Ocknęłam się o zmroku. Pogoda taka, że komunistę żal wygnać. Globalne ocieplenie objawia się tym razem lecącym z nieba obrzydliwym śniegiem z deszczem tworzącym na chodnikach substancję przywodzącą na myśl mrożone osady denne podane z bitą pianą i piaskiem. Psy niskopodłogowe są utytłane po grzbiet, wysokopodłogowe po brzuch, mój, kompromisowo, do połowy wysokości. Buty od Prady (nie moje) po krótkim spacerze wyglądają jak łapcie robocze rosyjskiego mużyka. Z witryny saloniku prasowego wyziera demokracja krzycząca tytułami mainstreamowych dzienników i lubczasopism o Ciemnogrodzie, jedynej słuszności i wolnym wyborze właściwej opcji socjalliberalnej. Radio w saloniku szemrze popołudniem z jedynką na wzniosły temat kopert kolędowych, ich społecznego znaczenia i klerykalnego przeznaczenia.
Szukam punktu zaczepienia w stosie naczyń do umycia i stercie nieuprasowanej odzieży. To jest konkretne, swojskie i ma sens. Wraz ze zmniejszaniem się gór kobiecego przeznaczenia wraca mi wiara w codzienność. Półlitrowy kubek kawy doprowadza do porządku nadszarpnięty panoramą zapłakanych szyb nastrój, brak konieczności kolejnego opuszczenia ciepłego zakątka w rogu kuchennej twierdzy normalności wzmacnia nadwątlone siły psychiczne wobec czego mogę zaryzykować nurkowanie w mętnych wodach netu.
Nonsenso-absurdy i absurdo-nonsensy konkurują na stronach głównych co bardziej znanych portali. Informacje kto komu dowalił i kogo obraził mieszają się z ofertami Grouponu, reklamami pigułek „dzień po” i ploteczkami w co była rozebrana, ups… ubrana tegotygodniowa gwiazdeczka jednej chwili. Znajduję cichą przystań na portalu miłośników ważek. Zimową aurę rodem ze starożytnych apokaliptycznych przepowiedni masowo wymyślanych przez czasopisma dla niedokształconych naiwnych ze średniej wielkości ośrodków rozświetlają błękity i zielenie owadzich piękności. Potem organizuję sobie małą wycieczkę do berlińskiego zoo. Błogostan przerywa cichy jęk wiadomości o tym i tamtym czyli o niczym z dodatkiem sporej dawki indoktrynacji. Skrzekliwy głos zdrowego rozsądku groźnie przypomniał o swoim istnieniu. Po raz kolejny tego wieczoru rzeczywistość zajęczała żałośnie…
Friday, 20 January 2012, 19:44
Friday, 20 January 2012, 19:44
Friday, 20 January 2012, 19:45
Friday, 20 January 2012, 19:46
Friday, 20 January 2012, 19:47
Friday, 20 January 2012, 19:48
Friday, 20 January 2012, 19:49
Friday, 20 January 2012, 19:54
Friday, 20 January 2012, 19:56
Friday, 20 January 2012, 20:03
Friday, 20 January 2012, 22:51
Friday, 20 January 2012, 22:55
Saturday, 21 January 2012, 01:40
Saturday, 21 January 2012, 10:44
Saturday, 21 January 2012, 11:09
Saturday, 21 January 2012, 15:28
Saturday, 21 January 2012, 15:59
Saturday, 21 January 2012, 16:42
Monday, 23 January 2012, 11:42