Dodano: Saturday, 18 February 2012, 14:46
W dzisiejszej Ewangelii spotykamy się z człowiekiem sparaliżowanym. Nie wiemy jakiego rodzaju był to paraliż, częściowy, czy całościowy. To nieistotne. Ważne natomiast jest to, że znalazł się ktoś, kto przyprowadził owego człowieka do Chrystusa. Owi ludzie, a było ich czterech zdecydowali się na prawdziwe szaleństwo. Ewangelista podaje, że Pan Jezus po powrocie do Kafarnaum, przebywał w domu, gdzie nauczał. Był to prawdopodobnie dom św. Piotra, gdyż tam już wcześniej Chrystus znalazł dla siebie zatrzymanie. Gdy ludzie dowiedzieli się, że Nauczyciel powrócił, zbierali się z pewnością całymi rodzinami, aby Go słuchać. W domu Piotra był olbrzymi tłok. Ludzie stali nawet poza domem. I oto owych czterech, niosących na łożu paralityka wchodzą na dach, odsłaniają jego część i przez otwór spuszczają chorego przed Jezusa.
Zatrzymajmy się na chwilę nad tymi, którzy zdecydowali się pomóc choremu doświadczyć Bożej mocy. To moi drodzy zalążek wspólnoty. Takiej, którą tworzymy my tutaj zgromadzeni na niedzielnej Mszy świętej. A wspólnota jest po to, aby się wspierać. Członkowie wspólnoty mogą na siebie liczyć. I gdy jeden z jej członków choruje, to tak naprawdę wszyscy chorują razem z nim. Wspólnotę charakteryzuje współodczuwanie. Wspólnota jednoczy się w radościach, ale i smutkach.
Spójrzmy chociażby na taką małą wspólnotę jaką jest rodzina. Jeśli w rodzinie każdy jest zapatrzony w siebie samego, to trudno jest takim ludziom stworzyć prawdziwą wspólnotę. Wspólnota wymaga ofiary, tracenia siebie, tego co moje, na rzecz innych. Gdy w danej rodzinie dziecko na coś choruje, to pozostali członkowie nie cieszą się z tego powodu, lecz biegną z nim do lekarza, interesują się jego stanem zdrowia, dokładają wszelkich starań, aby czym prędzej wyzdrowiało. To jest właśnie owe współodczuwanie.
Urzekł mnie kiedyś sposób, w jaki mówili pewni małżonkowie. Mąż chcąc się pochwalić, że już niedługo przyjdzie na świat ich pierwsze dziecko, powiedział: Jesteśmy w stanie błogosławionym. Nie powiedział: żona jest w stanie błogosławionym…., żona jest w ciąży…. Nie ona, lecz my! Pan Bóg nam pobłogosławił! I razem chcemy to błogosławieństwo przyjąć, wychować i nim się cieszyć.
Moi drodzy, wszyscy tworzymy jedną wspólnotę, wspólnotę Kościoła. Jest ona może bardziej widoczna na gruncie parafialnym. Ale tak naprawdę zobowiązani jesteśmy do troski o każdego człowieka i na zbawieniu każdego winno nam zależeć. Przecież wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, mamy tego samego Ojca w niebie.
Dlaczego zatem gdy widzę osobę ubogą, może bezdomną, to niejednokrotnie napełnia mnie ona odrazą? Omijam ją szerokim łukiem, bo przecież cuchnie, jest nieumyta, pewnie alkoholik, lub narkoman. Od razu kogoś takiego sądzę, wydaję szereg wyroków, spycham jeszcze bardziej na margines. Wracam do swojego ciepłego mieszkania, zasiadam do suto zastawionego stołu i raduję się pełnią chrześcijaństwa. I mówię, że kocham. Cóż to za miłość? I może nieraz opowiem komuś, że widziałem taką bezradną osobę. Ale tak naprawdę nic o niej nie wiem. Nie miałem odwagi podejść, porozmawiać, zaproponować pomoc.
Często widzimy, że ktoś jest sparaliżowany swoją sytuacją materialną, zdrowotną, może moralną. Wiemy, że sam nie wstanie na nogi. A mimo to przechodzimy obok niego obojętnie. Co ja mogę? Mam swoje problemy. Rodzina, praca, choroba. A czasami wystarczy tak niewiele – uznać w tym kimś człowieka. Nie odbierać mu jego godności. Podejść, porozmawiać, po prostu z nim być. Pomodlić się, może właśnie razem z nim. A jeśli mamy takie możliwości, to i pomóc w jakiś inny sposób.
Wspólnota, to współodczuwanie. To bycie dla drugiego. To tracenie siebie. To postawienie ponad moje własne ja tego, kto jest małym w oczach świata.
I drugi aspekt dzisiejszej Ewangelii, to uzdrowienie. Zauważmy, że Pan Jezus najpierw uzdrawia wnętrze paralityka, a dopiero później jego ciało. Czasami zbyt bardzo troszczymy się o to co zewnętrzne. Niejednokrotnie próbujemy narzucać panu Bogu naszą własną wolę. Popatrz jak mi źle – mówimy. Tyle cierpienia. Zrób coś z tym. Czy Ty w ogóle istniejesz? Dlaczego nic nie robisz?
Ostatnio zobaczyłem gdzieś w Internecie takie sformułowanie: Boga Nie ma. Gdyby istniał, nie byłoby na świecie tyle cierpienia. I pod spodem drugie zdanie: Dentysty nie ma. Gdyby istniał, nie byłoby bólu zęba.
Moi drodzy, Pan Bóg czasami dopuszcza w naszym życiu cierpienie, owy paraliż, aby jeszcze bardziej się do nas przybliżyć. Albo może, abyśmy my się do Niego zbliżyli. Abyśmy się na chwilę zatrzymali, odłożyli wszystkie marne błyskotki tego świata i nawiązali na nowo relację z Nim. Jemu zależy na tym, aby najpierw uzdrowić naszą duszę, bo to ona jest najważniejsza. To ona pierwsza wejdzie do nieba. Ciało i tak dostaniemy nowe, w momencie zmartwychwstania ciał. Będzie to ciało uwielbione. Troszczmy się zatem najpierw o to, co duchowe, a dopiero później o to, co cielesne. I troszczmy się nie tylko o siebie, ale o wszystkich, których Pan Bóg postawi na naszej drodze.
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.
Meszaret
Jako diakon Diecezji Toruńskiej mówię o Tym, Którego kocham, piszę o tym, w co uwierzyłem, zwracam się do tych, na których zbawieniu mi zależy. www.meszaret.pl

Monday, 20 February 2012, 09:46
Monday, 20 February 2012, 14:05
Monday, 20 February 2012, 18:58