Dodano: Tuesday, 23 November 2010, 20:24
Myślał, że już dotknął nieba. Myślał, że wzbił się na wyżyny. A tak naprawdę stał na rozdrożu. Nie wiedział co wybrać. To wszystko go przerastało. I mimo poczucia szczęścia z tego, co osiągnął, ciągle odczuwał pustynię… bo nie wszystko było takie piękne. To co nazywali życiem, a to co tym życiem rzeczywiście było różniło się diametralnie. Było mu trudniej niż kiedykolwiek. Nie miał mapy. Nie wiedział dokąd zmierza. Wiedział jedynie, że kochał.
Otworzył drzwi. Ulice pełne tego wszystkiego, co się pięknem nazywa. On jednak stał sam w tłumie indywiduów. Nie wiedział co począć. Bał się zrobić krok, bo gdy tylko podnosił stopę – upadał – pod natłokiem myśli. Bał się tego wszystkiego – ale nie tego co nieznane, raczej tego, co lękiem napawa najodważniejszych. Świat zdobyty przez plastik. Mega spódniczki z mini paskiem. Pokonany przez pustkę i bezsensowność. Przez bezradność i samotność. Przez własne widzimisię.
Podniósł się i ruszył przed siebie. Patrzył na te setki, a może nawet tysiące osób, które szły do przodu i nie zwracały na niego uwagi. Właściwie to na nic nie zwracały. Liczyły się tylko ich „misię” – bo mi się chce – … ich pycha, egoizm. Ten cały fałsz, ta obłuda… ten cały chory świat. Patologiczne egzystowanie niosące za sobą jedynie samotne trwanie… bo życie nie ma sensu, bo liczy się tylko własna osoba. A cała reszta ludzi nie ma jakiegokolwiek znaczenia.
On też nie wiedział kim jest. Stracił własną osobowość. Stracił wiarę w człowieka. Zobaczył, że dla innych liczy się tylko przetrwanie. Na siłę. Za wszelką cenę. Inni widzieli tylko czubek własnego nosa. Nadęci pychą unosili się nad ziemią. Czuli się panami swojego świata. A on był inny od nich. Kochał ludzi. Kochał ich, mimo wszystko. Oni go odrzucali. Szukali tylko sposobu, aby go poniżyć, zniszczyć. A on ich kochał. Szukał w nich dobra, ale nie potrafił go jeszcze znaleźć.
A teraz – przemykał między nimi jak cień. Ukrywał się. Kochał, ale nie chciał się pokazywać. Oni dla niego bardzo się liczyli. Ale co z tego? Mieli swój lepszy świat, do którego wejść mogli tylko najlepsi, albo raczej inni – ci, dla których liczyło się jedynie ich własne dobro. Robiło mu się przykro, gdy spoglądał na ludzi mu bliskich, czyli na tych, którzy go nienawidzili. Taka była rzeczywistość.
Nie widział w nich radości. Tak naprawdę w ogóle nie widział ich twarzy. Te, które nie były ukryte pod płaszczem fałszu i obłudy, były rozmazane, brakowało w nich ostrości, brakowało kochającego, kojącego spojrzenia przez pryzmat miłości, a nie jedynie obojętności. Te ich smutne oczy. To był straszny widok. W ich oczach odbijały się ich serca – bezserca. Wiele ran, wiele blizn, wiele zła. Chcąc to ukryć uciekli w świat samotności, w świat nędznego egzystowania w czterech ścianach własnej pychy, gdzie ubolewali jedynie nad tym co im się nie udało. Innych traktowali jak wrogów, a Jego jak intruza. Nie chcieli otworzyć swego wnętrza przed kimś takim, przed kimś kto szukał w nich dobra. To by zabiło ich tragizm osobowości. Już nie byliby skrzywdzonymi przez życie nędzarzami. Nie chcieli zasługiwać na miłość.
Sam był słaby i grzeszny. Sam często uciekał do swojej pakamery smutku, prowadząc dialog jedynie z samym sobą. Starał się jednak pokonywać siebie, walczyć z własną niedoskonałością, z tym wszystkim co dzieliło, a nie jednoczyło. Chciał nauczyć się rzemiosła. A miłość nie jest taka prosta jak się wydaje. Jego nauczycielem był najlepszy cieśla na świecie, którego domem był Nazaret. On nauczył go rzemiosła i pokazał co ma czynić, aby nie niszczyć tego arcydzieła, ale żeby każdym swym działaniem przynosić jedynie dobro. Jego ręce nie były tak sprawne jak Mistrza i ciągle zdarzało mu się wykonać jakiś niewłaściwy ruch, niewłaściwy gest, który krzywdził, jednak serce – które wkładał w pracę – znaczyło dużo więcej niż te kilka rys, te kilka blizn.
Są niewidzialne więzienia – pomyślał. Widział ich zatwardziałość. Widział również własną niemoc. I właśnie to sprawiało, że czuł się bardzo, bardzo źle. Dla nich życiowym celem było zdobycia szmalu, więcej kasy, wciąż i wciąż na nowo, i tak każdego dnia. Zanurzali się w bez głębinowym cyberświecie matrixa własnego ego i własnych wyobrażeń o życiu. Ich egzystowanie miało na celu zdobycie mamony. Stawiali sobie pomniki, otaczali się cielcami i jedynie to, co było błyszczące miało dla nich jakąkolwiek wartość. A on był inny. Odrzucił to co ziemskie, gdyż chciał dobra gromadzić w niebie. Wiedział, że wszystko to, co na ziemi przeminie, że to tylko marność, ale za to co w domu Ojca ukryte przetrwa na wieki. Dlatego odrzucił błyskotki tego świata oddając się całkowicie na służbę Nauczyciela. Przyodział swą czarną szatę. Ludzie nie rozumieli co ona oznacza. On jednak wiedział. Nauczyciel wszystko mu wytłumaczył. Nauczył go, że nie będzie łatwo, że ludzie będą go poniżać, będą z nim walczyć. Przygotowywał go przez sześć lat do tej posługi. W połowie nauki przyodział go w szatę czarną jak węgiel, który dopiero zaczyna płonąć.
Dzisiaj już stał sam – albo tak mu się tylko wydawało. Nauczyciel wyprawił go w drogę. Dostał jedynie podręcznik i kawałek drewna, który zawiesił na szyi. Wiedział, że to musi mu wystarczyć. Zapomniał jednak, że Nauczyciel nie zostawia nikogo samego. Paraklet tylko czekał, aż Mistrz zostanie wywyższony.
Zaczął wątpić w ludzi. Przypomniał sobie jednak Nauczyciela i Jego słowa. Wziął do ręki kawał drewna, który wisiał na jego szyi. Podziękował. Wywyższył. Uwielbił. I już nie był sam, ale Pocieszyciel był z Nim. On pouczał go o wszystkim. Pokazał jak pokonać ludzkie cierpienie, udowodnił, że zło można zwyciężyć jedynie dobrem.
Zniknął strach. Pokój przepełniał jego serce. Wiedział, że jest w odpowiednim miejscu. Już nie wątpił. Zaczął szukać. Zarzucił sieci słowa miłości. Krzyczał, wołał, śpiewał – wszystko na cześć Mistrza. Inni zaczęli zwracać na niego uwagę. Byli tacy, którzy pukali się w czoło i patrzyli z politowaniem; byli tacy, którzy odwracali głowy, aby nawet przez ułamek sekundy nie patrzeć na tę pełną miłości twarz; byli tacy, którzy uciekali przed nim, gdyż jego obecność skłaniała ich do refleksji nad sensem ich bytowania; ostatecznie byli i tacy, którzy słuchali go z przejęciem. Dla tych ostatnich był on ostatnią deską ratunku. Jego słowa była skierowane były właśnie do nich. Dotykały ich serc. Przemieniały. Pokrzepiały. Uzdrawiały. Były balsamem dla duszy – wodą żywą płynącą z przebitego wnętrza Zbawiciela.
On nie zastanawiał się co powinien powiedzieć. Paraklet mówił za niego. Przybądź płomieniu – wołał – zjednocz nas w krzyżu! Wypal to co złe, to co dzieli, to co miłość niszczy. Stańmy się jak dzieci. Stańmy pod krzyżem, bo on jest znakiem miłości, a miłość zwycięża wszelki lęk. Nauczyciel przyszedł na ziemię. Przyszedł i żył między nami. Żył tak jak my. Ach… dlaczego nie potrafiliśmy tego docenić. Musieliśmy Go przybić, zawiesić na drzewie, by ostatecznie doznał wywyższenia. Człowiek.. ile on potrafi zadać cierpienia, ile bólu. A Nauczyciel… On to potrafił kochać.
Najpierw Ogrójec. Jeszcze nigdy dotąd tak się nie bał. Nie wiedział co począć… dokąd uciekać. Został sam. Jego przyjaciele spali – nawet chwili nie potrafili z nim czuwać. Trwanie na modlitwie przez moment było dla nich za trudne, bo pokusa była silniejsza. Zło, które w zniewolenie się przeobraża, dotknęło ich duszy. I sama adoracja przestała mieć dla nich znaczenie. A On miał dwie drogi… poddać się, lub walczyć. Ojcze, jeśli możliwe niech mnie ominie ten kielich – wołał – zabierz ode mnie to cierpienie. Proszę, Ojcze… ratuj! Ja nie chcę… nie mogę… ja nie potrafię! Tato, ale nie moja… niech się dzieje Twoja wola. Dopiero teraz zrozumiał On i ja zrozumiałem! Pełnienie woli Ojca przynosi prawdziwą wolność.
A dalej biczowanie. Ból. Ogromny ból odczuwał, a z Nim razem ja. Ból i poniżenie. Każde uderzenie pozbawiało Go czegoś ludzkiego… sił… godności… Ale ciało boi się na wyrost. Największe wybory kosztują… i wyniszczają ciało, które jest tylko sługą. Nauczyciel już wybrał – słuchać Ojca. Jego plan jest najlepszy. Nie to co mówi świat. Nie to co mówią ludzie. Nie to co wy mówicie. Uważaliście Go za kłamcę… za głupca! Mnie zresztą też. Ale jakie ma to teraz znaczenie? Tylko posłuszeństwo Ojcu przyniesie wolność i radość. A reszta… to tylko marność… tylko zniewolenie.
Ubraliście Go w purpurę. Na głowę założyliście cierniową koronę. Wyśmiewaliście. Wyszydzaliście. Ach… gdybyście wiedzieli co czynicie. Chcieliście Go poniżyć. I tak też się stało. W oczach waszych był nikim, ale w oczach Ojca… tylko będąc przygniecionym do ziemi można zrozumieć co to znaczy Wielkość Boga. Wyśmialiście Królestwo, które głosił… odrzuciliście miłość, którą obdarowywał! Dla was był tylko kolejnym łgarzem – zniewolonym przez ten świat. A w istocie to wy byliście… bo wolność jest w nas! Nie obok nas!
I ta Via Dolorosa. Mówiliście, że na śmierć idzie… A dla Mistrza była to droga ku nowej, słodkiej wolności, którą sam niósł na swych barkach. Wolności, na której miał zginąć. Krzyż był Jego drogą i jednocześnie wyrazem ogromnej miłości, którą miał w sercu, dla każdego z was. Długo szedł, byście mogli zobaczyć, że człowiek poniżany, nie jest człowiekiem zniewolonym. Dobrowolne były Jego kroki, które prowadziły tam, gdzie nastąpić miało zwieńczenie Jego wolności – do serca każdego człowieka. Do waszego serca.
Żyć, cierpieć, umierać. To znaczy również zwyciężyć! Doświadczył skrajnej słabości, osamotnienia, lęku i śmierci. Jednak zaufał Ojcu i do końca był Mu posłuszny. Z miłości zdecydował się dopełnić planu na Drzewie. Zawisł, bo to znaczy więcej niż umierać. To znaczy żyć wiecznie! Pod krzyżem stała Mama. Widziała Go – ociekającego krwią, umierającego. Przyjmowała to wszystko z godnością. Również była posłuszna Tacie. To dawało Jej prawdziwą wolność. Jemu też. Teraz już są wolni przez łaskę. Ojcze, w Twoje ręce powierzam Ducha mego! – zawołał, a potem umarł.
Najwyższy nie upuszcza jednak swego sługi, a co dopiero Syna! Trzeciego dnia odbudował świątynię, którą zburzyli, by Syn dostąpił wywyższenia.
Są więzienia niewidzialne, jest ich bardzo wiele. Gdybyście zdawali sobie z tego sprawę… nie patrzylibyście wówczas tylko na siebie, ale również na innych. Szukalibyście w nich dobra. Zamykając się na innych, zamykacie się na wolność.
Wołacie głośno – „jesteśmy wolni!” – gdyż w ten sposób poprawiacie swoją niską samoocenę, lub tez staracie się poprzez ten akt beznadziei, a może nawet czarnej melancholii ukryć swoje całkowite nieuporządkowanie. Jeśli tak to jesteście dopiero pierwszą grupą, istnieje również inna – desperatów, którzy ograniczają wolność innych, gdyż uważają, że w ten sposób staną się wolni, staną lubiani, fajni, cool, trendy, a coraz częściej nawet jazzy. Błędne myślenie o wolności sprawia, że przestajecie być wolni, zostajecie natomiast zniewolenia, własną bez-wolnością. Trzeba więc zacząć od samego początku. Od wolności jako daru. Wolności, której nie można posiadać, wolność trzeba nieustannie zdobywać. Wolności jako cnoty a samowoli. Cnoty, która jest ograniczona, jednak nie zniszczona. Bo używanie rozumu wystarczy do nadania jej barier. Wolność musi kończyć się tam, gdzie szkodzi ona bliźnim. Niestety coraz częściej o tym zapominacie, a kierując się jedynie własnymi pragnieniami i marzeniami narzucacie swoje zdanie innym, przez to niszcząc ich wolność, niszcząc coś co Bóg dał człowiekowi, niszcząc jeden z największych darów.
Dzisiejszy świat skoncentrowany jedynie na jednostce, a nie na wspólnocie, dąży jedynie do zaspokojenia potrzeb. Wszechogarniający konsumpcjonizm i hedonizm. Laicyzacja społeczeństwa. Holocaust nienarodzonych. Eksterminacja chorych. Świat bez uczuć. Egoistyczny, bez miłości. Pełen pseudowolności, zniewolony do szpiku.
My razem tworzymy ten świat. Razem niszczymy siebie i innych. A możemy to zmienić. Możemy oddać się nauczycielowi. Ruszyć razem z Nim w nieznane. Stać tylko narzędziem w Jego ręku. Wówczas tylko miłość będzie miała znaczenie. Wszystko inne okaże się nieważne. A my staniemy się wolni.
Kiedy skończył ludzie upadli na kolana. Chcieli się zmienić. Chcieli wrócić do Jezusa i oddać mu swoje życie. Chcieli być wolni. Chcieli kochać. On podniósł dłoń i ich błogosławił. Wiedział, że jeżeli zamilknie – kamienie wołać będą!
Padali na twarze. Wołali o przebaczenie. Chcieli odbić się od dna, gdyż całkowita nędza ogarnęła ich jestestwo. Zrozumieli wszystkie swe błędy. Wszystkie zaniedbania. Wszystkie niedowierzania, zdrady, kłamstwa, zabójstwa, cudzołożenia. Klękali przed nim i wyznawali swe winy. A on widząc ich twarze pełne miłości – jednał ich z Panem.
Spadł deszcz. Ożywcze tchnienie Ducha dotknęło wszystkich zebranych. Tylko tak mogli prawdziwie stać się dziećmi. Jaki to był dla niego widok, gdy wspólny śpiew, coraz głośniejszy i głośniejszy, rozbrzmiewał wokoło, gdy ta modlitwa zbierała wciąż nowych, którzy pragnęli zetknąć się z prawdziwą Miłością. Jemu pozostało tylko się uniżać, aby On mógł stać się wywyższony w pełni.
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.
Patagg
Kleryk WSD. Marzyciel - żyjący w utopijnym świecie wartości i ideałów. Młody i jeszcze głupi. Kochający, ale nie umiejący pisać..

Tuesday, 23 November 2010, 21:22
Wednesday, 24 November 2010, 10:45