Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl
austriackie gadanie (?)..

Wolność w bok od szosy...

kategoria: Akcja

Dodano: Tuesday, 09 August 2011, 11:54

Ślimacząca się od półtora roku modernizacja szosy wojewódzkiej 617 – trasy, którą codziennie  przemierzam do pracy, w tę i z powrotem – często zmusza mnie do korzystania z różnych objazdów, bocznymi wiejskimi drogami. Drogi te – mimo, że głównie  „przez pola, lasy wiodą”, bardziej niż przez wsie – w niczym nie przypominają tych wyboistych, zwykle z wsią kojarzonych. W ostatnich latach na szczęście większość z nich pięknie wyremontowano i wygładzono asfaltowym dywanikiem, przeważnie za pieniądze powiatowe i unijne. Śmiem twierdzić, że nawet owa szosa wojewódzka 617, po ukończeniu nie będzie miała tak dobrej nawierzchni.

Przy okazji swoich przymusowych objazdów po bocznych szlakach, zaobserwowałem tam bardzo ciekawe zjawisko i co tu dużo gadać – masowe. Otóż – zero włączonych świateł mijania w dzień, zero zapinania pasów w samochodach, zero kasków na głowach dorosłych motocyklistów i rowerzystów! Być może kogoś zbulwersuję, ale nie mam zamiaru ukrywać, że mi się to... bardzo podoba.

Przyznaję jednak ze wstydem – sam pasy zapinam i palę za dnia światła samochodu, mimo pięknej słonecznej pogody – ale robię to wyłącznie z powodów finansowych, chroniąc portfel rodzinny przed mandatem.

 Co więcej – również ze wstydem – przyznaję, że podczas pierwszych objazdów, z tego samego powodu tj. w trosce o portfel bliźniego, nadjeżdżającego z przeciwka, zdarzało mi się „mrugnąć” do niego światłami, by przypomnieć o uciążliwym powszechnym obowiązku.  Za każdym „z tych razów” szybko jednak otrzeźwiał mnie widok jego palca pukającego w czoło.

I dobrze ci tak Ulatowski – otrząśnij się i zamiast świateł włącz myślenie! Brak respektu dla wspomnianych tu przepisów ruchu drogowego nie jest – jak z tego wynika – incydentem, a raczej niepisanym kodeksem honorowym w imię resztek wolności i zdrowego rozsądku do ocalenia, przynajmniej w enklawach „w bok od głównej szosy”. Jest w tym jakiś symbol – znak czasu i protestu.

Zawsze, kiedy rozmawiam na temat zapinania pasów, słyszę„No wiesz..., ale wielu ocaliły one życie...” OK. – zgadzam się, ale porozmawiajcie też z agentami ubezpieczeniowymi i policjantami – tylko tymi uczciwymi i oczywiście prywatnie – a opowiedzą Wam, ilu ludzi spłonęło żywcem w zgniecionych maszynach, bo połamanymi rękami nie mogli się odpiąć, albo ile osób, jako jedyne z jadących, ocalało przed płomieniami, bo w porę wypadło z aut właśnie z braku pasów. Państwo „przymusem zapinania” – bardziej lub mniej świadomie – przyjmuje na siebie odpowiedzialność za śmierć w takich wypadkach, wystawiając się na roszczenia odszkodowawcze rodzin ofiar. Całe szczęście, że naród u nas jeszcze z czasów komuny zahukany i stosunkowo nierychliwy do procesów z władzą – nie tak, jak np. w Ameryce.

 

To nie brak pasów jest przecież przyczyną wypadków. Przyczyny są zupełnie inne. Co ciekawe – to właśnie zapięte pasy paradoksalnie mogą pośrednio zwiększać zagrożenie – wielu kierowców bardziej nerwowo reaguje w unieruchomieniu pasami, niż bez nich (włącznie z piszącym te słowa).

W tym miejscu z naciskiem pragnę wyjaśnić – będąc PRZECIWKO NAKAZOWI, NIE JESTEM ZA ZAKAZEM!

Każdy normalny  dorosły człowiek powinien po prostu ...MIEĆ WYBÓR!

To przecież w końcu MOJE życie i MOJE zdrowie! Podróżując bez pasów narażam wyłącznie siebie.

Chociaż ktoś może w tym miejscu rzecz jasna ripostować – „Zaraz, zaraz – szkodzisz nie tylko sobie, bo przecież państwo będzie musiało posprzątać po wypadku zarówno Ciebie jak i wrak Twojego auta. Poniesie na to określone wydatki, a w następstwie także straty choćby w PKB z powodu Twojej czasowej lub ostatecznej absencji w pracy itp. itd.”

Jeśli chodzi o „wydatki państwa” na „posprzątanie” resztek po mnie – to każdy, kto osobiście wypełnia swój PIT na koniec roku, doskonale wie, że państwo z góry już wzięło za to pieniążki i to ze znaczną nawiązką. Co zaś do państwowych, aż tak daleko idących, „strat w PKB” w następstwie mojej „absencji” na tym łez padole – tu dotykamy sedna problemu – czy obywatel jest własnością państwa? Porozmawiajcie dłużej ze znajomymi, a zdziwicie się, jak wielu ugrzęzło w tym mentalnym schemacie.

Z kaskami motocyklowymi jest wbrew pozorom tak samo, jak z pasami. Zalecać, ostrzegać, doradzać, ale nie nakazywać lub karać za ich brak. Każdy wypadek przebiega inaczej.

Pomijając już względy podstawowe – bezpieczeństwa i wyboru – człowiek wygląda w kasku niepoważnie. Przynajmniej moim zdaniem. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa (początek lat 60-tych), jak wspaniale wyglądali mężczyźni w garniturach i pod krawatem na skuterach „Lambretta”. To był krzyk mody i szczyt elegancji. Na takim skuterze pięknie prezentowała się aktorska para – Gregory Peck i Audrey Hepburn, mknąc obok Koloseum w „Rzymskich wakacjach” – filmowym szlagierze mniej więcej z tamtych lat. Czy ktoś ubierałby ich w kaski?.. Czy ktoś ubierałby ich w kaski?.. A wyobraźmy sobie np. Pecka lub innego amanta, na motocyklu w tzw. „orzeszku” na głowie (młodsze pokolenie niech poszuka w google!). Najlepiej, żeby jeszcze jeździł w kółko przed sklepem GS-u (młodsze pokolenie niech jeszcze raz poszuka w google!...). Albo, ile traci męski typ Harley’owca z rozwianym włosem, wbity choćby w „bellę” niczym w kaganiec?.. Nie ten klimat!

A teraz kilka słów o głupocie jazdy w pogodne dni na światłach mijania. Kiedyś, kiedy w taki dzień znajdowałem się naprzeciw kawalkady samochodów, z których tylko jeden lub dwa miały włączone światła, choć nie było jeszcze obowiązku – akurat te były świetnie widoczne i głównie na nie zwracano uwagę. Jakiś geniusz wymyślił, że jak wszystkie będą oświetlone – to wszystkie będą „jeszcze świetniej widoczne”. Teraz, kiedy jadę i widzę spośród masy oświetlonych aut kilka bez świateł – to właśnie na nie zwracam największą uwagę. Proste!  To jest najbardziej zauważalne, co się WYRÓŻNIA! Ba, ale z tego najlepiej zdają sobie sprawę chyba tylko dzieci...

Jeśli ktoś w biały dzień nie widzi samochodów i potrzebuje do tego aż zapalonych świateł, to niech zwyczajnie... zostanie lepiej w domu.

Warto wspomnieć, że głupota owa, wkroczyła do naszego życia ustawą z 17 kwietnia 2007r., autorstwa Platformy Obywatelskiej, podającej się za partię rzekomo liberalną.(!)

Powołujemy się na standardy europejskie, a przecież 20 listopada 2007 Komisja Europejska wycofała się z zamiaru rekomendowania państwom członkowskim wprowadzenia nakazu jazdy z włączonymi światłami mijania ze względu na wątpliwości odnośnie wpływu takiej regulacji na bezpieczeństwo ruchu drogowego. Amerykańska Narodowa Agencja Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (NHTSA) opublikowała raport zawierający badania przeprowadzone niezależnie m.in. przez University of Michigan i The Insurance Institute for Highway Safety, wykazujące, że używanie w dzień świateł mijania lub świateł do jazdy dziennej nie wpływa na wzrost bezpieczeństwa drogowego, natomiast może mieć skutki uboczne dla pieszych i motocyklistów. W Polsce wielu specjalistów podziela tę opinię. Zbigniew Jabłoński, biegły sądowy z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych twierdzi, że na ponad dziesięć tysięcy badanych przez niego zdarzeń w żadnym przyczyną nie był brak świateł w dzień w warunkach dobrej widoczności. Podobnej pozycji nie ma również w policyjnych statystykach wypadków drogowych. Także zdaniem dr-a Sławomira Gołębiowskiego, eksperta ds. bezpieczeństwa ruchu, byłego pracownika Instytutu Transportu Samochodowego – wprowadzenie w Polsce w 1991 roku nakazu jazdy z włączonymi światłami mijania w okresie jesienno-zimowym nie miało pozytywnego wpływu na liczbę zderzeń samochodów ani wypadków z pieszymi. W miesiącach jesiennych i zimowych w sezonie 1990/91 do 45% wypadków dochodziło w dzień. Po wprowadzeniu nowych przepisów, ten odsetek się nie zmienił.

Nie będę tutaj mnożył przykładów bezsensowności tego przepisu. Z całą ich plejadą można zapoznać się na stronie internetowej Kampanii Społecznej pod hasłem „Wyłącz światła – włącz myślenie!”. Warto w szczególności zwrócić wagę na opublikowaną tam listę zwolenników przepisu – są to głównie... producenci oświetlenia samochodowego.

Nadmieniam przy tym, że swego niezadowolenia nie kieruję pod adresem wszystkich ograniczeń z kodeksu ruchu drogowego, albo – co gorsza – z całego prawa w ogóle. Boże broń! Jakieś nakazy i zakazy być muszą pro publico bono. Mnie chodzi o przypadki dotyczące mojej osoby, w których ewentualnie ja sam poniósłbym konsekwencje i co do których to wyłącznie ja powinienem o sobie stanowić.

Opisane przeze mnie tutaj trzy niedorzeczne przepisy, to – jak dobrze wiemy – zaledwie odpryski z całej lawiny nakazowo-rozdzielczych bzdur, jaka nas przytłacza. Bo w kolejności mamy przecież pomysł zakazu palenia papierosów w samochodach osobowych (choć, jeśli jeżdżę samotnie – to przecież moja sprawa, a z pasażerami możemy po prostu uzgodnić...). Na tym samym mechanizmie zasadza się także cały model państwa opiekuńczego, z jego redystrybucją środków z kieszeni podatnika na tzw. bezpłatną oświatę i służbę zdrowia z opieką społeczną włącznie – jakbym miał zrobić sobie krzywdę własnymi pieniędzmi, płacąc bezpośrednio lekarzowi, albo szkole.

Ale w tym wszystkim – wbrew pozorom – najgorsze nie jest to, że państwo odbierając prawo wyboru i traktując obywateli przedmiotowo, odziera ich z godności. Najgorsze także nie jest to, że za pozorami „opiekuńczości” kryje się w gruncie rzeczy grabież (pasy, kaski, światła w pogodny dzień – to w istocie tylko kolejne preteksty do ściągania mandatów, podobnie jak gigantyczne marnotrawstwo pod pozorem publicznej oświaty, opieki i lecznictwa). Najgorszym jest uczynienie standardu z ubezwłasnowolnienia oraz permanentna akceptacja tego stanu przez większość społeczeństwa. Dlatego sprzeciwiajmy się i mówmy o tym głośno, gdzie tylko możemy i jak możemy. Dobrze, że zostały chociaż takie ostoje wolności, jak internet, gdzie np. można organizować społeczne akcje sprzeciwu.  Albo takie, jak moje „objazdy w bok od głównej szosy”, gdzie protest nawet poszedł w czyn i przynajmniej pozwala się odreagować...

 

 Tomasz Ulatowski, wrzesień 2011

 Ps. Zawsze intrygowały mnie motywy wprowadzenia niegdyś "Liberum veto" – a zwłaszcza a priori pozytywne  założenia, ze strony pomysłodawcy tej instytucji, co do dojrzałości i odpowiedzialności jej potencjalnych uzytkowników. Z perspektywy czasu można je uznać za naiwne, ale nie można odmówić im poprawności. Jak dalece od tamtej oceny obywateli odbiegała ta z okresu komuny (gdzie w niemal każdym mężczyźnie z góry widziano złodzieja, a w kobiecie... – Państwo pozwolą, że się powstrzymam), albo nawet jej współczesna spadkobierczyni...

 

Odsłon: 313



Komentarze: 8

Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.

  1. Zobacz profil Mut Mut napisał/a:

    Friday, 09 September 2011, 07:40

    Ciekawa opinia. Przypominamsobie kurs prawa jazdy w Niemczech, na który chodziłem. Mówono nam o ubezpieczeniach i o tym, że trzeba się ubezpieczać odpowiedzialności cywilnej powyżej ustawowego minimum 1 miliona marek (dawne to były czasy). Wyszła rozmowa, z czego biorą się odszkodowania powyżej 1 miliona marek. Okazuje się, że nie ze strat materialnych, nie z odszkodowań za śmierć, tylko z kosztów leczenia i rent inwalidzkich. Wytłumaczyli, że jak się zabija,powiezmy, 30-letniego ojca dwojga dzieci, to się płaci im rentę po ojcu do osiągnięcia pełnoletniości, nie więcej niż 18 lat. Jak się temu samemu ojcu uszkodzi rdzeń kręgowy, to oprócz tych rent dla dzieci (już nie będzie zarabiał) płaci się rentę inwalidzką jemu, aż do śmierci, czyli 40 albo i 50 lat, za pielęgniarkę i rehabilitanta przez 40 albo i 50 lat, za wózki inwalidzkie, respiratory, Bóg wie co jeszcze. I to wszystko musi pokryć ubezpieczenie ze składki. Tak że jasne jest, dlaczego agenci ubezpieczeniowi namawiają Pana do niezapinania pasów i nienoszenia hełmu na motocyklu - z punktu widzenia firmy ubezpieczeniowej nawet kilka trupów na miejscu jest bez porównania tańsze niż jedna żywa, ale ciężko poszkodowana ofiara.

  2. Zobacz profil Tomasz Ulatowski Tomasz Ulatowski napisał/a:

    Friday, 09 September 2011, 20:44

    W odpowiedzi "Mut-owi"; Właśnie o to chodzi, że oni mnie nie namawiają i w ogóle od większości agentów, czy policjantów z pewnością nie uzyskałbym - przynajmniej oficjalnie - akcpetacji dla swoich poglądów co do pasów, świateł i kasków (tzw. służbowe stanowisko). Mnie te dywagacje - kto, jaki ma interes - mało obchodzą, chociaż państwu też powinno być bardziej na rękę wypłacić za mnie jednorazowo zasiłek pogrzebowy niż przez ileś lat płacić mi rentę, nawet kiepską jak wiemy.  Mnie cały czas chodzi o to, że Moje życie jest po prostu MOJE, nie państwowe i basta! Moja jazda bez kasku, pasów, czy nawet bez świateł w pogodne dni - to nie jest sprawa bezpieczeństwa publicznego!!! Brakiem pasów, czy kasku na moim łbie nikomu innemu nie szkodzę - najwyżej sobie. Można mi poradzić, ale nie zmuszać... Chyba, że zaczniemy zapędzać się na poważnie w tak daleko idące łamańce, jak pozwoliłem sobie z przymrużeniem oka w powyższym felietonie , co do "strat w PKB" w następstwie utraty obywatela.. Skoro tak, to powinno się wprowadzić powszechny obowiązek noszenia przez mężczyzn kaleson, a przez kobiety - barchanowych majtek z golfem, w okresie jesienno-zimowym. Zaziębienia, wywołują bowiem społecznie groźne epidemie, te zaś skutkują co najmniej masowymi zwolnieniami z pracy, zaś absencja z kolei -  to gigantyczne straty w PKB, koszty zasiłków chorobowych itd. Wzmocnione patrole będą miały każdego ranka na ulicach obowiązek sprawdzania podążających do pracy, podginając mężczyznom nogawki, a kobietom spódnice. Przy okazji posypią się mandaty i wpływy do budżetu...  Uzasadnienie takiej inicjatywy ustawowej jak najbardziej miałoby wspólne korzenie z tymi na temat pasów, kasków i nawet oświetlenia... ;) Pozdrawiam.

  3. Zobacz profil Mut Mut napisał/a:

    Friday, 09 September 2011, 23:36

    OK, Pana prawo ryzykować. Tylko że ma Pan prawo ryzykować wyłącznie swoje dobra. Każdy wypadek spowodowany tym, że Pana auto bez świateł będzie gorzej widoczne na drodze będzie miał też uczestników z tej drugiej strony - może oni nie chcą byc narażani? Ja na przykład jestem już nie taki młody, gorzej widzę i nawet w pogodny dzień światła pomagają mi zauważyć nadjeżdżający samochód. Jak Pan w coś rąbnie bez pasów i (daj Boże) przeżyje, to będzie Pana wiozła do szpitala karetka, której może zabraknie dla kogoś innego? Jak Pana policjant zobaczy sunącego na motorze bez kasku, pogoni za Panem na pewno, ryzykując swoje zdrowie i zostawiając inne sprawy, przy których możebyłby potrzebniejszy. Powiem szczerze, wkurza mnie Pana sposób myślenia, tak samo jak idiotów, którzy myślą, że to ich ryzyko i ruszają w góry bez umiejętności i wyposażenia, a potem najlepsi ratownicy górscy giną próbując im pomóc. 

  4. Zobacz profil Tomasz Ulatowski Tomasz Ulatowski napisał/a:

    Sunday, 09 October 2011, 17:13

    „Mot”-owi; Już Pana polubiłem... Niepotrzebnie jednak ulega Pan emocjom.  Ja przecież nie chcę – jak zresztą napisałem w tym felietonie – aby „nakaz” pasów zamieniono w „zakaz”. Nie zaprzeczam, że wielu mogły one uratować życie. Co więcej – kiedy zamierzam jechać bardzo szybko, sam zapinam je - nie z przymusu, lecz dobrowolnie i celowo. Nie mam także zamiaru nikogo przed nimi powstrzymywać.

    „Wkurzając się na mój sposób myślenia”, pisze Pan o „idiotach”, wyruszających „w góry bez umiejętności i wyposażenia”, którzy uważając, że to ich wyłączne ryzyko narażają ratowników. Z całym szacunkiem, ale nie stawiałbym znaku równości między tymi „idiotami”, a kierowcami. Przeciętny kierowca ma niezbędne „wyposażenie” – samochód – sprawny, często wyposażony w ABS-y, mnóstwo poduszek i inne podobne bajery. Ma także wymagane „umiejętności” – prawo jazdy oraz w większości wieloletnie doświadczenie. Przeciętnego kierowcę porównywałbym raczej z „przeciętnym taternikiem”, niż z niewyposażonym i niedoświadczonym narwańcem. Nie wymaga się od taternika, żeby idąc w góry zabierał i zapinał na ostatni guzik wszelki możliwy sprzęt – on sam ocenia, który mu będzie konieczny (bo to on ryzykuje!). Czasem zagrożeniem bywa nadmiar sprzętu. Nikt też nie będzie go karał mandatem za to, że nie zabrał wszystkich możliwych zabezpieczeń, a jedynie te, które uznał... Niestety – inaczej jest wobec kierowców.

    Taternik – rzecz jasna może się pomylić. Kierowca też ma prawo. Zresztą zagłębiając się w przyczyny wypadków – z reguły są one skutkiem czyichś błędów – niekoniecznie „idiotów”. Ratownicy z reguły jeżdżą do akcji z powodu... czyichś pomyłek. To mają niejako „wkalkulowane” w swoje ryzyko – taki zawód! (Nota bene – dobrowolnie wybrany...)  I wcale nie piszę tego z lekkością.

    W pracę ratowników jest też wkalkulowany ciągły dylemat – do kogo pojechać najpierw – do duszącego się dziecka, czy do zawału, czy może do wypadku z udziałem faceta nie zapiętego w pasy? Każdego dnia jest taki trudny wybór – nawet, gdy w grę nie wchodzą akurat wypadki drogowe – dla kogoś karetki może zabraknąć.

    Pisze Pan, że z powodu braku kasku na głowie motocyklisty, policjant ruszający za nim w pościg musi się narażać. Ale zapomina Pan, że on rusza w pościg tylko dlatego, że jest przepis nakazujący „obowiązek” kasku. Gdyby kask był dobrowolny, policjant nie musiałby się ruszać z miejsca – najwyżej popatrzyłby z politowaniem na znikający w dali jednoślad. Ten policjant ryzykuje życie w pościgu... nie z powodu kasku, ale właśnie z powodu idiotycznego przepisu o „obowiązku”.

    Wspomina Pan także o swoim słabszym wzroku, przez co jako kierowca woli Pan oświetlone w dzień pojazdy. Pan wybaczy, ale to już jest Pana osobisty problem i nie ma powodu, by go narzucać wszystkim, zmuszając do jazdy na światłach. Jeżeli naprawdę w słoneczny dzień nie widzi Pan samochodu, rzeczy – jak by nie patrzył – dużej, mającej jakąś wyrazistą barwę i do tego potrzebuje Pan takiego małego detalu, jak włączone u niej światła mijania – to po prostu czas ponownie odwiedzić okulistę. Ja już to zrobiłem. Może nawet bardziej zasadne byłoby wprowadzić obowiązek okresowego badania wzroku przez kierowców i aktualnych co do tego zaświadczeń, niż pasów... –  Kłaniam się nisko i serdecznie pozdrawiam.

  5. Zobacz profil Tomasz Ulatowski Tomasz Ulatowski napisał/a:

    Sunday, 09 October 2011, 17:17

    Przepraszam za lapsus - uściślam - powyższy komentarz skierowany jest oczywiście do uzytkownika "Mut", a nie jak omyłkowo napisalem - "Mot"...

  6. Zobacz profil Mut Mut napisał/a:

    Sunday, 09 October 2011, 19:59

    Panie Tomaszu -- Faktycznie trochę mnie poniosły emocje - przepraszam. To dlatego, że przypomniałem sobie wydarzenie z dawnych lat, gdy jako nastolatek nurkowałem w parometrowej głębokości gliniance próbując uratować chłopaka, który w niej utonął i od paru minut nie wypływał. Nie udało mi się, chyba było za głęboko dla człowieka bez sprzętu. Utonął. Był głupi i zaryzykował, choć wiedział, że jest chory na serce. Do dziś ściska mi się serce na to wspomnienie. Także dlatego, że z każdą chwilą coraz mniej chciałem go znaleźć i coraz bardziej bałem się, że mi się to jednak uda - bo już wiedziałem, że to będzie trup, a nie żywy człowiek. To wspomnienie to mój koszt jego ryzyka- znam to z autopsji. Jeśli chodzi o mój wzrok, to myślę o sobie jako o pieszym, a nie kierowcy. Poza tym widzę nieporozumienie: faktycznie mógłbym się zastanawiać, czy sensowny jest nakaz jazdy ze światłami. Póki jednak jest taki, to chcę, żeby wszyscy ich używali. Widząc dziesiątki samochodów ze światłami odruchowo oczekuję, że kolejne auto też je będzie miało. Jeśli nadjedzie nieoświetlone, to zauważę je być może o ułamek sekundy za późno, odruczowo myśląc, że skoro nie świeci, to nie auto. Z kaskami identyczna sprawa: zakaz dyskusyjny, ale póki jest, jego ignorowanie zmusza policjanta do działań, podczas gdy mógłby robić coś bardziej pożytecznego.  

  7. Zobacz profil Tomasz Ulatowski Tomasz Ulatowski napisał/a:

    Sunday, 09 October 2011, 23:10

    Szczerze Panu współczuję opisanego wypadku sprzed lat. Taka walka o czyjeś życie na wyciągnięcie ręki, którego w końcu nie udało się jednak uratować, pozostawia traumę na zawsze. Ale przypadek zachowania tamtego nastolatka - to zdecydowanie było ryzykanctwo. Mnie, kiedy piszę o prawie wyboru, nie chodzi o nie bynajmniej dla ryzykanctwa i popisów. Zapędziliśmy się za bardzo w spór o przepisy ruchu drogowego, chociaż one w moim felietonie miały być jedynie symbolem - przykładem czegoś szerszego. Mnie cały czas chodzi o to, że człowiek w kwestiach dotyczących wyłącznie jego osoby,  musi mieć zapewnione prawo samostanowienia. Piszę "musi", bo nie tylko ma to być przywilej "decydowania, wybierania", ale wręcz należy tego od niego wymagać. Niech "może/musi" wybierać sam i "może/musi" ponosić samemu konsekwencje swojej wolności! Niech państwo go "nie wyręcza" w takich sytuacjach nakazami i zakazami, przejmując siłą rzeczy odpowiedzialność. W ten sposób stopniowo wychowuje się tylko leniwe i bezmyślne społeczeństwo, na co z pewnością niejednokrotnie miał Pan powody narzekać. Ani ja ani Pan, jak sądzę, takim społeczeństwem widzieć Polaków nie chcemy...

  8. Zobacz profil Mut Mut napisał/a:

    Sunday, 09 October 2011, 23:29

    Na tym poziomie abstrakcji - zgoda. Jak zawsze problemy i różnice poglądów zaczynają się przy wkonkretach, bo tu już rolę grają szczegóły, osobiste doświadczenia. Wspólna konstatacja, że za dużo jest państwa nie musi oznaczać zgody co do tego, gdzie je najpilniej eliminować. 

Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.