Otwarte forum dyskusyjne Frondy

Nudna wojna idei

dodano: 5.10.2004, 12:59
akcje wątku: drzewko

Od momentu, gdy włoski filozof-marksista Antonio Gramsci sformułował tezę o hegemonii kulturowej, życie intelektualne zamiast myślicieli wypełnili bojownicy. Pióro czy klawiatura stanowią dla nich oręż w pojmowanej po leninowsku polityce, streszczonej w lapidarnej zasadzie „kto kogo”.

Oczywiście, na długo przed powstaniem wniosku Gramsciego intelektualiści służyli różnym panom – czynili to jednak z większym dystansem, a zdarzało się, że i z większym wstydem, gdy ich mocodawca i/lub idol okazał się kanalią czy durniem. Ale po tym, jak myśliciel z Italii odwrócił do góry nogami tezę Marksa o prymacie „bazy” nad „nadbudową” i stwierdził, że wpływy w sferze szeroko pojętej kultury implikują przemiany społeczno-ekonomiczne, znikły ostatnie hamulce.

Pierwsi ruszyli do ataku „postępowi intelektualiści”, którzy po roku 1968 nabrali dodatkowego wigoru w marszu przez instytucje kształtujące klimat kulturowy. Nie trzeba było długo czekać, aby spotkało się to z kontratakiem „konserwatywnych intelektualistów”. Zdobyli pewne wpływy w USA w epoce Reagana, nieco także w thatcherowskiej Wielkiej Brytanii, choć – jak to zwykle bywa z kontratakującymi – zdołali z rąk lewicy odbić tylko część straconych pozycji. Choć hegemonia tej ostatniej jest dość mocno ugruntowana, to pojawiają się w niej wyrwy – np. po 11 września 2001 roku nieco stopniało zamiłowanie do bezrefleksyjnego powtarzania pacyfistycznych, humanitarnych i wielokulturowych sloganów.

Tak czy owak, aż roi się od „intelektualistów zaangażowanych”, czy to po prawej, czy po lewej stronie sceny politycznej. Dlatego też o intelektualizmie jako takim mówić już niemal nie sposób – gdy słyszę, że ktoś jest intelektualistą postępowym lub konserwatywnym, to jedno wiem na pewno: jest on intelektualistą żadnym. Choćby był człowiekiem niesłychanie inteligentnym, pracowitym i dobrym naukowcem lub luminarzem kultury, to z intelektualizmem ma to niewiele wspólnego, skoro wybrał tak wyraźną ideowo-polityczną autoidentyfikację.

Prawda i rzetelność nie są bowiem ze swej natury ani lewicowe, ani prawicowe. W jednej dziedzinie bliższe temu, co można uznać za „postępowe”, innym razem oscylujące wokół „konserwatyzmu”, kiedy indziej wymykające się takim klasyfikacjom. Kto chce je uczciwie rozpoznać, ten musi mieć świadomość, że wnioski mogą być sprzeczne z jego oczekiwaniami – intelektualistą jest ten, kto potrafi przyjąć to z pokorą i nie obrażać się na rzeczywistość. Jeśli ktoś wtłacza fakty i wnioski w lewicowy lub prawicowy schemacik, to być może jest zręcznym politycznym manipulatorem, ale na pewno nie intelektualistą.

Jeśli ktoś czyta dużo prac napisanych przez postępowych i konserwatywnych „intelektualistów”, to wie, że wychodząc od takich samych faktów i przesłanek są oni zdolni sformułować diametralnie odmiennie wnioski. Ekonomicznego Nobla można dostać za pochwały nieregulowanego rynku, a rok później nagroda trafi do miłośnika interwencjonizmu. Jeden analityk „udowodni”, że rozbudowana opieka społeczna spycha ludzi na dno nędzy i bezradności, inny zaś „wykaże”, iż jej ograniczanie jest przyczyną ubóstwa i patologii; jedni wskazują, iż pornografia ogranicza ilość przestępstw seksualnych, inni twierdzą, że liczbę ich jednak zwiększa. Bo intelektualiści dzisiejsi są niczym papugi – każdy powtarza abecadło swego obozu ideowo-politycznego.

Oczywiście naiwna byłaby wiara, że można mieć umysł niczym tabula rasa i nie kierować się żadnymi założeniami. Każdy jest „skażony” światopoglądem, metodologią, układami, w których funkcjonuje czy choćby własnymi marzeniami. Jednak sprawdzian czyjejś intelektualnej niezależności jest prosty – wystarczy popatrzeć, czy dana osoba potrafi przyznać rację swoim adwersarzom lub zanegować opinie, jakie sama niegdyś głosiła. Oczywiście biorąc poprawkę na to, czy przypadkiem nie zmieniło się miejsce, w którym są konfitury.

Ta intelektualna nuda, ożywiana co najwyżej wkroczeniem kolejnych pokoleń (choć dziś już także młodzi wiedzą, komu jeść z ręki, a komu przywalić), będzie trwała dopóty zarówno myśliciele, jak i odbiorcy ich produktów będą myśleli wyłącznie w kategoriach lewo-prawych. Im wszystkim można zadedykować słowa, jakie lewicowiec George Orwell napisał (w tekście „Powstanie Warszawskie i jego krytycy”) pod adresem angielskich lewicowych dziennikarzy i polityków wychwalających ZSRR: „Zapamiętajcie, że za nieszczerość i tchórzostwo zawsze trzeba zapłacić. Nie wyobrażajcie sobie, że przez całe lata można uprawiać służalczą propagandę na rzecz radzieckiego lub też jakiegokolwiek innego reżimu, a potem powrócić nagle do intelektualnej przyzwoitości. Raz się skurwisz – kurwą zostaniesz”.

Tym z czytelników, którym się to spodobało, bo – wiadomo – Orwell, bo dowalił poputczikom itd., przypomnę dwie rzeczy. Pierwsza: autor tego cytatu nie żyje od lat niemal sześćdziesięciu. Druga: na prawicy trudno znaleźć kogoś, kto by tak odważnie i dosadnie potępił podobne – choć z innym obiektem uwielbienia – „poputczikostwo”. Tak więc nie ma się zbytnio z czego cieszyć.

Remigiusz Okraska

  • Re: Nudna wojna idei|Dostatni 5.10.2004, 3:50
    A ja mam dość politoprawnej "równowagi": zaangażowanie lewicowe złe, to i prawicowe też złe. Tymczasem prawda nie leży po środku i trudno tak samo oceniać postępowe, jak konserwatywne wybory intelektualistów.

    Jeśli

    -----------

    Ekonomicznego Nobla można dostać za pochwały nieregulowanego rynku, a rok później nagroda trafi do miłośnika interwencjonizmu.

    ----------------

    to ten drugi Nobel jest tyle wart, co literacki dla Dario Fo.
    trzy miesiące - nie więcej (chyba, że jest Palikot z kasą)
    Odpowiedz
  • Re: Nudna wojna idei|pijany :) 26.06.2007, 5:31
    V
    Odpowiedz
  • Re: Nudna wojna idei|15771 31.03.2009, 12:45
    jak się masz?
    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany. Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

facebook