkowski, związany ze środowiskiem "Gazety Wyborczej" i nader skłonny do wybielania roli Żydów w antypolskich zbrodniach.

    Spis treści

    Berman

    Decydujące znaczenie dla sytuacji w stalinowskim Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego miał fakt, że głównym i niekontrolowanym przez nikogo w Polsce nadzorcą bezpieki w Biurze Politycznym KC PPR, a później Biurze Politycznym KC PZPR był żydowski komunista Jakub Berman, niezwykle dynamiczny i bardzo inteligentny "morderca zza biurka". To on był też faktycznie osobą Numer Jeden w komunistycznym establishmencie w Polsce, "szarą eminencją" ówczesnej władzy, spychając w cień dużo mniej inteligentnego i bezbarwnego Bieruta. A przede wszystkim posiadając dużo lepsze od niego kontakty na Kremlu. W odróżnieniu od rządzącego Węgrami krwawego Żyda Matyasa Rakosiego Berman nie pchał się jednak na czołowe stanowisko w Polsce. Jak później wyznał w rozmowie z Teresą Torańską (por. jej książkę "Oni"): Zdawałem sobie jednak sprawę, że najwyższych stanowisk jako Żyd objąć albo nie powinienem, albo nie mógłbym (...). Faktyczne posiadanie władzy nie musi wcale iść z eksponowaniem własnej osoby. Zależało mi, żeby wnieść swój wkład, wycisnąć piętno na tym skomplikowanym tworze władzy, jaki się kształtował, ale bez eksponowania się. Wymagało to naturalnie pewnej zręczności. Wycisnął rzeczywiście straszne piętno na wszystkim, czym kierował, będąc głównym dysponentem krwawych bezpieczniackich rozpraw z Narodem.

    Dysponując potężnymi dźwigniami władzy był od początku bezwzględnym rzecznikiem stosowania polityki "twardej ręki"". Już jesienią 1945 r. mówił: Należy utrzymać silną rękę nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz w stosunku do administracji, członków partii itp. (...). Twarda ręka w bezpieczeństwie może wiele pomóc. Inspirował maksymalne stosowanie przemocy wobec PSL-owskiej opozycji, bez przebierania w środkach. W wystąpieniu na posiedzeniu Biura Politycznego KC PPR bezpośrednio po skrajnym zafałszowaniu przez komunistów wyborów ze stycznia 1947 r. mówił: Zmobilizowałem wszystkie siły nacisku moralnego i fizycznego (...). Gdyby świat dowiedział się o prawdziwych wynikach wyborów na całym obszarze Polski, przypuszczono by na nas atak. Berman ponosi zdecydowanie największą odpowiedzialność za krwawy terror doby stalinizmu w Polsce, który nadzorował przez "swoich" ludzi w bezpieczniackim syndykacie zbrodni: głównie R. Romkowskiego, J. Różańskiego i A. Fejgina. Koordynował przygotowania setek procesów politycznych, prześladowania kilkusettysięcznej rzeszy członków Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Narodowych Sił Zbrojnych oraz bezwzględną, systematyczną walkę z Kościołem. Dyrektorom departamentów w MBP wielokrotnie zarzucał, że nie doceniają "roli kleru w dywersji przeciw naszej Partii".

    W przemówieniu na radzie partyjnej w marcu 1949 r. akcentował, że centralnym zagadnieniem jest rozwój agentury bezpieczeństwa, którą trzeba rozbudowywać z całym uporem. Zdecydowanie zwalczał jakiekolwiek próby uwzględnienia narodowej specyfiki w polityce PPR, szczególnie ostro przeciwstawiając się tego typu przejawom w działalności Władysława Gomułki. Należał do głównych rzeczników rozprawy z gomułkowszczyzną, atakując ją jako niebezpieczne "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Po sfabrykowanym procesie byłego komunistycznego ministra spraw wewnętrznych Laszló Rajka i straceniu go jako rzekomego "agenta Tito", wystąpił na naradzie w KC PZPR solidaryzując się z katami Rajka i zapowiadając szukanie "polskich Rajków". Prowadził konsekwentną politykę sowietyzacji i rusyfikacji polskiej kultury, dążąc do wytrzebienia polskiego narodowo-katolickiego sposobu myślenia. Ze względu na równoczesne łączenie przez Bermana nadzoru nad bezpieczeństwem i kulturą popularne stało się złośliwe powiedzenie, że odtąd w malarstwie dopuszczone będą wyłącznie trzy kierunki:

    "fornalizm, ubizm i represjonizm".

    Realizując za parawanem systemu komunistycznego skrajnie szowinistyczną politykę żydowską i tępiąc najlepszych polskich patriotów, nie zważał na konkretne zasługi represjonowanych w akcji ratowania Żydów. Bardzo wymowny pod tym względem był taki oto dialog T. Torańskiej z Bermanem:

    Torańska: - A zamykanie? Na przełomie 1948/1949 aresztowaliście członków AK-owskiej Rady Pomocy Żydom "Zegota".

    Berman: - No tak, objęło się szeroką gamą wszystkie organizacje związane z AK.

    Torańska: - Proszę pana! UB, w którym wszyscy lub prawie wszyscy dyrektorzy byli Żydami, aresztuje Polaków za to, że w czasie okupacji ratowali Żydów, a pan twierdzi, że Polacy są antysemitami, nieładnie.

    Berman: - Źle się stało. Na pewno źle się stało (T. Torańska "Oni", wyd. podziemne "Przedświt", Warszawa 1985, s. 237).

    Usunięty w maju 1956 r. z kierownictwa partii i rządu, ostatecznie uniknął jakiejkolwiek kary (poza usunięciem go w maju 1957 r. ze składu KC i partii). Przez wiele lat spokojnie pracował jako recenzent-konsultant w redakcji historycznej partyjnego wydawnictwa "Książka i Wiedza". Co więcej, ten największy zbrodniarz PRL-owski za rządów gen. Jaruzelskiego w grudniu 1983 r. został odznaczony w Sejmie Medalem Krajowej Rady Narodowej.

    Nawet po dziesięcioleciach Berman, krwawy morderca zza biurka, nie odczuwał żadnych wyrzutów sumienia za zbrodnie popełnione (na Polakach - wtr. WK) przez Żydów. Przeciwnie, dalej ich oskarżał... o antysemityzm. Z jakże celną ironią opisał tę postawę Bermana (na tle prowadzonej z nim rozmowy przez T. Torańska) żydowski dziennikarz z USA John Sack w książce "Oko za oko" (op.cit., s. 237):

    Potem Jakub został wylany z pracy, wyrzucony z partii i usunięty z Wielkiej Encyklopedii - tę serię nieszczęść Berman, ubrany w stary, szary sweter, sącząc herbatę i z wdziękiem obierając pomarańczę z Izraela, przypisał w czasie pogawędki, którą odbył w '1983 r. z należącą do "Solidarności" polską pisarką, polskiemu antysemityzmowi.

    - ...społeczeństwo polskie - powiedział Jakub, sącząc herbatę i obierając wychudłymi palcami pomarańczę - "jest w swojej konsystencji bardzo antysemickie".

    - Pan to mówi? Pan? - obruszyła się kobieta z "Solidarności".

    - Bo taka jest, niestety, prawda. Moją córkę wielokrotnie przezywano w szkole śledziarą.

    - I nie rozumie... - mówiła pisarka, która całymi godzinami musiała przypominać mu, jak Urząd torturował Polaków, jak wyrywał im paznokcie, wycinał języki, wypalał oczy, nie mówiąc iuż o tym, jak ich zabijał, po czym słuchała, jak Jakub z uporem powtarza, że "Rewolucja to rewolucja". - I nie rozumie pan dlaczego?

    - Nie... - odpowiedział Jakub.

    Spis treści

    Różański

    Zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki zyskał sobie dyrektor Departamentu Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego Józef Różański (Goldberg). Według raportu tzw. komisji Nowaka, powołanej na VIII Plenum KC PZPR w 1957 r. właśnie Różański szczególnie wyróżnił się we wprowadzaniu metod znęcania się nad oskarżonymi przez bezpośredni przykład i udział w znęcaniu się. Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z ofiar "piekielnego śledztwa" prowadzonego pod nadzorem Różańskiego wiemy, jakie były metody katowania więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród czterdziestu dziewięciu rodzajów maltretacji i tortur, którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:

    1) bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa, podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);

    2) bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp - szczególnie bolesna operacja torturowa;

    3) bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę - kilka razy dziennie);

    4) wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z piersi oraz z krocza i narządów płciowych;

    5) miażdżenie palców między trzema ołówkami (wskutek tego "zabiegu" dwukrotnie zeszło mi sześć paznokci);

    6) przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu;

    7) przypalanie płomieniem palców obu dłoni;

    8) zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni, drogą "budzenia" więźnia, który stał w mroźnej celi, uderzeniami w twarz, zadawanymi przez dozorującego urzędnika byłego MBP; metoda ta, nazywana przez oficerów śledczych "plażą" lub "Zakopanem", wywołuje półobląkanczy stan u więźnia i wywiera zaburzenia psychiczne, powodujące widzenia barwne i dźwiękowe, zbliżone do odczuwanych po spożyciu peyotlu lub meskaliny (cyt. za: K. Moczarski "Piekielne śledztwo", "Odrodzenie", 21 stycznia 1989 r.).

    Wyrafinowane osobiste katowanie przesłuchiwanych stało się dla Różańskiego (Goldberga) prawdziwą rutyną. Leon Wudzki powiedział w słynnym, oskarżycielskim wystąpieniu na VIII Plenum KC w październiku 1956 r., iż (...) całe miasto wiedziało, że Różański zdziera ludziom paznokcie osobiście z rak (...). Różański upodobał sobie m.in. zwyczaj gaszenia papierosa na wierzchu dłoni osoby przesłuchiwanej w czasie śledztwa. Z wykształcenia był prawnikiem. Była łączniczka AK Maria Hatowska, którą przesłuchiwano w 1946 r. w MBP na Koszykowej w gabinecie Różańskiego, padła ofiarą sadystycznych katowań. Gdy odmówiła ujawnienia swych znajomych z AK, Różański kopnął ja tak silnie, że przewróciła się z krzesłem. Kiedy się podniosła, kopał ja w brzuch. Zemdlała (według K. Bogomilska "Rozpoznałabym go nawet w piekle", "Gazeta Polska" z 3 listopada 1994 r.). Tomasz Grotowicz w "Naszej Polsce" z 8 lipca 1998 r. przypomniał fragment zeznania z 1957 r. dotyczący torturowania na rozkaz Różańskiego jednej z polskich patriotek: (...) została ukarana przez pułkownika Różańskiego stójką, która trwała 16 dni. Stójka polegała na tym, ze przez cały dzień i noc nie wolno było się opierać ani usiąść, natomiast na noc zabierali ją do pustej celi i stawiali na betonowej podłodze boso tylko w bieliźnie, przy otwartym oknie, bez względu na porę dnia. Niejednokrotnie, gdy więzień zasypiał, polewano go wodą (...).

    Zbiegły na Zachód inny żydowski komunista-oprawca w MBP Józef Światło (Fleichfarb) mówił w swych "rewelacjach" dla Radia Wolna Europa o specjalnym raporcie złożonym po uwolnieniu do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej przez dwie członkinie PZPR więzione przez Różańskiego: Eugenię Piwińską i Halinę Siedlik. Według Światło obie opisywały, jak Różański bił je w śledztwie, wyzywał obrzydliwymi wyrazami, wybijał zęby, pluł i kopał. W raporcie tym oskarżyły go, że jest zboczeńcem i sadysta. Jedną z ulubionych metod "przekonywania" więźniów przez Różańskiego było dawanie im do zrozumienia, że jest panem ich życia i śmierci. Kazimierz Moczarski np. opisał w czasie swego procesu rehabilitacyjnego w 1956 r., iż: Różański podkreślał, że los mój zależy całkowicie od władz śledczych - i jak mówił - sąd jest w ich rękach i jeśli władze te postawią krzyżyk, to sąd musi dać krzyżyk. Pod słowem krzyżyk, jak wynikało z rozmowy, Różański rozumiał karę śmierci.

    Różański był odpowiedzialny za działanie tajnej grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie wybranych aresztowanych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu byłego kapelana 27. dywizji AK księdza Antoniego Dąbrowskiego. Jedną z ofiar skrytobójczego mordu stał się były naczelnik więzienia w Rawiczu (do września 1939 r.) Zygmunt Grabowski. Po wybuchu wojny otworzył on więzienie i wypuścił na wolność licznych komunistów, w tym późniejszych czołowych zarządców MBP: Radkiewicza, Romkowskiego i Różańskiego. Córka Grabowskiego, Barbara Stypułkowska-Rasteńska podejrzewała, że jej ojca zamordowano, bo coś wiedział kompromitującego o więzionych u niego w Rawiczu byłych więźniach komunistach: Radkiewiczu,

    Różańskim i Romkowskim (według tekstu J. Morawskiego w "Życiu" z 11 października 1995 r.). Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in. były pułkownik AK Aleksander Bieniecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić oczekiwanych zeznań oraz jego żona.

    Usunięty w marcu 1954 r. z resortu MBP Różański został najpierw jednym z dyrektorów w Polskim Radiu, a później naczelnym dyrektorem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Aresztowany 8 listopada 1954 r. został początkowo skazany na 5 lat więzienia, później po rewizji nadzwyczajnej w jego sprawie na 15 lat pozbawienia wolności (11 listopada 1957 r.). Już 8 października 1964 r. wyszedł jednak na wolność wraz z paru innymi byłymi oprawcami, skazanymi za stosowanie niedozwolonych metod przy przesłuchiwaniu więźniów.

    Spis treści

    Światło

    Inny osławiony kat Polaków Józef Światło (Fleichfarb) wicedyrektor Departamentu X (Śledczego) MBP szybkie przyspieszenie kariery zawdzięczał głównie rozpoczętej już w 1944 r. gorliwej współpracy z NKWD. W marcu 1945 r. dał szczególnie wymowny dowód oddania swym stalinowskim mocodawcom, walnie przyczyniając się do rozpracowania i porwania 16 przywódców Polski Podziemnej z wicepremierem Rządu RP w Londynie Jankowskim i ostatnim dowódcą AK, generałem Okulickim na czele. Światło odegrał też wielką rolę w dokonywanych we współpracy z oddziałami NKWD aresztowaniach "elementów reakcyjnych" (czytaj: żołnierzy AK i BCh) z Białostocczyzny. Wywożono ich potem całymi eszelonami W latach 1945-1948 był kolejno zastępcą szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, Olsztynie i Krakowie. Osobiście aresztował licznych (żołnierzy - wtr. WK) Polski Podziemnej i wielu z nich osobiście torturował. Szczególnie okrutnie zachowywał się podczas przesłuchań działaczy dawnego Stronnictwa Narodowego. Mówił: Teraz popamiętacie, co to jest antysemityzm. Znany był fakt, że jeden z przesłuchiwanych przez Światło i towarzyszy, polany zimną wodą po omdleniu z bólu, wracając do przytomności powiedział: antysemityzm nigdy u nas nie prowadził do tortur, jak wasz antypolonizm (według C. Leopold, K. Lechicki "Więźniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956", wyd. podziemne, Gdańsk 1981, s. 15).

    Nadzorował tajne więzienie w Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. klęczenie na podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez pięć godzin, przepędzanie nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami, bicie pałką splecioną ze stalowych drutów (T. Grotowicz "Józef Światło", "Nasza Polska" z 22 lipca 1998 r.). Światło, cieszący się szczególnym zaufaniem władz sowieckich, był wykorzystywany do specjalnych zadań typu aresztowań podejrzanych komunistycznych prominentów. To on osobiście aresztował Władysława Gomułkę, jego żonę Zofię, gen. Mariana Spychalskiego i Zenona Kliszkę oraz przygotowywał proces Gomułki. Od l marca 1950 r. był wicedyrektorem X Departamentu MBP. Była uczestniczka walk AK Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa, więziona w więzieniu mokotowskim pisała, iż osławiony płk Światło, Izaak Fleichfarb, "krwawy Żyd" - jak go nazwano na Mokotowie - osobiście katował więźniów (A. Rószkiewicz-Litwinowiczowa "Trudne decyzje". Warszawa 1991). Po rozstrzelaniu jego sowieckich mocodawców: Berii, Merkułowa i Dekanosowa, Światło w grudniu 1953 r. zbiegł do Berlina Zachodniego, ujawniając później tajniki UB w serii rozlicznych audycji w Radiu Wolna Europa pt. "Za kulisami bezpieki i partii".

    Spis treści

    "Krwawa Luna"

    Do najkrwawszych i zarazem najbardziej wpływowych dyrektorów Departamentu w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego należała dyrektor V Departamentu Julia Brystygier. Oto jak ją charakteryzował były towarzysz w bezprawiu Józef Światło w audycji na falach RWE:

    (...) Swą karierę rozpoczęła we Lwowie z chwilą wkroczenia armii sowieckiej w 1939 r. Jako była żona dr. Natana Brystygiera, lwowskiego przedwojennego działacza syjonistycznego, Luna miała wszystkie potrzebne kontakty i znajomości. Natychmiast po wkroczeniu wojsk bolszewickich do Lwowa w 1939 r. Brystygierowa zaczęła tak ordynarnie donosić i sypać, że naraziła sobie nawet wielu towarzyszy partyjnych, bo data im się we znaki. Z tego okresu datuje się ostra wałka między nią a płk. Różańskim, obecnym dyrektorem departamentu śledczego bezpieki. W tym czasie ona, Różański i zmarły niedawno Jerzy Borejsza, brat Różańskiego, donosili do NKWD na wyścigi. Rywalizacja między nimi w tej dziedzinie była bardzo zacięta. Aby ja wygrać, Luna Brystygierowa, zgodnie z moralnością tow. Bieruta, napisała raport do NKWD, że Różański pochodzi z syjonistycznej rodziny. Rzeczywiście, ojciec jego, dr Goldberg, był przed wojną redaktorem Hajntu w Warszawie. Różański znał ten raport i pamiętam, jak skarżył się mnie: "pomyślcie towarzyszu, że ta... napisała raport na mnie. Ale tow. Luna zapomina, że ja mam dłuższa karierę w NKWD niż ona". Różański ma istotnie długą karierę w NKWD i dzięki temu trwa na swoim stanowisku.

    Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa Brystygierowa prowadziła swą działalność donosicielską w ten sposób, że zorganizowała tak zwany Komitet Więźniów Politycznych. Przy pomocy tego Komitetu NKWD wyłapywało wszystkich odchyleńcow partyjnych i w ten sposób Brystygierowa dała się we znaki swoim towarzyszom. Ale dziś ma w centrali bezpieki mocną pozycję. Nazywa się ja piątym wiceministrem bezpieczeństwa. Przyczyna jest bardzo prosta: w swej bogatej karierze Brystygierowa była w Rosji przez dłuższy czas równocześnie kochanką Bemiana, Minca i Szyra. Dwaj pierwsi zwłaszcza mają w związku z tym wobec niej poważne zobowiązania. I dzięki temu, jak Brystygierowa, chce coś przeprowadzić, nawet przeciw Radkiewiczowi czy Romkowskiemu w bezpiece, to wszystko może zrobić. Ileż to razy Radkiewicz nie zdążył jeszcze zreferować jakiejś sprawy Bierutowi, a już Bierut czy Berman dzwonili do niego z zapytaniem: "słuchaj no, jest u ciebie taka a taka sprawa, dlaczego nam o tym nic nie mówisz?". Radkiewicz nie zdołał im jeszcze zreferować, a oni już wiedzieli, bo oczywiście Brystygierowa referuje im wszystko nocami (por. Z. Błażyński "Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii 1950-1955", Londyn 1986, s. 64-65).

    Brystygierowa była w latach 1945-1950 p.o. dyrektora Departamentu V (Społeczno-Politycznego) Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a od stycznia 1950 r. do lipca 1954 r. dyrektorem tego Departamentu. "Wsławiła się" jako fanatyczna nadzorczyni walki z Kościołem i religią katolicką. To ona już w październiku 1947 r. zalecała "systematyczne rozpracowywanie instytucji Kościoła w terenie", akcentując m.in.: Należy zerwać z rozpowszechnionym poglądem, że "klasztoru nie da się rozpracować". (...) Kierunek dojścia: żebracy, dostawcy klasztorni itp.". Brystygierowa zachęcała również do "systematycznego rozpracowywania katechetów szkolnych" i "przeciwdziałania rozszerzaniu się prasy katolickiej". Jak podkreślał Leszek Żebrowski w "Encyklopedii białych plam" (t. 2, s. 193-194): Wynikiem pracy kierowanego przez nią (Brystygierową - J.R.N.) Departamentu było aresztowanie m.in. ok. 900 księży katolickich, kilku biskupów oraz "internowanie" Prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego, unicestwione zostały liczne organizacje katolickie, w tym charytatywne (Caritas). (...) Jeszcze w październiku 1955 r. na odprawie kierownictwa bezpieki Brystygierowa wezwała do likwidacji zakonów.

    Brystygierowa odznaczała się szczególną gorliwością w zwalczaniu polskiej inteligencji patriotycznej. Znamienny był typ instrukcji udzielanych przez nią na szkoleniowych odprawach dla funkcjonariuszy. "Wyjaśniała" im, że w istocie cała polska inteligencja jest przeciwna systemowi komunistycznemu i właściwie nie ma szans na jej reedukację. Pozostaje więc jej zlikwidowanie. Ponieważ jednak nie można zrobić błędu, jaki uczyniono w Rosji po rewolucji 1917 r., eksterminując inteligencję i w ten sposób opóźniając rozwój gospodarczy kraju, należy wytworzyć taki system nacisków i terroru, aby przedstawiciele inteligencji nie ważyli się być czynni politycznie. Przydatne maja być tylko ich umiejętności (Czesław Leopold, Krzysztof Lechicki "Więźniowie polityczni w Polsce 1945-1956", Wydawnictwo Młoda Polska, Gdańsk 1981, s. 20).

    Brystygierowa odgrywała wielką rolę również w działaniach zmierzających do skrytobójczego mordowania szczególnie niewygodnych dla komunistów działaczy PSL-u. Jerzy Morawski pisał w tekście "Strzały zza węgła" ("Życie" z 7 listopada 1995 r.), iż: Departament Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego kierowany przez Lunę Brystygierową, na co wskazuje coraz więcej faktów, typował do fizycznej likwidacji działaczy PSL (propozycję zatwierdzono na najwyższym szczeblu).

    Z powodu bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów, nazywano ją "krwawą Luną". Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach, iż: Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, była zdaje się zboczona na punkcie seksualnym i tu miała pole do popisu (A. Rószkiewicz-Litwinowiczowa "Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1933-1944. Więzienie 1949-1954", Warszawa 1991, s. 106). W różnych relacjach powtarzają się opowieści o sadyzmie Brystygierowej, bijącej rozebranych młodych więźniów szpicrutą po jądrach, aby wymusić przyznanie się do winy. Tomasz Grotowicz opisał na łamach "Naszej Polski" z 4 sierpnia 1999 r. za wspomnieniami byłego więźnia PSL-owca, jak "krwawa Luna" znęcała się nad szefem propagandy PSL na województwo olsztyńskie Szafarzyńskim: (...) maltretowany przez Lunę Szafarzyński stanowił widok przerażający. Jądra miał na wysokości kolan. Brystygierowa wsadzała mu przyrodzenie do szuflady i następnie zatrzaskiwała, a także bez opamiętania bila więźnia. Szafarzyński wkrótce zmarł wskutek ogólnego wycieńczenia.

    Nigdy nie poniosła odpowiedzialności karnej za swe zbrodnicze "wyczyny". Po 1956 r. działała jako "literatka", publikując dwie książki, dość miernej jakości, pod nazwiskiem Julii Prajs.

    Spis treści

    Figurant Radkiewicz

    Niektórzy próbują przeciwstawić się twierdzeniom o przemożnej roli Żydów w UB powołując się na fakt, że na czele MBP stał Polak -minister Stanisław Radkiewicz. Dziwnie nie dodają jednak - co było w swoim czasie rzeczą powszechnie znaną - że ten jedyny Polak na wysokim stanowisku w MBP był w swym ministerstwie żałosnym figurantem wobec swoich żydowskich podwładnych. Radkiewicz był ożeniony z Żydówką Rutą Teltsch (por. książkę żydowskiego autora Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995, s. 299). Według samokrytyki zastępcy Radkiewicza wiceministra Romana Romkowskiego (Natana Gruenspan-Kikiela): Kierownictwo partyjne dobrze wiedziało, co sobą przedstawia Radkiewicz - człowiek, z którym najlepiej można było rozmawiać na tematy - jeleni, saren, dzików, polowania; człowiek, który nazajutrz najczęściej zapominał referowaną mu sprawę operacyjną, który nigdy nie przeczytał ani jednej sprawy operacyjnej czy śledczej (cyt. za: S. Marat, J. Snopkiewicz "Ludzie bezpieki". Warszawa 1990, s. 140). Nici wszystkich spraw w bezpiece znajdowały się więc w rękach jego żydowskich podwładnych.

    Wiedzieli oni, podobnie jak na górze Berman, o bardzo kompromitującej tajemnicy Radkiewicza, która ułatwiała trzymanie go w ręku. Radkiewicz po aresztowaniu przed wojną jako sekretarz KZMP podpisał na policji tzw. lojalkę (tamże, s. 14 - z notatek Romkowskiego).

    Spis treści

    Romkowski (Grunspan-Kikiel)

    Roman Romkowski (Natan Grunspan-Kikiel), syn Stanisława i Marii z domu Blajwajs, był jednym z najbardziej bezwzględnych i wpływowych decydentów w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego w latach 1949-1954. W czasie wojny, w latach 1941-1944 komisarz polityczny, szef wywiadu i kontrwywiadu oraz dowódca "oddziału specjalnego" im. Stalina na Nowogródczyźnie w stopniu majora. Od 1946 r. jako pomocnik ministra resortu bezpieczeństwa, koordynował całą pracę resortu. Po zostaniu wiceministrem MBP sprawował nadzór nad szczególnie ważnymi w tym resorcie departamentami operacyjnymi, tj. I - kontrwywiadu, III - podziemia, V - partii i organizacji, VII - wywiadu, X i śledczym. Światło w swych "rewelacjach" na falach RWE akcentował, że Romkowskiemu bezpośrednio podlega szczególnie ważny Departament X, w którym "zbierają się wszystkie nici terroru" i "kontrola nad społeczeństwem w kraju" i stwierdzał, że: Romkowski odgrywa w bezpiece rolę decydującą, w pewnym sensie ważniejszą od Radkiewicza (ówczesnego ministra bezpieczeństwa - J.R.N.), trzęsie ministerstwem (por. Z. Błażyński "Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii 1940-1955", Londyn 1985, s. 72-73). Aresztowany w kwietniu 1956 r. został skazany na 15 lat więzienia za stosowanie niedopuszczalnych metod presji fizycznej i moralnej, lecz go zwolniono z odbywania kary dużo wcześniej, bo już w 1964 r.

    Spis treści

    Fejgin

    Anatol Fejgin, syn Mojżesza i Marii z domu Kacenelenbogen, pod koniec 1945 r. został zastępcą szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego, a więc jednej z instytucji najbardziej odpowiedzialnych za terror i bezprawie. Jak widać sprawiał tam się bardzo skutecznie, skoro w październiku 1949 r przeniesiono go z Informacji Wojskowej na stanowisko dyrektora X Departamentu MBP, departamentu śledczego, będącego swego rodzaju kontrwywiadem partii, zwalczającego "wszelkie odchylenia" i walczącego z obcym wywiadem. Był odpowiedzialny za wiele szczególnie okrutnych przesłuchań. Jego bezwzględność dobrze ilustruje historia z marca 1946 r., gdy doszło do incydentu z żoną skazanego na śmierć plut. Józefa Szołochowa. Jego żona podeszła do kierującego akcją ppłk. Fejgina i zapytała go, czy zgodnie z wcześniejszą obietnicą rodziny mogą chwilę porozmawiać ze skazanymi i przekazać im paczki żywnościowe. Na to Fejgin uśmiechnął się cynicznie, poklepał J. Szołochowa po ramieniu i po rosyjsku powiedział: Spokojnie, spokojnie, zobaczysz się z nim w niebie. Wyprowadzona tym z równowagi J. Szołochowa odpowiedziała mu bez zastanowienia: Uważaj bandyto, żebyś się tam nie znalazł jeszcze przed moim mężem (M. Zaborski "Proces 23 - pierwszy wielki proces pokazowy w Polsce Ludowej (część II)", "Gazeta Polska" z 9 grudnia 1993 r.). Fejgin, usłyszawszy słowa Szołochowej, próbował natychmiast na miejscu ją zastrzelić z pistoletu. Udało się jej jednak ukryć dzięki nagłemu ruszeniu kolumny konwoju z czołgami i samochodami ciężarowymi, za którymi się ukryła. Fejgin wystrzelał do uciekającej Szołochowej, próbując ją zabić, cały magazynek amunicji. Usunięty z MBP w 1954 r. i skazany w 1957 r. na 12 lat więzienia, ułaskawiony w 1964 r.

    Spis treści

    Mietkowski (Bobrowicki)

    Mieczysław Mietkowski (Mojżesz Bobrowicki), wiceminister MBP od 1945 do 1954 r. W skrajnie cyniczny i bezwzględny sposób kierował rozpracowaniem sfabrykowanej sprawy gen. Stanisława Tatara i uwięzionych wraz z nim wojskowych. Jego styl "demaskowania wrogów" dobrze ilustrowała opowiedziana przez dyrektora departamentu III MBP Józefa Czaplickiego wypowiedź Mietkowskiego: Wystarczy, bym powiedział - że jeszcze nie ma wywiadu francuskiego, a po dwóch dniach znajdzie się wywiad francuski. Jak wspominał później Czaplicki, rzeczywiście po dwóch dniach uzyskali takie "wyjście". W maju 1955 r. Mietkowski został zwolniony ze stanowiska, lecz ukarano go jedynie wykluczeniem z PZPR.

    Brak miejsca nie pozwala na szczegółowe omówienie działalności licznych innych Żydów-dyrektorów departamentów w MBP czy sprawujących inne funkcje kierownicze w stalinowskim aparacie terroru. By wymienić choćby takie osoby, jak dyrektor III Departamentu Józef Czaplicki - nazywany Akowerem z powodu wyspecjalizowania w prześladowaniu AK-owców, dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Juliusz Hibner, dyrektor Gabinetu Ministra BP, później m.in. p.o. dyrektora Departamentu III MBP Leon Ajzen-Andrzejewski, dyrektor Departamentu IV MBP Józef Kratko, dyrektor Departamentu II Leon Rubinsztejn, dyrektor Departamentu Organizacji i Planowania MBP Michał Hakman, dyrektor Centralnych Konsumów MBP Feliks Goldsztajn, dyrektor Centralnego Archiwum MBP Zygmunt Okręt, dyrektor Gabinetu Ministra BP Juliusz Burgin i rozliczni inni żydowscy dyrektorzy i naczelnicy w MBP. Dodajmy do tego rozlicznych odpowiedzialnych za represje prokuratorów i sędziów żydowskiego pochodzenia typu Heleny Wolińskiej, bezpośrednio odpowiedzialnej za doprowadzenie do mordu na generale "Nilu" E. Fieldorfie, sędzi Marii Gurowskiej, która wydała na niego wyrok śmierci, zastępcy prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastępcy szefa Najwyższego Sądu Wojskowego i szefa Zarządu Sądownictwa Wojskowego Oskara Szyi Karlinera (doprowadził on do takiego opanowania stanowisk w tym Zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję tę złośliwie nazywano "Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego), szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem", prokuratora Benjamina Wajsblecha, prokuratora Pauliny Kern, sędziego Emila Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana Frenkiela, płk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorów w Prokuraturze Generalnej:

    Benedykta Jodelisa, Paulinę Kern, płk. Feliksa Aspisa, płk. Eugeniusza Landsbergisa, sędziego Adama (powinno być Stefana wtr. WK) Michnika, etc. etc. Dość przypomnieć, że tylko w 1968 r. wyjechało około 1000 osób z dawnego aparatu władzy, skompromitowanych udziałem w służbach specjalnych, UB, etc. (według informacji podanej w audycji telewizyjnej 12 marca 1993 r. przez wybitnego badacza nowszej historii płk. Jerzego Poksińskiego). A przypomnijmy, że część żydowskich ubeków, najbardziej skompromitowanych działaniami w aparacie terroru, opuściła Polskę już w pierwszych latach po 1956 r.

    Spis treści

    Teoretycy bezprawia

    W torowaniu gruntu dla rządów terroru szczególną rolę odgrywali prawnicy, teoretycy bezprawia. Dominującą rolę wśród nich odgrywali żydowscy komuniści na czele z wiceministrem sprawiedliwości Leonem Chajnem, który faktycznie niczym nie licząc się z ministremfigurantem H. Swiątkowskim, trząsł całym resortem. Jak wspominał Wacław Barcikowski we wspomnieniach z owych lat pt. "W kręgu prawa i polityki" (Katowice 1988, s. 142): (...) faktycznym kierownikiem Ministerstwa Sprawiedliwości był Leon Chajn. Chajn, który samowolnie podporządkował sobie sądy i prokuratury, ponosi ogromną odpowiedzialność za dyktowanie bezwzględnych wyroków w sfabrykowanych procesach. Nader typowe pod tym względem były jego kategoryczne stwierdzenia w broszurce wydanej w 1947 r., iż: Są jeszcze prokuratorzy, którzy zdradzają zbytek gorliwości formalnej przy przetrzymywaniu zbirów z NSZ. Najwyższy czas skończyć z tym marazmem i dobrym sercem w stosunku do bratobójców! (L. Chajn "Trzy lata demokratyzacji prawa i wymiaru sprawiedliwości". Warszawa 1947, s. 76-77).

    Aby przerwać "niepotrzebne" liczenie się ze zbędnymi formalnościami (czytaj: regułami prawa) Chajn wzywał do przyspieszonych czystek. Już w kwietniu 1946 r. podczas dyskusji w KRN gromko piętnował to, że w polskim sądownictwie jest zbyt wiele starych kadr sędziowskich i prokuratorskich, akcentując: Chcielibyśmy (...) wprowadzić do sądownictwa nowy strumień krwi społecznej. I wprowadzono rzeczywiście całą masę nowych sędziów "dokształconych" w przyspieszonym trybie, którzy bez skrupułów wydawali krwiożercze wyroki zgodnie z życzeniami zwierzchników. W latach 1946-1952 prawie 440 nowych sędziów dołączyło do wymiaru sprawiedliwości po ukończeniu piętnastomiesięcznych kursów sędziowskich. Jeszcze w 1969 r. 100 sędziów posiadało jedynie wykształcenie średnie.

    Przyspieszonym awansom młodych adeptów prawa pochodzenia żydowskiego na sędziów i prokuratorów w pierwszych latach powojennych sprzyjały wolne stanowiska w aparacie sprawiedliwości, po aresztowaniach i wywózkach w głąb ZSRR w pierwszych miesiącach 1945 r., wielu nie budzących sowieckiego zaufania Polaków - sędziów i prokuratorów. Sprawa ta ciągle jest za mało znana. Na miejsca "opróżnione" przez uwięzionych wchodzili nowi towarzysze, chcący jak najgorliwiej wprowadzać idee sowieckiego sądownictwa i wzorzec rozpraw z wrogami ludu, zgodny z koncepcjami stalinowskiego oberprokuratora Andrieja Wyszyńskiego.

    Jaskrawym przykładem takiego "prawnika" z awansu był Marian Muszkat, pułkownik WP żydowskiego pochodzenia (wyemigrował do Izraela w 1968 r.). Stefan Korboński opisał w swej znakomitej książce "W imieniu Kremla" (Paryż 1956, s. 181) wystąpienie Muszkata na walnym zgromadzeniu Zrzeszenia Prawników Demokratów. Muszkat stwierdził tam, że sąd winien zrozumieć, że do każdego przepisu należy stosować marksistowską wykładnię, według której dobro demokracji ludowej jest naczelnym nakazem i jeśli pewien przepis temu warunkowi nie odpowiada, to nie może być stosowany. Muszkat zażądał wyposażenia prokuratury w nadzwyczajne uprawnienia w nowej rewolucyjnej sytuacji. Według Korbońskiego w myśl koncepcji Muszkata prokuratorzy mieli zostać panami życia i śmierci każdego człowieka. Adwokat zaś winien zapomnieć o przedwojennej zasadzie, że jego zadaniem jest obrona oskarżonego przed karą. W ludowym wymiarze sprawiedliwości miał on teraz stać się - obok sądu i prokuratury - trzecim organem, którego zadaniem jest wykrycie przestępcy, choćby był nim jego własny klient. Adwokat miał się stać pomocniczym funkcjonariuszem policji śledczej (por. S. Korboński, op.cit, s. 181).

    Inny żydowski teoretyk prawa - płk Leo Hochberg "wsławił się" jako twórca prawa, według którego szeptaną propagandę uznano za zbrodnię stanu. Godne przypomnienia są również haniebne "innowacje" prawne wyszłe spod pióra Leona Schaffa, młodszego brata znanego stalinowskiego inkwizytora nauki polskiej filozofa Adama Schaffa. Leon Schaff wystąpił z szeroką wykładnią terroru wobec wszystkich warstw i klas uznanych za niechętne wobec komunistycznego reżimu. W wydanym w 1950 r. podręczniku "Polityczne założenia wymiaru sprawiedliwości w Polsce Ludowej" L. Schaff postulował "pozbawienie tych klas praw obywatelskich" i jak najszersze zastosowanie wobec nich "metod pozasądowych". Leon Schaff był również żarliwym zwolennikiem stosowania "procesów pokazowych" wobec "wrogów ludu", akcentując w cytowanej już pracy z 1950 r.: Tego typu procesy, jak grup byłej AK, NSZ, WiN, jak proces Doboszyńskiego, demaskowały istotne oblicze polskiej reakcji. Procesy te ujawniały nikczemna rolę tych ugrupowań, wykazały ich bezideowość polityczna, wykazały ich ścisły związek z obcym wywiadem. Procesy te spełniały niewątpliwie doniosłą rolę w zakresie mobilizacji społeczeństwa, wzrostu jego czujności politycznej, odizolowały reakcję od mas ludowych.

    Spis treści

    Zbrodniczy triumwirat

    Fakt, że Jakub Berman był przez cały okres stalinizmu decydującym o wszystkim w bezpiece jej nadzorcą w Biurze Politycznym KC PPR, a później PZPR, stwarzał żydowskim szefom ubeckiego syndykatu zbrodni absolutne poczucie bezkarności. Było ono tym większe, że wiedzieli, iż Polską w imieniu Stalina rządzi triumwirat całkowicie zdominowany przez Żydów. W skład tego triumwiratu wchodzili Berman, Bierut i Minc. Dwaj żydowscy członkowie triumwiratu: Berman i Minc wyraźnie dominowali sprytem i inteligencją nad bezbarwnym Bierutem, a stopniowo wyraźnie dokooptowali do rządzącej trójki jeszcze jednego żydowskiego "bolszewika" - Romana Zambrowskiego. W tekście Piotra Lipińskiego w "Magazynie Gazety Wyborczej" z 25 maja 2000 r. czytamy na ten temat m.in.: Jakub Berman odpowiadał w "triumwiracie" za propagandę, służby bezpieczeństwa, Hilary Minc za gospodarkę. -Bierut zdawał sobie sprawę, że otaczają go ludzie inteligentniejsi, Berman i Minc - mówi Aleksander Kochański, historyk, kiedyś pracownik Centralnego Archiwum KC (...). Rola figuranta Bieruta, spełniającego rolę dekoracyjną na tle Bermana i Minca, trzymających w swych rękach kluczowe resorty trochę przypominała rolę, jaką współcześnie odegrał marionetkowy Buzek na tle o ileż bardziej wyrazistych w dążeniu do realizowania celów Unii Wolności Balcerowicza i Geremka.

    Ta sytuacja w polskiej partii komunistycznej znajdowała wyraźne odbicie już od lipca 1949 r. w raportach sowieckiego "namiestnika" w Warszawie - ambasadora Wiktora Lebiediewa. Pisał on do ministra spraw zagranicznych ZSRR Andrieja Wyszyńskiego: Kierownicze jądro partii stanowią Bierut, Berman, Minc. Jako czwarty do grupy tej należy Zambrowski. Wśród nich tylko Bierut jest narodowości polskiej (...). W polskiej partii toczy się ukryta, za to zaciekła walka o władzę, w której Bierut jest na razie "izolowany" od pozostałych polskich towarzyszy przez grupę działaczy wyraźnie cierpiących na żydowski nacjonalizm (cyt. za: P. Lipiński "Bolesław Niejasny", "Magazyn Gazety Wyborczej" z 25 maja 2000 r.). Zarzucając Bermanowi, Mincowi i Zambrowskiemu izolowanie Bieruta od kontaktów z szerszym aktywem partyjnym, Lebiediew twierdził, że działacze polskiego kierownictwa, tacy jak: Berman, Minc i Zambrowski nie uwolnili się od silnych przesądów nacjonalistycznych. Przypominając, że Berman rozpoczął przed wojną działalność polityczną w żydowskiej organizacji nacjonalistycznej, Lebiediew starał się dowieść w ten sposób, że nieprzypadkowy jest akcentowany przez niego fakt, że w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego wszyscy wiceministrowie i dyrektorzy departamentów to Żydzi. Lebiediew zwracał uwagę również na to, że Hilary Minc, jako minister przemysłu, nie miał ani jednego zastępcy Polaka.

    Wszystko to oczywiście wynikało ze świadomej polityki Stalina, który sowietyzując Polskę, konsekwentnie chciał oprzeć się na żydowskich komunistach jako najdogodniejszym instrumencie w walce z polskim patriotyzmem i religią katolicką. Czynił to zresztą jakże chętnie i w odniesieniu do innych krajów Europy Środkowej (vide: zdominowanie Węgier przez rządy komunistów żydowskich na czele z "krwawym Maciejem" - komunistycznym dyktatorem Matyasem Rakosim (Rothem), rola sekretarza generalnego KP Czechosłowacji Rudolfa Slanskyego (Salzmanna), czy krwawej Anny Pauker, dyrygującej sowietyzacją w Rumunii. Jakże dosadnie przedstawiła tę niechlubną rolę żydowskich komunistów w stalinizacji Europy Środkowej pisarka Maria Dąbrowska. W zapisku w swych "Dziennikach" pod datą 30 listopada 1948 r. odnotowała uwagę o maleńkiej Europie, nad którą zawisa straszliwy rekin rosyjski, gotowy wszystko połknąć. Żydzi odgrywają rolę kucharzy, przyrządzających z nas wszystkich potrawę dla paszczy wieloryba (...) (M. Dąbrowska "Dzienniki powojenne 1945-1948", Warszawa 1996, s. 339).

    Spis treści

    II. Żydzi z terenowych UB

    Znakomity izraelski intelektualista, prof. Israel Shahak pisał już przed laty o tym, jak niebezpieczne stało się przybieranie na sile po 1945 roku zjawiska "ślepego, iście stalinowskiego poparcia dla wszelkiego zła, byle tylko było ono pochodzenia żydowskiego" (I. Shahak: "Żydowskie dzieje i religia", Warszawa-Chicago 1997, s. 48). Niestety, konstatacja ta była bardzo prawdziwa również w odniesieniu do jakże dużej części Żydów w Polsce, którzy uznali za "własne" zdominowane przez komunistów żydowskich rządy w Polsce. Tylko na tym tle można zrozumieć tak wielkie skupienie Żydów-komunistów nie tylko w warszawskiej centrali Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ale również i w rozlicznych UB terenowych.

    Amerykański dziennikarz, reporter i korespondent wojenny pochodzenia żydowskiego - John Sack w książce "Oko za oko" (Gliwice 1995, s. 95) pisał, że Żyd z pochodzenia, major Josef Jurkowski był szefem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na obszar Śląska. Sack (op.cit, s. 279) powoływał się na informacje Pinka Mąki, byłego sekretarza Bezpieczeństwa Publicznego na obszar Śląska, że w podległym mu regionie liczba żydowskich oficerów bezpieczeństwa wynosiła od 150 do 225. Według Sacka 70 do 75%% oficerów bezpieczeństwa na tym terenie było Żydami (tamże, s. 292). Sack twierdził również, że we Wrocławiu Żydami byli:

    komendant milicji, szef zajmującej się Niemcami sekcji UB, szef Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, pułkownik Rubinstein z Łodzi i burmistrz miasta Bolesław Drobner (tamże, s. 227, 344). Według Sacka szefem milicji w Lublinie był kapitan Szmul Gross, później szef milicji we Wrocławiu. W Katowicach szefem milicji był Pink Piekanowski, w Hrubieszowie - Yechiel Grynspan, szefem więziennictwa w Krakowie Stefan Finkel, szefem więziennictwa na całym obszarze Dolnego Śląska Schumacher, dyrektor Wydziału Więzień i Obozów na cały Śląsk, Chaim Studniberg (por. J. Sack: op.cit., s. 296, 333, 343-344, 359, 363). Sack, powołując się na Szmula Grossa, szefa milicji w Lublinie do maja 1945 r. twierdził, że 80%% oficerów milicji w Lublinie i 50%% tamtejszych milicjantów było Żydami (J. Sack: op.cit., s. 344).

    Ciągle zbyt mało znane są fakty ilustrujące wpływ nagromadzenia osób pochodzenia żydowskiego na czołowych stanowiskach w kieleckim aparacie władzy na nastroje w tym mieście. Żydami z pochodzenia byli: prezydent miasta Kielce - Tadeusz Zarecki, szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - Andrzej Kornecki (Dawid Kornhendler), zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - Albert Gruenbaum, szef Sekretariatu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - Eta Lewkowicz-Ajzenman, dowódca, szef wydziału personalnego WUBP Kwaśniewski, dowódca oddziału wojskowego wysłanego na pomoc Żydom na Plantach - major Konieczny (Dane za "Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały". Kielce 1994, t. II, s. 139, 81,102,106; "Zabić Żyda. Kulisy i tajemnice pogromu kieleckiego 1946", oprac. T. Wiącek, Kraków 1992, s. 6 i 11; K. Kąkolewski: "Komunistyczny antysemityzm, "Gazeta Polska" 6 czerwca 1996 r.). Do komunistów żydowskiego pochodzenia w Kielcach należeli m.in.: I sekretarz KW PPR Jan Kalinowski i kierownik wydziału Organizacyjnego PPR Julian Lewin (wg K. Urbański: "Kieleccy Żydzi", Kraków 1993, s. 191).

    Zarówno prezydent Kielc T. Zarecki, jak i szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa T. Kornecki wywoływali powszechne oburzenie swymi nadużyciami. Zareckiego za popełnienie szeregu nadużyć miejscowa organizacja wyrzuciła z PPR. KC przywrócił mu jednak prawa członka partii, po czym Zarecki wyjechał do zachodniej Polski, gdzie również popełnił szereg nadużyć (por.: "Antyżydowskie ...", op.cit., t. II, s. 139). Nie lepszy był Kornecki. Według tekstu Włodzimierza Kalickiego "Zabij Żyda" w "Gazecie Wyborczej" z 7-8 lipca 1990:

    Zwolenników PPR irytowała z kolei wszechwładza osób pochodzenia żydowskiego. Poprzedni szef WUBP Andrzej Kornecki, wedle doczesnych relacji wielokrotnie popełniał rozmaite wykroczenia i nadużycia - i zawsze był ratowany przez władze zwierzchnie (...). Milicjanci nie cierpieli UB, utożsamianego z Żydami. To wszystko stwarzało korzystny grunt dla przygotowanej przez NKWD zbrodniczej prowokacji kieleckiej z lipca 1946 roku (vide zachowanie milicjantów w czasie zajść antyżydowskich).

    Według raportu Nikołaja Seliwanowskiego, głównego doradcy sowieckiego przy MBP, wysłanego do Berii 20 października 1945 r. Żydzi stanowili 82,3%% w radomskim PUBP (por. "Komunizm. Ideologia. System. Ludzie", Warszawa 2001, s. 196, 198). W Łodzi - według sprawozdania instruktora Wydziału Organizacyjnego KC PPR, Stanisława Brodzińskiego, który 12-18 sierpnia 1945 roku przeprowadził inspekcję na terenie Łodzi w organach UB Żydzi zajmowali 50%% etatów (wg K. Lesiakowski: "Mieczysław Moczar 'Mietek'. Biografia polityczna", Warszawa 1998, s. 101). Jak pisał Lesiakowski: Powołując się na opinie lokalnych działaczy PPR, Stanisław Brodziński utrzymywał, że właśnie Żydzi mieli zająć co lepsze stanowiska. Utrzymywanie tego stanu - według jego opinii - mogło mieć szkodliwy wpływ na odbiór pracy aparatu bezpieczeństwa przez społeczeństwo.

    Nagromadzenie osób żydowskiego pochodzenia w wojewódzkich UB było zauważalne w całej Polsce. Jerzy Lech Rolski wspominał w swej relacji, przygotowanej na ogólnopolskie sympozjum "Zbrodnie stalinowskie wobec Polski w 1990 roku", iż szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Jeleniej Górze w 1947 roku był Żyd, zastępcą też Żyd (Baumgarten), prokuratorem również Żyd. Rolski opisywał dość znamienną rozmowę, w czasie gdy był więziony we Wrocławiu: Spotkałem tam porządnego Żyda, z którym się zaprzyjaźniłem do czasu, kiedy nie wyjechał do Izraela. Wyjeżdżając powiedział, że nie chce odpowiadać za zbrodnie, jakich Żydzi dokonują na AK-owcach. Miał dobre rozeznanie, kto pracuje w UB, prokuraturze i informacji.

    Henryk Pająk i Stanisław Żochowski w książce "Rządy zbirów 1940-1990" (Lublin 1996, s. 141), wymieniając najbardziej eksponowanych zbirów UB, wyliczyli między innymi następujących wojewódzkich szefów UB żydowskiego pochodzenia: Jana Tataja - szefa WUBP w Kielcach, Tadeusza Pasztę - szefa WUBP w Warszawie, Józefa Mrożka - szefa WUBP w Gdańsku, Józefa Plutę - zastępcę szefa UB w Białymstoku, Jana Olkowskiego - szefa WUBP w Krakowie, Zbigniewa Paszkowskiego - szefa UBP na miasto Warszawę, płk Korneckiego - szefa WUBP w Poznaniu.

    Arkadiusz Rybicki i Antoni Wręga pisali w książce "Więźniowie polityczni w Polsce 1945-1956), wydanej między innymi w 1983 roku w Paryżu pod pseudonimami Czesława Leopolda i Krzysztofa Lechickiego (s. 10-11), o ogromnej bezwzględności wobec polskiej patriotycznej opozycji studenckiej, przejawianej przez krakowskiego komendanta UBP, Żyda z pochodzenia - Jana Frey-Bieleckiego. Po rozproszeniu z pomocą sowieckich czołgów manifestacji 3-majowych 1946 roku w Krakowie, Bielecki zarządził obławę na pozostałych studentów. Wieczorem otoczono domy akademickie, wszystkich studentów wyprowadzono do przygotowanych "bud" samochodowych i wywieziono do kilku obozów zorganizowanych na peryferiach Krakowa. Wywołało to tak wielkie oburzenie i protesty w Krakowie i innych ośrodkach akademickich, że musiał łagodzić sytuację reżimowy premier Osóbka-Morawski. Przybył on do Krakowa, usunął Bieleckiego z UBP (przeszedł on do wojska) i doprowadził do zwolnienia studentów przetrzymywanych w obozach. Uwolnieni studenci ogłosili jednak bojkot wykładów i strajk, który ogarnął także szkoły średnie w kilku miastach.

    Generalnie ciągle za mało znane są liczne zbrodnie lokalne popełnione w różnych województwach na polecenie i pod dowództwem miejscowych żydowskich ubeków. Typowym przykładem pod tym względem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach - żołnierzach AK, NSZ i innych organizacji niepodległościowych dokonana w Siedlcach w dniach 12 i 13 kwietnia 1945 roku. 8 lutego 1990 wniosek o ściganie winnych tej zbrodni złożył do Prokuratury Rejonowej w Siedlcach prezes Związku Sybiraków Oddział w Siedlcach Zygmunt Goławski. W toku postępowania prokuratorskiego bezspornie udowodniono, że mordu dokonali pracownicy Powiatowego urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem ówczesnego UB w Siedlcach był por. Edward Słowik, oficer narodowości żydowskiej, mający za "doradcę" oficera NKWD - majora Timoszenko. Jak stwierdzano na okolicznościowej karcie wydanej 3 czerwca 2001 roku z okazji odsłonięcia pamiątkowej tablicy ku czci pomordowanych 16 polskich patriotów: W momencie zbrodni w całym ówczesnym siedleckim UB na około 50 pracowników, około 20 było narodowości żydowskiej.
    Odpowiedz
  • Re: Tak Żydzi mordowali Polaków na Kresach. W rocznice zbrodni w Koniuchach telewizja załozona przez agentów WSI zydowskiego pochodzenia emituje film ukazujący sprawców jako "bohaterów". Kiedy świat ocenia Żydów za zbrodnie w okupowanej Palestynie należało by nagłośnić jak nam odwdzięczali się za nieco przydługie goszczenie :|observer1920 2.08.2014, 12:47
    zgłoś
    cytuj

    06.10.2011 09:36

    "Problem udziału osób pochodzenia żydowskiego w kierownictwie komunistycznego aparatu represji, w tym zwłaszcza w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego i jego terenowych organach, należy do szczególnie drażliwych i skomplikowanych obszarów badawczych. W toczącej się od kilkunastu już lat dyskusji na ten temat dominują skrajne, wzajemnie wykluczające się poglądy, a używane w nich argumenty rzadko wspierane są danymi statystycznymi, opartymi na analizie akt osobowych funkcjonariuszy UB.

    W opinii wielu Polaków gros kadry oficerskiej tajnej policji politycznej w powojennej Polsce stanowili Żydzi. Nie wnikając w przyczyny nadreprezentacji Żydów i osób pochodzenia żydowskiego w kierownictwie aparatu bezpieczeństwa w Polsce ani w ich indywidualne motywacje decydujące o podjęciu takiej służby, warto pamiętać, że po wojnie stanowili oni niespełna 1 proc. ludności Polski. Raporty podziemia antykomunistycznego z lat 1945– –1946 prezentowały katastroficzny wizerunek zniewolonego kraju, w którym władzę mieli przejąć Żydzi: „NKWD przy pomocy pozostałych Żydów urządza krwawe orgie” [...] „Na każdym kroku daje się odczuć ich [Żydów – K.S.] serdeczny stosunek do Sowietów i odwrotnie oraz popieranie ich tak przez Sowietów i PPR, jak i przez władze administracyjne i Bezpieczeństwa” [...] „Najważniejsze i materialnie najwięcej popłatne placówki państwowe są obsadzone Żydami. W administracji państwowej, w szkolnictwie średnim i wyższym, w sądownictwie i w wojsku tkwią Żydzi na nadrzędnych stanowiskach” [...] „Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski - Żydzi-komuniści, oddając się w zupełności jako znawcy stosunków i terenu, na usługi NKWD byli [...] czynnikiem, który najwięcej przyczynił się do masowych aresztowań, rozstrzeliwań, deportacji, zwłaszcza członków polskiego ruchu niepodległościowego”

    Podobne przekonanie o wyjątkowej pozycji Żydów w tworzeniu systemu komunistycznego w Polsce artykułowano także już po jego upadku: „[...] po roku 1944 rozpoczęły się w Polsce krwawe rządy żydokomuny, wdrażane przy pomocy radzieckich czołgów i bagnetów”, a Żydzi byli „pomocnikami rewolucji” ukrywającymi się pod „dobrymi, słowiańskimi nazwiskami” i UB, w którym: „[...] kluczowe stanowiska zawsze okupywali Żydzi”.
    Po 1989 r. historiografia wzbogaciła się o szereg tekstów, w których zagadnienie to stało się przedmiotem naukowych analiz na podstawie wiedzy z nieznanych wcześniej i niedostępnych źródeł archiwalnych. Szczególne miejsce w dyskusji zajął ogłoszony w 1992 r. artykuł Krystyny Kersten: Żydzi - władza komunistów. Podstawą argumentacji autorki postulującej, by „rozstać się z mitem głoszącym, że UB to Żydzi”, była treść notatki Bieruta z 21 listopada 1945 r., z której wynikać miało, że „[…] jesienią 1945 r. na 500 stanowisk kierowniczych w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego Żydzi zajmować mieli 67, czyli ponad 13 proc”, stanowiąc 1,7 proc. ogółu pracowników MBP (438 na 25,6 tys. osó.

    Krańcowo odmienne dane liczbowe przedstawił jesienią 1945 r. sowiecki doradca przy MBP płk Nikołaj Sieliwanowski, który w raporcie do Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych Ławrientija Berii z 20 października 1945 r. informował: „[…] W Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego pracuje 18,7 proc. Żydów, 50 proc. stanowisk kierowniczych zajmują Żydzi. W I Departamencie tego Ministerstwa pracuje 27 proc. Żydów. Zajmują oni wszystkie stanowiska kierownicze. W Wydziale Personalnym - 23 proc. Żydów, na stanowiskach kierowniczych - 7 osób. W Wydziale ds. Funkcjonariuszy (inspekcja specjalna) - 33,3 proc. Żydów, wszyscy zajmują odpowiedzialne stanowiska. W Wydziale Sanitarnym MBP - 49,1 proc. Żydów, w Wydziale Finansowym - 29,9 proc. Żydów”.
    Jeszcze dalej w swoich ocenach posunął się w 1949 r. ambasador ZSRS w Polsce Wiktor Lebiediew, pisząc: „[...] w MBP poczynając od wiceministrów, poprzez dyrektorów departamentów, nie ma ani jednego Polaka, wszyscy są Żydami”.
    Treści raportów Sieliwanowskiego i Lebiediewa stały się także podstawą opublikowanego w 2001 r. tekstu Andrzeja Paczkowskiego: Żydzi w UB. Próba weryfikacji stereotypu. Trzecim, poza wymienionymi, elementem jego rozważań była zawartość opracowanego w 1978 r. do użytku wewnętrznego Informatora MSW o kadrach bezpieki, wydanego w 2000 r. przez Klub Inteligencji Katolickiej w Lublinie, z przedmową Mirosława Piotrowskiego.
    Sumując zawarte w Informatorze dane o narodowości funkcjonariuszy centrali MBP, A. Paczkowski obliczył, że na 447 kierowniczych stanowisk (bez wojewódzkich UBP) 131 (29,6 proc.) zajmowały osoby, którym w rubryce narodowość wpisano „żydowska”. [wpisano...-Unicorn].Jednym z ostatnich głosów w dyskusji nad narodowością kadr aparatu bezpieczeństwa był tekst pióra Augusta Grabskiego podważającego nie tylko sens prowadzenia takich badań, ale i przypisującego osobom biorącym w nich udział fobie narodowościowe: „[…] wśród (neo)endeckich tropicieli pochodzenia etnicznego funkcjonariuszy państwowych i partyjnych pierwszych lat Polski Ludowej szczególne zainteresowanie budzi resort bezpieczeństwa. Jest on [...] też najmocniej osadzony w wyobrażeniach społecznych jako zdominowany przez Żydów”. Zdaniem autora: „Akcentowanie przez niektórych prawicowych publicystów i historyków obcego etnicznie pochodzenia części osób w aparacie Polski Ludowej w sytuacji braku odmienności ich polityki od ogólnej polityki PPR prowadzi do wniosku, że zabieg taki jest jedynie funkcją ich rasistowskich uprzedzeń." [sic!-Unicorn]

    Dla ustalenia danych liczbowych mówiących o narodowości kierownictwa aparatu bezpieczeństwa w Polsce w latach 1944-1956 niezbędne jest określenie celu prowadzenia badań oraz ustalenie kryteriów, na których podstawie analizę taką można przeprowadzić. Celem zaś jest ustalenie, jaką część kierowniczej kadry stanowili Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego, zajmujący obok Białorusinów, Polaków, Rosjan i Ukraińców najwyższe stanowiska w tej instytucji. Wbrew twierdzeniom o braku możliwości dokonania takiej statystyki samo podjęcie próby, z naukowego punktu widzenia, staje się niezbędne. Bez niej trudno bowiem wyobrazić sobie powstanie „portretu zbiorowego” środowiska MBP-UB, z wszelkimi dającymi się zidentyfikować jego charakterystycznymi cechami, takimi jak pochodzenie społeczne, wiek, wykształcenie, przynależność partyjna, przeszłość okupacyjna czy narodowość.

    Wydaje się, że jednym z zasadniczych powodów występowania odmiennych ocen zagadnienia jest stosowanie różnych kryteriów przynależności narodowościowej. Jego wyznacznikami - w zależności od indywidualnych wyborów badacza - bywają więc (traktowane łącznie lub wybiórczo): brzmienie imienia i nazwiska, imiona rodziców, wyznanie czy też niekiedy wpis dokonany w ankiecie personalnej w rubryce „narodowość”.

    Sporo komplikacji wprowadza konieczność określenia narodowości Żydów-komunistów. Tomasz Gross twierdzi nawet, że „Komuniści pochodzenia żydowskiego [...] pracowali w bezpieczeństwie jako komuniści, a nie jako Żydzi czy Polacy albo na przykład Gruzini, i na uwadze mieli nie żydowskie interesy, ale interesy władzy ludowej”. Konkludując -człowiek stający się komunistą miałby automatycznie tracić swą przynależność narodowościową. Takie kryterium budzi jednak pytania, czy traci ją bezpowrotnie, czy też z chwilą zmiany swych poglądów zyskuje szansę na jej odzyskanie? Pytania o tyle zasadne, że niemała liczba pracujących w UB komunistów pochodzenia żydowskiego w czasie kolejnych fal emigracji lat 1956-1957 i 1968-1969 gruntowanie zrewidowała swoje dotychczasowe poglądy polityczne, porzucając komunizm i jego ideologię.
    Równie trudny - o ile nie nierozwiązywalny - jest problem samoidentyfikacji narodowej. Część oficerów pochodzenia żydowskiego zerwała związki z korzeniami rodzinnymi na długo przed wybuchem II wojny światowej. Samych siebie uznawali za świeckich Polaków o liberalnych poglądach, prezentując przy tym niejednokrotnie silne związki emocjonalne z Polską. Ci też najczęściej i najchętniej decydowali się na zmianę imion i nazwisk, uznając ten krok za naturalne następstwo dokonanego już wyboru. Szczególnie bolesnym doświadczeniem dla tej grupy były wydarzenia lat 1967-1968, gdy w wyniku rozpętanej antysemickiej nagonki usilnie doszukiwano się pochodzenia żydowskiego nawet u tych, którzy nie znali słowa w języku swoich przodków.
    Podstawą analizy są dane zawarte w opracowanym w 1978 r. Informatorze MSW o kadrach bezpieki oraz wcześniejsze zapisy znajdujące się w aktach osobowych pracowników aparatu, pochodzące głównie z własnoręcznie wypełnianych ankiet specjalnych i życiorysów. Wydawać by się mogło, że powstający w latach siedemdziesiątych Informator opracowany został na podstawie zawartości akt osobowych funkcjonariuszy i jest zbiorczym podsumowaniem zawartych w nich treści. Dość liczne różnice pomiędzy oboma źródłami pozwalają przypuszczać, że w pracach nad pierwszym z nich, przynajmniej w zakresie określenia narodowości, korzystano z innych, nieznanych dotąd materiałów. W każdym razie dane umieszczone w aktach osobowych w rubrykach „narodowość” nie zawsze były tożsame z narodowością uwidocznioną w Informatorze. Być może, ostateczna decyzja w tej delikatnej z natury kwestii wynikała z otrzymanych przez pracowników Biura „C” wytycznych politycznych.
    Narodowość żydowską przypisano na przykład Aleksandrowi Dyszko-Wolskiemu, będącemu wprawdzie synem Abrahama i Baszewy z d. Goldwasser (oboje wyznania mojżeszowego), lecz posiadającemu w aktach osobowych wpis: narodowość: polska, wyznanie ewan-gelicko-reformowane21. Za Żyda uznano również byłego dyrektora Departamentu Więziennictwa MBP Dagoberta Łańcuta, syna Maksymiliana, wyznania rzymskokatolickiego, i Sabiny z d. Łapówkier.
    Akta osobowe z reguły informują o polskiej narodowości funkcjonariuszy „bezpieki”, nawet gdy oficerowie nosili typowo żydowskie imiona i nazwiska, np. w aktach Józefa Arskiego (Mordechaja Flaksmana), Mieczysława (Mojżesza) Baumaca, Michała Drzewieckiego (Maurycego-Arona Holzera), Artura Nowaka (Abrahama Lernera), Henryka Piaseckiego (Izraela-Chaima Pessesa) czy Czesława (Chaskiela) Ringera.
    Jedynie w nielicznych przypadkach kierujący aparatem przyznawali się do narodowości żydowskiej; przykłady: Adama Bienia, Leona Fojera, Michała Hakmana, Edwarda Kaleckiego, Mieczysława Mietkowskiego, Zygmunta Okręta, Leona Rubinsteina, Józefa Światły, Michała Taboryskiego.
    Poza Tadeuszem Diatłowieckim i Bernardem Koniecznym, ujawniającymi wyznanie mojżeszowe, wszyscy inni w rubryce wyznanie wpisywali „bezwyznaniowy”.
    Przykłady interpretacji przynależności narodowościowej opartych na głoszonych przekonaniach politycznych lub osobistych deklaracjach funkcjonariuszy stanowią istotną przesłankę do wyrażenia wątpliwości w możliwość sformułowania obiektywnego stwierdzenia – kto jest (był) lub kto nie jest (był) Żydem. Konstatacja ta nie oznacza wszakże, że nie istnieją także kryteria pozwalające na identyfikację osób pochodzenia żydowskiego. Bez względu na brzmienie imienia i nazwiska, światopogląd i obraną drogę życiową, będą nimi oficerowie, których rodzice byli narodowości żydowskiej.
    Analizie poddano zawartość Informatora MSW oraz akt osobowych 450 osób zajmujących kierownicze stanowiska w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego oraz 249 z Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, uzupełnioną o dane zaczerpnięte z innych źródeł. Jak pokazują jej wyniki, w latach 1944–1954 na 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (od naczelnika wydziału wzwyż) 167 było pochodzenia żydowskiego (37,1 proc.). Po likwidacji MBP w 1954 r. w powstałym na jego miejsce Kds.BP liczba ta zmalała do 86 kierowniczych stanowisk (34,5 proc.). W tym czasie (1944–1956) wśród 107 szefów i zastępców szefów wojewódzkich UB/UdsBP pochodzenie takie miało 22 oficerów (20,5 proc.). Po uwzględnieniu innych wysokich stanowisk wojewódzkich UB/UdsBP: naczelników i zastępców naczelników wydziałów wynika, że najwięcej osób pochodzenia żydowskiego znalazło się w strukturach aparatu bezpieczeństwa w województwach: szczecińskim (18,7 proc.), wrocławskim (18,7 proc.), katowickim (14,6 proc.), łódzkim (14,2 proc.), warszawskim (13,6 proc.), gdańskim (12,0 proc.) i lubelskim (10,1 proc.). W pozostałych województwach odsetek ten wynosił średnio ok. 7 proc., osiągając najniższy poziom w woj. zielonogórskim (3,5 proc.)
    W świetle zaprezentowanych danych statystycznych teza o dużym udziale Żydów i osób pochodzenia żydowskiego w kierownictwie UB sformułowana została na podstawie prawdziwych przesłanek i jako taka odzwierciedla fakt historyczny. Wyniki badań nie przynoszą jednak odpowiedzi na pytanie: w jakim stopniu liczby mogą stanowić argument w toczącej się już od wielu lat silnie emocjonalnej dyskusji?"
    Odpowiedz
  • Re: Tak Żydzi mordowali Polaków na Kresach. W rocznice zbrodni w Koniuchach telewizja załozona przez agentów WSI zydowskiego pochodzenia emituje film ukazujący sprawców jako "bohaterów". Kiedy świat ocenia Żydów za zbrodnie w okupowanej Palestynie należało by nagłośnić jak nam odwdzięczali się za nieco przydługie goszczenie :|salvatore 2.08.2014, 13:25
    Warto zarchiwizować tego wymiętka bo znając linie tego portalu za chwilę zniknie, w parafrazując Klasyka - spieszmy się archiwizować wątki , tak szybko znikają :)
    Tylko Dobro jest ciekawe
    Odpowiedz
  • Re: Tak Żydzi mordowali Polaków na Kresach. W rocznice zbrodni w Koniuchach telewizja załozona przez agentów WSI zydowskiego pochodzenia emituje film ukazujący sprawców jako "bohaterów". Kiedy świat ocenia Żydów za zbrodnie w okupowanej Palestynie należało by nagłośnić jak nam odwdzięczali się za nieco przydługie goszczenie :|observer1920 2.08.2014, 13:45

    Warto zarchiwizować tego wymiętka bo znając linie tego portalu za chwilę zniknie, w parafrazując Klasyka - spieszmy się archiwizować wątki , tak szybko znikają :)


    Spieszmy się głosić prawdę. Co prawda coraz to więcej wyrzuconych z pracy, skazanych
    czy wręcz zabitych (dr Ratajczak, dr Szcześniak). Ale jeszcze nie domknęli ostatnich guziczków
    gorsetu politycznej poprawności. I dopóki nie zakończą akcji ostatecznego rozwiązani
    kwestii rdzennych mieszkańców Palestyny - pewnie nie "domkną" judeopolonii ...
    Odpowiedz
  • Re: Tak Żydzi mordowali Polaków na Kresach. W rocznice zbrodni w Koniuchach telewizja załozona przez agentów WSI zydowskiego pochodzenia emituje film ukazujący sprawców jako "bohaterów". Kiedy świat ocenia Żydów za zbrodnie w okupowanej Palestynie należało by nagłośnić jak nam odwdzięczali się za nieco przydługie goszczenie :|Andriej 3.08.2014, 20:28
    tl dr
    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany. Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

facebook