I zaczęło się czterdzieści dni Postu. Najtrudniejszy okres w jego życiu. Czuł się sam. Stracił poczucie własnej wartości, tym razem zupełnie. Wróciła przeszłość – to wszystko co było złe, przed jego powrotem do Domu. Nie mógł się pozbierać. Posypała się modlitwa. Nie czuł obecności Zmartwychwstałego. Zupełnie. Modlił się, ale nie widział w tym sensu. Taka droga przez mękę. Staczał się z Jerozolimy wolności do Jerycha grzechu. Wiedział, że sam nie da rady… że sam polegnie, upadnie, zginie.
Rekolekcje to było to czego potrzebował. Czas dla Boga. Czas na zmiany. Zdecydował się bez wahania – bo tylko rekolekcje mogły go podźwignąć. Tylko tam mógł znaleźć ukojenie. Znaleźć OAZĘ.
Początek był dla niego bez wątpienia trudny. Czas radości – ale takiej ludzkiej. Zupełnie nic nie wnoszącej w te niższe poziomy egzystencji. Czas spotkania z ludźmi. Poznawanie nowych i uczenie się, już znanych od nowa. Czas modlitwy, ale takiej pustej… bez serca, bez miłości. Nabożeństwo Światła i Wody. I naznaczenie kierunku życiu. Być światłem i iść za Światłem. To nie było dla niego łatwe. Dużo walczył, oj dużo. Ale, gdy światło Chrystusa zapłonęło w Jego dłoni wiedział, że to jest ta droga… zrozumiał, że bez Światła nie zajdzie daleko. I ruszył. Nad potokiem zatrzymał się wraz z innymi. I dłoń umoczywszy w wodzie zrozumiał, że otrzymał nowe życie. Odnalazł Pana, albo raczej Pan odnalazł jego… znów. I w tym momencie nie liczyło się nic innego. Tylko stać z tą świeczką w ręku. Trzymać tę małą lampkę i śpiewać. Teraz, o Panie pozwól odejść słudze swemu… Pozwól, Panie. W końcu zobaczył już Ciebie. A przecież to było jego celem.
Zaczął się czas bólu… bo i śmierć musi spotkać każdego. Spotkała i jego… a wszystko po to, aby się narodzić powtórnie. Dużo czasu spędził w kaplicy. Zrozumiał wreszcie, że Bóg wcale go nie opuścił, ale że był jeszcze bliżej niż wcześniej. Zrozumiał, że Jezus burzył to wszystko co było na piasku budowane, że chce jego życie utwierdzić na skale. To był czas modlitwy i skupienia. Potrzebny, aby zapomnieć o przeszłości. Chciał oddać Panu to wszystko co było, aby ruszyć nieskalanym przed siebie. Przygotowania do spowiedzi generalnej zajęły mu wiele czasu. Gdy siedział w kaplicy był pewien, że to jest właśnie ta droga… gdy jednak wychodził wiele wątpliwości pojawiało się w jego głowie… po co mówić cały czas to samo, po co znów do tego wracać. Zrozumiał jednak, że to jest jedyny sposób, aby zerwać ze starym człowiekiem i narodzić się na nowo z Chrystusa. Wyspowiadał się. Chyba pierwszy raz w życiu czuł taki pokój w sercu. Jego grzechy nad śnieg wybielały. Przyodział nową szatę opłukaną we krwi Baranka.
Położył się spać przed północą. Wiedział, że sen nie potrwa długo, że to będzie bardzo długo noc. O pierwszej obudziło go światło i wołanie animatora. Wstał, bo musiał. I mimo, że na Paschę czekał już długi czas… to nie miał ochoty wstawać tak wcześnie. Ubrał się szybko i zszedł na dół. Zobaczył ognisko. A w nim pieczonego barana. Wziął kawałek do swych ust i zrozumiał, że nic gorszego nie konsumował. Smak tego paskudztwa zapamięta do końca życia. Chciał zapić ten sam ziółkami… ale one nie okazały się wcale smaczniejsze. Gorycz przepełniła jego gardło i zrozumiał, że to pozostanie w jego pamięci na wieki.
Wyruszyli w podróż. Długą podróż. Niczym Izraelici pokonywali kolejne odcinki dzielące ich od Kanaanu. Było i Morze, a przy nim odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych. I otrzymał nowe życie w Chrystusie. I ruszyli dalej. Ale już teraz szczęśliwi oczekując spotkania ze Zmartwychwstałym. I Eucharystia przyniosła radość, mimo zmęczenia.
I przyszło Zesłanie. Na Ducha czekali. I został wytypowany – najsłabsze ogniwo. Miał powiedzieć świadectwo. To nie było łatwe. Ludzi tłum. Tłum gapiów jak kiedyś, gdy Jezus stał przed Piłatem. Ale spotkanie z Chrystusem daje siłę. Powiedział, bo Ducha zawiał, i nadal wieje tam, gdzie chce. I udzieliła się chwalebna radość. Już nie ta ludzka. Nie ta zwykła… ale ta która jest radością bycia z Nim jak z Przyjacielem.
Sunday, 08 August 2010, 14:21